sobota, 23 lipca 2022

15 - Cichy

 

Rozdział 15

Cichy

Filip

 

 

Trzy miesiące później

Filip prowadził swojego Rubicon’a po ulicach SLC, kiedy jechał z Anią do szpitala, do rodzącej Maggie.

David zadzwonił dziesięć minut wcześniej, więc wystartowali.

Filip spoglądał co chwilę na swoją kobietę, siedzącą obok niego na siedzeniu pasażera jego SUV’a i uśmiechał się lekko widząc jej ciche podekscytowanie.

Czuł czyste szczęście.

Jezu, jak on ją kochał.

Kiedy wreszcie lekarz prowadzący orzekł, że już jest z nim na tyle dobrze, że mogli wrócić do domu, byli tak wygłodniali siebie, że nie wytrzymali i ostatniej nocy rzucili się na siebie w apartamencie gościnnym siostry Ani.

Dosłownie rzucili się.

Jezu Chryste!

To nie był ich zwykły seks, nie kochali się, ale pieprzyli i to ostro.

Więc dobrze, że mieli apartament, a nie tylko pokój gościnny, bo Ania doszła bardzo mocno i zrobiła to głośno.

Kilka razy w ciągu tamtej nocy.

Pieprzone dzięki Chrystusowi, że Ania wcześniej skonsultowała się z lekarzem na temat opuszczonych przez nią tabletek i przywróciła kontrolę swojej płodności, więc mogli kochać się potem jeszcze kilka razy w nocy bez ograniczeń.

Jego cudowna Ania.

Ania pokazała mu gorącą, namiętną stronę swojej natury, jaką podejrzewał, że miała, skoro musiała wcześniej kilkakrotnie biec pod prysznic, jak mówiła, a właściwie krzyczała, zimny, by się opanować.

Dla niego.

Dbała o niego.

Martwiła się jego zdrowiem, ale dla niego najgorsze były ciągle jeszcze powracające do niej sny, w których dostawał kulkę w tętnicę szyjną.

Bała się, że go mogła stracić.

Opowiedziała mu kiedyś o tym, kiedy obudziła go ciężkim oddechem, drżąca i zesztywniała, najwyraźniej hiperwentylując po koszmarze.

Kurwa!

Trzymał ją wtedy zamkniętą w swoich w ramionach, a ona mu to opowiadała, dysząc i uspokajając oddech przez długi czas.

Filip zastanawiał się nie jeden raz, czy, gdyby mógł cofnąć czas, to usiedziałby w tamtym pieprzonym wozie, nie poleciałby, żeby jej szukać i nie naraziłby siebie i jej na postrzały.

I na późniejsze koszmary.

Dopiero rozmowy i Anią, i z Timem nauczyły go, jak nie wracać do tego, co już się stało.

Bo nie da się cofnąć czasu, więc to się stało i się nie odstanie.

I już.

Odkąd sypiali razem, Ania zawsze spała na nim i nigdy, ani razu nie odwróciła się do niego plecami w czasie snu.

Trzymała się go.

On sypiał na wznak, a ona na jego boku, z nogą przerzuconą przez jego udo, trzymając ramieniem jego klatkę piersiową i szyję, z policzkiem przyciśniętym do jego piersi, jakby chciała przez całą noc słyszeć bicie jego serca.

Bo wtedy czuła, że był z nią.

Nie ukrywał, że taka pozycja w czasie snu usunęła z jego snów koszmar, w którym jej biała sukienka spływała jej krwią.

Więc tak sypiali.

Ale to nie pomagało w opanowaniu jego pożądania, a potem Filip dowiedział się, że również pożądania Ani.

Jesteście dla siebie stworzeni.

To zdanie, powtórzone przez jej siostrę, przyjaciółki i jego cioteczkę Thelmę, nabierało głębszego sensu i innego znaczenia.

Tuż przed ich wylotem do SLC, Filip towarzyszył Ani w przesłuchaniu, o które poprosił ją agent Leader.

Kurwa!

Filip nienawidził tego, że musiała przez to znowu przechodzić.

Gdyby mógł, uchroniłby ją przed tym.

David opowiedział mu, jak Ania składała zeznania, które cholerny Leo nagrał na pieprzony dyktafon z Davidem i Jenny jako świadkami, więc Filip nie rozumiał dlaczego, do kurwy nędzy, jego kobieta została zmuszona do powtórzenia wszystkiego w oficjalnej pieprzonej sali sądowej, w obecności sędziego i pieprzonego adwokata tego chorego pojeba.

Ale się zgodziła.

Gówno!

Więc Filip pojechał tam z nią, siedział przy niej przez cały czas, wspierał ją, a przy okazji przeżył chwilę cholernej satysfakcji, kiedy wychodzili i miał okazję obejrzeć wyraz twarzy pieprzonego Nebuenitto, który zobaczył ich oboje na korytarzu trzymających się za ręce, a jego oczy wyraziły przez sekundę całą frustrację i wściekłość na to, że oboje przeżyli i że byli razem.

Pieprzyć go!

Szczęśliwie Ania go nie widziała.

Miała dość powodów do stresu.

David dostarczył FBI tyle dowodów, że oskarżono pieprzonego Nebuenitto o cztery przestępstwa federalne, dzięki czemu popierdolec nie miał szansy na odetchnięcie wolnym powietrzem przez następne sto pięćdziesiąt lat lub i dłużej.

Filip postarał się o kilka dowodów więcej, a przy okazji wytropił i „zneutralizował” pieniądze Nebuenitto, więc pojeb został prawie bez grosza, a pewna fundacja wspierająca niepełnosprawne dzieci, zyskała anonimową dotację.

W tym przypadku Filip nie miał żadnych, najmniejszych wyrzutów sumienia, że działał nielegalnie.

Przy okazji dowiedzieli się jednak, ze chory szajbus miał żonę i córkę, które nie wiedziały nic o jego działalności.

Prawdopodobnie to dla nich wymyślił sobie to „oczyszczanie”, które chciał przeprowadzić za pomocą krwi Ani.

Kurwa.

Popierdolonemu dupkowi w ogóle nie przyszło do głowy, że oznaczałoby to zabicie cudownej, niewinnej kobiety, a to przekreślałoby sens takiego popieprzonego rytuału.

Ale ludzkie życie dla Nebuenitto po prostu nie miało żadnego znaczenia.

Pierdolony egoista.

Zostawili pieniądze na osobistym koncie, które miała żona Nebuenitto i Filip sprawdził, że te pieniądze były czyste.

Kobieta nie musiała wiedzieć, czym zajmował się jej mąż, skoro miała swoje pieniądze, które odziedziczyła po rodzicach.

Nie było jej winą to, że zakochał się w niej w taki chory sposób świrus, który był dumny z tego, że mógł się określać jako Król Przestępców Luizjany.

To minęło.

Więc teraz Filip i Ania mogli zostawić tamte wydarzenia, całą przeszłość za sobą i tak zrobili.

Patrzyli w przyszłość.

Wspólną, jasną przyszłość.

Zaczęli od tego, że Ania złożyła papiery na Uniwersytet Utah, na medycynę, a jednym z tych dokumentów były referencje, jakie jej wystawił doktor Paul Curandero.

Filip dowiedział się o wszystkim jeszcze w Lafayette podczas rozmowy Ani z jej dawną przyjaciółką, Giselle.

Kiedy mieszkały razem w jednym z mieszkań kampusu college’u Grossmana, Ania pracowała jako wolontariuszka w hospicjum dla dzieci, w szpitalu, a przez jakiś czas również przy opiece społecznej.

I uczyła się na kursie przygotowującym, na którym była prymuską.

Miała w tych wszystkich miejscach do czynienia z różnymi dziećmi, z różnymi chorobami i zasłynęła z tego, że dzieci ją kochały, miała z nimi świetny kontakt i szybko potrafiła postawić wstępną diagnozę do pracy dla lekarzy.

Filip tym nie był zaskoczony, bo wiedział, że jego Ania była wspaniała.

Był zaskoczony tym, że tak długo się z tym ukrywała.

Zwłaszcza przed nim.

Bo Filip widział tylko przebłyski tego przez te wszystkie tygodnie.

W hospicjum Ania opiekowała się ciężko chorym synem doktora Curandero, który w ten sposób ją poznał, docenił i często zabierał ją później do swoich małych pacjentów, kiedy wrócili do Alexandrii, gdzie wówczas mieszkali, więc chętnie poparł jej dążenia do ukończenia pediatrii na Utah University.

Chociaż powiedział, że wolałby ją u Grossmana.

Ale Ania nawet o tym nie pomyślała.

Nowy Jork był dla niej za daleko od Filipa.

Kiedy o tym rozmawiali, Filip powiedział jej, że mógłby pracować z każdego miejsca w Stanach, ale wtedy Ania przyznała, że nie chciała, żeby był oddalony od cioteczki i dzieciaków, a i ona chciała być bliżej swoich przyjaciółek.

Oczywiście.

Tydzień po powrocie do SLC Maggie skontaktowała Anię z psychoterapeutą, z którym rozmawiali już kilka razy, bo był specjalistą od leczenia traumy.

Tim, bo tak miał na imię ten terapeuta, był bardzo zajętym człowiekiem, wręcz rozchwytywanym, ale zgodził się na kilka sesji z Filipem i Anią, żeby pomóc im przezwyciężyć dręczące ich koszmary i poczucie winy.

Chociaż Filip i Ania znaleźli już dla siebie najlepsze lekarstwo.

Seks.

Kochali się nawet kilka razy dziennie i nie robili tego z desperacją, rozpaczliwie szukając bliskości, ale dla przyjemności bycia razem.

Ustąpienie koszmarów po tych zbliżeniach było przyjemnym bonusem.

Żadne z nich nie rozmawiało o tym z Timem, bo żadne z nich nie działało w ten sposób.

Byli zbyt skryci na takie zwierzenia.

Ale nauczyli się rozmawiać ze sobą.

Co również nie było łatwe, ale udało im się.

Pogłębili też swoje partnerstwo, bo ustalili stan swoich finansów i okazało się, że mają prawie po tyle samo własnych pieniędzy każde, więc ich wkład w przyszłe wspólne życie miał być taki sam.

Co prawda śledztwo przeprowadzone przez Filipa wykazało, że pieprzony adwokat Ani nie tylko faktycznie sprzedał ją Carlosowi Nebuenitto, ale również zdefraudował jej pieniądze, które odziedziczyła po rodzicach i po dziadkach, a Filip te pieniądze odzyskał.

Nawet, jeśli pan mecenas nie do końca o tym wiedział, to i tak nie zaprotestowałby, bo musiałby się tłumaczyć.

A zrobili to po cichu.

Dobrze, że Ania ufała Filipowi, więc on nie musiał jej tłumaczyć jakim pieprzonym cudem w ciągu jednego dnia pieprzony mecenas Bernard Greedy ukorzył się i zwrócił jej wszystko, co cholernie „wyparowało” z jej pieprzonego konta przez te pięć cholernych lat.

A na dodatek po Nowym Orleanie rozeszły się tajemnicze plotki z nieznanego, anonimowego, ale dobrze poinformowanego źródła, jakoby „szanowany” pan mecenas bardzo lubił zboczony płatny seks i korzystał w tym celu z kont swoich klientów, więc większość jego dotychczasowych źródeł dochodu przeniosła się pod skrzydła innych opiekunów prawnych.

To wszystko było bardzo dobre.

Nawet jeśli nie do końca legalne.

W ciągu pierwszych tygodni lutego Filip osiągnął również częściowo swój cel z zakupem dla Ani bezpiecznego samochodu.

Częściowo, bo nie zgodziła się na Bentleya, którego dla niej wybrał, oburzając się na taką ostentację.

Głośno!

Że niby taki samochód za bardzo rzucał się w oczy.

Chryste!

Jakim cudem ona mogła tak długo być taka cicha?

Drogą kompromisu, po zażartych dyskusjach i oglądaniu samochodów jej przyjaciółek, Ania w końcu zgodziła się na Audi Q7 z napędem na cztery koła.

Eva jeździła Audi, więc Ania została przekonana.

Podobno nawet odbyły wspólną jazdę próbną, ale Filip nie brał w tym udziału, bo dowiedział się po fakcie.

I chyba nawet wolał w ten sposób.

Kolejną dyskusję odbyli przy wybieraniu koloru, bo Ania koniecznie chciała szary, a Filip nie lubił jej w samochodzie koloru asfaltu.

Chciał, żeby była bardziej widoczna dla innych użytkowników ruchu.

Tak było bezpieczniej.

Więc ostatecznie oboje się zgodzili na biały.

Ania nie wiedziała o swoim samochodzie jednego i Filip nie zamierzał jej okłamywać, ale też nie zamierzał dobrowolnie, nie pytany, jej o tym powiedzieć.

Może nigdy nie będzie musiał.

SUV Ani miał specjalnie na zamówienie przez Filipa wstawione szyby kuloodporne i system powiadamiania alarmowego podłączony do jego telefonu, który Filip sam skonfigurował.

Tak dla pewności.

Ale do szpitala, do rodzącej Maggie jechali jego Rubicon’em i Filip prowadził, bo Ania podskakiwała co chwilę nerwowo i bała się usiąść w takim stanie za kierownicą.

Filipowi to odpowiadało.

Tak było bezpieczniej.

Kiedy weszli do poczekalni porodówki, była tam już Eva z Jimmy’m, ale bez dzieci, bo starsze były jeszcze w szkole.

Mały Davie został z opiekunką, która rzadko miała okazję zarobić u nich, skoro wszystkie te kobiety wymieniały się opieką nad dziećmi.

 Alice miała dojechać nieco później, a Sophie jechała z budowy swojego kolejnego domu, który  był położony w drugim końcu metropolii.

Ale Maggie tym razem się pospieszyła.

David nie musiał bardzo długo ganiać swojego ruchliwego syna, Jima, po szpitalnych korytarzach, kiedy przyszedł lekarz, by oznajmić im, że Maggie właśnie urodziła zdrową, śliczną córeczkę.

Ania wzięła Jima na ręce i wskazała Davidowi brodą drzwi.

- Idź do nich - mruknęła.

Poszedł.

A Filip patrzył, jak Ania usiadła z Jimem stojącym jej na kolanach, trzymała go za rączki, pozwoliła mu przysiadać i podskakiwać, a jednocześnie nuciła pod nosem jakąś rytmiczną wyliczankę.

Dzieciak chichotał z radości, że ta ciocia bawi się z nim dokładnie tak energicznie, jak to lubił.

A Ania wyglądała na cicho szczęśliwą.

Jezu, ale ona była piękna!

Kiedy David powitał na tym świecie swoją córeczkę, do Maggie poszła Eva z Jimmy’m, ale kiedy wrócili, Filip z zaskoczeniem usłyszał zdanie:

- Maggie teraz chce was zobaczyć - które David powiedział, wskazując na nich dwoje brodą jak zawsze zarośniętą na czarno.

Ania, równie zaskoczona jak Filip, oddała Jima Evie i poszli we trójkę, poprzedzani przez Davida, który wskazywał im drogę, otworzył drzwi i przepuścił ich, zapraszając do środka pokoju.

Kiedy weszli do sali, Maggie leżała na swoim szpitalnym łóżku zmęczona, ale jaśniejąca szczęściem.

David podszedł do swoich dziewczyn jako pierwszy i wziął córeczkę na ręce, a wtedy Filip pomyślał Jaka Kruszynka.

David tak zawsze mówił na swoją Maggie - Kruszynka, ale to maleństwo było prawdziwą kruszynką, zwłaszcza na silnym ramieniu jej dużego taty.

- Przedstawiam wam Annę Evę - powiedział do  nich David, a Maggie tylko uśmiechnęła się do Ani i wyciągnęła do niej rękę.

Filip usłyszał od swojej kobiety ciche och, wyrzucone z takim zachwytem, że zrozumiał ile to dla niej znaczyło.

Ania podeszła do przyjaciółki i uścisnęła ją krótko.

- Maggie  - szepnęła Ania ze łzami w głosie, a Filip, pieprzyć go, również poczuł ściskanie w gardle.

Ich przyjaciele pokazywali w ten sposób, że doceniali ich przyjaźń i to, co Ania zrobiła dla Jima.

Nawet, jeśli Ania uważała, że to nie było nic wielkiego.

Najwyraźniej było.

A potem…

Jezu, jak pięknie Ania wyglądała z noworodkiem na ręku!

*****

Anna

Tydzień później

Leżałam na naszym łóżku w naszej sypialni i czytałam książkę.

W uszach miałam słuchawki, bo faceci oglądali mecz w naszym salonie.

Właściwie to próbowałam czytać książkę, ale przekonałam się, że powieści romantyczne przestały mnie pociągać.

Kiedyś czytałam je, bo marzyłam o wielkiej miłości, ale teraz miałam taką dla siebie na własność i przekonałam się, że jest piękniejsza niż wszelkie wyobrażenia.

Bez porównania.

I dawniej lubiłam, jeśli w książce dużo się działo, a przekonałam się, że na co dzień najlepsza była nuda i stabilność.

Bo dawały bezpieczeństwo.

Tydzień wcześniej trzymałam na ramieniu malutką An Evie i wspomnienie tego rozczulało mnie do tej pory, a wczoraj byłam u Maggie, żeby przez trzy godziny zająć się Jimem, bo David był w pracy.

Nadal nie pochwaliłam się mojej przyjaciółce najważniejszym.

Bowiem najważniejsze i najpiękniejsze dla mnie było to, co po powrocie od niej ze szpitala do naszego domu usłyszałam od Filipa.

Mój Filip powiedział mi, że pragnie mieć ze mną taką kruszynkę, najlepiej niedługo, chociaż wolałby po tym, jak wszystkim publicznie ogłosimy, że jesteśmy i zawsze będziemy razem.

Tak.

Zapytał mnie, czy zostanę jego żoną.

Tak właśnie, po cichu, w domu, bez świadków i fanfar mój Filip mi się oświadczył!

Nie kupił mi pierścionka, bo było to spontaniczne, ale następnego dnia zabrał mnie do jubilera i razem wybraliśmy pierścionek i od razu obrączki.

Filip radził mi, ale nie narzucał mi swojego zdania, a po kilku minutach cichej dyskusji jubiler zorientował się w naszym guście i wyjął spod lady pierścionki robione ręcznie przez lokalną artystkę.

Były prześliczne!

Wybraliśmy z Filipem jeden taki, który nie był ostentacyjny, nie rzucał się w oczy, a jednocześnie był oryginalny, niespotykany.

Zrobiony z białego złota w formie dwóch wężyków ciekawie splecionych ze sobą i z drobnymi diamencikami wtopionymi rzędem z jednej strony.

Proste obrączki z białego złota pasowały do tego idealnie i również były dyskretne.

Nie rzucające się w oczy.

Jak my.

Położyłam się na wznak na łóżku i podniosłam lewą rękę, żeby przyjrzeć się jeszcze raz mojemu pierścionkowi.

Tego dnia u Maggie miała być Alice, a następnego Eva, jak umówiłyśmy się, żeby nowa mama miała trochę odpoczynku, a nie męczarni spowodowanych nachalnością i nadmiarem przyjaciółek.

Mogłyśmy spotkać się w większym gronie za trzy tygodnie, jak An Evie będzie większa, a Maggie silniejsza, więc wtedy im powiem.

Myślałam o tym, że nie pokazywałam mojego pierścionka jeszcze żadnej z przyjaciółek, na co miałam ochotę, chociaż byłam trochę speszona na samą myśl o tym.

Byłabym wtedy w centrum uwagi, a nadal tego nie lubiłam.

Zastanawiałam się, jak zareagują moje przyjaciółki na tą wiadomość, chociaż byłam pewna, że się ucieszą.

To były prawdziwe przyjaciółki.

Byłam już dwie godziny zamknięta w sypialni, jak umówiliśmy się z Filipem, kiedy zapytał mnie, czy nie mam nic przeciwko temu, żeby przyszli do niego kumple i zaczynałam być zdrętwiała z bezruchu, więc musiałam wyjść chociaż na chwilę.

A ponieważ na dodatek zrobiłam się głodna, a Filip miał zamówić mi pizzę z salami, więc odłożyłam książkę i postanowiłam zakraść się do kuchni.

Bo tego dnia u Filip byli sami faceci i oglądali jakiś mecz footballu.

Ale oni nie będą zainteresowani i nie zwrócą uwagi na moją nową biżuterię.

Chyba.

David przyniósł im whisky na oblewanie urodzin jego małej córeczki i mieli zamówić pizzę również dla siebie, a ja schowałam się w sypialni, żeby mieć trochę czasu dla siebie i by im nie przeszkadzać.

Zdążyłam pogadać przez Skype’a z Jenny, przez telefon z Evą i napisać streszczenie dwóch wykładów z kursu, których musiałam nauczyć się do testu.

Ale teraz zgłodniałam.

Okazało się, że miałam złe wyczucie czasu.

Wstałam i podeszłam do drzwi i otworzyłam je akurat wtedy, kiedy coś złego się zadziało w meczu, czego się dowiedziałam, bo David zaklął.

- No, kurwa mać!

Zatrzymałam się w pół kroku i otworzyłam usta.

O, Matko!

Byłam w szoku.

Myślałam, że David całkiem przestał kląć, a tu raptem okazało się, że nie klął tylko przy Maggie.

Ale to nie był koniec.

- Wypierdalaj z boiska, dupku! - wrzasnął Strzała, którego nie poznałam zbyt dobrze, ale byliśmy raz z Filipem w jego w restauracji na randce na kolacji, więc wiedziałam, że bywał w miejscach publicznych, gdzie nie należało używać wulgaryzmów.

Zresztą polubiłam go.

A jego restauracja słynęła z najlepszych w SLC steków, była miejscem ze smacznym jedzeniem i bardzo obleganym, więc widziałam tam wiele pań ubranych bardzo elegancko, jak tylko potrafią się ubrać kobiety, którym zależy na pokazaniu się w modnym miejscu.

- Niech ktoś wyjebie z boiska tego pieprzonego fajtłapę! - prawie jednocześnie odezwał się Driver, czyli Marty, który zajmował się „pojazdami”, jak to określił Filip, nie uściślając o jakie pojazdy chodziło, ale z wyglądu był mężczyzną opanowanym, przystojnym i kulturalnym.

Jego też lubiłam.

- Ja pierdolę - to był głos Jimmy’ego.

Zamarłam.

O, rany!

Jimmy?

Stałam tak w progu sypialni i nie wiedziałam, jak zareagować, bo byłam prawie pewna, że krwawiły mi uszy, kiedy z korytarza wejściowego wyszedł Filip, niosąc kilka kartonów pizzy, ustawionych jedno na drugim i torbę z pojemnikami z sosem.

Spojrzał na mnie i uśmiechnął się pod nosem.

Słyszał wszystko i bawiła go moja reakcja.

Zamknęłam buzię, która otworzyła mi się sama w niekontrolowany sposób i tak pozostała przez cały ten „dialog”.

- Kurwa, Cichy - usłyszałam głos Asa lub Big Bena, nie wiedziałam, bo rzadko się odzywali - …dawaj te cholerne pizze. Głodny jestem. A to małe gówno to co to ma być?

- To dla Ani - powiedział Filip i skinął głową w moją stronę.

Ruszyłam do niego, otrząsając się wreszcie z marazmu.

Weszłam do salonu.

A tam zapanowało nagłe poruszenie.

Obute nogi wszystkich facetów naraz ze stolików do kawy wylądowały na podłodze, puszki i butelki po piwie w sekundę schowane zostały pod kanapy i fotele, a szklanki z whisky stuknęły o podkładki.

- Cześć - powiedziałam raźnie, wchodząc do salonu - Nie przeszkadzajcie sobie. Zabieram swoją pizzę i idę do sypialni.

- Nie, nie musisz. Zostań. No, co ty… - zabrzmiała nieszczera kakofonia męskich głosów.

- Nie, dzięki - powiedziałam wreszcie rozluźniona i uśmiechnęłam się do nich - Miałam pięciu braci, więc wiem, że towarzystwo dziewczyn w czasie meczu jest niewskazane.

David patrzył na mnie z uśmiechem.

Z łagodnym wyrazem twarzy patrzył na mnie Jimmy, podobnie jak Alex.

Wzięłam pudełko z moją pizzą, poszłam do kuchni po colę z lodówki, kilka serwetek i z tym wszystkim pomaszerowałam do sypialni, podczas gdy w salonie panowała prawie idealna cisza.

Odzywał się tylko komentator w telewizji.

Wiedziałam, że śledziły mnie uważnie wszystkie męskie oczy, chociaż nadal trwał mecz.

Filip poszedł za mną.

- Dzięki, Skarbie - powiedział i pocałował mnie w usta, kiedy tylko do mnie dotarł i złapał mnie w pasie.

- Nie ma za co - mruknęłam i weszłam do sypialni - Możesz zamknąć, bo nie mam wolnej ręki? - zawołałam za siebie, a potem odwróciłam się akurat, żeby zobaczyć, jak zamykał drzwi i uśmiechał się do mnie łobuzersko.

- Kocham cię - szepnęłam i  jego oczy zrobiły się łagodne i ciepłe dokładnie tak, jak uwielbiałam.

Mój Niegrzeczny Chłopiec.

*****

Dwie godziny później

Przyjechała Sophie i zabrała swoim Raptorem Davida, Jimmy’ego i Alexa do ich domów, ale nie weszła do nas, tylko przywitała się krótko i z daleka.

Ci wyszli z naszego domu dość cicho.

Potem dużym, czarnym Fordem, chyba Explorerem, ale nie byłam pewna, przyjechała jakaś kobieta, która nawet nie wysiadła z samochodu, tylko zatrąbiła i na ten sygnał hałaśliwie wyszli z naszego domu Strzała, Driver, As i Big Ben, chociaż nie wiedziałam jaki cudem tamtych trzech wielkoludów miało zmieścić się na tylne siedzenie jej SUV’a.

Może był większy niż myślałam.

Zabrali się i zostaliśmy z Filipem sami w naszym domu.

Kiedy on wypychał kumpli za drzwi, ja zaczęłam sprzątać po nich w salonie i chodziłam tam jeszcze z workiem na śmieci, kiedy wrócił.

- Hej, Skarbie - mruknął, kiedy dotarł do mnie, przyciągnął moje plecy do swojego brzucha i wcisnął twarz w moje włosy.

Wiedziałam już, bo powiedział mi o tym kiedyś, kiedy leżeliśmy w łóżku, a ja uspokajałam oddech po moim koszmarze, że wtulając się tak, wąchał moje włosy, bo lubił ich zapach.

Miałam ręce zajęta śmieciami, więc wyprostowałam się tylko nieznacznie, nadstawiłam mu policzek do pocałowania i sprzątałam dalej.

- Zostaw - mruknął Filip i nie wypuścił mnie - Później skończymy.

Odłożyłam worek ze śmieciami z westchnieniem i odwróciłam się całkiem przodem do niego.

Jego dłonie zaczęły błądzić bardzo nachalnie i sugestywnie, co mnie od razu podnieciło, ale w jego oddechu wyczułam coś, czego się powinnam spodziewać.

Filip był pijany albo przynajmniej podpity.

Poddałam się temu, na co miał ochotę, bo ja też miałam ochotę, ale trochę była ciekawa, jak to miałoby działać.

Byłam całkowicie trzeźwa i świadoma jego braku kontroli nad sobą.

Nadal poddawałam się jego żądaniom.

- Rozbierz się - rozkazał.

Odsunęłam się o kilka centymetrów, żeby mieć swobodę ruchów i zaczęłam wykonywać jego polecenie.

- Nie tak - mruknął i odwrócił się w stronę sprzętu grającego.

Kiedy tam podszedł dotarło do mnie, że miał zamiar zrobić to, co ja zrobiłam tego wieczoru, kiedy wróciliśmy z Gwiazdki u cioteczki Thelmy.

Usłyszałam muzykę.

Dokładnie tę samą piosenkę, co wtedy.

Pamiętał!

Filip podszedł do kanapy, strącił na podłogę resztę pudełek po pizzy ze stolika, który tam stał na bok i usiadł.

- Rozbierz się, tańcząc dla mnie, Skarbie - rozkazał ponownie, tym razem dokładnie mówiąc mi, że lubił patrzeć, jak się ruszałam.

O, Matko!

Zaczęłam tańczyć, wyginając się i obracając w rytm melodii.

Nagle dotarły do mnie słowa tej piosenki.

Śniłem o lepszej miłości, lecz nie ma lepszej miłości…

Kto mnie kiedykolwiek kochał. Nie ma lepszej miłości.

Więc kochanie, poczuj to lepiej, bo nie ma lepszej miłości.

Ty leżąca obok mnie, nie ma lepszej miłości…[1]

Przymknęłam oczy, zdejmowałam z siebie kolejne, nieliczne części ubrania w ten gorący, majowy wieczór i myślałam o tym, że kochałam tego wspaniałego, Cichego Mężczyznę, który dawał mi miłość lepszą, niż mogłabym sobie kiedykolwiek wymarzyć.

Kiedy byłam już całkiem naga, podeszłam tanecznym krokiem do Filipa, by się przekonać, że zdążył już się sam rozebrać i był na mnie bardzo gotów.

Weszłam na kanapę tak, żeby okraczyć jego uda, a potem przysunęłam mu do twarzy moje piersi.

Wpił się w nie chciwie ustami, dociskając mnie do siebie dłonią rozłożoną na moim krzyżu.

Jednocześnie drugą ręką przytrzymał penisa, by jego czubek był tuż przy moim wejściu, z czego skorzystałam i nasunęłam się.

- Kurwa, jaka gorąca - jęknął Filip i nieco zesztywniałam, bo nigdy nie używał przy mnie takich słów, ale potem uznałam, że to był wpływ alkoholu.

Trzymał moje biodra i kierował nimi.

- Ciasna, gorąca - mamrotał Filip, nasuwając mnie na siebie i wodząc ustami po moich piersiach - i czysta. Tylko moja.

- Tak - westchnęłam, jadąc na nim szybciej i mocniej, trzymając się oparcia kanapy i odginając głowę w ogarniającej mnie rozkoszy - Tylko twoja, zawsze twoja. Kocham cię, Filip.

Kiedy to ostatnie opuściło moje usta, ogarnęła mnie rozkosz tak niespodziewana, bo szybka i gwałtowna, że prawie uderzyłam głową o oparcie kanapy, kiedy moje mięśnie się skurczyły i zgięłam się, wciągając Filipa głębiej we mnie.

Nie wypuścił mnie ani na chwilę, kiedy podniósł się i odwrócił.

Rzucił mnie na kanapę, ale moje biodra były na siedzisku a głowa na podłokietniku, więc byłam dziwnie wygięta.

Filip przeszedł na bok kanapy, a ja patrzyłam półprzytomna, nadal w objęciach orgazmu, jak pochylił się nad moim ciałem, zgiął plecy i wsunął twarz między moje nogi.

Tam, gdzie byłam bardzo mokra po przeżywanej jeszcze wciąż przeze mnie rozkoszy znalazł się jego język, a przy moich ustach znalazł się jego członek, lśniący od mojego śluzu.

Poczułam swój zapach.

Dziwne.

Nie czułam się nieswojo, nie odrzucało mnie to, chciałam tego.

Rozchyliłam wargi i pozwoliłam, by się wsunął.

Dokładnie w tej chwili poczułam, że delikatny, a potem mocniejszy dotyk jego języka doprowadzał mnie do drugiego szczytowania.

O, Matko, jak dobrze!

A ruch jego bioder doprowadzał do głaskania jego męskości w moich ustach i był nieustępliwy.

Trzymałam oburącz jego uda, ale nawet mi do głowy nie przyszło, żeby go odpychać, tylko zaciskałam tam palce.

Pragnęłam poczuć w ustach jego spełnienie.

Zniknęły wszelkie hamulce.

Byłam jego i chciałam mu dać całą siebie.

To było tak podniecające, że w tej samej chwili, kiedy zaczął pulsować i wysunął się trochę z moich ust, żeby wytrysnąć na moje piersi, odleciałam w olśniewającym, wybuchowym orgazmie numer dwa.

Filip oparł się na jednym łokciu i patrzył ma mój tułów, dysząc ciężko i uspokajając się.

- Przepraszam, kochanie - szepnął w końcu.

- Nie ma lepszej miłości, Filip - mruknęłam i uśmiechnęłam się do niego.

Zamrugał gwałtownie i popatrzył na mnie, nie rozumiejąc niczego.

- Ta piosenka - powiedziałam mu - Nie ma lepszej miłości.

Przez jego twarz przepłynął błysk zrozumienia.

- Dajesz mi to, co najlepsze - wyjaśniłam mu.

- Jezu, Aniu - mruknął i wreszcie uklęknął obok kanapy, by patrzeć na moją twarz na wprost, a nie do góry nogami.

- Co? - szepnęłam i przyłożyłam dłoń do jego ogolonego policzka.

- Chryste… - wymamrotał i schylił głowę, by dotknąć czołem do mojego ramienia - Dajesz mi dużo więcej, niż ja tobie. To jest lepsza miłość.

Nie zgadzałam się z tym, ale nie zamierzałam się z nim w danej chwili o to kłócić.

- Muszę się trochę umyć - powiedziałam mu.

Spojrzał na moją klatkę piersiową, uśmiechnął się i zaczął się podnosić.

- Tak - powiedział, kiedy złapał mnie za rękę i pociągnął ze sobą - Prysznic.

Kiedy szliśmy do łazienki, przyciągnął mnie do siebie.

- Jakbym go nie wyjął… - zapytał z ciekawością w głosie - odsunęłabyś się, czy może raczej połknęła?

Zawahałam się.

- Nie jestem pewna - przyznałam.

Spojrzałam na niego z nagłym wstydem.

- Może bym połknęła - przyznałam cicho - to przecież ty.

Patrzył na mnie przez chwilę z dziwnym, trudnym do rozszyfrowania wyrazem twarzy, a potem przyciągnął mnie do swojego ciała i westchnął w moje włosy - Jezu, jak ja cię kocham.

Potem pocałował mnie i nie był to delikatny pocałunek.

Zważywszy, że byliśmy już w łazience, weszliśmy pod prysznic i tam go dokończyliśmy.

I tam miałam swój orgazm numer trzy.

Fantastyczny.

*****

Godzinę później

Po prysznicu dokończyliśmy sprzątanie domu i zrobiliśmy to razem.

Potem położyliśmy się na kanapie: ja z przodu, a Filip za mną, z ręką zgiętą w łokciu i opartą na niej głową i obejrzeliśmy jakąś komedię, której nie do końca pamiętałam, więc być może zasnęłam w jej trakcie, ale Filip nie odezwał się na ten temat.

Potem poszliśmy do łóżka i kochaliśmy się delikatnie i powoli, więc miałam orgazm numer cztery, a Filip numer dwa.

Kiedy już ułożyliśmy się do snu tak, jak ostatnio to robiliśmy, czyli ja w większości na Filipie, powiedziałam mu wreszcie, co mi chodziło po głowie przez te kilka godzin.

- Dobranoc… hmmm… Cichy?

Zamarł.

Nie poruszył się, więc nie widziałam jego twarzy, kiedy mi odpowiedział.

- Tak mnie nazwali w wojsku.

Mogłam to zrozumieć, bo przecież jego praca wymagała ciszy i skupienia.

Jednak chyba nie o to chodziło.

Czekałam, bo wydawało mi się, że chce powiedzieć coś więcej.

- Nienawidziłem swojego nazwiska - wyjaśnił mi - Bo nie było moje.

- Co? - szepnęłam i uniosłam się na łokciu, żeby zawisnąć twarzą nad jego klatką piersiową i patrzeć w jego oczy w ciemności naszej sypialni.

Jedną rękę trzymał zgiętą z dłonią pod głową, a drugą wsunął po moich plecach w moje włosy na karku.

Lubiłam to.

- Kiedy mnie znaleźli jako noworodka… - powiedział - nie miałem żadnych dokumentów, nie dowiedzieli się niczego o moich rodzicach, więc nadali mi przypadkowe imię i nazwisko. Nawet nie wiem skąd to wytrzasnęli.

O, Matko!

Poczułam, że moja klatka piersiowa zacisnęła się na myśl, co Filip musiał przeżywać jako dziecko i nastolatek.

Nie miałam szansy na odpowiedź.

Filip jej nie oczekiwał.

Chociaż i tak nie wiedziałabym, co powiedzieć.

- Więc nie lubiłem, kiedy wołali mnie Lifer[2]. Ani wcześniej, ani w wojsku - Filip mówił dalej, nie zważając na moje rozterki - Ale w wojsku miałem kolegów, którzy to respektowali, takich jak David, więc zaczęli zauważać, że nie lubiłem dużo mówić i nazwali mnie Cichy właśnie od tego.

- Och - szepnęłam, a potem opuściłam głowę, żeby dotknąć ustami do jego skóry i miałam otwarte oczy, ale nie widziałam niczego.

Pomyślałam chwilę i podniosłam głowę, by znowu na niego spojrzeć.

- Więc będę pani Cicha? - spytałam go o coś, o czym nigdy nie pomyślałam i o czym nie rozmawialiśmy.

Wstrzymałam oddech, kiedy nie reagował przez minutę, bo zastygł w całkowitym bezruchu.

A potem Filip nagle wysunął rękę spod swojej głowy, trochę się uniósł, żeby patrzeć mi bardziej wprost w oczy, a później przewrócił mnie na plecy, żeby być nade mną.

Jego oczy błyszczały.

- A może ty zachowasz swoje nazwisko, a ja je przyjmę? - zapytał niespodziewanie.

Cóż.

Niespodziewanie dla mnie, bo wyglądało na to, że on wszystko to sobie już wcześniej przemyślał.

Oddychałam przez chwilę ciężko i patrzyłam z szeroko otwartymi oczami i ustami na wyraz jego twarzy, w którym było coś dobrego.

Kiedy ja nic nie mówiłam, on powiedział.

- Kocham brzmienie twojego pełnego nazwiska - przyznał - To właśnie wybudziło mnie ze snu, kiedy byliśmy tam…

O, Matko!

Wiedziałam!

- Tak! - przerwałam mu głośno - Jenny będzie zachwycona - dodałam ciszej po sekundzie.

Patrzyłam, jak jego twarz złagodniała.

- Nie ma już mężczyzn z tym nazwiskiem… - wyjaśniłam mu, przełykając ukłucie bólu z tym związane - więc tak będzie szansa na jego kontynuację.

- Kocham cię, Skarbie - powiedział nagle Filip i wiedziałam, że spodobało mu się to wszystko.

Miał być częścią i kontynuacją rodziny.

Rodziny, której większość zginęła, ale my mogliśmy ją odbudować.

Przynajmniej trochę.

- Ale i tak będę na ciebie mówiła Cichy - zagroziłam, a Filip roześmiał się, pochylił do mnie i wciąż się śmiejąc, pocałował mnie.

Jakby to w ogóle nie była groźba.

A potem przestał się śmiać i dał mi orgazm numer pięć, podczas którego sobie też wziął.

O, Matko!

Jak ja go kochałam.

 


 



[2] Lifer to po polsku człowiek, który został skazany na dożywocie

1 komentarz: