Rozdział 19
Anna
Pięć lat i pół roku później
Weszłam
do pięknego, wyjątkowego Domu Pod Zielonym Dachem Sophie i Alexa po tym, jak
Alex mi otworzył i przywitał pocałunkiem w policzek.
-
Hej, ciocia Ania - usłyszałam zaraz potem powitanie od Lelli, ich najbardziej
rozbieganej i najsilniejszej córki z trojaczków, które właśnie skończyły pięć
lat.
Alex
zamykał za mną drzwi.
-
Hej, Andy - Lella zawołała do mojego czteroletniego synka, który wbiegł za mną,
a ponieważ nie dał się wziąć na ręce, od kiedy odpięłam go z fotelika i wysiedliśmy
na ich podjeździe z mojego Audi, więc przybiegł tutaj na swoich krótkich
nóżkach i teraz też, nie zatrzymując się, pognał od razu do bawialni, gdzie bez
wątpienia byli również Jules i Xander, pozostała dwójka z trojaczków, chociaż
odezwał się przy tym tylko krótkim Hej
do wszystkich ogólnie.
Mój
młodszy synek zawsze mało mówił, a bywał tu często, więc znał drogę.
Popatrzyłam
za nim przez chwilę, a potem spojrzałam na Lellę.
Cała
trójka starszych dzieci Alexa i Sophie była do siebie podobna, ale każde z nich
było niesamowicie inne, bo Jules
potrafiła po cichu i niespodziewanie wcisnąć się w każdą dziurę, a Xander
potrafił przejść przez każdą przeszkodę jak czołg.
Jules
wyciągaliśmy już z niejednego dziwnego miejsca, które akurat zechciała
zwiedzić, opatrując później jej poobcierane łokcie i kolana.
Wyjątkowo
plecy lub pupę.
Xander
zwykle bywał podrapany przez żywopłoty, przez które się przeciskał, bo nie
chciało mu się chodzić dookoła.
A
raz przeszedł przez szybę na wystawie w sklepie.
Za
to Lella zawsze znalazła kogoś, żeby się pobić i zwykle byli to chłopcy.
Zdarzało
się, często, że byli starsi od niej.
Wszystkie
te dzieciaki miały nadmiar energii, który bez wątpienia doprowadzał do białej
gorączki ich nauczycieli.
Tak.
Nawet
znałam taką jedną, którą mogłam o to zapytać.
Hannah.
Patrzyłam
za dziećmi, kiedy Lella poszła za Andym.
-
Sophie czeka z bliźniakami w ich pokoju - powiedział mi Alex, kiedy się ze mną
zrównał, uśmiechnął się do mnie i poszedł za dziećmi.
Najwidoczniej
tym razem to on miał przy nich dyżur, ale często ta trójka albo nawet cała
piątka ich dzieci była pod opieką mamy Alexa, Juliet, lub dawnej gosposi
Sophie, Marii.
W
ich życiu był pewien pierwiastek szaleństwa.
W
naszym go nie było.
Na
szczęście.
Bo
oni to lubili, a my… niekoniecznie.
Można
powiedzieć, że nasze życie z Cichym było normalne, jak tylko mogło być, chociaż
nie było nudne.
Ani
trochę.
Mieliśmy
liczne grono przyjaciół, którzy dostarczali nam atrakcji, ale sami spędzaliśmy
czas pracowicie, chociaż też czasem bawiąc się.
Korzystaliśmy
z każdego dnia.
Zaczęło
się to od razu w tym roku, w którym się pobraliśmy.
Najpierw
Sophie urodziła dwie dziewczynki i chłopca na kilka dni przed jej spodziewanym
terminem rozwiązania, więc pognałam do niej do szpitala wprost z wykładu, jaki
miałam tego dnia i to na dodatek po wyjściu z niego w pośpiechu po odebraniu
wiadomości SMS na telefonie, który miałam wyciszony, ale poczułam, jak
zawibrował mi w kieszeni na tyłku.
Siedziałam
na nim, więc nieco podskoczyłam.
Wyjęłam
go z kieszeni, przeczytałam wiadomość i zerwałam się.
Z
tego, co mi opowiadały nieco później zaśmiewające się z tego koleżanki,
zawołałam wtedy do wykładowcy:
-
Przepraszam, muszę iść, bo rodzą mi się trojaczki - i wybiegłam z auli.
Ale
nigdy nie byłam pewna, co mogłam wtedy wybełkotać.
I
nie słyszałam odpowiedzi wykładowcy, nawet jeśli jakaś była.
Pamiętałam
tylko, że dojechałam na czas, żeby usłyszeć, jak Sophie klęła bez przerwy,
zanim jej podano znieczulenie tak, jak tylko potrafią kląć budowlańcy bywający
na co dzień wyłącznie w męskim gronie.
Alex
patrzył na to ze stoickim spokojem, nawet jak przekleństwa dotyczyły jego lub
ich… hmmm…. życia seksualnego.
Było
widać po nim, że martwił się tylko o to, że Sophie bolało.
Nie
byłam na sali operacyjnej, kiedy chirurg rozciął ją i zaczął wyjmować dzieci,
ale stałam w salce tuż obok, żeby doświadczyć tego cudu.
A
było nim wzięcie na ręce każdego pojedynczego, kolejnego ich dziecka, z których
każde od pierwszej minuty na tym świecie, zaznaczyło swój indywidualny
charakterek.
Niepowtarzalny.
To
było w kwietniu.
Trojaczki
były przez trzy tygodnie w inkubatorach.
W
maju obchodziliśmy uroczyście pierwsze urodziny mojej imienniczki, a może raczej
imienniczki mojej i Evy, An Evie, córki Maggie i Davida, z okazji których
zorganizowali oni kinderparty na ich tylnym, malutkim podwórku.
Dzieci
bawiły się na dworze, a było ich trochę, skoro zabraliśmy z Cichym również
dzieciaki cioteczki Thelmy, które nie były już jej dzieciakami, bo Ella i Vivi
były wtedy w nowych rodzinach i trwał proces adopcyjny, a Johnny miał wkrótce
być nasz, mój i Cichego.
Wszyscy
przyjaciele, dorośli, zebrali się w ich salonie, jadalni i bawili się świetnie,
nie zważając na niedostatki miejsca, bo najważniejsze dla nas było to, że
byliśmy razem.
A
w czerwcu, na rocznicowym grillu w kompleksie, wzięliśmy ślub.
Ja
i mój Cichy.
Alek
ustalił wszystko ze mną, a ja czasem pytałam Cichego, co o tym sądził, ale on odpowiadał
niezmiennie:
-
Zrób, jak uważasz, Skarbie.
Więc
robiłam, a raczej Alek robił z pomocą Sama.
I
wyszło fantastycznie!
Nasz
ślub był na terenie zielonym tego kompleksu mieszkalnego, w którym to wszystko
się zaczęło, podczas dorocznego, rocznicowego grilla.
Otaczali
nas przyjaciele i wspomnienia.
Zebraliśmy
się w jednym z kątów tego terenu, w którym ustawiono łuk ozdobiony białym
tiulem i biało niebieskimi kwiatami orlika błękitnego.
Ślubu
udzielał nam pastor, którego odwiedziliśmy wcześniej, więc znał naszą historię,
moją wiarę i nie-tak-całkowity brak wiary Cichego.
Opowiedzieliśmy
mu również, dlaczego chcieliśmy oboje nosić po ślubie moje nazwisko.
Wszyscy
nasi goście stali na terenie zielonym w półkolu, twarzą zwróceni do łuku, pod
którym składaliśmy sobie przysięgę i czekali tam na mnie.
Moją
druhną główną była moja siostra, ale zaraz za nią podeszły tam i stanęły moje
przyjaciółki, którym nie narzucałam tego, jakie suknie miały włożyć.
Prawdę
mówiąc w ogóle nie narzucaliśmy strojów.
Alek
zgodził się ze mną, że w czasie grilla każdy mógł być ubrany tak, jak mu było
najwygodniej i zrozumiał, że pragnęliśmy pobrać się bez pompy i parady.
Moja
sukienka też taka była.
Dyskretna.
Miała
obiecany i omówiony wcześniej kolor bardziej-szary-niż-niebieski, była w
prostym kroju i była bez zdobień.
No,
prawie.
Bowiem
sama sukienka była prosta, nie miała rękawków i dekoltu, to znaczy miała, taki
w łódkę, niewielki, ale na sukience był tiul.
Sukienka
była przylegająca, krótka do kolan, z małym rozcięciem z tyłu, ale miała długą do
kostek spódnicę z przezroczystego tiulu, który był w tym samym kolorze co ona i
był ułożony w kontrafałdy, a na ramionach do sukienki doszyte były krótkie
rękawki z takiego samego tiulu.
To
sprawiało, że moja Suknia Ślubna była skromna, nie rzucała się w oczy, a
jednocześnie była strojna, jak dla mnie.
Cudna.
Alek
orzekł, że miałam zostawić rozpuszczone włosy, bo się ładnie kręciły i same
układały, tylko za uszami wpiął mi w nie kilka niebieskich orlików i z takich
samych kwiatów miałam w ręku Bukiet Ślubny.
Cieszyłam
się również z tego, że pozwolił mi założyć na nogi płaskie, płócienne, czarne
sandałki.
Czułam
się nieco swobodniej.
Cichy
miał na sobie zwykłe, czarne, sportowe buty, czarną koszulę, wyłożoną na równie
czarne dżinsy.
Tyle
tylko, że do koszuli miał przypięty pojedynczy niebieski kwiat.
Oczywiście,
orlik błękitny.
Kiedy
wsparta na ramieniu Raphael’a szłam w stronę zebranych od budynku kompleksu, w
którym szykowałam się w mieszkaniu Aleka i Sama, nie widziałam Cichego, bo
zasłaniali go ludzie.
Ale
kiedy pierwsza z druhen doszła do nich, tłum odwrócił się w moją stronę, rozstąpił
się i zobaczyłam, jak tam stał z przechyloną głową, opierając się dłońmi na
biodrach, patrzył na swoje buty.
Dokładnie
tak jak ja niezbyt zadowolony, że był w centrum uwagi.
O,
Matko!
Był
taki przystojny.
Spojrzał
na mnie bokiem z tym swoim uśmieszkiem Niegrzecznego Chłopca, a potem nagle się
wyprostował, podniósł głowę, oczy mu błysnęły i z zachwytem na twarzy patrzył
na mnie przez całą moją podróż do niego.
O,
Matko!
To
było tak, jakbym przechodziła tę drogę przez tamtą salę w czasie ślubu Maggie i
Davida, przyciągana tamtą fascynacją, którą wtedy czułam, ale została ona wzmocniona
tym, co nas teraz łączyło, a zanikło to, czego się bałam.
Tak
bardzo go kochałam.
Podeszłam,
najpierw uśmiechnęłam się rozproszona do Johnny’ego, który stał wśród facetów,
wspierających Cichego w tym dniu, a potem do Davida, który był głównym drużbą
Cichego.
Ale
miałam ochotę patrzeć wyłącznie w piękne, piwne, palące mnie oczy mojego
Już-Wkrótce-Męża.
Mój Mąż.
Podałam
swój bukiet Jenny, uściskałam ją i uśmiechnęłam się lekko do moich
przyjaciółek, odwróciłam się przodem do Cichego, podałam mu obie ręce i nic
innego już się nie liczyło.
Byliśmy
tylko my.
Świat
przestał istnieć, a ja byłam dla Cichego Jedyną Kobietą na Całym Świecie Wartą
Spojrzenia, dokładnie tak jak on był dla mnie Jedynym Mężczyzną.
Marzenia
się spełniają.
Potem
powtórzyliśmy głośno i publicznie to, co mówiliśmy sobie codziennie; że nie
odejdziemy od siebie.
A
potem było tylko:
-
Ogłaszam was mężem i żoną… oto pan i pani Philision… może pan pocałować swoją
żonę…
Jego
Żona…
I
już byliśmy oficjalnie, publicznie ogłoszeni rodziną.
Kiedy
Cichy mnie tam pocałował, wszyscy ucichli na dobre kilka minut, ale kiedy nie
przerywał pocałunku i zatraciliśmy się w nim, zaczęły się krzyki, gwizdy i
pohukiwania.
Czysta
Radość.
To
było coś, po czym wiedziałam; że cieszyli się, że nam się udało.
Że
byliśmy szczęśliwi.
A
ponieważ to byli przyjaciele, więc było to normalne.
Ponieważ
byliśmy na terenie zielonym kompleksu, więc tam było nasze przyjęcie po ślubie.
W
formie grilla.
No
prawie, bo Alek zamówił jakiś catering.
Nie
był to składkowy grill.
Zrobił
to głównie po to, żeby moje przyjaciółki nie stresowały się gotowaniem i
pieczeniem ciast przed naszą uroczystością, ale też ja chciałam, żebyśmy to my zapłacili za jedzenie.
Dla
naszych przyjaciół.
Mieliśmy
również tort do pokrojenia.
Piętrowy.
Czekoladowy.
I
bardzo krótką część muzyczno-taneczną, przy której nikt oprócz nas nie tańczył,
a i my właściwie nie tańczyliśmy, tylko kołysaliśmy się krótko w miejscu.
Naszą
piosenką było oczywiście Better Love
Hoziera.
-
Jak zaraz to się nie skończy, zerwę z ciebie tą cholerną sukienkę tutaj, publicznie - wymamrotał Cichy do
mojego ucha gdzieś w jej połowie.
Zachichotałam,
chociaż wcale nie było mi do śmiechu, bo ja też miałam za dużo wspomnień z nią
związanych.
Wspaniałych.
A
później, niestety, dużo później, już
tylko we dwójkę, mieliśmy z Cichym naszą Noc Poślubną.
Jeszcze
wspanialszą.
Nie
wyjechaliśmy wtedy w podróż poślubną, bo kończyła się sprawa adopcyjna, ja
miałam egzaminy po drugim semestrze studiów, a w lipcu Maggie urodziła swoje
trzecie dziecko.
Była
to ich druga córeczka, Alice Sophie, na którą bardzo szybko zaczęli mówić Ally.
Na
początku jej życia miała pewne problemy ze zdrowiem, które udało nam się
rozwiązać, skoro wykryliśmy z jej lekarzem u niej drobną alergię pokarmową.
Poprawienie
diety Maggie zmieniło wszystko.
No
a poza tym; pod koniec czerwca przeprowadziliśmy się z Cichym do nowego,
większego domu, który musieliśmy urządzić i umeblować.
Sophie
znalazła nam dom w nieco luźniejszej zabudowie, chociaż nadal blisko centrum
SLC, który miał na parterze duży salon z wyjściem na duży taras i podwórko z
tyłu, bawialnię, kuchnię z dużym pomieszczeniem gospodarczym i garaż z trochę-ponad-dwoma
miejscami parkingowymi.
No
i apartament gościnny z dwiema
sypialniami i salonikiem z dużą, narożną, rozkładaną kanapą, na wypadek
przyjazdu mojej starszej siostry z jej całą rodzinką, a obok niego
pomieszczenie, które nadawałoby się na gabinet lekarski, gdybym kiedyś, po
zakończeniu studiów, zechciała pracować na swój rachunek.
Na
piętrze był apartament małżeński z dużą garderobą, łazienką i miejscem do
czytania, trzy sypialnie i dwie łazienki w korytarzu.
Sophie
obejrzała całość, zanim nam to zaproponowała, więc jej pierwszymi słowami,
kiedy nam go prezentowała, było:
-
Nie martw się, Aniu, jak będzie trzeba to dobuduję tu wam sypialnię lub dwie, a
na dole łazienkę, pokoik i większy garaż.
O,
Matko!
Już przewidywała
rozwój naszej rodziny.
A
potem Eva pomagała nam odnowić kominek, ściany, zainstalować potrzebne rzeczy
do łazienek i kuchni, podpowiadała nam co do oświetlenia, tarasu i ogrodu itp.
Natomiast
Sonija wynalazła nam fantastyczne
meble.
Były
proste, niewymyślne, ale nadal oryginalne i wygodne.
Wspaniale
było mieć przyjaciółki.
W
sierpniu byliśmy na kolejnej Imprezie u Starków, która była obchodami rocznicy
ich ślubu, a dla nas finałem sprawy związanej z adopcją Johnny’ego, więc
ufundowaliśmy wszystkim szampana.
Prawdziwego.
Oficjalnie
od tej pory mieliśmy z Cichym syna, Johnny’ego Philisiona.
Właściwie
to pierwszego syna.
Bo
już wkrótce oficjalnie mogłam ogłosić wszystkim trochę niespodziewaną dla nas
nowinę, bo zakładaliśmy, że poczekamy z tym chociaż pół roku, a mianowicie - byłam
w ciąży.
Po
ślubie odstawiłam tabletki, żeby mój organizm odreagował przez kilka miesięcy i
„oczyścił się”, ale widocznie byliśmy za mało ostrożni, albo za bardzo… hmmm… napaleni.
Cokolwiek
to było, stało się i zamierzaliśmy się z tego cieszyć.
Efektem
tej „wpadki” był Andrew Philision, nasz synek, który urodził się bez
komplikacji równo dziesięć miesięcy po naszym ślubie.
Cichy
był wniebowzięty.
Ja
też.
Cztery
lata po tych wydarzeniach widziałam, jak bardzo mój synek wrodził się w tatę,
bo uwielbiał łobuzować, miał taki sam zniewalający uśmieszek Niegrzecznego
Chłopca, czarne włosy i piękne usta.
Tylko
kolor oczu miał po mnie.
I
te cztery lata były bardzo pracowite, pełne wydarzeń, ale normalne.
Jak
każdej rozwijającej się rodziny.
A
ja parę tygodni temu zdałam ostatnie egzaminy na studiach i oficjalnie zostałam
lekarzem pediatrą.
Lekarzem
wszystkich dzieci moich przyjaciółek byłam już wcześniej.
Tak
to działało.
Sophie
w ten czy inny sposób „załatwiała” nam domy lub je remontowała, Sonija pomagała
je umeblować, Maggie i Alice zajmowały się naszymi finansami, a Eva nam
matkowała.
Więc
logiczne było to, że ja zajmowałam się zdrowiem wszystkich dzieci.
Myśląc
o tym weszłam ostrożnie do pokoju bliźniaków, które były o rok młodsze od
Andy’ego, a Sophie powiedziała mi przez telefon, że miały dziwną wysypkę i
gorączkę.
Zastanawiałam
się, czy powinnam ich odwiedzać osobiście.
Martwiłam
się, na co mogli chorować, bo… hmmm… byłam w ciąży.
Tym
razem zaplanowanej.
Był
to dopiero drugi miesiąc, więc nie powiedziałam jeszcze o tym nikomu oprócz
cioteczki Thelmy, co zrobiliśmy razem z Cichym zaraz następnego dnia po
potwierdzeniu tego u lekarza.
Nawet
moja siostra nie wiedziała.
Z
opisu, jaki przekazała mi przez telefon Sophie wynikało, że bliźniaki mogły być
chore na ospę wietrzna, chociaż byłam prawie pewna, że jej dzieci były
zaszczepione na wszystko, na co mogły być.
Oczywiście,
mogłam się mylić.
Zatrzymałam
się tuż za progiem pokoju dzieci i, nie podchodząc bliżej, skinęłam głową
Sophie, która natychmiast podniosła się z wygodnego fotela, który stał przy łóżeczku
Anthony’ego.
Albert
miał swój pokój, ale chłopcy bardzo lubili być razem, więc chwilowo drugi z
pokoi Sophie i Alex przeznaczyli na taki do zabawy i nauki.
Może
kiedyś, jak bliźniaki zechcą, rozdzielą ich na stałe.
-
Hej - moja przyjaciółka podeszła do mnie z cichym powitaniem, ale była tak
zmartwiona, że, na szczęście, nie uściskała mnie, ani nie chciała ucałować, jak
zwykle się witałyśmy - śpią, ale nie wiem…
-
Wyjdźmy - powiedziałam do niej cicho, żeby jej wytłumaczyć moje obawy poza
pokojem chłopców.
-
Och, Aniu - szepnęła Sophie z wyraźnym zmartwieniem w głosie - Zwykle są tacy
pogodni, rozbiegani, a teraz tylko śpią.
Popatrzyłam
na nią czule, bo jej dzieci były bardzo aktywne i potrafiły dać się we znaki,
ale ona to uwielbiała.
Wynajdowała
im zawsze mnóstwo zajęć, jeździła z nimi na treningi, basen, na wszelkie
dodatkowe zajęcia, jakie tylko mogła im wynaleźć, a oni polubili.
Miała
zawsze dla nich czas i siłę.
Była
wspaniałą mamą.
Wypytałam
ją o objawy, powiedziałam o swoich podejrzeniach i dowiedziałam się, że
opuścili szczepienie przeciw ospie wietrznej, bo chorowali, a potem wyjechali
całą rodziną na wakacje.
Więc
to mogła być ospa.
Westchnęłam.
Alex
zrezygnował z pracy w straży, Sophie oddała wilczą część pracy swojemu
współpracownikowi, więc oboje zajmowali się domem i dziećmi w równym stopniu,
ale było to frustrujące dla ich przyjaciół, bo wyjeżdżali w najmniej
spodziewanych terminach.
Ale,
cokolwiek.
Powiedziałam
jej więc o mojej ciąży i o tym, że nie będę mogła osobiście zobaczyć jej synków,
a także o tym, że choroba jest bardzo zaraźliwa, więc musi ograniczyć kontakty
z rodziną i znajomymi przynajmniej na kolejny tydzień.
Z
mojej ciąży Sophie się ucieszyła, ale zrobiła to cicho jak na nią, bo nadal stałyśmy
obok drzwi do pokoju jej synków, a w następnej sekundzie się wystraszyła i
odskoczyła ode mnie na dwa kroki, kiedy sobie uświadomiła, że naraża mnie na
wirusy.
Uspokoiłam
ją, że ja byłam zaszczepiona.
Nadal
nie było to dla mnie bezpieczne.
Dałam
jej zalecenia co do postępowania z dziećmi, wypisałam na kartce leki łagodzące
swędzenie i gorączkę, a potem poszłam do bawialni, a ona wróciła do bliźniaków.
Wstąpiłam
do łazienki i umyłam starannie ręce, zanim przyłączyłam do Alexa i dzieci w bawialni.
Nasze
dzieci lubiły się, jak dzieci wszystkich naszych przyjaciół.
Często
wymienialiśmy się opieką lub spotykali się przy różnych okazjach.
Najpewniej
czułyśmy się, jeśli z dziećmi była Marie, przybrana córka Evy i Jimmy’ego, bo
była opiekuńcza i uważna, ale zarówno Matt, Bert, jak i nasz Johnny w razie
potrzeby potrafili zaopiekować się dziećmi.
Johnny
jednak najbardziej lubił pracę w warsztacie samochodowym, co robił teraz, w
piątkowe popołudnie z wujkiem
Driverem.
Cichy
jakoś dziwnie zaciskał zęby, kiedy dowiadywał się, że pracowali razem nad jakimś
pojazdem.
Ja
jednak im ufałam.
Marty
należał do naszych przyjaciół, a wszyscy nasi przyjaciele byli dobrzy, nawet ci
faceci, którzy byli Niegrzecznymi Chłopcami.
A
Johnny skończył właśnie szesnaście lat, zdobył prawo jazdy i Cichy z Driverem
rozmawiali z nim o tym, jaki chciałby mieć z tej okazji samochód.
Co
normalnie zrobiłby tata, kiedy jego
syn skończyłby szesnaście lat.
Jednak
wydawało mi się, że Cichy wolałby jakiś bezpieczny samochód, a podejrzewałam,
że Johnny i Driver naprawiali w warsztacie taki nieco szybszy i niekoniecznie całkiem
bezpieczny.
Wujek
Marty był idolem Johnny’ego od dwóch lat, więc, chociaż nas kochał i słuchał,
to raczej dokończyłby to, co z nim zaczął.
Więc
musieliśmy uzbroić się w cierpliwość i dopiero, jak ujawni swoje plany,
spróbować mu wyjaśnić nasze obawy.
Tak
działały normalne rodziny.
*****
Filip
Siedem miesięcy później
Filip
stał w sali szpitalnej i nie wiedział, która z ich była piękniejsza.
Trzymał
na rękach swoją nowo narodzoną córeczkę i patrzył na swoją zmęczoną, ale
szczęśliwą żonę.
Jego
dwie piękności.
Przy
jego boku stali ich synowie, Johnny i Andy, i oni również mieli zachwyt na
twarzach.
-
Jest taka piękna - szepnął Filip do Ani, a potem przysiadł bokiem na łóżku i
spojrzał na chłopców - To jak będzie miała na imię? - zapytał.
-
Bella - rzucił Johnny, wpasowując się natychmiast w cichy i łagodny ton, jakim
mówił jego przybrany tata - albo Madison.
-
Ale… - szepnęła Ania, zamilkła i zassała wargi między zębami.
-
Ania - cicho zawołał Andy, wyraźnie
przejęty tym, że jego mała siostrzyczka spała w ramionach taty - Eva, Sophie,
Maggie…
-
Tyle imion dla takiego maleństwa? - zaśmiał się Filip.
Ania
spojrzała na niego, jakby wiedziała, co chciał powiedzieć, ale nie odezwała
się, być może zbyt zmęczona, by w danej chwili myśleć o tym, o czym już kiedyś
mówili.
Że
te imiona mogły nosić w przyszłości ich kolejne
dzieci.
-
Zostawimy mamę, żeby mogła przyjąć innych gości? - Filip zapytał synów, a oni
zgodzili się niechętnie.
Filip
odłożył córeczkę do łóżeczka i odwrócił się do swojej rodziny.
-
Wrócę do domu jutro albo pojutrze - obiecała synom Ania - Jak tylko mi pozwolą.
Naszykujcie dla siostry pokój.
Andy
poderwał głowę, dumny, że zleciła im tak ważne zadanie i przytaknął z zapałem,
ale Johnny spojrzał tylko z uśmieszkiem na tatę, bo doskonale wiedział, że
pokój dla ich małej siostrzyczki był
przyszykowany, bo robili to we dwóch od tygodni, a potem obaj ich synowie pożegnali
się, całując Anię w policzek i wyszli.
Johnny
opiekuńczo objął ramieniem plecy Andy’ego i spojrzał na Filipa porozumiewawczo,
więc rodzice widzieli, że zajmie się bratem.
Filip
został pół minuty dłużej.
-
Kogo chcesz zobaczyć najpierw? - spytał, bo oboje wiedzieli bez sprawdzania, że
w poczekalni był tłum ich przyjaciół, którzy chcieli powitać na tym świecie ich
córkę.
-
Czy może mieć na imię Magdalena Jenny? - spytała Ania, ale dobrze wiedział, że
on zgodziłby się na wszystko, o co tylko by poprosiła.
-
Tak - mruknął, wziął jej rękę w swoje dłonie, pocałował obrączkę na jej palcu i
zapytał - Więc najpierw Maggie i David?
-
Cóż, myślę, że najpierw Jenny - westchnęła Ania, bo jej siostra też tam była, a
poczułaby się urażona, jeśli nie zobaczyłaby małej siostrzenicy przed innymi.
-
Okej - mruknął Filip - To następni
Maggie i David.
-
Tak - Ania zgodziła się i uśmiechnęła do męża, a potem wsunęła dłoń we w jego włosy,
jak zwykle związane w kitkę, bo lubiła je i często to okazywała, rozpuszczając
je, kiedy tylko zostawali sami.
Filip
poczuł, jak jej szczupłe palce czule i delikatnie przesiewały jego włosy, a
potem pieszczotliwie pogładziły jego ramię i poczuł to do głębi swoich
wnętrzności.
-
Dziękuję ci, Skarbie - powiedział cicho, schrypniętym z emocji głosem, wciąż
przyciskając jej drugą dłoń do ust i patrząc w jej oczy - Jest równie piękna
jak ty.
Popatrzyła
na niego z uczuciem.
-
To ja ci dziękuję, Cichy - wymruczała - Za normalne, spokojne życie.
-
Ta - mruknął Filip i uśmiechnął się do swojej żony - …za to też.
Jego
spokojne, normalne życie w danym dniu obejmowało szaleńczą jazdę jego nowym
pickupem, Toyotą Hilux, do kupna którego namówiła go Ania, a właściwie
namawiała go przez ostatni rok, a potem powiedziała, że sama go mu kupi.
Więc
dla świętego spokoju, pojechał i kupił go z nią, żeby mieć wpływ na wyposażenie
swojego nowego samochodu.
Co
nie zmieniało faktu, że jadąc do niej do szpitala po tym, jak zadzwoniła, że
zaczęła rodzić, przekroczył dozwoloną prędkość w przynajmniej dwóch miejscach
na głównych ulicach SLC.
Musiał
to zrobić, bo tego dnia pracował w drugim końcu miasta i nie miał możliwości
wykręcenia się od tej pracy, chociaż starał się wszystko ustawić tak, żeby w
tych tygodniach pracować z domu.
Ciągły
napływ nowych klientów powinien go cieszyć, bo to znaczyło, że ludzie go
doceniali i polecali sobie wzajemnie, ale to oznaczało też, że miał mało czasu
dla swojej rodziny.
Ale
Ania się pospieszyła, albo ich córka się pospieszyła i poród zaczął się o dzień
lub dwa wcześniej, niż to się zapowiadało.
Dobrze
się składało, że mieli jednego prawie dorosłego syna, który umiał zająć się tym
młodszym i był odpowiedzialny, więc można mu było zaufać.
Johnny
przywiózł Andy’ego do szpitala swoim przechodzonym, czarnym Mustangiem GT,
chociaż Filip nie lubił, jak obaj
jego synowie jeździli tym sportowym autem, które Johnny przerobił na spółkę z
Driverem, więc Filip wolał sobie nie wyobrażać, co to diabelstwo miało pod
maską.
Ale
jak do tej pory, po rozmowie głównie z Anią, a tylko trochę z Filipem, Johnny
jeździł odpowiedzialnie, a przynajmniej jeździł tak z tego, co wiedzieli o tym
jego przybrani rodzice.
Ale
Ania się nie myliła.
Mieli
normalne życie, spokojne na tyle, na ile zwykle bywało życie normalnych rodzin.
Więc
tak.
Miał
za co dziękować.
Za
normalność.
I
za rodzinę.
*****
Miesiąc później
Filip
wszedł po schodach ich domu, gasząc kolejne światła, a potem skierował się w
stronę sypialni po tym, jak obszedł cały parter, wyłączył światła i
zabezpieczył drzwi i okna.
Pracował
głównie ze swojego biura, ale czasami zdarzały mu się wyjazdy do klientów,
chociaż mógł teraz przebierać i wybrzydzać, więc, oprócz wyjazdów do San Jose,
nie brał zleceń, które odrywałyby go od rodziny.
Ania
pracowała w swoim gabinecie lekarskim, który na czas jej „macierzyńskiego” był
w ich domu, ale miała też gabinet wynajęty w centrum miasta i dyżury w szpitalu
pediatrycznym, zanim urodziła ich córkę.
Miesiąc po porodzie nadal pracowała na
zwolnionych obrotach, chociaż nie zrezygnowała z pracy całkowicie, jak chciałby
Filip, żeby się nie przepracowywała.
Lubiła
to.
Dziećmi
zajmowali się wspólnie, więc teraz też Filip zajrzał najpierw do Andy’ego,
który spał w swoim łóżeczku, leżąc na brzuchu z przytuloną do buzi niczym
poduszka swoją ulubioną pluszową maskotką czarnego smoka z filmu Jak Wytresować Smoka.
Filip
poprawił kołderkę na ramionach syna i cicho wyszedł, przymykając drzwi tak,
żeby Nessie mogła przez nie swobodnie przejść, krążąc między pokojami a
kuchnią, gdzie stała jej miska i pomieszczeniem gospodarczym, gdzie stała jej
kuweta.
Johnny
był u kolegi, a Filip zastanawiał się nad założeniem elektronicznego alkomatu
przy zapłonie jego Mustanga, bo nie podejrzewał, żeby takie spotkania były
bezalkoholowe, chociaż chłopcy nie byli jeszcze w odpowiednim wieku, by pić
alkohol.
Chociaż
to mogłoby być bezpośrednim i jawnym
wykazaniem się brakiem jego zaufania do odpowiedzialności ich starszego syna.
A
tego nie chciał robić.
Ania
układała Lenę do snu w jej pokoiku, więc niedługo Filip miałby swoją żonę dla
siebie.
Zainstalował
w pokoju ich córki elektroniczną nianię, więc mogli spać u siebie, a i tak
słyszeli wszystko, co działo się w pokoju ich córeczki.
Nessie
tam nie wchodziła, bo miała zakaz, ale również sama się tam jeszcze nie
wybierała, bo aktualnie była w fazie uwielbienia dla Andy’ego, który
najrzadziej ją „zdradzał”, opuszczając ją i zostawiając samą w domu.
Opiekunowie
przy nim się zmieniali.
Filip
zgasił lampy w korytarzu i wszedł do ich apartamentu małżeńskiego.
Cholera.
Nadal
życie w tak dużej przestrzeni było dla niego dziwne i niekomfortowe, chociaż
Ania zrobiła wszystko, co mogła, by złagodzić jej ogrom, przez podzielenie
największej przestrzeni na segmenty półściankami działowymi.
Jeden
z segmentów wypełniała biblioteczka i dwoma wygodnymi, miękkimi fotelami,
stojącym między nimi stolikiem i lampą.
Lubili
tam siedzieć z dziećmi na kolanach i czytać na głos lub po cichu, kiedy Johnny
był młodszy, a potem tylko z Andym, ale też zdarzało się, że siedzieli tam we
dwójkę, a nawet Filip czasem zabierał tam swój laptop, by dokończyć pracę,
kiedy Ania czytała.
To
było miejsce do przebywania razem i wyciszania się.
Korzystali
z niego bardzo często, kiedy Ania się uczyła i siadała tam, a oni, jej
chłopaki, starali się jej nie przeszkadzać.
Druga
część była telewizyjna, bo Ania nie zgodziła się na zamocowanie telewizora na
ścianie naprzeciwko nóg ich łóżka.
Nie
chciała, by w części do wypoczynku była elektronika.
Mieli
więc wydzielone miejsce w ich sypialni na obejrzenie filmu we dwójkę przed
snem, z kanapą narożną, ale z koniecznością przeniesienia się do łóżka na czas
spania.
Filip
nie wiedział, czemu Ania upierała się, bo rozdzielić te miejsca, ale zgodził
się na jej pomysł, a potem nigdy nie żałował.
Zwłaszcza,
że to dało dodatkową przestrzeń dla ich kreatywnego seksu.
Taką
przestrzeń do urozmaicenia seksu zresztą wykorzystywali również w garderobie i
łazience, które też były większe niż w jego pierwszym domu i miały duże, mocne blaty:
łazienka wokół umywalek, a garderoba wokół toaletki Ani, naprzeciwko lustra.
Zanim
Filip wszedł do właściwej sypialni, musiał przejść przez część wspólną, a potem
wszedłby przez rozsuwane drzwi, by obejrzeć swoją żonę już przebraną w seksowną
satynową koszulkę nocną, w jakich zwykle sypiała.
W
części wspólnej powiesili na ścianie obraz, który dostali od Alexa i Sophie
jako prezent ślubny.
Ich
portret.
Alex
namalował to czerpiąc z jednego ze zdjęć, które zrobiono im w czasie ich ślubu,
ale zrobił to we wręcz niesamowity sposób, który Filip podziwiał za każdym
razem, kiedy spojrzał na ten obraz.
Był
to kwadrat o bokach półmetrowych, obramowanych cienko ciemnym drewnem.
Przedstawiał
twarze Ani i Filipa i właściwie nic więcej.
Patrzyli
wówczas przed siebie, na tego, kto zrobił to zdjęcie, ale Alex namalował ich
oczy tak, że oglądającemu zdawało się, że oboje zezują na siebie, jakby nie
mogli oderwać od siebie wzroku.
Było
widać, że przyciąga ich do siebie coś niebywale silnego.
Nad
ich głowami był zarys kwiatów orlika, a ich ramiona były w kolorach ubrań,
jakie wtedy mieli na sobie, ale wyraźne były tylko ich twarze i z całego obrazu
emanowała ich miłość i spokój.
To
właśnie Filip najbardziej lubił w tym obrazie: spokój i pewność, że będzie
dobrze.
Mieli
przyszłość.
Zamykając
drzwi ich sypialni, Filip zostawił za sobą myśli o wszystkim innym poza jego
piękną żoną i spodziewanej rozkoszy, jaką miała mu dać.
Bo
przyjrzał się strojowi Ani.
Jezu!
Po
ślubie jego żona kupiła kilka koszulek nocnych i czasem uzupełniała sobie ich
kolekcję, a każda była seksowna i Filip je uwielbiał.
Od
czasu urodzenia się Lenki nie pieprzyli się, nie robili niczego poza łagodnym,
delikatnym seksem, który Filip nazywał słodkim, ale od którego na dłuższą metę
mogli dostać mdłości.
Więc
tak, to był czas na odmianę.
Ania
na ich łóżku właśnie teraz oprócz nowej, czarnej, koronkowej, na wpół
prześwitującej koszulki nocnej miała na sobie pończochy samonośne typu
kabaretki, czarne stringi i… atłasową, czarną obróżkę ze srebrnym łańcuszkiem,
który zwieszał się między jej piersiami.
Kurwa!
Jaka
piękna.
Filip
nie zatrzymał się ani na sekundę, ale poczuł, jak kutas stopniowo coraz
bardziej uwierał go w spodniach.
Jego
Ania chciała tego!
Idąc
od drzwi w stronę łóżka i nie odrywając oczu od żony, Filip zdejmował z siebie kolejne
warstwy ubrania.
-
Uklęknij na środku z kolanami szeroko i połóż dłonie na głowie - rozkazał.
A
potem, wszedł kolanami na łóżko i, mówiąc jej stopniowo, co miała zrobić,
zaczął ją uczyć tego, jaki fantastyczny mógł być seks w relacji
dominacja/uległość.
Tym
razem on był dominujący.
Lubił
ją uczyć.
Tak
też mogli się czasem bawić.
A
czasem Ania będzie dominowała.
Jak
każde partnerskie, normalne małżeństwo.
*****
Godzinę później
-
Dziękuję, Skarbie - mruknął Filip do ucha swojej Ani, kiedy leżeli wtuleni w
siebie i zasypiali po ich wzlotach.
Sypiali
zawsze w tej samej pozycji i to się nie zmieniało, nawet, jak Ani brzuch stawał
się duży i musiała go opierać na boku Filipa.
Jej
głowa spoczywała na jego ramieniu, czasem bardziej na jego klatce piersiowej, a
jego ramię owijało ją za plecami.
-
Nie ma za co, Cichy - mruknęła sennie Ania - Ja też sobie trochę wzięłam.
Tak,
zauważył to.
-
Za twój pomysł… - odparł Filip, uśmiechając się lekko - za to, że ciągle mnie
zaskakujesz swoją chęcią uczenia się.
-
Lubię się z tobą uczyć - wymamrotała - Mówiłam ci. Nie pozwól mi odejść.
Filip
zaśmiał się.
Tak,
o to chodziło.
Mieli
ciągle coś, co przypominało im, dlaczego chcieli być razem.
I
to się im nie nudziło.
-
Nigdy nie pozwolę ci odejść - szepnął, przyciągnął ją głębiej w swoje ramiona i
pocałował czubek jej głowy - Dobranoc.
-
Dobranoc - odszepnęła Ania.
I
zasnęli.
Normalnie.
#####
Wszystkie
nazwiska, postacie i zdarzenia są fikcją, wytworem wyobraźni autorki.
Wszelkie
podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń lub osób, żywych lub zmarłych, jest
przypadkowe.
#####
Dla
fanów - niespodzianka. Zapraszam na jutro:
Na tym blogu czeka
Was bonus od Kirsten Ashley - Merry and
Bright.
Zapraszam do lektury następnej z moich książek na https://www.wattpad.com/user/Moniqueromans
#####
dziękuję
Monique.1.b
https://www.paypal.com/paypalme/Monique1b?country.x=PL&locale.x=pl_PL
Również książki Kristen Ashley do poczytania na:
Seria Rock Chick: https://doci.pl/Monique-1-b/seria-rock-chic+dscensn
Córka Gliniarza
Zmysłowy Anioł Stróż
Od Pierwszego Wejrzenia
Zabójczy Kusiciel
Rewanż
Porachunki
Skrucha
Rewolucja
Przebudzenie (0,5)
Odrodzenie
Seria Miasteczko: https://doci.pl/Monique-1-b/miasteczko+devm885
Dla Ciebie
W Pokoju
Złoty szlak
*Gra Serca (tłumaczenie w
przygotowaniu)
*The Promise
*Hold On
Seria Chaos: https://doci.pl/Monique-1-b/chaos+desxmm1
Na Skrzydłach Wiatru
Fire Inside
*Ride Steady (tłumaczenie w
przygotowaniu)
*Walk Through Fire
*A Christmas to Remember
*Rough Ride
*Wild Like the Wind
*Free
*Wild Fire
*Wild Wind
Seria Colorado Mountain: https://doci.pl/Monique-1-b/colorado-mountain+dexns8e
Hazard
Słodkich Snów
Pani Szczęście
Oddychaj
*Jagged
Kalejdoskop
Nagroda
Dream Man Series: https://doci.pl/Monique-1-b/seria-mczyzna+dscenxe
Mystery Man
Wild Man
Law Man
Motorcycle Man
Dream Team Series: https://doci.pl/Monique-1-b/dream-team+denenxe
Cichy Mężczyzna
Dream Maker
Dream Chaser
Dream Keeper
Dream Spinner
Tych z * jeszcze nie tłumaczyłam
;)
Bardzo fajna książka. Gratuluję Ci Moniko i czekam na więcej ❤️ pozdrawiam
OdpowiedzUsuńDziękuję
UsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńProszę bardzo
Usuń