piątek, 8 lipca 2022

Prolog - Nowe miejsce

 

Prolog

Nowe miejsce

Alba

 

 

Salt Lake City

Wychowałam się na serii Ani Lucy Maud Montgomery, a potem na książkach Jane Austen, więc tak, jestem Niepoprawną Romantyczką i zawsze wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia.

Ale to nie była miłość.

Po raz pierwszy zobaczyłam go w Boże Narodzenie, na ślubie mojego znajomego, Davida Lichtwitz’a, i od razu mnie zafascynował.

Więc fascynacja.

Zaraz wam powiem dlaczego.

Stałam przy ścianie udekorowanej na biało niebiesko sali, w której była naprawdę niewielka grupka bliskich im osób, wśród których nie było ich rodzin i patrzyłam wraz ze wszystkimi obecnymi na pannę młodą w błękitnej sukni z białym wykończeniem, idącą samotnie przejściem między ławkami w stronę urzędnika, przy którym stał jej wybranek, ubrany w ciemnoszary garnitur, białą koszulę i srebrny krawat w niebieskie prążki, a przy nim jego drużbowie.

David był tylko moim kumplem z pracy, nie przyjacielem i był raczej duży.

Zdecydowanie dominował w tamtym miejscu.

Może nie był super wysoki, ale był wyższy ode mnie o jakieś dziesięć, dwanaście centymetrów, bo ja mam zaledwie metr sześćdziesiąt pięć.

Ważniejsze było to, że był duży również wszerz, masywny i ciemny, bo z brązowymi, krótko obciętymi włosami, brodą i wąsami, ciemną cerą oraz ciemną oprawą brązowych oczu.

Był również szeroki w barach i umięśniony, taki zbity w sobie.

Jak Człowiek Skała.

Początkowo bałam się go, ze względu na wyraz jego twarzy.

Twardy i ponury.

Może nie bałam się go tak, jakby mnie przerażał, ale była ostrożna, bo na pewno zaliczałam go do grupy Niebezpiecznych Facetów, przed którymi należy trzymać się na baczności.

Miałam taką kategorię ludzi i nie byli to wyłącznie mężczyźni.

Ludzie, przed którymi należało mieć się na baczności.

Ale ostatnio David trochę się zmienił w obyciu i mimice, jakby złagodniał i wypogodził się.

Przyczyna jego zmiany, z tego, co usłyszałam od innych, właśnie wtedy, kiedy o tym myślałam, zbliżyła się do niego i oddała swój bukiet z białych i niebieskich jaskrów swojej pierwszej druhnie, żeby podać obie dłonie Davidowi i, zadzierając głowę, spojrzeć mu prosto w oczy.

Maggie.

Wyglądali razem niesamowicie, bo ona była naprawdę malutka, nawet mniejsza ode mnie.

Miała co najwyżej metr sześćdziesiąt wzrostu.

A na dodatek była zgrabną blondynką i to bardzo słodką, delikatną i kruchą.

Jej twarzyczka, właśnie podniesiona wysoko, kiedy patrzyła z czułym wyrazem w jego ciemne oczy, też była blada, drobna, z wielkimi, niebieskimi oczami i dużymi, różowymi, miękkimi ustami.

Absolutne przeciwieństwo jej Już-Wkrótce-Męża.

Kiedy później składali sobie przysięgę dozgonnej miłości i wierności przed urzędnikiem i niezbyt licznie zgromadzonymi ludźmi, słuchałam ich jednym uchem i jednocześnie rozglądałam się dyskretnie po całej sali.

Nawyk.

Wtedy go zobaczyłam.

O, Matko!

Ten, który zwrócił moją uwagę, był dość niski, jak na mężczyznę, bo tak na oko zaledwie jakieś pięć, siedem centymetrów wyższy ode mnie i bardzo szczupły, wręcz chudy.

Bardzo pociągająco intrygujący, może Niegrzeczny Chłopiec.

Zdecydowanie Niebezpieczny Facet.

Typowy NF!

Miał brązowe, długie, lekko falujące włosy, które były związane w kucyk.

Nie miał zarostu, ale nie był gładko ogolony nawet na taką uroczystość i na szczęce było widać czarny, interesujący cień.

Nie patrzył na nikogo wprost, ale tak jakoś ze skosu, z opuszczoną brodą, a zwrócił moją uwagę, bo chował się z tyłu i z boku sali, pod ścianą.

Tak, jak ja.

Był na ślubie, ale nie miał na sobie garnituru, tylko czarną, skórzaną kurtkę, która była rozpięta, więc było widać skrywany pod nią zwykły, czarny t-shirt, a na nogach miał czarne sportowe buty i granatowe dżinsy.

Po lekturze wielu książek, umiałam rozpoznać Niegrzecznego Chłopca, bo zawsze ich szukałam w otoczeniu.

On taki właśnie był.

Jakby wyszedł z książki.

I wyglądał, jakby mu nie zależało na nikim, na niczyjej opinii.

Tak, jak mnie.

Ja miałam na sobie prostą, codzienną, szarą, ołówkową sukienkę z długimi rękawami, za kolana, prawie bez dekoltu, którą włożyłam wyłącznie po to, żeby nie wyróżniać się z tłumu, bo nie nosiłam sukienek na co dzień.

Nie miałam żadnej biżuterii, a i buty miałam czarne, bez obcasów.

Płaszcz zostawiłam na wieszaku w szatni, chociaż wolałabym mieć go ze sobą, żeby móc szybko wyjść.

Włosów nie uczesałam jakoś specjalnie, ani nie miałam makijażu.

Bardzo starałam się nie przyglądać temu NC, ale spojrzałam na niego chyba o sekundę za długo, bo, odwracając wzrok, złapałam jego uważne spojrzenie, skierowane wprost na mnie.

Zwykle nikt na mnie nie patrzył.

Umiałam nie zwracać na siebie uwagi.

Ukrywać się.

Ten mężczyzna jednak mnie zauważył, co mnie dodatkowo zaniepokoiło, bo już wcześniej zdenerwowało mnie coś nieokreślonego w jego wyglądzie, sposobie bycia, postawie i wyrazie twarzy.

Było w nim coś intrygującego.

Na jego widok przez moją skórę przemknął dreszcz niczym słabe porażenie prądem elektrycznym.

Nie rozumiałam tego.

Ale przez lata uciekania nauczyłam się odróżniać ludzi, przed którymi musiałam się kryć od takich, którym mogłam trochę zaufać.

Tylko trochę, bo nie ufałam nikomu.

Nie mogłam.

Ten mężczyzna tak bardzo należał do kategorii NF, że, nie wiedząc co z tym zrobić, zaliczyłam go do takich, przed którymi powinnam mieć się na baczności.

Musiałam się ukryć.

Więc zeszłam mu z drogi.

Tak szybko, jak tylko mogłam.

*****

To ja.

Alba Rodriguez.

Od pięciu lat podróżuję po całych Stanach.

Mam dwadzieścia pięć lat, nie jestem bardzo wysoka, może średnia i jestem raczej szczupła.

Reszta się zmienia.

Nowe miejsce, nowa ja.

Taką mam zasadę.

Przyjechałam tu z północy.

Kiedy tylko wjechałam do Salt Lake City, z miejsca, na pierwszy rzut oka, pomyślałam, że mogłabym tu zostać przynajmniej przez rok.

Osiedlić się.

Przy okazji ukryć się.

Bo było to duże miasto, dużo ludzi, którzy się nie znali, duża rotacja na stanowiskach, na które mogłabym aplikować.

Nie było to idealne miasto, ale nigdzie nie było idealnie.

Bezpiecznie.

Nie na dłuższą metę.

Miałam dyplom, odpowiednie certyfikaty ukończonych kursów i mogłam pracować w straży lub innych służbach ratowniczych, więc, zanim jeszcze postanowiłam przyjechać do Salt Lake City, poszukałam w Internecie informacji o wakatach w różnych miejscach.

Tak właściwie SLC było ślepym fartem, przypadkiem w mojej drodze z północy na południe.

Szukali strażaka na zastępstwo na czas określony w Fire Station 13.

Dla mnie w sam raz.

Więc prosto z drogi, jeszcze przed znalezieniem mieszkania, pojechałam tam, by zapytać o możliwość zatrudnienia.

Drogę do FS 13 również znalazłam na mapie w Internecie.

Ta remiza mieściła się w niewielkim budynku, który miał wygląd nawet bardziej klasyczny niż znane mi z innych miast.

Może widywałam takie w małych miasteczkach.

Był to oddzielny, piętrowy budynek.

Miał ściany w kolorze ceglasto czerwonym, z szarymi wykończeniami, spadzisty dach i duże, brązowe wrota do garażu.

Ich nieduży, starannie utrzymany parking był otoczony zielenią, mieścił się na tyłach i nie był widoczny z ulicy, co uznałam za plus.

Od razu tam właśnie podjechałam i uznałam, że mogłam tam zaparkować, skoro chciałam tam pracować.

Zamknęłam mojego brudnego, ciemnozielonego, starego, poobijanego i rdzewiejącego Dodge’a Charger’a z 1999 roku na klucz, bo może nie zależało mi na tym wraku, ale miałam w nim cały mój niewielki dobytek.

Przeszłam dookoła budynku na front, gdzie było wejście, przyglądając się dyskretnie okolicy zza tanich okularów przeciwsłonecznych, które włożyłam na nos, kiedy tylko wysiadłam z samochodu.

Weszłam przez otwarte szeroko drzwi garażowe, przesuwając do przodu torebkę, którą przewiesiłam na prawym ramieniu, skosem przez klatkę piersiową i na lewe biodro, a potem schowałam do niej kluczyki od auta, nie patrząc na to, co robiłam.

Rozglądałam się.

Jak w większości remiz, również i w tej na parterze znajdował się garaż z dwoma czerwonymi wozami strażackimi i mniejszym, nowszym samochodem ratunkowym, a wewnątrz garażu, z tyłu, były proste schody prowadzące na piętro.

Kiedy weszłam to, chociaż kręciło się tam kilku zapracowanych facetów, nikt się mną nie zainteresował, co również uznałam za plus, chociaż to mogło świadczyć o słabych zabezpieczeniach.

Znalazłam w środku kogoś, kogo zapytałam o drogę, weszłam na piętro, zobaczyłam pustą, dużą salę wspólną ze stołem, kanapą, aneksem kuchennym oraz piłkarzykami i drzwi do kilku pokoi i/lub łazienek po bokach, a potem znalazłam odpowiedni gabinet, kapitana i porozmawiałam z nim.

Kapitan nazywał się Olgierd Smith i był szczupłym, nieco starszym, wysokim i wysportowanym facetem z siwiejącymi na skroniach, blond włosami i szarymi, badawczo przyglądającymi mi się oczami, które były otoczone drobnymi zmarszczkami.

Biła od niego powaga, surowość i dyscyplina.

Pomimo tej badawczości podobał mi się, bo wzbudzał zaufanie.

A poza tym nie zapytał mnie o nic osobistego, a jedynie o moje doświadczenie zawodowe i umiejętności.

Zostałam przyjęta tego dnia od ręki, po krótkiej rozmowie (szczęśliwie miałam przy sobie wszystkie niezbędne dokumenty), na okres próbny trzech tygodni, zapoznałam się z ich grafikiem pracy w systemie dwanaście na dwadzieścia cztery i tak to się zaczęło.

Jedyny problem miałam z podaniem mu numeru mojego telefonu do akt.

To był mój problem, więc się spięłam.

Ale opanowałam się, postarałam rozluźnić i podałam go.

Było oczywiste, że kapitan musiał go mieć zapisanego, gdybym była potrzebna w nagłych przypadkach.

To było prawie dziewięć miesięcy temu.

Od razu na początku dowiedziałam się, że od jakiegoś miesiąca pracowali w niepełnym składzie, bo jeden z nich miał poważny wypadek.

Od tego czasu pracowałam z nimi, poznałam zespół, który jeździł jednym wozem, ale czasem pracowałam z innymi zespołami.

Przyjęli mnie bardzo ciepło, chociaż obserwowali, co umiałam.

Było to zrozumiałe i nie czułam, żeby to było dlatego, że byłam kobietą.

Może musieli nieco dostosować remizę, bo wydzielili tylko dla mnie małą łazienkę z prysznicem, którą można było zamknąć, kiedy kąpałam się po akcjach, a także jeden pokój rekreacyjny z łóżkiem, na którym mogłam odespać, jeśli byłaby konieczność wzięcia dłuższego dyżuru, ale to były jedyne problemy.

Logistyczne.

Nie miałam problemów z ich akceptacją.

Po okresie próbnym stałam się jedną z nich, zwłaszcza, kiedy przekonali się, że nie jestem słaba i nie trzeba było mnie niańczyć.

Poczułam to i osiedliłam się.

Co było niebezpieczne.

Powinnam zachować czujność i nie powinnam się przyzwyczajać.

Ale było mi dobrze.

Moje dni zajmowała mi praca w straży, mieszkanie, a właściwie nocowanie w nim i jedzenie, a także książki.

To była moja słabość.

Kochałam książki i iluzje, jakie z nich miałam.

Ułudne wrażenie możliwości zdobycia szczęścia, rodziny, bezpieczeństwa.

Może nawet miłości.

Więc czytałam książki namiętnie w każdej wolnej chwili.

Chociaż nie mogłam ich mieć na własność.

Przenosiłam się z miejsca na miejsce często i zwykle szybko, bardzo szybko, więc nie mogłabym zabierać ich ze sobą.

Dlatego zwykle korzystałam z bibliotek miejskich.

Znalazłam taką w Salt Lake City od razu na drugi dzień po znalezieniu pracy i mieszkania.

Była wspaniała.

Biblioteka Publiczna Salt Lake City mieściła się w wielkim, modernistycznym budynku, który miał duży parking podziemny i był otoczony przez wspaniały, chociaż nie rozległy, park miejski z licznymi barami, fastfoodami i kawiarenkami.

Spędzałam tam dużo czasu przez te wszystkie miesiące: w letnie dni na dworze, a zimą w budynku.

Było mi tam lepiej niż w mieszkaniu.

Bowiem wynajmowane przeze mnie mieszkanie było maleńką, duszną i ciemną klitką z jedną mini-sypialnią, aneksem kuchennym w salonie/jadalni, bez porządnej łazienki, z wejściem z brudnego, smrodliwego korytarza wspólnego i bez garażu pod budynkiem.

Co prawda akurat na garażu mi nie zależało, bo szybciej można było wyjechać, jeśli samochód stał na ulicy, a i tak mój samochód nie był wart więcej niż porządne ubranie.

Oczywiście, nie to, żebym miała jakieś porządne ubranie.

Więc tym bardziej lubiłam spędzać czas w bibliotece lub niedaleko niej.

Raz na miesiąc, a może trochę rzadziej, jechałam swoim rozklekotanym Charger’em w daleką, kilkusetkilometrową wycieczkę, żeby skontaktować się ze swoim starym życiem, a raczej jego pozostałościami.

Życie, jakie tutaj toczyłam, spodobało mi się na tyle, że zaczęłam się rozglądać, osiedlać i oswajać.

Może, jak wiedziałam z doświadczenia, nie powinnam.

Ale wszyscy: faceci w pracy i ich kobiety, byli sympatyczni.

Ciekawi.

James Spark, czyli Jimmy był nieco starszy od pozostałych, przystojny, ciemnowłosy, niebieskooki i bardzo wysoki.

Był może w wieku Oli’ego, naszego kapitana, może niewiele młodszy.

Jego żona, Eva, czasem przyjeżdżała do remizy, a czasem po prostu czekała na Jimmy’ego na parkingu, kiedy mieli razem jechać na przykład na imprezę do szkoły któregoś z ich dzieci.

Eva była chyba w jego wieku, może nieco młodsza, mniej więcej mojego wzrostu, a może trochę wyższa oraz bardzo ciepła i opiekuńcza w stosunku do wszystkich, nie tylko wobec jej męża i dzieci.

Eva również bardzo rzucała się w oczy, bo była rudowłosa, a kolor jej włosów był płomiennie rudy, jak świeża, nietknięta rdzą miedź w pełnym słońcu.

Słyszałam trochę o gronie jej przyjaciół i o tym, jak sobie pomagali, a z tych opowieści wynikało jedno.

Eva zebrała ich wszystkich wokół siebie.

I wszyscy oni pomagali sobie wzajemnie.

W ciągu tych miesięcy poznałam również z widzenia ich dzieci.

Ciemnowłosego Matta, który był tak podobny do Jimmy’ego jakby był ich rodzonym synem, a wiedziałam, że był wnukiem Jimmy’ego i ich córkę, Marię, której uroda wskazywała na Latynosów w rodzinie.

Podobało mi się to, jak ciepło oni wszyscy odnosili się do siebie.

Potem usłyszałam jeszcze o jej starszym synu, który mieszkał z żoną i pracował jako informatyk w San Jose.

W pracy najczęściej siedziałam w sali wspólnej i pracowałam przy naszym wozie strażackim z Samem i Billym, którzy byli najmłodsi, chociaż słyszałam, że najmłodszym był ten, za którego pracowałam na zastępstwo po tym, jak został poparzony.

Był to Josh, na którego wołali Dzieciak.

A Sam i Billy lubili plotkować.

Bardzo.

Obaj wyglądali młodo, młodziej ode mnie, a Billy przez brązowe, lekko kręcone, niesforne włosy i dołeczki w policzkach miał wygląd chochlika.

Później się przekonałam, że tak naprawdę nie był żartownisiem, a jego wygląd był złudzeniem.

Nie zaczepiali mnie, nie podrywali, ale przy mnie stawali się bardziej rozmowni, wręcz gadatliwi.

Mówili bardzo dużo i o wszystkim, a ja miałam czasem wrażenie, że próbowali mi zaimponować swoją wiedzą i byciem „równiachami”.

Bo David, o którym wam wspomniałam, Jimmy i trzeci z nich, Alex, trzymali się razem i stanowili jakby elitę tej jednostki.

Imponowali Samowi i Billy’emu.

Mogłam im powiedzieć, że nie imponowała mi ich wiedza.

Mogłam im powiedzieć, że nie chciałam wiedzieć.

Ale po prostu się nie odzywałam.

Czasami udawałam, że słucham, ale czasami słuchałam naprawdę, bo przecież słuchając można czasem nauczyć się i dowiedzieć czegoś pożytecznego.

Dlatego wiedziałam trochę o problemach, jakie mieli tamci trzej ze swoimi kobietami i jak potrafili je rozwiązać.

Zwłaszcza David.

Kiedy zaczęłam z nimi pracować, David już mieszkał z Maggie, a raczej ona mieszkała z nim, bo żyli razem w małym domu w starszej części SLC, który to on odziedziczył po swoich dziadkach.

Jednak ich wcześniejsze niezwykłe perypetie były istną legendą, zwłaszcza, że były owiane mglistą, pociągającą tajemnicą, której, bez najmniejszego cienia wątpliwości, ani Jimmy, ani Alex, nie zdradziliby, a już na pewno nigdy nie zrobiłby tego David.

Bo od Davida usłyszeć więcej niż tekst, jaki zwykle słyszeliśmy przy pracy, w czasie akcji, było istną niemożliwością.

A pozostali dwaj byli lojalni.

A to jeszcze bardziej skłaniało tych dwóch Największych Plotkarzy Świata, Sama i Billy’ego, do wymyślania fantastycznych historii.

W ich ponawianych opowieściach David wyglądał na Mrocznego Bohatera Romantycznego, co było doprawdy bardzo pociągające.

A ja byłam Niepoprawną Romantyczką, wychowaną na powieściach romantycznych lub raczej wykarmioną nimi.

Z mojego, nawet niezbyt bogatego w tej dziedzinie, doświadczenia wiedziałam jednak, że taki NF jak David, byłby w stanie przekroczyć swoimi niezwykłymi, bohaterskimi lub nie, działaniami najbardziej fantastyczne historie, jakie mogli wymyśleć ci dwaj.

Ja sama mogłam im podpowiedzieć coś takiego i to nie z książek.

Ale teraz miałam nowe życie.

Jak na razie spokojne.

Miałam nowe miejsce do mieszkania.

Ciche.

Nie chciałam tego wszystkiego narażać na zepsucie przez innego NF, jaki pojawił się na ślubie tego NF, którego zdążyłam polubić.

Nawet, jeśli miałam straszną ochotę podejść do Alexa i z nim porozmawiać.

Bo Alex zaledwie dwa tygodnie wcześniej przyjął na siebie kulę, którą ktoś wystrzelił do jego kobiety, Sophie.

Alex z wyglądu nadawał się na Bohatera Romantycznego nawet bardziej niż David, bo był przystojnym, seksownym, szczupłym, wysokim blondynem, z wysportowanym ciałem, szerokimi ramionami i szczupłymi biodrami.

Istne ciacho, jak mówiły niektóre bohaterki moich książek.

 Jego wybranka, Sophie, była ciemnowłosa, energiczna i zapatrzona w niego, jakby mógł przenosić góry i był jedyną siłą na Całym Bożym Świecie podtrzymującą życie.

I jej życie podtrzymał.

Alex był interesująco blady, ledwo oddychał po tym postrzale i było bardzo wyraźnie widać na tym ślubie, że nie doszedł jeszcze do siebie.

I to było fascynujące.

Z różnych względów.

Najbardziej dla NR (Niepoprawna Romantyczka, C'est moi).

Ale musiałam wyjść, zanim zaczęło się przyjęcie, kiedy wszyscy byli zajęci składaniem życzeń młodej parze.

Żeby uniknąć bardzo NF.

Nawet tak fascynującego, jakby wyszedł z powieści romantycznej i wyglądającego pociągająco, jak każdy Niegrzeczny Chłopiec.

I nawet nie złożyłam życzeń.

Co było niegrzeczne.

Trudno.

*****

Filip

Filip nie lubił cip.

Gardził nimi.

Wszystkie kobiety, jakie spotkał na swojej drodze były kurwami, które cholernie nie były warte jego jednej pieprzonej myśli, a na pewno nie uczucia.

Maggie była wyjątkowa.

Ale ona przecież nie stanęła na jego cholernej drodze, tylko na drodze jego kumpla, Davida.

Dlatego Filip właśnie teraz stał z tyłu pieprzonej sali, w której jego kumpel oficjalnie ogłaszał swoją kobietę swoją przed pieprzonym tłumkiem ludzi i nie był ni chuja zdziwiony, że zarówno on, jak i ona kurewsko szczerze i głośno mówili sobie wobec wszystkich Należę do ciebie.

Filip naprawdę cholernie cieszył się, że David to miał.

Że mu się udało.

Wreszcie, do kurwy nędzy.

Dlatego był cholernie zaniepokojony, kiedy zauważył na tej pieprzonej sali kobietę, która diabelnie wyglądała jak ktoś, kto mógłby temu zagrozić.

Zniszczyć bezpieczeństwo tej pary, która zasługiwała na pieprzone szczęście i cholerny spokój.

Stała z tyłu, jak on, pod samą ścianą, ale z przeciwnego boku sali.

Wśród tych wszystkich kolorowych kobiet, ona jedna jedyna była ubrana nijako, jak szara myszka, co powodowało, że Filip pomyślał, że cholernie chciała się schować.

Coś pierdolenie ukrywała.

Nie była wysoka, ale też nie tak bardzo niska, jak Maggie.

Mogła być o pięć, góra siedem centymetrów niższa od Filipa.

Miała ciemne, krótkie włosy, które mocno kręciły jej się na końcach, więc całą jej głowę pokrywały loczki.

I miała cholernie intrygujący typ urody.

Filip nazwałby ją piękną, gdyby ktoś go spytał.

Jej twarz była prawie tak drobna, jak Maggie, ale usta miała mniejsze, zarysowane wyraźniej, z ostrą górną wargą.

Filipa aż korciło, by przeciągnąć tam językiem.

I nienawidził tego uczucia.

Jej nos był prosty, a oprawa oczu, których koloru nie udało się Filipowi zauważyć z dużej odległości, podkreślała pewien rys marzycielskości, głównie przez pieprzenie długie rzęsy.

Ale wzrok miała bystry.

A czoło inteligentne.

A potem, w czasie przysięgi Davida i Maggie, nie patrzyła zasłuchana w cholerę na pieprzoną młodą parę, jak wszystkie obecne tam jebane kobiety, które roniły łzy i ocierały kąciki oczu cholernymi chusteczkami, tylko rozejrzała się ukradkiem.

Jak Filip.

I dlatego ich wzrok się spotkał.

Filip zauważył, jak jej ciało stało się zaalarmowane, jakby wyczuła jego umiejętności, co było kurewsko niemożliwe.

A potem ani razu nie spojrzała w jego stronę.

Przynajmniej nie tak, żeby dało się ją na tym przyłapać.

Kark piekł go od pieprzonego napięcia, a stopy i dłonie cholernie go swędziały, żeby coś zrobić.

Do kurwy nędzy, cokolwiek: biec, łapać, unieszkodliwić.

Filip chciał ją śledzić, obserwować, a może nawet pieprzenie wypytać, ale zniknęła mu z oczu, kiedy odszedł od Maggie po złożeniu życzeń obojgu młodym.

Wyrolowała go.

To było niespodziewane.

Nigdy mu się nie zdarzyło.

Więc Filip niedługo po tym, jak David i Maggie pokroili swój pieprzony tort, a później pocałowali się tak, że wszyscy kurewsko dosłownie poczuli żar ich namiętności, wyszedł z cholernej sali i zastanawiał się, jak mógłby dowiedzieć się, kim była pieprzona tajemnicza nieznajoma.

Zdecydowanie niebezpieczna.

*****

Alba

Pół roku później

Przeprowadzałam się.

Znowu.

Tym razem bez zwykłego dla mnie pośpiechu, ale i tak nie miałam wiele rzeczy do spakowania i przewiezienia.

Dwa miesiące temu byłam na grillu z kumplami z pracy.

Do tego czasu minął ponad miesiąc, od kiedy po raz pierwszy zostałam zaproszona na rocznicową imprezę w kompleksie mieszkaniowym, w którym kiedyś mieszkały zarówno Eva, jak i Sophie.

Zaproszenie ponawiano tak często, że uznałam, że moja obecność była obowiązkowa.

Ta cała impreza była dzień po tym, kiedy również minął rok, odkąd zaczęłam pracować w FS 13.

Wtedy to Oli zaprosił mnie na rozmowę do swojego gabinetu i zaproponował przedłużenie umowy na następny rok, bo Josh mógł co prawda wrócić do pracy, ale nie chciał, a ja, chociaż nie myślałam o tym wcześniej, zgodziłam się na pracę przez następny rok.

Nie powinnam.

Już byłam w SLC o dwa, trzy miesiące za długo.

Ale nie mogłam się opanować.

Po prostu usłyszałam, jak moje usta wypowiadają tak, zanim do mojego mózgu dotarło, o co w ogóle Oli mnie zapytał.

Ale nie wycofałam się.

Nie wiedziałam, co mnie trzymało w tym miejscu.

Nie mogłam zrozumieć również tego, dlaczego wybrałam się na tego integracyjnego grilla, a nie wymigałam się z niego, co umiałam robić.

Ale, skoro tam poszłam poznałam Alice, Soniję, Aleka i Sama, czyli grono przyjaciół Evy i Jimmy’ego oraz Sophie i Alexa.

Alice była spokojna, zrównoważona, mówiła niezbyt głośno i niekoniecznie dużo, ale prosto i chyba szczerze.

Była bardzo zgrabną blondynką, która zaledwie miesiąc wcześniej urodziła swoją pierwszą córeczkę, a jej syn, Bert, skończył już jedenaście lat i zachowywał się, jakby znał wszystkich.

Sonija natomiast była bardzo żywiołowa, rozgadana, ale nie wścibska.

Czułam od niej dobro, podszyte czystą Radością Życia.

Co było zabawne, ale również bardzo zwracające na nią uwagę, tym bardziej, że Sonija była bardzo wyjątkowa w ubiorze.

Lubiła bowiem bardzo krótkie szorty i bardzo wydekoltowane topy, pokazujące jej duże piersi.

Nawet późną jesienią i wczesną wiosną.

Poznałam także Eddiego, męża Alice, który był detektywem policyjnym i Benji’ego, partnera Soniji, który był dziennikarzem.

Z nimi nie miałam ochoty poznawać się bliżej.

A zwłaszcza, żeby oni poznawali bliżej mnie.

Ale sam kompleks mieszkaniowy mi się spodobał.

Było w nim kilku nowych mieszkańców, którzy nie znali się z tą grupką przyjaciół, jaką stanowiły między innymi Maggie, Eva i Sophie.

Rozpoznałam ich po tym, że trzymali się przy oddzielnych stołach w czasie tego grilla, który przecież z założenia był integracyjny.

Można było nie spotykać się z sąsiadami w tym kompleksie przez wiele dni, albo widzieć się tylko przelotnie, jeśli wychodziło się do pracy tak, jak ja, czyli na szóstą rano lub szóstą po południu.

Co było wręcz fantastyczne.

Wejścia do mieszkań były z ukwieconej galerii, która otaczała równie ukwiecone patio i były z niej dwie klatki schodowe, jedna prowadząca na parking dla mieszkańców, a druga prowadząca na teren wypoczynkowy z basenem i boiskiem.

Właśnie na tym terenie byliśmy na grillu.

Rozejrzałam się, poczekałam te kilka dni, aż skończyła mi się umowa najmu mojego poprzedniego mieszkania, w tym czasie umówiłam się z właścicielem tego kondominium, Dominikiem, dogadaliśmy się, podpisałam umowę na rok najmu i…

Przeprowadzałam się.

Mieszkanie, które wynajęłam, było nieco większe od poprzedniego, chociaż w tej samej cenie, a zwłaszcza większa była sypialnia i łazienka.

Kuchnia też nie była tylko aneksem kuchennym, ale pełnoprawną kuchnią otwartą, oddzieloną od salonu/jadalni wyspą.

Moje nowe miejsce do życia było trochę bardziej oddalone od Biblioteki Publicznej SLC, czyli mojego ulubionego miejsca na spędzanie czasu po pracy, ale było o wiele bardziej ładne, czyste i spokojne, bo w poprzednim zbyt często zaczęła się pojawiać obyczajówka.

Czego chciałam uniknąć.

Policji w ogóle.

Nie zamierzałam kupować mebli ani malować ścian, ale, na szczęście dla mnie, poprzedni właściciel kilka miesięcy wcześniej pomalował wszystkie pokoje niezłymi farbami w fantastycznych kolorach i zostawił część mebli.

Najważniejsze było to, że miałam duże łóżko.

I wyposażoną kuchnię.

Mogłam udawać, że mieszkałam na swoim i miałam stabilne życie.

To nie było mądre z mojej strony ani bezpieczne, ale po kilku latach tułaczki tęskniłam za odrobiną normalności.

Domem.

Po zlikwidowaniu wszelkich śladów mojej bytności w poprzednim mieszkaniu, czyli po czymś, czego nie robiłam, wyprowadzając się na szybko z wcześniejszych miejsc, bo nie musiałam i po spakowaniu całego mojego skromnego dobytku w torbach i pudłach do Charger’a, odjechałam stamtąd, nie pozostawiając adresu ani numeru telefonu poprzedniemu wynajmującemu mi mieszkanie.

Nie miał czego przekierowywać dla mnie.

Żadnej poczty ani rachunków.

Żadnych znajomych, których zechciałabym poinformować.

Zajechałam do mojego nowego mieszkania w porze lunchu pewnego gorącego, słonecznego, czerwcowego dnia i wysiadłam, zabierając dwie torby na ramiona a jedną do ręki.

Wszystkie moje ubrania, pościel i buty.

Było gorące lato w Utah, więc miałam na sobie tylko gołębio szary t-shirt i granatowe, bawełniane szorty, a na nogach czarne tenisówki.

Zamknęłam samochód, skierowałam się na schody i po drodze wyjęłam z torebki klucze, które dzień wcześniej dostałam od Dominika.

Na górze podeszłam do drzwi, otworzyłam je, weszłam do korytarzyka, zapaliłam światło, bo nie dochodziło tam słońce, a potem zamknęłam za sobą drzwi na klucz i spojrzałam na nie.

Powinnam zamontować dodatkową zasuwę i, być może, łańcuch.

Weszłam głębiej do mieszkania, położyłam torby na podłodze w salonie i weszłam do kuchni.

Włączyłam lodówkę, przekonałam się, że była pusta, czysta, świeżo umyta i rozejrzałam się po pomieszczeniu.

Puste półki w czystych szafkach.

Pusta spiżarnia w pomieszczeniu gospodarczym, które było właściwie szafą wnękową za kuchnią, ale mieściło pralkę z suszarką.

Musiałam zrobić drobne lub nieco większe zakupy.

Zabrałam torebkę, wzięłam klucze do ręki i ponownie wyszłam na galerię.

Przeszłam jeszcze raz z samochodu do mieszkania po schodach i galerii, tym razem z dwoma pudłami z pościelą i rzeczami do kuchni i łazienki, żeby opróżnić bagażnik, a potem, po zostawieniu ich tuż za progiem mieszkania, wyszłam ponownie.

Zeszłam na parking, wsiadłam do samochodu i wyjechałam stamtąd.

Pojechałam Charger’em do pierwszego lepszego większego napotkanego sklepu spożywczo przemysłowego, obiecując sobie na przyszłość sprawdzenie w Internecie, gdzie są sklepy najbliższe dla mnie po drodze z pracy i najbardziej dla mnie opłacalne.

Najtańsze.

Musiałam trochę oszczędzać.

Normalka.

Zawsze oszczędzałam, żeby mieć gotówkę na ewentualną ucieczkę.

Był to jeden z powodów, dla których zwykle gotowałam sobie sama, czasem na dwa dni do przodu i nigdy nie wyrzucałam jedzenia.

Oczywiście, po zatrudnieniu się w FS 13, musiałam założyć sobie jakieś konto w jakimś banku.

Taki był wymóg większości pracodawców.

Otrzymywałam wynagrodzenie co tydzień przelewem na oszczędnościowe konto bankowe.

Ale zawsze wypłacałam je następnego dnia i trzymałam w jakiejś skrytce na tyle niedaleko, żeby były łatwo dostępne, w formie gotówki.

Co przypomniało mi, że musiałam znaleźć dla siebie nową skrytkę.

Nie nosiłam wszystkiego do pracy.

Nie korzystałam z kart kredytowych ani żadnych innych.

Taka słabostka.

Drobny bzik.

Zakupy, które tym razem zrobiłam, były duże.

Kupiłam sobie również na lunch pudełko sałatki, czego zwykle nie robiłam, ale nie miałam wyjścia, skoro byłam tyle godzin poza mieszkaniem.

Zjadłam to na miejscu, na parkingu przy sklepie, rozglądając się leniwie i przysłuchując się ludziom, jak to zwykle robiłam.

A potem wypchanym wózkiem zajechałam do Charger’a i przełożyłam wszystko do bagażnika i na tylne siedzenie.

Później wróciłam do mojego nowego kompleksu mieszkalnego.

Rozpakowanie wszystkiego nie było możliwe na jeden raz, więc od razu zastanowiłam się, co potrzebowało lodówki, a co mogło pobyć w nagrzanym samochodzie i zabrałam tylko kilka toreb ze sobą na górę.

Kiedy wychodziłam z mieszkania na galerię, żeby zejść na parking do Charger’a po resztę zakupów, na schodach usłyszałam miauczenie.

Cichutkie, słabe, wysilone miauczenie małego kotka.

Zamarłam.

Rozejrzałam się.

Obok skrzynki z kwiatami siedziało biało-szaro-rude kociątko.

Tycie, tyciutkie.

Przykucnęłam.

Zamiauczało jeszcze raz, a potem, ośmielone moimi łagodnymi ruchami, zakołysało się w moją stronę.

Nadstawiłam dłoń, a ono weszło na nią niezdarnie.

Jakie słodkie.

Nie wiedziałam nic o opiece nad kotkami.

Nie wiedziałam również, do kogo mogłabym się zwrócić o pomoc.

Ale nie chciałam, nie mogłam zostawić go samego.

Był taki bezbronny.

O, Matko!

Z kociątkiem na ręku zeszłam po schodach, żeby znaleźć zarządcę lub właściciela kompleksu.

Na dole zobaczyłam starszą, ale nie starą kobietę w długiej sukience, która siedziała przed drzwiami jednego z mieszkań i patrzyła z łagodnym wyrazem twarzy na… kotki!

- Dzień dobry - powiedziałam, a wtedy ona podniosła głowę i spojrzała na kociątko trzymane przeze mnie na ręku.

- O, hej - powiedziała cicho, uśmiechając się łagodnie - Tu jesteś, ty mały uciekinierze.

Wyciągnęła rękę, a ja niechętnie podałam jej kociątko.

- Dziękuję, kochanie - powiedziała do mnie kobieta - Jestem Eliza. Nie gniewaj się, że go zabieram.

Mruknęłam coś w rodzaju nic nie szkodzi i zaczęłam się odwracać, żeby zająć się swoimi sprawami.

Kobieta nie przejęła się tym, że się nie przedstawiłam.

- Jest za mały, żeby przeżyć bez mamy - mówiła Eliza, jakbym nic nie zrobiła - Potrzebuje mamy - powtórzyła.

- Ale ten tam… - wskazała brodą na innego, nieśmiało wyglądającego przez drzwi jej mieszkania - tego mogłabyś zabrać. Zaopiekować się nim.

Zatrzymałam się i, odwracając w tamtą stronę tylko głowę, popatrzyłam uważniej na tamtego kotka.

Był wyraźnie starszy od maluszka.

Jego ruchy były ostrożne, ale pewne.

Chodził blisko ścian i krył się w cieniu.

Znałam to i rozumiałam.

- Ktoś go bardzo skrzywdził - mówiła kobieta, potwierdzając moje obserwacje - Miał spalone futerko na grzbiecie. Zagoiło się - wyciągnęła dłoń łagodnym ruchem, a kotek nieufnie podszedł do niej - Potrzebuje dobrego domu, bo ja nie mogę się opiekować nimi wszystkimi.

Biedactwo.

Przykucnęłam, a kotek niespodziewanie podszedł wprost do moich nagich kolan i wyciągnął nosek, żeby mnie powąchać.

Nie poruszyłam się.

Cofnął się odrobinę, zawahał się, a potem zrobił kolejny krok w moją stronę, po czym nagle wszedł pod moje zgięte nogi i zaczął się o mnie ocierać.

- Widzisz - mruknęła Eliza - Lubi cię.

Poruszając się powoli i ostrożnie, wzięłam kotka na ręce.

- Jak ma na imię? - spytałam i wyprostowałam się.

- Nie ma jeszcze imienia - odparła Eliza.

Podniosłam dłoń z kotkiem, drugą ręką podtrzymując jego tyłek i popatrzyłam w jego stronę, tylko trochę zezując na kobietę.

Myślałam przez kilka sekund.

Spojrzałam uważniej na kotka.

Był czarno biały.

Łaty na jego pyszczku powodowały, że wyglądał, jakby miał zeza.

Kiedy podniosłam go wyżej i przysunęłam do swojej twarzy, wyciągnął szyję i trącił nosem mój nos.

Roześmiałam się cicho, a potem przytuliłam go do swojej piersi.

Nie powinnam, ale był taki słodki i pokrzywdzony.

Przestałam się wahać.

- Wezmę go - powiedziałam - Co muszę…?

- Nic nie musisz - powiedział kobieta z dziwnym błyskiem w oku - Tylko go kochaj. Może dzisiaj jeść to, co mu dasz, ale najlepiej kup jutro kocie puszki. Ma rok, więc nie potrzebuje specjalnego jedzenia.

- A… - zawahałam się - spacery?

- Och - Eliza zrozumiała, o co pytałam - Ona jest bardzo czysta, a nie lubi wychodzić. Załatwia się do piasku w mieszkaniu. Wstaw pudełko do łazienki, a sama sobie poradzi.

- Ona? - spytałam jeszcze.

- Tak, ona - przytaknęła Eliza - Bądźcie szczęśliwe, kochanie.

- Dziękuję - odparłam i odwróciłam się do parkingu, żeby pójść do samochodu po resztę swoich rzeczy.

Z kotkiem na rękach.

*****

Trzy godziny później

Leżałam w ubraniu na swoim łóżku, na świeżo powleczonej pościeli z kotkiem na klatce piersiowej i słuchałam jej mruczenia.

Rolety miałam szczelnie zasunięte, ale i tak zapaliłam tylko małą lampkę na stoliku nocnym.

Wcześniej kotka trochę się przede mną chowała po kątach mieszkania, podczas gdy ja byłam zajęta.

Rozpakowałam zakupy i część przywiezionych rzeczy.

Wyszłam z mieszkania, znalazłam obok śmietnika pokrywkę z pudełka od butów i wstawiłam je do łazienki.

Z boku budynku odkryłam górkę pozostałego po zimowym posypywaniu piasku, z której mogłam kopać po trochu i nasypywać sobie w foliową lub papierową torebkę, żeby przynosić go do mieszkania i wymieniać w razie potrzeby.

 Potem przygotowałam dla siebie na kolację kanapkę z kurczakiem, kiedy kotka zwiedzała moje nowe mieszkanie.

Kroiłam mięso i wrzucałam je na patelnię, kiedy jeden kawałek upadł mi na podłogę i wtedy odkryłam, że kotek lubi surowe mięsko.

Przybiegła i złapała je z podłogi, a potem uciekła z nim do kąta.

Potem wróciła.

Jedząc, zaczęłam dawać jej kawałki, które skubałam ze swojej kanapki.

Zbliżyła się.

Aż w końcu…

Jadłam przy blacie kuchennym, a ona siedziała na nim i bardzo grzecznie czekała, aż podam jej kawalątek mięsa palcami.

Nie byłam pewna na ile to było dla niej zdrowe, więc postanowiłam rozejrzeć się następnego dnia w sklepie za prawdziwym jedzeniem dla kotków.

Potem nie pojechałam do biblioteki, tylko położyłam się na łóżku, żeby zastanowić się nad imieniem dla niej.

Łaziła po całej pościeli, po mnie, a potem położyła się na mojej klatce piersiowej z łapkami wyciągniętymi z stronę mojej twarzy.

Wylizywała co chwilę jedną, a potem drugą łapkę, co wydawało mi się trochę nerwowe i nagle, tak trochę dziwnie, prawie kichnęła - Nis-se - wstrząsając śmiesznie łebkiem.

Zaśmiałam się cicho, żeby jej nie przestraszyć.

- Niezła próba - mruknęłam.

Och!

Tak!

To było to.

Idealne imię dla małej, skrzywdzonej przez ludzi kociczki, która próbowała mnie sobie oswoić i którą ja próbowałam sobie oswoić.

Nessie.

Wiedziałam, że to znaczy próba.

Czytałam o tym.

- Witaj, Nessie - powiedziałam do niej cicho i delikatnie pogłaskałam ją jednym palcem między uszami.

Następnego dnia rano musiałam wstać o piątej, by pójść do pracy, więc położyłyśmy się spać.

To znaczy ja się położyłam, a kotek nadal zwiedzał.

To była próba życia z kimś pod jednym dachem.

Miałam nie być sama tej nocy w mieszkaniu.

Miałam być w ciągu kolejnych dni, a może tygodni odpowiedzialna nie tylko za swoje życie i zdrowie.

 

2 komentarze: