środa, 27 lipca 2022

19 - Normalność

 

Rozdział 19

Normalność

Anna

 

 

Pięć lat i pół roku później

Weszłam do pięknego, wyjątkowego Domu Pod Zielonym Dachem Sophie i Alexa po tym, jak Alex mi otworzył i przywitał pocałunkiem w policzek.

- Hej, ciocia Ania - usłyszałam zaraz potem powitanie od Lelli, ich najbardziej rozbieganej i najsilniejszej córki z trojaczków, które właśnie skończyły pięć lat.

Alex zamykał za mną drzwi.

- Hej, Andy - Lella zawołała do mojego czteroletniego synka, który wbiegł za mną, a ponieważ nie dał się wziąć na ręce, od kiedy odpięłam go z fotelika i wysiedliśmy na ich podjeździe z mojego Audi, więc przybiegł tutaj na swoich krótkich nóżkach i teraz też, nie zatrzymując się, pognał od razu do bawialni, gdzie bez wątpienia byli również Jules i Xander, pozostała dwójka z trojaczków, chociaż odezwał się przy tym tylko krótkim Hej do wszystkich ogólnie.

Mój młodszy synek zawsze mało mówił, a bywał tu często, więc znał drogę.

Popatrzyłam za nim przez chwilę, a potem spojrzałam na Lellę.

Cała trójka starszych dzieci Alexa i Sophie była do siebie podobna, ale każde z nich było niesamowicie inne, bo Jules potrafiła po cichu i niespodziewanie wcisnąć się w każdą dziurę, a Xander potrafił przejść przez każdą przeszkodę jak czołg.

Jules wyciągaliśmy już z niejednego dziwnego miejsca, które akurat zechciała zwiedzić, opatrując później jej poobcierane łokcie i kolana.

Wyjątkowo plecy lub pupę.

Xander zwykle bywał podrapany przez żywopłoty, przez które się przeciskał, bo nie chciało mu się chodzić dookoła.

A raz przeszedł przez szybę na wystawie w sklepie.

Za to Lella zawsze znalazła kogoś, żeby się pobić i zwykle byli to chłopcy.

Zdarzało się, często, że byli starsi od niej.

Wszystkie te dzieciaki miały nadmiar energii, który bez wątpienia doprowadzał do białej gorączki ich nauczycieli.

Tak.

Nawet znałam taką jedną, którą mogłam o to zapytać.

Hannah.

Patrzyłam za dziećmi, kiedy Lella poszła za Andym.

- Sophie czeka z bliźniakami w ich pokoju - powiedział mi Alex, kiedy się ze mną zrównał, uśmiechnął się do mnie i poszedł za dziećmi.

Najwidoczniej tym razem to on miał przy nich dyżur, ale często ta trójka albo nawet cała piątka ich dzieci była pod opieką mamy Alexa, Juliet, lub dawnej gosposi Sophie, Marii.

W ich życiu był pewien pierwiastek szaleństwa.

W naszym go nie było.

Na szczęście.

Bo oni to lubili, a my… niekoniecznie.

Można powiedzieć, że nasze życie z Cichym było normalne, jak tylko mogło być, chociaż nie było nudne.

Ani trochę.

Mieliśmy liczne grono przyjaciół, którzy dostarczali nam atrakcji, ale sami spędzaliśmy czas pracowicie, chociaż też czasem bawiąc się.

Korzystaliśmy z każdego dnia.

Zaczęło się to od razu w tym roku, w którym się pobraliśmy.

Najpierw Sophie urodziła dwie dziewczynki i chłopca na kilka dni przed jej spodziewanym terminem rozwiązania, więc pognałam do niej do szpitala wprost z wykładu, jaki miałam tego dnia i to na dodatek po wyjściu z niego w pośpiechu po odebraniu wiadomości SMS na telefonie, który miałam wyciszony, ale poczułam, jak zawibrował mi w kieszeni na tyłku.

Siedziałam na nim, więc nieco podskoczyłam.

Wyjęłam go z kieszeni, przeczytałam wiadomość i zerwałam się.

Z tego, co mi opowiadały nieco później zaśmiewające się z tego koleżanki, zawołałam wtedy do wykładowcy:

- Przepraszam, muszę iść, bo rodzą mi się trojaczki - i wybiegłam z auli.

Ale nigdy nie byłam pewna, co mogłam wtedy wybełkotać.

I nie słyszałam odpowiedzi wykładowcy, nawet jeśli jakaś była.

Pamiętałam tylko, że dojechałam na czas, żeby usłyszeć, jak Sophie klęła bez przerwy, zanim jej podano znieczulenie tak, jak tylko potrafią kląć budowlańcy bywający na co dzień wyłącznie w męskim gronie.

Alex patrzył na to ze stoickim spokojem, nawet jak przekleństwa dotyczyły jego lub ich… hmmm…. życia seksualnego.

Było widać po nim, że martwił się tylko o to, że Sophie bolało.

Nie byłam na sali operacyjnej, kiedy chirurg rozciął ją i zaczął wyjmować dzieci, ale stałam w salce tuż obok, żeby doświadczyć tego cudu.

A było nim wzięcie na ręce każdego pojedynczego, kolejnego ich dziecka, z których każde od pierwszej minuty na tym świecie, zaznaczyło swój indywidualny charakterek.

Niepowtarzalny.

To było w kwietniu.

Trojaczki były przez trzy tygodnie w inkubatorach.

W maju obchodziliśmy uroczyście pierwsze urodziny mojej imienniczki, a może raczej imienniczki mojej i Evy, An Evie, córki Maggie i Davida, z okazji których zorganizowali oni kinderparty na ich tylnym, malutkim podwórku.

Dzieci bawiły się na dworze, a było ich trochę, skoro zabraliśmy z Cichym również dzieciaki cioteczki Thelmy, które nie były już jej dzieciakami, bo Ella i Vivi były wtedy w nowych rodzinach i trwał proces adopcyjny, a Johnny miał wkrótce być nasz, mój i Cichego.

Wszyscy przyjaciele, dorośli, zebrali się w ich salonie, jadalni i bawili się świetnie, nie zważając na niedostatki miejsca, bo najważniejsze dla nas było to, że byliśmy razem.

A w czerwcu, na rocznicowym grillu w kompleksie, wzięliśmy ślub.

Ja i mój Cichy.

Alek ustalił wszystko ze mną, a ja czasem pytałam Cichego, co o tym sądził, ale on odpowiadał niezmiennie:

- Zrób, jak uważasz, Skarbie.

Więc robiłam, a raczej Alek robił z pomocą Sama.

I wyszło fantastycznie!

Nasz ślub był na terenie zielonym tego kompleksu mieszkalnego, w którym to wszystko się zaczęło, podczas dorocznego, rocznicowego grilla.

Otaczali nas przyjaciele i wspomnienia.

Zebraliśmy się w jednym z kątów tego terenu, w którym ustawiono łuk ozdobiony białym tiulem i biało niebieskimi kwiatami orlika błękitnego.

Ślubu udzielał nam pastor, którego odwiedziliśmy wcześniej, więc znał naszą historię, moją wiarę i nie-tak-całkowity brak wiary Cichego.

Opowiedzieliśmy mu również, dlaczego chcieliśmy oboje nosić po ślubie moje nazwisko.

Wszyscy nasi goście stali na terenie zielonym w półkolu, twarzą zwróceni do łuku, pod którym składaliśmy sobie przysięgę i czekali tam na mnie.

Moją druhną główną była moja siostra, ale zaraz za nią podeszły tam i stanęły moje przyjaciółki, którym nie narzucałam tego, jakie suknie miały włożyć.

Prawdę mówiąc w ogóle nie narzucaliśmy strojów.

Alek zgodził się ze mną, że w czasie grilla każdy mógł być ubrany tak, jak mu było najwygodniej i zrozumiał, że pragnęliśmy pobrać się bez pompy i parady.

Moja sukienka też taka była.

Dyskretna.

Miała obiecany i omówiony wcześniej kolor bardziej-szary-niż-niebieski, była w prostym kroju i była bez zdobień.

No, prawie.

Bowiem sama sukienka była prosta, nie miała rękawków i dekoltu, to znaczy miała, taki w łódkę, niewielki, ale na sukience był tiul.

Sukienka była przylegająca, krótka do kolan, z małym rozcięciem z tyłu, ale miała długą do kostek spódnicę z przezroczystego tiulu, który był w tym samym kolorze co ona i był ułożony w kontrafałdy, a na ramionach do sukienki doszyte były krótkie rękawki z takiego samego tiulu.

To sprawiało, że moja Suknia Ślubna była skromna, nie rzucała się w oczy, a jednocześnie była strojna, jak dla mnie.

Cudna.

Alek orzekł, że miałam zostawić rozpuszczone włosy, bo się ładnie kręciły i same układały, tylko za uszami wpiął mi w nie kilka niebieskich orlików i z takich samych kwiatów miałam w ręku Bukiet Ślubny.

Cieszyłam się również z tego, że pozwolił mi założyć na nogi płaskie, płócienne, czarne sandałki.

Czułam się nieco swobodniej.

Cichy miał na sobie zwykłe, czarne, sportowe buty, czarną koszulę, wyłożoną na równie czarne dżinsy.

Tyle tylko, że do koszuli miał przypięty pojedynczy niebieski kwiat.

Oczywiście, orlik błękitny.

Kiedy wsparta na ramieniu Raphael’a szłam w stronę zebranych od budynku kompleksu, w którym szykowałam się w mieszkaniu Aleka i Sama, nie widziałam Cichego, bo zasłaniali go ludzie.

Ale kiedy pierwsza z druhen doszła do nich, tłum odwrócił się w moją stronę, rozstąpił się i zobaczyłam, jak tam stał z przechyloną głową, opierając się dłońmi na biodrach, patrzył na swoje buty.

Dokładnie tak jak ja niezbyt zadowolony, że był w centrum uwagi.

O, Matko!

Był taki przystojny.

Spojrzał na mnie bokiem z tym swoim uśmieszkiem Niegrzecznego Chłopca, a potem nagle się wyprostował, podniósł głowę, oczy mu błysnęły i z zachwytem na twarzy patrzył na mnie przez całą moją podróż do niego.

O, Matko!

To było tak, jakbym przechodziła tę drogę przez tamtą salę w czasie ślubu Maggie i Davida, przyciągana tamtą fascynacją, którą wtedy czułam, ale została ona wzmocniona tym, co nas teraz łączyło, a zanikło to, czego się bałam.

Tak bardzo go kochałam.

Podeszłam, najpierw uśmiechnęłam się rozproszona do Johnny’ego, który stał wśród facetów, wspierających Cichego w tym dniu, a potem do Davida, który był głównym drużbą Cichego.

Ale miałam ochotę patrzeć wyłącznie w piękne, piwne, palące mnie oczy mojego Już-Wkrótce-Męża.

Mój Mąż.

Podałam swój bukiet Jenny, uściskałam ją i uśmiechnęłam się lekko do moich przyjaciółek, odwróciłam się przodem do Cichego, podałam mu obie ręce i nic innego już się nie liczyło.

Byliśmy tylko my.

Świat przestał istnieć, a ja byłam dla Cichego Jedyną Kobietą na Całym Świecie Wartą Spojrzenia, dokładnie tak jak on był dla mnie Jedynym Mężczyzną.

Marzenia się spełniają.

Potem powtórzyliśmy głośno i publicznie to, co mówiliśmy sobie codziennie; że nie odejdziemy od siebie.

A potem było tylko:

- Ogłaszam was mężem i żoną… oto pan i pani Philision… może pan pocałować swoją żonę…

Jego Żona…

I już byliśmy oficjalnie, publicznie ogłoszeni rodziną.

Kiedy Cichy mnie tam pocałował, wszyscy ucichli na dobre kilka minut, ale kiedy nie przerywał pocałunku i zatraciliśmy się w nim, zaczęły się krzyki, gwizdy i pohukiwania.

Czysta Radość.

To było coś, po czym wiedziałam; że cieszyli się, że nam się udało.

Że byliśmy szczęśliwi.

A ponieważ to byli przyjaciele, więc było to normalne.

Ponieważ byliśmy na terenie zielonym kompleksu, więc tam było nasze przyjęcie po ślubie.

W formie grilla.

No prawie, bo Alek zamówił jakiś catering.

Nie był to składkowy grill.

Zrobił to głównie po to, żeby moje przyjaciółki nie stresowały się gotowaniem i pieczeniem ciast przed naszą uroczystością, ale też ja chciałam, żebyśmy to my zapłacili za jedzenie.

Dla naszych przyjaciół.

Mieliśmy również tort do pokrojenia.

Piętrowy.

Czekoladowy.

I bardzo krótką część muzyczno-taneczną, przy której nikt oprócz nas nie tańczył, a i my właściwie nie tańczyliśmy, tylko kołysaliśmy się krótko w miejscu.

Naszą piosenką było oczywiście Better Love Hoziera.

- Jak zaraz to się nie skończy, zerwę z ciebie tą cholerną sukienkę tutaj, publicznie - wymamrotał Cichy do mojego ucha gdzieś w jej połowie.

Zachichotałam, chociaż wcale nie było mi do śmiechu, bo ja też miałam za dużo wspomnień z nią związanych.

Wspaniałych.

A później, niestety, dużo później, już tylko we dwójkę, mieliśmy z Cichym naszą Noc Poślubną.

Jeszcze wspanialszą.

Nie wyjechaliśmy wtedy w podróż poślubną, bo kończyła się sprawa adopcyjna, ja miałam egzaminy po drugim semestrze studiów, a w lipcu Maggie urodziła swoje trzecie dziecko.

Była to ich druga córeczka, Alice Sophie, na którą bardzo szybko zaczęli mówić Ally.

Na początku jej życia miała pewne problemy ze zdrowiem, które udało nam się rozwiązać, skoro wykryliśmy z jej lekarzem u niej drobną alergię pokarmową.

Poprawienie diety Maggie zmieniło wszystko.

No a poza tym; pod koniec czerwca przeprowadziliśmy się z Cichym do nowego, większego domu, który musieliśmy urządzić i umeblować.

Sophie znalazła nam dom w nieco luźniejszej zabudowie, chociaż nadal blisko centrum SLC, który miał na parterze duży salon z wyjściem na duży taras i podwórko z tyłu, bawialnię, kuchnię z dużym pomieszczeniem gospodarczym i garaż z trochę-ponad-dwoma miejscami parkingowymi.

No i apartament gościnny z dwiema sypialniami i salonikiem z dużą, narożną, rozkładaną kanapą, na wypadek przyjazdu mojej starszej siostry z jej całą rodzinką, a obok niego pomieszczenie, które nadawałoby się na gabinet lekarski, gdybym kiedyś, po zakończeniu studiów, zechciała pracować na swój rachunek.

Na piętrze był apartament małżeński z dużą garderobą, łazienką i miejscem do czytania, trzy sypialnie i dwie łazienki w korytarzu.

Sophie obejrzała całość, zanim nam to zaproponowała, więc jej pierwszymi słowami, kiedy nam go prezentowała, było:

- Nie martw się, Aniu, jak będzie trzeba to dobuduję tu wam sypialnię lub dwie, a na dole łazienkę, pokoik i większy garaż.

O, Matko!

Już przewidywała rozwój naszej rodziny.

A potem Eva pomagała nam odnowić kominek, ściany, zainstalować potrzebne rzeczy do łazienek i kuchni, podpowiadała nam co do oświetlenia, tarasu i ogrodu itp.

Natomiast Sonija wynalazła nam fantastyczne meble.

Były proste, niewymyślne, ale nadal oryginalne i wygodne.

Wspaniale było mieć przyjaciółki.

W sierpniu byliśmy na kolejnej Imprezie u Starków, która była obchodami rocznicy ich ślubu, a dla nas finałem sprawy związanej z adopcją Johnny’ego, więc ufundowaliśmy wszystkim szampana.

Prawdziwego.

Oficjalnie od tej pory mieliśmy z Cichym syna, Johnny’ego Philisiona.

Właściwie to pierwszego syna.

Bo już wkrótce oficjalnie mogłam ogłosić wszystkim trochę niespodziewaną dla nas nowinę, bo zakładaliśmy, że poczekamy z tym chociaż pół roku, a mianowicie - byłam w ciąży.

Po ślubie odstawiłam tabletki, żeby mój organizm odreagował przez kilka miesięcy i „oczyścił się”, ale widocznie byliśmy za mało ostrożni, albo za bardzo… hmmm… napaleni.

Cokolwiek to było, stało się i zamierzaliśmy się z tego cieszyć.

Efektem tej „wpadki” był Andrew Philision, nasz synek, który urodził się bez komplikacji równo dziesięć miesięcy po naszym ślubie.

Cichy był wniebowzięty.

Ja też.

Cztery lata po tych wydarzeniach widziałam, jak bardzo mój synek wrodził się w tatę, bo uwielbiał łobuzować, miał taki sam zniewalający uśmieszek Niegrzecznego Chłopca, czarne włosy i piękne usta.

Tylko kolor oczu miał po mnie.

I te cztery lata były bardzo pracowite, pełne wydarzeń, ale normalne.

Jak każdej rozwijającej się rodziny.

A ja parę tygodni temu zdałam ostatnie egzaminy na studiach i oficjalnie zostałam lekarzem pediatrą.

Lekarzem wszystkich dzieci moich przyjaciółek byłam już wcześniej.

Tak to działało.

Sophie w ten czy inny sposób „załatwiała” nam domy lub je remontowała, Sonija pomagała je umeblować, Maggie i Alice zajmowały się naszymi finansami, a Eva nam matkowała.

Więc logiczne było to, że ja zajmowałam się zdrowiem wszystkich dzieci.

Myśląc o tym weszłam ostrożnie do pokoju bliźniaków, które były o rok młodsze od Andy’ego, a Sophie powiedziała mi przez telefon, że miały dziwną wysypkę i gorączkę.

Zastanawiałam się, czy powinnam ich odwiedzać osobiście.

Martwiłam się, na co mogli chorować, bo… hmmm… byłam w ciąży.

Tym razem zaplanowanej.

Był to dopiero drugi miesiąc, więc nie powiedziałam jeszcze o tym nikomu oprócz cioteczki Thelmy, co zrobiliśmy razem z Cichym zaraz następnego dnia po potwierdzeniu tego u lekarza.

Nawet moja siostra nie wiedziała.

Z opisu, jaki przekazała mi przez telefon Sophie wynikało, że bliźniaki mogły być chore na ospę wietrzna, chociaż byłam prawie pewna, że jej dzieci były zaszczepione na wszystko, na co mogły być.

Oczywiście, mogłam się mylić.

Zatrzymałam się tuż za progiem pokoju dzieci i, nie podchodząc bliżej, skinęłam głową Sophie, która natychmiast podniosła się z wygodnego fotela, który stał przy łóżeczku Anthony’ego.

Albert miał swój pokój, ale chłopcy bardzo lubili być razem, więc chwilowo drugi z pokoi Sophie i Alex przeznaczyli na taki do zabawy i nauki.

Może kiedyś, jak bliźniaki zechcą, rozdzielą ich na stałe.

- Hej - moja przyjaciółka podeszła do mnie z cichym powitaniem, ale była tak zmartwiona, że, na szczęście, nie uściskała mnie, ani nie chciała ucałować, jak zwykle się witałyśmy - śpią, ale nie wiem…

- Wyjdźmy - powiedziałam do niej cicho, żeby jej wytłumaczyć moje obawy poza pokojem chłopców.

- Och, Aniu - szepnęła Sophie z wyraźnym zmartwieniem w głosie - Zwykle są tacy pogodni, rozbiegani, a teraz tylko śpią.

Popatrzyłam na nią czule, bo jej dzieci były bardzo aktywne i potrafiły dać się we znaki, ale ona to uwielbiała.

Wynajdowała im zawsze mnóstwo zajęć, jeździła z nimi na treningi, basen, na wszelkie dodatkowe zajęcia, jakie tylko mogła im wynaleźć, a oni polubili.

Miała zawsze dla nich czas i siłę.

Była wspaniałą mamą.

Wypytałam ją o objawy, powiedziałam o swoich podejrzeniach i dowiedziałam się, że opuścili szczepienie przeciw ospie wietrznej, bo chorowali, a potem wyjechali całą rodziną na wakacje.

Więc to mogła być ospa.

Westchnęłam.

Alex zrezygnował z pracy w straży, Sophie oddała wilczą część pracy swojemu współpracownikowi, więc oboje zajmowali się domem i dziećmi w równym stopniu, ale było to frustrujące dla ich przyjaciół, bo wyjeżdżali w najmniej spodziewanych terminach.

Ale, cokolwiek.

Powiedziałam jej więc o mojej ciąży i o tym, że nie będę mogła osobiście zobaczyć jej synków, a także o tym, że choroba jest bardzo zaraźliwa, więc musi ograniczyć kontakty z rodziną i znajomymi przynajmniej na kolejny tydzień.

Z mojej ciąży Sophie się ucieszyła, ale zrobiła to cicho jak na nią, bo nadal stałyśmy obok drzwi do pokoju jej synków, a w następnej sekundzie się wystraszyła i odskoczyła ode mnie na dwa kroki, kiedy sobie uświadomiła, że naraża mnie na wirusy.

Uspokoiłam ją, że ja byłam zaszczepiona.

Nadal nie było to dla mnie bezpieczne.

Dałam jej zalecenia co do postępowania z dziećmi, wypisałam na kartce leki łagodzące swędzenie i gorączkę, a potem poszłam do bawialni, a ona wróciła do bliźniaków.

Wstąpiłam do łazienki i umyłam starannie ręce, zanim przyłączyłam do Alexa i dzieci w bawialni.

Nasze dzieci lubiły się, jak dzieci wszystkich naszych przyjaciół.

Często wymienialiśmy się opieką lub spotykali się przy różnych okazjach.

Najpewniej czułyśmy się, jeśli z dziećmi była Marie, przybrana córka Evy i Jimmy’ego, bo była opiekuńcza i uważna, ale zarówno Matt, Bert, jak i nasz Johnny w razie potrzeby potrafili zaopiekować się dziećmi.

Johnny jednak najbardziej lubił pracę w warsztacie samochodowym, co robił teraz, w piątkowe popołudnie z wujkiem Driverem.

Cichy jakoś dziwnie zaciskał zęby, kiedy dowiadywał się, że pracowali razem nad jakimś pojazdem.

Ja jednak im ufałam.

Marty należał do naszych przyjaciół, a wszyscy nasi przyjaciele byli dobrzy, nawet ci faceci, którzy byli Niegrzecznymi Chłopcami.

A Johnny skończył właśnie szesnaście lat, zdobył prawo jazdy i Cichy z Driverem rozmawiali z nim o tym, jaki chciałby mieć z tej okazji samochód.

Co normalnie zrobiłby tata, kiedy jego syn skończyłby szesnaście lat.

Jednak wydawało mi się, że Cichy wolałby jakiś bezpieczny samochód, a podejrzewałam, że Johnny i Driver naprawiali w warsztacie taki nieco szybszy i niekoniecznie całkiem bezpieczny.

Wujek Marty był idolem Johnny’ego od dwóch lat, więc, chociaż nas kochał i słuchał, to raczej dokończyłby to, co z nim zaczął.

Więc musieliśmy uzbroić się w cierpliwość i dopiero, jak ujawni swoje plany, spróbować mu wyjaśnić nasze obawy.

Tak działały normalne rodziny.

*****

Filip

Siedem miesięcy później

Filip stał w sali szpitalnej i nie wiedział, która z ich była piękniejsza.

Trzymał na rękach swoją nowo narodzoną córeczkę i patrzył na swoją zmęczoną, ale szczęśliwą żonę.

Jego dwie piękności.

Przy jego boku stali ich synowie, Johnny i Andy, i oni również mieli zachwyt na twarzach.

- Jest taka piękna - szepnął Filip do Ani, a potem przysiadł bokiem na łóżku i spojrzał na chłopców - To jak będzie miała na imię? - zapytał.

- Bella - rzucił Johnny, wpasowując się natychmiast w cichy i łagodny ton, jakim mówił jego przybrany tata - albo Madison.

- Ale… - szepnęła Ania, zamilkła i zassała wargi między zębami.

- Ania - cicho zawołał Andy, wyraźnie przejęty tym, że jego mała siostrzyczka spała w ramionach taty - Eva, Sophie, Maggie…

- Tyle imion dla takiego maleństwa? - zaśmiał się Filip.

Ania spojrzała na niego, jakby wiedziała, co chciał powiedzieć, ale nie odezwała się, być może zbyt zmęczona, by w danej chwili myśleć o tym, o czym już kiedyś mówili.

Że te imiona mogły nosić w przyszłości ich kolejne dzieci.

- Zostawimy mamę, żeby mogła przyjąć innych gości? - Filip zapytał synów, a oni zgodzili się niechętnie.

Filip odłożył córeczkę do łóżeczka i odwrócił się do swojej rodziny.

- Wrócę do domu jutro albo pojutrze - obiecała synom Ania - Jak tylko mi pozwolą. Naszykujcie dla siostry pokój.

Andy poderwał głowę, dumny, że zleciła im tak ważne zadanie i przytaknął z zapałem, ale Johnny spojrzał tylko z uśmieszkiem na tatę, bo doskonale wiedział, że pokój dla ich małej siostrzyczki był przyszykowany, bo robili to we dwóch od tygodni, a potem obaj ich synowie pożegnali się, całując Anię w policzek i wyszli.

Johnny opiekuńczo objął ramieniem plecy Andy’ego i spojrzał na Filipa porozumiewawczo, więc rodzice widzieli, że zajmie się bratem.

Filip został pół minuty dłużej.

- Kogo chcesz zobaczyć najpierw? - spytał, bo oboje wiedzieli bez sprawdzania, że w poczekalni był tłum ich przyjaciół, którzy chcieli powitać na tym świecie ich córkę.

- Czy może mieć na imię Magdalena Jenny? - spytała Ania, ale dobrze wiedział, że on zgodziłby się na wszystko, o co tylko by poprosiła.

- Tak - mruknął, wziął jej rękę w swoje dłonie, pocałował obrączkę na jej palcu i zapytał - Więc najpierw Maggie i David?

- Cóż, myślę, że najpierw Jenny - westchnęła Ania, bo jej siostra też tam była, a poczułaby się urażona, jeśli nie zobaczyłaby małej siostrzenicy przed innymi.

- Okej - mruknął Filip - To następni Maggie i David.

- Tak - Ania zgodziła się i uśmiechnęła do męża, a potem wsunęła dłoń we w jego włosy, jak zwykle związane w kitkę, bo lubiła je i często to okazywała, rozpuszczając je, kiedy tylko zostawali sami.

Filip poczuł, jak jej szczupłe palce czule i delikatnie przesiewały jego włosy, a potem pieszczotliwie pogładziły jego ramię i poczuł to do głębi swoich wnętrzności.

- Dziękuję ci, Skarbie - powiedział cicho, schrypniętym z emocji głosem, wciąż przyciskając jej drugą dłoń do ust i patrząc w jej oczy - Jest równie piękna jak ty.

Popatrzyła na niego z uczuciem.

- To ja ci dziękuję, Cichy - wymruczała - Za normalne, spokojne życie.

- Ta - mruknął Filip i uśmiechnął się do swojej żony - …za to też.

Jego spokojne, normalne życie w danym dniu obejmowało szaleńczą jazdę jego nowym pickupem, Toyotą Hilux, do kupna którego namówiła go Ania, a właściwie namawiała go przez ostatni rok, a potem powiedziała, że sama go mu kupi.

Więc dla świętego spokoju, pojechał i kupił go z nią, żeby mieć wpływ na wyposażenie swojego nowego samochodu.

Co nie zmieniało faktu, że jadąc do niej do szpitala po tym, jak zadzwoniła, że zaczęła rodzić, przekroczył dozwoloną prędkość w przynajmniej dwóch miejscach na głównych ulicach SLC.

Musiał to zrobić, bo tego dnia pracował w drugim końcu miasta i nie miał możliwości wykręcenia się od tej pracy, chociaż starał się wszystko ustawić tak, żeby w tych tygodniach pracować z domu.

Ciągły napływ nowych klientów powinien go cieszyć, bo to znaczyło, że ludzie go doceniali i polecali sobie wzajemnie, ale to oznaczało też, że miał mało czasu dla swojej rodziny.

Ale Ania się pospieszyła, albo ich córka się pospieszyła i poród zaczął się o dzień lub dwa wcześniej, niż to się zapowiadało.

Dobrze się składało, że mieli jednego prawie dorosłego syna, który umiał zająć się tym młodszym i był odpowiedzialny, więc można mu było zaufać.

Johnny przywiózł Andy’ego do szpitala swoim przechodzonym, czarnym Mustangiem GT, chociaż Filip nie lubił, jak obaj jego synowie jeździli tym sportowym autem, które Johnny przerobił na spółkę z Driverem, więc Filip wolał sobie nie wyobrażać, co to diabelstwo miało pod maską.

Ale jak do tej pory, po rozmowie głównie z Anią, a tylko trochę z Filipem, Johnny jeździł odpowiedzialnie, a przynajmniej jeździł tak z tego, co wiedzieli o tym jego przybrani rodzice.

Ale Ania się nie myliła.

Mieli normalne życie, spokojne na tyle, na ile zwykle bywało życie normalnych rodzin.

Więc tak.

Miał za co dziękować.

Za normalność.

I za rodzinę.

*****

Miesiąc później

Filip wszedł po schodach ich domu, gasząc kolejne światła, a potem skierował się w stronę sypialni po tym, jak obszedł cały parter, wyłączył światła i zabezpieczył drzwi i okna.

Pracował głównie ze swojego biura, ale czasami zdarzały mu się wyjazdy do klientów, chociaż mógł teraz przebierać i wybrzydzać, więc, oprócz wyjazdów do San Jose, nie brał zleceń, które odrywałyby go od rodziny.

Ania pracowała w swoim gabinecie lekarskim, który na czas jej „macierzyńskiego” był w ich domu, ale miała też gabinet wynajęty w centrum miasta i dyżury w szpitalu pediatrycznym, zanim urodziła ich córkę.

 Miesiąc po porodzie nadal pracowała na zwolnionych obrotach, chociaż nie zrezygnowała z pracy całkowicie, jak chciałby Filip, żeby się nie przepracowywała.

Lubiła to.

Dziećmi zajmowali się wspólnie, więc teraz też Filip zajrzał najpierw do Andy’ego, który spał w swoim łóżeczku, leżąc na brzuchu z przytuloną do buzi niczym poduszka swoją ulubioną pluszową maskotką czarnego smoka z filmu Jak Wytresować Smoka.

Filip poprawił kołderkę na ramionach syna i cicho wyszedł, przymykając drzwi tak, żeby Nessie mogła przez nie swobodnie przejść, krążąc między pokojami a kuchnią, gdzie stała jej miska i pomieszczeniem gospodarczym, gdzie stała jej kuweta.

Johnny był u kolegi, a Filip zastanawiał się nad założeniem elektronicznego alkomatu przy zapłonie jego Mustanga, bo nie podejrzewał, żeby takie spotkania były bezalkoholowe, chociaż chłopcy nie byli jeszcze w odpowiednim wieku, by pić alkohol.

Chociaż to mogłoby być bezpośrednim i jawnym wykazaniem się brakiem jego zaufania do odpowiedzialności ich starszego syna.

A tego nie chciał robić.

Ania układała Lenę do snu w jej pokoiku, więc niedługo Filip miałby swoją żonę dla siebie.

Zainstalował w pokoju ich córki elektroniczną nianię, więc mogli spać u siebie, a i tak słyszeli wszystko, co działo się w pokoju ich córeczki.

Nessie tam nie wchodziła, bo miała zakaz, ale również sama się tam jeszcze nie wybierała, bo aktualnie była w fazie uwielbienia dla Andy’ego, który najrzadziej ją „zdradzał”, opuszczając ją i zostawiając samą w domu.

Opiekunowie przy nim się zmieniali.

Filip zgasił lampy w korytarzu i wszedł do ich apartamentu małżeńskiego.

Cholera.

Nadal życie w tak dużej przestrzeni było dla niego dziwne i niekomfortowe, chociaż Ania zrobiła wszystko, co mogła, by złagodzić jej ogrom, przez podzielenie największej przestrzeni na segmenty półściankami działowymi.

Jeden z segmentów wypełniała biblioteczka i dwoma wygodnymi, miękkimi fotelami, stojącym między nimi stolikiem i lampą.

Lubili tam siedzieć z dziećmi na kolanach i czytać na głos lub po cichu, kiedy Johnny był młodszy, a potem tylko z Andym, ale też zdarzało się, że siedzieli tam we dwójkę, a nawet Filip czasem zabierał tam swój laptop, by dokończyć pracę, kiedy Ania czytała.

To było miejsce do przebywania razem i wyciszania się.

Korzystali z niego bardzo często, kiedy Ania się uczyła i siadała tam, a oni, jej chłopaki, starali się jej nie przeszkadzać.

Druga część była telewizyjna, bo Ania nie zgodziła się na zamocowanie telewizora na ścianie naprzeciwko nóg ich łóżka.

Nie chciała, by w części do wypoczynku była elektronika.

Mieli więc wydzielone miejsce w ich sypialni na obejrzenie filmu we dwójkę przed snem, z kanapą narożną, ale z koniecznością przeniesienia się do łóżka na czas spania.

Filip nie wiedział, czemu Ania upierała się, bo rozdzielić te miejsca, ale zgodził się na jej pomysł, a potem nigdy nie żałował.

Zwłaszcza, że to dało dodatkową przestrzeń dla ich kreatywnego seksu.

Taką przestrzeń do urozmaicenia seksu zresztą wykorzystywali również w garderobie i łazience, które też były większe niż w jego pierwszym domu i miały duże, mocne blaty: łazienka wokół umywalek, a garderoba wokół toaletki Ani, naprzeciwko lustra.

Zanim Filip wszedł do właściwej sypialni, musiał przejść przez część wspólną, a potem wszedłby przez rozsuwane drzwi, by obejrzeć swoją żonę już przebraną w seksowną satynową koszulkę nocną, w jakich zwykle sypiała.

W części wspólnej powiesili na ścianie obraz, który dostali od Alexa i Sophie jako prezent ślubny.

Ich portret.

Alex namalował to czerpiąc z jednego ze zdjęć, które zrobiono im w czasie ich ślubu, ale zrobił to we wręcz niesamowity sposób, który Filip podziwiał za każdym razem, kiedy spojrzał na ten obraz.

Był to kwadrat o bokach półmetrowych, obramowanych cienko ciemnym drewnem.

Przedstawiał twarze Ani i Filipa i właściwie nic więcej.

Patrzyli wówczas przed siebie, na tego, kto zrobił to zdjęcie, ale Alex namalował ich oczy tak, że oglądającemu zdawało się, że oboje zezują na siebie, jakby nie mogli oderwać od siebie wzroku.

Było widać, że przyciąga ich do siebie coś niebywale silnego.

Nad ich głowami był zarys kwiatów orlika, a ich ramiona były w kolorach ubrań, jakie wtedy mieli na sobie, ale wyraźne były tylko ich twarze i z całego obrazu emanowała ich miłość i spokój.

To właśnie Filip najbardziej lubił w tym obrazie: spokój i pewność, że będzie dobrze.

Mieli przyszłość.

Zamykając drzwi ich sypialni, Filip zostawił za sobą myśli o wszystkim innym poza jego piękną żoną i spodziewanej rozkoszy, jaką miała mu dać.

Bo przyjrzał się strojowi Ani.

Jezu!

Po ślubie jego żona kupiła kilka koszulek nocnych i czasem uzupełniała sobie ich kolekcję, a każda była seksowna i Filip je uwielbiał.

Od czasu urodzenia się Lenki nie pieprzyli się, nie robili niczego poza łagodnym, delikatnym seksem, który Filip nazywał słodkim, ale od którego na dłuższą metę mogli dostać mdłości.

Więc tak, to był czas na odmianę.

Ania na ich łóżku właśnie teraz oprócz nowej, czarnej, koronkowej, na wpół prześwitującej koszulki nocnej miała na sobie pończochy samonośne typu kabaretki, czarne stringi i… atłasową, czarną obróżkę ze srebrnym łańcuszkiem, który zwieszał się między jej piersiami.

Kurwa!

Jaka piękna.

Filip nie zatrzymał się ani na sekundę, ale poczuł, jak kutas stopniowo coraz bardziej uwierał go w spodniach.

Jego Ania chciała tego!

Idąc od drzwi w stronę łóżka i nie odrywając oczu od żony, Filip zdejmował z siebie kolejne warstwy ubrania.

- Uklęknij na środku z kolanami szeroko i połóż dłonie na głowie - rozkazał.

A potem, wszedł kolanami na łóżko i, mówiąc jej stopniowo, co miała zrobić, zaczął ją uczyć tego, jaki fantastyczny mógł być seks w relacji dominacja/uległość.

Tym razem on był dominujący.

Lubił ją uczyć.

Tak też mogli się czasem bawić.

A czasem Ania będzie dominowała.

Jak każde partnerskie, normalne małżeństwo.

*****

Godzinę później

- Dziękuję, Skarbie - mruknął Filip do ucha swojej Ani, kiedy leżeli wtuleni w siebie i zasypiali po ich wzlotach.

Sypiali zawsze w tej samej pozycji i to się nie zmieniało, nawet, jak Ani brzuch stawał się duży i musiała go opierać na boku Filipa.

Jej głowa spoczywała na jego ramieniu, czasem bardziej na jego klatce piersiowej, a jego ramię owijało ją za plecami.

- Nie ma za co, Cichy - mruknęła sennie Ania - Ja też sobie trochę wzięłam.

Tak, zauważył to.

- Za twój pomysł… - odparł Filip, uśmiechając się lekko - za to, że ciągle mnie zaskakujesz swoją chęcią uczenia się.

- Lubię się z tobą uczyć - wymamrotała - Mówiłam ci. Nie pozwól mi odejść.

Filip zaśmiał się.

Tak, o to chodziło.

Mieli ciągle coś, co przypominało im, dlaczego chcieli być razem.

I to się im nie nudziło.

- Nigdy nie pozwolę ci odejść - szepnął, przyciągnął ją głębiej w swoje ramiona i pocałował czubek jej głowy - Dobranoc.

- Dobranoc - odszepnęła Ania.

I zasnęli.

Normalnie.

 


 hej, jeśli ktoś sądzi, że moje książki mogłyby zostać wydane, zapraszam do głosowania na nie na www.wattpad.com

 

#####

 

Wszystkie nazwiska, postacie i zdarzenia są fikcją, wytworem wyobraźni autorki.

Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń lub osób, żywych lub zmarłych, jest przypadkowe.

 

#####

 

Dla fanów - niespodzianka. Zapraszam na jutro:

Na tym blogu czeka Was bonus od Kirsten Ashley - Merry and Bright.


Zapraszam do lektury następnej z moich książek na https://www.wattpad.com/user/Moniqueromans 

 

#####

 

dziękuję

Monique.1.b

https://www.paypal.com/paypalme/Monique1b?country.x=PL&locale.x=pl_PL


 

Również książki Kristen Ashley do poczytania na:

 

Seria Rock Chick: https://doci.pl/Monique-1-b/seria-rock-chic+dscensn

Córka Gliniarza

Zmysłowy Anioł Stróż

Od Pierwszego Wejrzenia

Zabójczy Kusiciel

Rewanż

Porachunki

Skrucha

Rewolucja

Przebudzenie (0,5)

Odrodzenie

 

Seria Miasteczko: https://doci.pl/Monique-1-b/miasteczko+devm885

Dla Ciebie

W Pokoju

Złoty szlak

*Gra Serca (tłumaczenie w przygotowaniu)

*The Promise

*Hold On

 

Seria Chaos: https://doci.pl/Monique-1-b/chaos+desxmm1

Na Skrzydłach Wiatru

Fire Inside

*Ride Steady (tłumaczenie w przygotowaniu)

*Walk Through Fire

*A Christmas to Remember

*Rough Ride

*Wild Like the Wind

*Free

*Wild Fire

*Wild Wind

 

Seria Colorado Mountain: https://doci.pl/Monique-1-b/colorado-mountain+dexns8e

Hazard

Słodkich Snów

Pani Szczęście

Oddychaj

*Jagged

Kalejdoskop

Nagroda

 

Dream Man Series: https://doci.pl/Monique-1-b/seria-mczyzna+dscenxe

Mystery Man

Wild Man

Law Man

Motorcycle Man

 

Dream Team Series: https://doci.pl/Monique-1-b/dream-team+denenxe

Cichy Mężczyzna

Dream Maker

Dream Chaser

Dream Keeper

Dream Spinner

 

Tych z * jeszcze nie tłumaczyłam ;)

 

4 komentarze: