wtorek, 26 lipca 2022

18 - Sukienka

 

Rozdział 18

Sukienka

Anna

 

 

Dwa miesiące później

Pół godziny wcześniej skończyłam zajęcia.

Jechałam moim Audi na pilnie zwołane przez Sophie spotkanie z przyjaciółkami, ale cieszyłam się na nie wyjątkowo mocno, bo mogła to być dla mnie ostatnia taka swobodna okazja do spotkania się w większym gronie.

Chociaż, oczywiście, zawsze cieszyłam się na spotkanie z moimi przyjaciółmi, nie tylko z przyjaciółkami, bo wliczałam w to Aleka i Sama.

Zaczynał się drugi tydzień października.

Właśnie zaczęłam studia i mój plan dnia robił się coraz napięty.

Albo może bardziej napięty.

Przez ostatnie tygodnie września pracowałam bowiem  jako wolontariuszka w pobliskim szpitalu na oddziale pediatrycznym, co pozwoliło mi zdobyć doświadczenie, punkty na studia i bardzo dużo zadowolenia.

Poznałam mnóstwo ciekawych osób.

Brałam udział w wypisywaniu kart chorych, a doktor Forkiddies pozwolił mi na oglądanie chorych i omawiał przy mnie niektóre przypadki.

Bardzo nie chciałam z tego rezygnować.

Niestety, miałam przez to zajęte po trzy do czterech godzin codziennie w tygodniu, tylko niedziele zawsze zostawiałam wolne.

Dla Cichego.

Ale kochałam pracę z dzieciakami, nawet jeśli to były chore dzieci z humorkami, a ich rodzice nie zawsze potrafili poradzić sobie z emocjami.

Przy okazji dowiedziałam się, że doktor Curandero bardzo chwalił moje podejście do małych pacjentów, intuicję i chęć do pracy.

O, Matko!

Nie byłam pewna, czy na to zasłużyłam, ale skoro tak mówił, to widocznie coś w tym musiało być.

Takiego podejścia do słów innych, do komplementów, uczył mnie Cichy.

Ufałam mu, więc starałam się taka być.

Chciałam, żeby on również bardziej wierzył w dobre rzeczy, jakie mówili o nim inni, więc starałam się.

Chciałam, żeby wiedział, jaki był wspaniały.

Cichy pracował z synem i synową Evy w San Jose, co wiązało się z jego częstymi wyjazdami, ale, ponieważ został uznany za cenionego specjalistę, z czego on się śmiał, ale ja podkreślałam to z dumą podczas rozmów z przyjaciółkami i nie tylko, więc za każdym razem płacili mu za przelot samolotem, a nawet raz zdarzyło się, że poleciał tam prywatnym odrzutowcem szefa w chwili jakiejś „awarii” ich systemów.

Na pilne wezwanie.

Nie pytałam, o co chodziło, ale musiało to być coś dotyczącego ochrony ich danych, lub innych zabezpieczeń firmowej sieci, bo Cichy nie zmienił specjalizacji.

Tyle tylko, że zarejestrował swoją działalność, jako firmę z biurem mieszczącym się w znanym mi mieszkaniu, więc jego działalność była w stu procentach prawnie właściwa.

Bo to, że była dobra, wiedziałam już wcześniej.

Ponieważ Cichy był dobrym człowiekiem.

Cichy, z pomocą firmy Sophie, wprowadził w swoim mieszkaniu, które teraz było jego biurem, drobne zmiany, które polegały głównie na oddzieleniu ścianką kartonowo gipsową przestrzeni, w której mógł spotykać się z ludźmi, którzy niekoniecznie powinni widzieć jego sprzęt i znać jego możliwości.

Takiej „recepcji”.

Wstawił tam biurko i tam mieściła się kanapa narożna i stolik do kawy, które kupiłam mu wcześniej.

Było to teraz miejsce na spotkania biznesowe.

Pewnego razu nawet w ramach jego pracy dla firmy Micka i Dory, polecieliśmy razem do San Jose i spędziliśmy we dwójkę jeden dzień wakacji na plaży, kiedy Cichy zrobił, co miał zrobić i zostało mu kilkanaście godzin „wolnego”.

Sądziłam, że to zaplanował, ale nie skomentowałam.

Lubiłam to.

W San Jose trochę zaszaleliśmy.

Spacerując plażą oglądaliśmy domy, które wyglądały na letniskowe i w danej chwili były w większości opuszczone.

Opowiedziałam więc Cichemu z lekkim wstydem, że włamywałam się do takich domków podczas mojej podróży po Stanach, żeby mieć dostęp do niezależnego Internetu.

Cichy zaśmiał się i stwierdził:

- Cud, że cię nie przyłapali.

Uniosłam się honorem.

- Umiem wchodzić do takich domków nie zauważona - powiedziałam mu, wydymając nieco usta i prostując się, co było lekkim naciągnięciem faktów, bo nigdy nie wchodziłam do takich domków.

Domki, które zwykle wybierałam do moich „odwiedzin”, były małe, uboższe, więc miały słabsze zabezpieczenia.

Nadal…

- Okej - powiedział mój Cichy z tym swoim łobuzerskim uśmieszkiem Niegrzecznego Chłopca - więc pójdziemy do tamtego.

Wskazał brodą jeden z domów, które stały trochę oddalone od plaży, za wydmą i wyglądały na opuszczone dość dawno.

Zawahałam się.

- Nie zrobiliśmy rozpoznania - stwierdziłam nerwowo.

- Tchórzysz? - Cichy powiedział to takim tonem i spojrzał przy tym na mnie w taki sposób, że uznałam, że najwyraźniej rzucał mi wyzwanie.

Poczułam podrażnienie mojej ambicji.

Wyprostowałam plecy, rozejrzałam się, a potem ruszyłam ścieżką, która omijała posesję, więc mogliśmy udawać, że po prostu schodziliśmy z plaży.

Cichy ruszył za mną, najwyraźniej świetnie się bawiąc.

Kiedy mijaliśmy ogród, znalazłam przypadkowo dziurę w siatce, która otaczała niewielki ogród, zasypany pieskiem i porośnięty nadmorską trawą.

Prześlizgnęłam się przez nią i podbiegłam do ściany werandy, by przylgnąć do niej plecami i udawać, że szukałam schronienia przed wiatrem, niosącym piasek.

Okazało się, że Cichy był tuż za mną.

Nie słyszałam go.

Poruszał się bezszelestnie.

O, Matko!

Wślizgnęliśmy się jedno po drugim na werandę i podeszliśmy do drzwi kuchennych, a wtedy uświadomiłam sobie, że nie możemy tam wejść.

Nie miałam ze sobą mojego zestawu do wybierania zamków.

- Widzisz - powiedziałam szeptem do Cichego - mogłabym tam wejść, jakbym miała…

Przerwałam, bo właśnie w tej chwili Cichy wyjął z tylnej kieszeni spodni zestaw do wybierania zamków!

O, Matko!

Był przygotowany!

Wzięłam go od niego, zaciskając przy tym wargi, kiedy jego oczy świeciły się z rozbawienia, a potem przykucnęłam przy drzwiach i zaczęłam pracować.

Otwarcie zamka zajęło mi trzydzieści sekund.

Nigdy nie robiłam tego tak długo, ale z Cichym za moimi plecami byłam roztrzęsiona, więc musiałam się dodatkowo koncentrować.

Weszliśmy, zamknęliśmy drzwi i podeszłam od razu do panelu alarmu, żeby się przekonać, że miałam rację.

Był zbyt skomplikowany.

Nie było mowy, żebym dała radę go rozbroić.

I tak spróbowałam.

No cóż, powiem tylko, że dobrze, że Cichy był ze mną, bo mielibyśmy firmę ochroniarską, a być może i policję na karku, gdyby nie przejął tego i nie rozbroił alarmu, jak zobaczył, że sobie nie radziłam.

Patrzyłam z oczami otwartymi szeroko, a kiedy się wyprostował, zarzuciłam mu ręce na ramiona i pocałowałam go gwałtownie, mocno i mokro.

Oddał mi pocałunek równie namiętnie.

- Okej, Skarbie - mruknął, przyciskając mnie do ściany, kiedy skończył to robić i oboje ciężko dyszeliśmy - Wierzę ci. Ale to oznacza, że jesteś Niegrzeczną Dziewczynką i musisz ponieść karę.

Zaczęłam dyszeć.

- Tu? - szepnęłam z niedowierzaniem, ale też z odrobiną nadziei.

- Nie - mruknął Cichy i odsunął się, by mnie wypuścić - Myślę, że wolę mieć na to nieco więcej czasu. Załatwimy to po powrocie do hotelu.

Więc mogę wam powiedzieć, ze Cichy dotrzymał słowa, a mnie bardzo podobała się ta „kara”, więc pod znakiem zapytania było, czy to nadal była kara.

Mogłabym jemu, Niegrzecznemu Chłopcu, częściej pokazywać taką mnie, Niegrzeczną Dziewczynkę, jeśli to by oznaczało, że miałabym częściej taką „karę”.

Mhm.

Mieszkaliśmy w SLC nadal w małym domku, w którym Cichy nie miał wszystkiego, czego potrzebowałaby rodzina, ale też nadal nie mieliśmy rodziny.

Byliśmy we dwójkę i było nam tak dobrze.

Nessie przyzwyczaiła się do przebywania z nami, a czasem „odwiedzania” na kilka dni którejś z moich przyjaciółek.

Tylko u Aleka i Sama nigdy nie bywała, bo oni mieli psa.

Właściwie było nam z Cichym całkiem dobrze dopiero od miesiąca, kiedy uszkodzenie słuchu, spowodowane u mnie hukiem wystrzału z pistoletu Nebuenitto, zaczęło się cofać.

I Cichy mógł się zrelaksować.

Przez tydzień po ataku Nebuenitto byłam w szpitalu, gdzie robiono mi ciągle jakieś badania i podawano mi przez kroplówki krótko sterydy, a zapobiegawczo nieco dłużej leki przeciwzapalne.

Cichy nie odstępował mnie tam ani na krok, nawet na godzinę.

Na szczęście okazało się, że było to tylko podrażnienie błony bębenkowej i narządu Cortiego, nic innego nie zostało uszkodzone, a podrażnienie po tygodniu zaczęło się cofać.

Z prawego ucha dzwonienie i głuchota ustąpiły całkowicie już ósmego dnia, a z lewego, przy którym Nebuenitto strzelił do Davida, po dziesięciu dniach częściowo, a niedawno prawie całkowicie.

Nie słyszałam tylko niektórych tonów.

Jak byłam w szpitalu, ciągle dowiadywałam się o stan Billy’ego i mogłam go nawet raz odwiedzić, kiedy już był przytomny.

Stracił trochę krwi, ale, na szczęście, jego rana nie była groźna, chociaż kula przeszła przez płuco.

Przez jego szczyt.

Byłam szczęśliwa, widząc go powracającego do zdrowia.

Przekomarzaliśmy się.

- I jak się czujesz, jako członek Elity? - zapytałam go żartem, nawiązując do naszych wcześniejszych rozmów, kiedy to on i Sam uważali, że David, Jimmy i Alex stanowili elitę naszej jednostki w straży.

- Wiesz co - powiedział Billy, również żartobliwym tonem - Weź wypchaj się taką Elitą.

Spojrzałam wtedy na niego poważniej.

- Mogłam ci to powiedzieć dawno temu - wyznałam mu cicho.

Billy patrzył na mnie przez chwilę bez cienia jego dawnego uśmieszku.

- Chyba byśmy ci z Samem nie uwierzyli - przyznał się cicho.

Westchnęłam.

Tak.

Wiedziałam to.

Nie uwierzyli mi również, kiedy mówiłam im, że pasowali do tej ekipy.

Lubiłam ich obu i było mi przykro, że tak to się skończyło.

Chociaż, może Billy dołączyłby dzięki temu do grona naszych przyjaciół?

I wciągnąłby Sama.

A teraz doszedł jeszcze Tom, który też przyglądał się i przysłuchiwał temu wszystkiemu przez plotki Sama i Billy’ego z namysłem i niedowierzaniem.

No bo, jakim cudem w jednej jednostce było tyle osób z takimi problemami.

Cóż…

Z innymi sprawami było dobrze.

Nebuenitto nie żył, David ani Cichy nie mieli z tego tytułu problemów, a my wreszcie mogliśmy swobodniej zacząć planować przyszłość.

Naszą przyszłość.

Kilka dni wcześniej byliśmy razem ze wszystkimi przyjaciółmi na trzecich urodzinach Davie’go u Evy i Jimmy’ego w ich domu, gdzie miałam okazję pozwiedzać dom Evy, który był ciepłym Domem Rodziny i obejrzeć inny z obrazów, jaki namalował dla przyjaciół Alex.

Był to mały obrazek, na którym były „dzieci” Evy.

Może nie dosłownie.

Alex przedstawił jej wielki brzuch w ostatnim miesiącu jej ciąży z Davie’m i przytulone do niego twarzyczki Marii i Matta, ale to nie samo odtworzenie tego było najpiękniejsze.

Nie wiedziałam, jak on to robił, ale również z tego obrazu wręcz „biło” uczucie, a w tym przypadku była to miłość połączona ze szczęściem.

Obraz wyraźnie mówił „rodzina”.

Alex miał naprawdę ogromny talent.

Przy okazji tego spotkania z okazji urodzin Davie’go dowiedziałam się również, że było coś takiego jak Imprezy u Sparków.

Podobno zarówno Eva jak i Jimmy organizowali najlepsze, najbardziej warte uczestnictwa imprezy rocznicowe ze wszystkich radosnych okazji, jakie nadarzyło się im obchodzić.

Lubili przypominać o nich sobie i innym, a przy okazji bawić się w towarzystwie rodziny i przyjaciół.

Celebrowali szczęście.

Więc jadąc na spotkanie tego dnia byłam bardzo ciekawa, co takiego przydarzyło się Sophie, że nagle zapragnęła zabrać nas wszystkie i co takiego ważnego miała nam do powiedzenia.

Miałam nadzieję na same dobre wiadomości.

Należało nam się trochę dobrego po ostatnich przejściach.

Zaparkowałam swoje białe Audi, o którym już wiedziałam, że miało specjalne kuloodporne szyby, na parkingu naprzeciwko baru, w którym odbywało się owo nadzwyczajne zebranie.

Dwa miejsca parkingowe dalej stało Audi Evy, które krzyczało z daleka swoją czerwienią, a obok niego bardzo niebieski Compass Maggie, mała, srebrna Honda Civic Alice i wielki, czarny, lśniący Raptor Sophie.

Moje przyjaciółki dominowały już na parkingu, więc uśmiechnęłam się na myśli o tym, co mogły wyprawiać w barze.

Miałam rację.

Już od progu baru przywitała mnie istna kakofonia ich okrzyków skierowanych w moją stronę, więc szybko zatkałam rękoma uszy.

- Chcecie, żebym znowu ogłuchła? - zapytałam retorycznie i opuściłam ręce, kiedy na chwilę przestały.

Oczywiście, że nie chciały.

Widziałam poirytowane miny niektórych gości baru, więc uśmiechnęłam się do nich przepraszająco i wzruszyłam ramieniem.

Kelnerka, która przechodziła między stolikami z dzbankiem kawy, tylko przewróciła oczami do sufitu i uśmiechnęła się do mnie w odpowiedzi.

- Sophie jest w ciąży! - krzyknęła na moje protesty Maggie.

To była wieść godna krzyku, ale krzycząca Maggie.

O, Matko!

- Jestem w ciąży! - jednocześnie z nią wrzasnęła Sophie, jakby była zdeterminowana, żeby nikt jej nie ubiegł w osobistym ogłoszeniu tego cudu.

- Jezu, kobieto! - wrzasnął facet dwa stoliki dalej - Nie jesteś pierwsza i nie ostatnia, a krzyczysz to już tutaj po raz trzeci, jakby zdarzył się jakiś cud.

Nie wiedział, co mówił.

- Bo zdarzył się! - wrzasnęła Sophie.

No właśnie.

W tym czasie doszłam już do ich stolika, który był jak zwykle w samym końcu baru i pochyliłam się do niej, by wziąć ją w ramiona.

- Tak się cieszę - szepnęłam jej do ucha.

- Ja też - Sophie wyjawiła mi ten „sekret” i natychmiast zalała się łzami.

Dosłownie.

- No, nie - westchnęła Eva - Znowu ryczy.

Do Waszej Wiadomości: Eva bardzo często płakała.

Z byle powodu.

- Ja nie ryczę - powiedziała Sophie, łkając i pociągając nosem - To alergia.

- Ta - mruknęła Maggie - na pewno.

- Hormony - mruknęła Alice, która zapewne wiedziała, co mówiła.

Ostatecznie: kilka ciąż już przeszła.

Tak sobie dokuczały, ale wiedziałam, że się cieszyły.

Sophie bardzo chciała mieć dzieci, a od prawie roku byli z Alex’em małżeństwem i nie udawało im się zajść w ciążę.

Zostawiłam je tak.

Podeszłam do lady, kiedy się tam przekomarzały i podawały Sophie chusteczki, nie zapytawszy Sophie, czy nie zechciałaby jeszcze jednego ciastka.

To był mój błąd.

Zamówiłam ciastko i dużą latte, zapłaciłam, a wracając usłyszałam, że chciała największą mufinkę marchewkową, więc wywróciłam oczami do sufitu, wróciłam do lady, zamówiłam mufinkę dla Sophie, zapłaciłam, a potem wreszcie dotarłam do wolnego krzesełka i usiadłam z nimi przy stoliku.

Po jednym spojrzeniu oceniłam, że kobiety bardzo się postarały, bo były wszystkie, a nie było żadnych dzieci.

Znalazły niezależne opiekunki.

Zobaczyłam również bardzo zadowoloną z siebie minę Evy, jakby ciąża Sophie była jej zasługą.

O, Matko!

Nie byłam pewna, czy chciałam wiedzieć.

Okazało się, że Sophie wiedziała o ciąży zaledwie od dwóch dni, więc była dopiero w drugim miesiącu, ale taka była szczęśliwa z tego powodu, że nie chciała czekać nawet jednego dnia dłużej, żeby wszystkim o tym powiedzieć.

Wierzyłam.

Na razie nie miała nic więcej do powiedzenia na ten temat, więc, rozczarowana, przestała o tym mówić.

Chyba żałowała, że nie było kogoś, komu jeszcze mogłaby wykrzyczeć na całe gardło tę radosną nowinę.

- Opowiedz nam, co u maluszków - Eva zarządziła zmianę tematu, dopytując mnie o szczegóły mojej pracy, o czym wszystkie uwielbiały słuchać.

Opowiedziałam.

Rozmawiałyśmy tak przez godzinę, wypiłyśmy kawę i zjadłyśmy pół cukierni ciastek, a przy okazji Maggie powiedziała mi, że Sophie zgodziła się zrobić projekt domu dla niej i Davida, bo mieli nadzieję na kolejne dziecko.

Tak się wyraziła.

Mieli nadzieję.

Więc Sophie miała okazję opowiedzieć nam o tym projekcie, co było jej drugim ulubionym tematem dnia.

Miał to być Dom Babci.

Cokolwiek by to oznaczało.

*****

Dwa miesiące później

Spędzaliśmy wieczór przed Bożym Narodzeniem na kolacji w domu cioteczki Thelmy i dzieciaków, bo na kolejne dwa dni Świąt mieliśmy jechać do Lafayette, do mojej siostry.

Dzień wcześniej Sophie poinformowała nas wszystkich, że jej ciąża była mnoga, ale nie bliźniacza.

Bardziej mnoga.

Miała mieć trojaczki!

O, Matko!

Jak już zaczęła, poszła na całość.

W mojej rodzinie nie bywało bliźniaków, a co dopiero trojaczków, ale wiedziałam, że zaburzenia hormonalne po odstawieniu tabletek antykoncepcyjnych mogły to rozregulować.

Może jednak ja miałabym szansę na uniknięcie w przyszłości takiego szaleństwa?

Ojej, uświadomiłam sobie, że zaczęłam myśleć o dziecku.

Naszym dziecku.

Moim i Cichego.

Byłam kompletnie oszołomiona, ale cieszyłam się szczęściem Sophie i Alexa, więc, natychmiast kiedy mnie o to poprosiła, obiecałam jej, że będę w szpitalu, kiedy będzie rodziła, żeby przyjrzeć się jej dzieciom, jak tylko pojawią się na tym świecie.

Oczywiście wiedziała już równie dobrze jak ja, że ciąża mnoga powinna być zakończona wcześniej niż pojedyncza, a w przypadku trojaczków wskazane było cesarskie cięcie.

Nadal prosiła mnie o towarzyszenie jej przy rozwiązaniu.

Chociaż nie byłabym jeszcze lekarzem.

Przez cały październik, listopad i grudzień bardzo dużo się uczyłam, ale nie narzekałam, bo lubiłam to i wreszcie mogłam to robić.

U cioteczki Thelmy byliśmy również na Thanksgiving, a później spędziliśmy aż trzy dni u mojej siostry w Lafayette.

Musieliśmy jej obiecać, że w kolejnym roku zrobimy to odwrotnie, czyli na obiad w Thanksgiving polecimy do niej, a potem pójdziemy do cioteczki.

Cudownie było móc planować.

Mieć pewność, że będzie następny rok.

W Wigilię Bożego Narodzenia jedliśmy kolację świąteczną w domu cioteczki, ale zrobiłam moją pieczeń wieprzową i ciasto dyniowe z imbirem, więc można powiedzieć, że była to kolacja składkowa.

Ubrałam się w tę samą sukienkę swetrową, którą miałam na sobie rok wcześniej i zobaczyłam błysk w oczach Cichego, kiedy wychodziliśmy z domu i mnie w niej zobaczył, zanim założyłam na siebie płaszcz.

Ten błysk spowodował u mnie wilgoć między nogami.

Pomyślałam, że mogłabym mu dać prezent podobny do tego, co rok wcześniej, a on nie tylko by się nie pogniewał, ale lubiłby to.

Tak samo jak ja.

Prezenty dla każdego, zarówno dzieciaków, cioteczki, jak i dla mojej rodziny, indywidualne do upodobań i charakterów stały się naszą tradycją, a Cichy nadal był hojny i wydawał się być szczęśliwy, że mógł je kupować razem ze mną, a może naprawdę był.

Ostatecznie lubiliśmy być razem i oboje lubiliśmy uszczęśliwiać te dzieci.

Rozdaliśmy prezenty dzieciakom po kolacji, kiedy siedzieliśmy w salonie cioteczki Thelmy i piliśmy kawę, zajadając się przy tym słodkościami.

Potem dzieci szybko powędrowały do swoich pokoi, bez wątpienia, by nacieszyć się podarunkami, a my zostaliśmy w salonie.

Wtedy cioteczka w tajemnicy przed dziewczętami opowiedziała nam o rodzinach, które starały się o adopcję Elli i Vivi, ale był to początek drogi urzędniczej, więc na razie nic im nie powiedziała.

Jej zmartwieniem było to, że każda z rodzin chciała adoptować tylko jedną z dziewcząt, więc zostałyby rozdzielone, a bardzo się zżyły ze sobą przez te miesiące mieszkania razem.

Wierzyłam w to!

Z cioteczką zostałby Johnny, który był na tyle młody, że musiał być w rodzinie zastępczej i Betsy, która kończyła w następnym roku szesnaście lat, więc mogłaby pozostać na stałe z cioteczką Thelmą, pod jej czasową opieką, lub nawet po adopcji.

Nie wiedzieliśmy, dlaczego cioteczka o tym w ogóle mówiła.

Ale dowiedzieliśmy się w następnej minucie.

Otóż cioteczka Thelma chciała od następnego roku przejść na emeryturę.

Ta wiadomość nas zaskoczyła, chociaż nie powinna być zaskakująca.

Cioteczka nie była młoda, a wiedzieliśmy oboje doskonale, że lata życia bez wsparcia po śmierci jej męża były dla niej wyczerpujące.

Bez Cichego nie dałaby rady.

Po tamtym pierwszym wieczorze już nigdy o tym nie wspominali, ani cioteczka, ani Cichy, ale wiedziałam to.

Wiedziałam też coś innego.

Jeśli my we dwójkę planowaliśmy założenie rodziny, stało się oczywiste, że cioteczka nie chciała przerzucać na nas odpowiedzialności za dzieci, którymi się opiekowała i za dom, który prowadziła.

Nawet, jeśli lubiliśmy jej w tym pomagać.

Nie rozmawialiśmy więcej o tym tamtego dnia ani z cioteczką, ani między sobą, ale ta myśl czaiła się gdzieś w umyśle moim, a potem dowiedziałam się, że również Cichego.

Następnego dnia z samego rana polecieliśmy do Luizjany i spędziliśmy dwie doby w pełnej, hałaśliwej rodzinie mojej siostry.

Wtedy coś w nas „przeskoczyło”.

Chociaż, być może, zrobiło to wcześniej, ale nie przyznawaliśmy się do tego samymi przed sobą ani nawzajem.

Zaczęło się od tego, że moja starsza siostra naciskała na to, żebyśmy określili datę ślubu, a najlepiej, żebym szybko zaszła w ciążę.

Nawet bez ślubu.

- Aniu, kochanie… - mówiła do mnie, kiedy jej najmłodsze podskakiwało beztrosko na moich kolanach, a Cichy się temu przyglądał z lekkim uśmiechem - nie będziesz młodsza. Najwyższy czas pomyśleć o rodzeniu, bo potem będzie trudniej.

Miała rację.

Nadal.

- Jenny - odparłam, nie patrząc na nią - Studiuję, pracuję, Cichy pracuje w rozjazdach, nie mamy czasu na dzieci. Za rok się zastanowimy.

- Jak będziesz to tak odkładała - prychnęła niecierpliwie Jenny - to zawsze znajdziesz jakąś wymówkę.

Popatrzyła na mnie, a potem na Cichego z jakąś uwagą i ze zmarszczonymi brwiami.

- No chyba, że… - zaczęła, ale potem urwała i zajęła się jakiś nieistniejącym brudem na stoliku do kawy.

Spojrzałam na Cichego, pokręciłam głową, uśmiechnęłam się i wywróciłam oczami do sufitu.

- Widziałam to - warknęła moje siostra - Już nic nie powiem.

Wstała, podniosła dumnie głowę i odwróciła się w stronę kuchni.

- Pamiętaj tylko, że cię ostrzegałam - powiedziała na odchodne - Młodsza nie będziesz, a nie wiesz jak zareagował twój organizm na te wszystkie wasze przeżycia.

O, Matko!

Ona się o mnie bała!

Zamknęłam usta, spoważniałam, popatrzyłam na Cichego prawie z rozpaczą i pochyliłam się w jego stronę.

Nie pomyślałam o tym.

Nie wiedziałam również, czy on chciałby już mieć dzieci.

Od czasu jego oświadczyn nigdy o tym tak naprawdę nie rozmawialiśmy.

Przyszedł Raphael i zabrał z moich kolan ich najmłodsze dziecko, które już marudziło i domagało się położenia na popołudniową drzemkę, a ja się podniosłam i poszłam za Jenny do kuchni, po drodze całując Cichego delikatnie w usta.

W kuchni Jenny zaczęła już szykować dla nas wszystkich zapiekanych kanapek na lunch, więc zabrałam się za pomaganie jej.

- Aniu - zwróciła się do mnie siostra, najwyraźniej odpuszczając poprzedni temat - Dlaczego ty zawsze mówisz do Filipa Cichy?

Spojrzałam na moją starszą siostrę z zaskoczeniem.

Nie zauważyłam tego, że całkiem przestałam mówić do Filipa Filip, a myślałam o nim i mówiłam do niego Cichy.

Ale miałam wyjaśnienie.

- Filip jest znajdą… - powiedziałam Jenny i zobaczyłam, jak jej oczy stały się ciepłe i łagodne dokładnie tak samo, jak bez wątpienia moje stały się, kiedy opowiadał mi to samo.

Powiedziałam jej więc, dlaczego Cichy nie lubił swojego nazwiska, a nawet imienia i skąd wzięło się jego przezwisko.

Powiedziałam jej również o naszych planach, o tym, że chcieliśmy, żebym po ślubie zachowała swoje nazwisko i żeby Cichy je przyjął.

Chciałam jej powiedzieć, jakie to było cudowne i jak ważne dla każdego z nas, przekonać ją.

- Pamiętasz, jak Cichy był w śpiączce? - spytałam, ale nie musiałam.

Wiedziałam, że Jenny nie zapomniała ani minuty z tamtych strasznych dla nas wszystkich dni.

- Giselle zawołała wtedy moje pełne imię i nazwisko… - kontynuowałam coraz ciszej - i to było to, co obudziło Cichego. Więc powiedział mi, że kocha brzmienie tego nazwiska. Możemy sprawić, by miało kontynuację - dokończyłam szeptem i podeszłam bliżej do mojej kochanej, jedynej siostry, by ją objąć, kiedy obie odczułyśmy to samo, ten sam skurcz serca na myśl, że nasi bracia nie zrobią już nigdy tego dla naszego taty.

Oparłyśmy nasze czoła o siebie i trwałyśmy tak przez minutę lub dwie.

- Więc nie zwlekaj zbytnio, żeby była ta kontynuacja - powiedziała nagle Jenny pełnym głosem, a jednocześnie wyprostowała się i energicznie otarła te kilka łez, które spłynęły po jej twarzy.

 Odrzuciłam głowę do tyłu i zaśmiałam się serdecznie, widząc, że nie zamierzała tak łatwo odpuścić.

Udawała tylko kapitulację.

Kochałam ją.

*****

Miesiąc później

Siedziałam w barze przy stoliku, a naprzeciwko mnie siedziała Sophie.

Patrzyłam na nią z przerażeniem.

Bowiem moja ciężarna przyjaciółka jadła dosłownie za czworo, jakby była wygłodzona od tygodnia.

Rzuciła się na burgera, frytki, zapiekany ekstra ser i ciastka.

Aż się bałam, że pęknie.

Tym razem spotkanie przyjaciół było na moją prośbę i zwołałam je w znanym nam barze obok butiku Aleka i Sama, a zrobiłam to z premedytacją.

Koniecznie chciałam, żeby Alek i Sam w nim uczestniczyli, bo miałam do nich prośbę, a dopiero kończyli pracę.

Dzień wcześniej zdałam ostatni egzamin w tej sesji, przestałam chwilowo pracować jako wolontariuszka w szpitalu już miesiąc wcześniej, przed Bożym Narodzeniem i sprawy się nieco uspokoiły.

Ale po Świętach rozmawialiśmy z Cichym o naszych marzeniach i przemyśleniach dotyczących rodziny, dzieci i przyszłości.

Ja zaczęłam.

- Cichy - powiedziałam pewnego dnia wieczorem, kiedy się kochaliśmy czule i delikatnie, a potem poszliśmy na kanapę niby oglądać film, ale ja usiadłam biodrem do niego, a podgiętymi kolanami przodem do oparcia kanapy i odwrócona przodem jego tułowia, by widzieć jego oczy - Nie sądzisz, że szkoda by było, żeby Johnny trafił do jakiejś obcej rodziny?

Cichy natychmiast przestał patrzeć w telewizor i skupił wzrok na mnie.

Podniósł rękę, by sięgnąć po pilota i wyciszyć telewizor, a potem odgarnął nią moje długie już i całkiem ciemnoblond włosy za ucho, a drugą rękę wsunął wyżej na moje plecy, by przyciągać mnie do siebie naciskiem rozłożonej dłoni między moimi łopatkami.

Opierałam się dłońmi o jego brzuch i klatkę piersiową, a jeden z łokci trzymałam na jego kolanie.

Nie były nam znane jeszcze wtedy możliwe losy obu dziewczynek, ale gdyby się udało umieścić je w rodzinach adopcyjnych, to Johnny byłby tym najbardziej pokrzywdzonym.

A oboje polubiliśmy bardzo tego chłopca i wydawało nam się, że z wzajemnością.

- Skarbie - powiedział Cichy - Żebyśmy mogli mu pomóc, musielibyśmy być małżeństwem, a i tak nie byłoby pewności, że daliby nam go do adopcji.

Zassałam wargi, opuściłam brodę, zaczęłam się bawić krótkimi włoskami na jego klatce piersiowej, wystającymi z rozpiętej koszuli, której nie zdjął po wizycie u klienta nawet na czas naszego seksu i zapytałam szeptem:

- A ty widzisz jakieś przeciw? - nadal niepewna co do tego, czy Cichy chciałby mieć kiedyś dzieci i dlaczego nie namawiał mnie na szybki ślub.

- Skarbie… - Cichy podniósł brwi wysoko, a potem wysunął palce pod moją brodę i podniósł mi ją, by patrzeć wprost w moje oczy - obiecałaś, że za mnie wyjdziesz. Możemy się pobrać w każdej chwili. Ale sądziłem, że chcesz spokojnie skończyć studia, zanim zrobimy następny krok.

- Wiesz… - nadal mówiłam cicho i niepewnie, więc spojrzałam w bok, chociaż wciąż mnie trzymał - mogę skończyć studia i jednocześnie mieć rodzinę. Wiele osób tak robi. Dam radę.

Wtedy nagle twarz Cichego całkowicie się zmieniła.

O, Matko Jedyna!

Puścił moją brodę, ale tylko po to, żeby złapać moje biodra oburącz i wciągnąć mnie okrakiem na swoje kolana.

- Więc pogadaj z przyjaciółmi - rozkazał jasnym, wyraźnym, dźwięcznym głosem - Wyznaczcie termin, niech Alek wszystko zaplanuje, gówno mnie to obchodzi - Cichy nie zważał nawet na moje wzdrygnięcie, tylko kontynuował - Pobierzemy się kiedy tylko zechcesz i jak zechcesz. A potem adoptujemy Johnny’ego, a dopiero potem zastanowimy się, czy już chcemy mieć dzieci.

Ucieszył się!

Poczułam takie cudowne ciepło, rozchodzące się od mojego serca po całym ciele, ale nadal chciałam coś wyjaśnić.

- A ty… - zawahałam się - Ty chcesz mieć dzieci?

- Skarbie - Cichy przyciągnął mnie bliżej, żeby dokończyć przy moich ustach - tak dużo i tak szybko, jak tylko będziesz gotowa. Pamiętaj, że zaplanowaliśmy kontynuację twojego nazwiska.

O, Matko!

Był taki wspaniały.

No i doigrał się.

Łzy rzuciły mi się do oczu i były niepohamowane i obfite.

Kochałam go.

Na szczęście Cichy miał doskonały pomysł, jak zmienić tok moich myśli i wykorzystać moje nie-takie-ciche szczęście.

Jak zawsze.

Tydzień temu dowiedzieliśmy się, że Ella i Vivi zdecydowanie miały trafić do dwóch różnych rodzin, ale na szczęście, były to rodziny, które rozumiały, że dziewczynki się przyjaźniły i nie zamierzały ich rozdzielać.

Ella miała trafić do rodziny Latynosów, a Vivi Włochów, co zgadzało się z cechami ich fizjonomii, więc mogłyby się szybciej zasymilować.

Nie byłam pewna, czy miały wpojone jakieś pojęcie o tradycjach i kulturze każdej rodziny, ale tego mogły się nauczyć.

Pomału.

Obie rodziny mieszkały w zasięgu rejonu tej samej szkoły, więc przede wszystkim dziewczynki mogły chodzić na wspólne zajęcia.

Po drugie dowiedzieliśmy się, że obie rodziny ustaliły odwiedziny dziewczynek wzajemnie u siebie, więc ich więź mogła być podtrzymana, a na dodatek żadna z rodzin nie miała nic przeciwko naszym spotkaniom z dziewczynkami.

Zapowiadało się to wspaniale!

Zaczęliśmy starania o adopcję Johnny’ego, w czym pomagał mi lekarz, u którego pracowałam w ramach mojego wolontariatu, doktor Forkiddies, i ktoś z przyjaciół Cichego, ale o to nie zapytałam.

Cichy zawsze miał swoje tajemnice, a jeśli uważałby, że powinnam coś wiedzieć, powiedziałby mi.

Ufałam mu.

Nadal było oczywiste, że powinniśmy dość wziąć ślub albo przynajmniej zacząć go planować.

Więc teraz spotykałam się z przyjaciółmi, żeby poprosić ich o pomoc, której, jak wiedziałam, by nam nie odmówili.

Miałam rację.

Kiedy powiedziałam, że się pobieramy, wszyscy zaczęli mówić jednocześnie i głośno, jak miewali to w zwyczaju, więc naprawdę dobrze było, że zamawialiśmy zawsze dużo jedzenia i picia w tym barze, bo już dawno byśmy tu mieli zakaz wstępu.

Zrobiłam dwie rzeczy, które sobie zaplanowałam.

Po pierwsze Alek był zachwycony, że poprosiłam go o pomoc w organizacji ślubu i przyjęcia, chociaż, kiedy wybuchł entuzjazmem, zaczęłam trochę tego żałować.

Bo jego entuzjazm był wybuchowy.

I bardzo głośny!

Eva powiedziała mi wtedy szeptem, że Alek był bardzo rozczarowany, kiedy mama Eddiego wtrącała się w organizację jego ślubu z Alice, a potem prawie obraził się na nich wszystkich, kiedy Jimmy zorganizował bez jego wiedzy pierwszą rocznicę ich ślubu, która wyglądała jak przyjęcie weselne włącznie z powtórzeniem przysięgi.

O, Matko!

Jak romantycznie!

Alek uwielbiał organizowanie ślubów, więc zorganizował ten Maggie i Davida, ale Sophie miała ślub, w organizacji którego większy udział miała mama Alexa i dawna gosposia Sophie, Maria.

- Więc - powiedziała na koniec Eva - poddaj się i płyń z falą. Żywiołu nie powstrzymasz, a będziesz miała najpiękniejszy ślub, jaki sobie możesz wymarzyć. Tylko podaj mu ograniczenia finansowe - szepnęła mi na ucho tak, żeby nikt inny nie usłyszał.

Westchnęłam, ale potem się uśmiechnęłam.

Właściwie czemu nie.

To miał być mój jedyny ślub, a miałam go wziąć z moim ukochanym, Cichym Mężczyzną, który też nie miał nic przeciwko temu.

A śluby Maggie i Davida oraz Sophie i Alexa widziałam, brałam w nich udział, więc wiedziałam, że były wspaniałe i dopasowane do każdej z par.

- Alek… - powiedziałam więc, przerywając mu potok pomysłów, którym już zaczął nas zasypywać, by przedstawić jeden z moich warunków - ślub musi być za mniej niż pół roku.

- Co? - Alek dosłownie zaczął hiperwentylować i wachlować się dłońmi na tak krótki termin - Nie ma mowy, nie zdążymy.

- Alek! - przerwałam mu i sięgnęłam ręką, by złapać jego dłoń nad stoikiem - Johnny zostanie sam, jeśli będziemy zwlekać. Musimy być po ślubie, zanim będzie ostateczna rozprawa adopcyjna. Możemy mieć go w planach na okresie próbnym, ale sam wiesz…

Zobaczyłam, jak wyraz jego twarzy się zmienił, ale nie analizowałam tego.

Tak samo, jak pozwoliłam, żeby umknęło mi chwilowe wyciszenie się reszty moich przyjaciółek.

Chociaż na to po pewnym czasie zmarszczyłam się i zapytałam głupio:

- Co?

Jakoś wszystkie pokręciły tylko głowami, uśmiechnęły się, a Maggie i Eva, które siedziały najbliżej mnie uścisnęły moje dłonie.

Musiałam zająć się drugą sprawą, więc westchnęłam i odpuściłam.

- Sophie - odwróciłam się do obżartucha - Potrzebujemy domu. Ten Cichego jest za mały. Nie ma dodatkowej sypialni.

Sophie przestała na chwilę jeść i spojrzała na mnie.

- Nie zbuduję wam domu w parę miesięcy z niczego - wyrzuciła oburzona, ale na szczęście zdążyła najpierw przełknąć - Nie macie nawet działki.

- Wiem - powiedziałam jej, bo tego nie oczekiwałam - Ale może znasz kogoś, kto ma dom na sprzedaż lub zechciałby się zamienić na taki mały z jedną sypialnią.

Popatrzyła na mnie, ale jakby mnie nie widziała.

Było oczywiste, że myślała intensywnie.

Trwało to kilka minut, aż zaczęłam się niecierpliwić.

Nie zdążyłam jej pogonić, kiedy się ocknęła.

- Okej - mruknęła wreszcie - Chyba mam kogoś, kogo mogłabym zapytać. Ale nic nie obiecuję - dodała głośniej, kiedy zobaczyła mój szeroki uśmiech.

- Okej - mruknęłam, ale już wiedziałam, ze Sophie się postara.

Miała szerokie kontakty, była naprawdę kreatywna, a ludzie z branży ją kochali głównie dlatego, że nie zabierała im pracy, bo robiła wyjątkowe domy, którymi oni się nie zajmowali, a za to pożyczała czasami od nich sprzęt za całkiem niezłe pieniądze, a czasem dała zarobić ich pracownikom.

A do tego była towarzyska.

Więc mogła nam pomóc.

Tymczasem Alek się rozkręcił.

Nie kontrolowałam go, więc popuścił wodze fantazji.

- Już cię widzę - piszczał podniecony - Przybrany na biało kościół. Dziewczynki z kwiatami. Biała suknia księżniczki…

- Nie! - przerwałam mu spanikowanym okrzykiem.

- C-co? - Alek zająknął się i spojrzał na mnie przestraszony.

- Hej - mruknęła obok mnie Alice - No co ty.

- Aniu - powiedziała niskim, napiętym głosem Maggie - to przesąd. Nie musisz być dziewicą, żeby…

- Nie o to chodzi - powiedziałam, czując, że jednocześnie na moje policzki wypłynął rumieniec - Ja…

Było oczywiste, że wiedzieli, że nie byłam dziewicą, ale, chociaż mnie to krępowało, ważniejsze było to, że nie wiedzieli o nas innych rzeczy.

Nie znali przyczyny, dla której naprawdę nie mogłam mieć białej sukienki.

Nigdy.

Rozejrzałam się po ich twarzach, na których nagle znalazł się ten sam wyraz troski, zassałam wargi między zębami i zebrałam się na odwagę.

Musieli wiedzieć.

To byli nasi przyjaciele i znali naszą przeszłość, więc wiedziałam, że zrozumieliby wszystkie nasze lęki, a nie chciałam, żeby się martwili.

Patrzyli na mnie w milczeniu, ze skupieniem obserwując moje zachowanie.

- Pamiętacie, jak ja i Cichy zostaliśmy postrzeleni? - spytałam ich cichym, napiętym głosem i zobaczyłam kiwające głowy.

Oczywiście, że pamiętali.

Każde z nas pamiętało, co przydarzyło się innym i głęboko to odczuwaliśmy, bo dbaliśmy o siebie wzajemnie.

Przyjaciele.

O, Matko!

Jak ja ich wszystkich kochałam.

Wzięłam głęboki wdech, złapałam za rękę Maggie i Evę, które były najbliżej, ale wiedziałam, że każde z nich dałoby mi to wsparcie.

- Zostałam wtedy na rozkaz Nebuenitto ubrana w białą, prostą, bawełnianą sukienkę - wyjaśniłam im i patrzyłam, jak przez ich twarze przebiegały uczucia.

Zrozumienie, współczucie, ból.

Tak.

Kochałam ich.

Opuściłam ręce, złapałam swój kubek, napiłam się kawy i spojrzałam znowu na nich wszystkich, trzymając go oburącz, a potem odstawiłam go.

Wypuściłam z płuc nagromadzone powietrze.

- Kiedy mnie wywozili, wyskoczyłam z ich samochodu, biegłam w niej i Cichy biegł naprzeciwko mnie. Kiedy trafili mnie w bok, moja krew rozlała się na tej sukience i Cichy to widział. Potem mu się to śniło. Długo miał o tym koszmary, z których budził się gwałtownie w środku nocy - kontynuowałam napiętym, cichym głosem i widziałam, jak to przeżywali ze mną.

Alek i Sam mieli duże oczy, ale milczeli.

- Ojej - szepnęła Alice.

- O, kurwa - mruknęła Sophie.

- Aniu - szepnęła Eva.

- Tim… - Maggie zaczęła, ale przerwała i zagryzła wargę.

- Pomógł nam - powiedziałam do niej łagodnie, znowu ujęłam jej dłoń i uścisnęłam znacząco - Ale może powinnam pomóc Cichemu, ułatwić mu to i nie zakładać białej sukienki w dniu, który powinien kojarzyć nam się wyłącznie ze szczęściem? - popatrzyłam pytająco na Aleka.

- Tak - szepnęła Maggie.

Alek nagle wyprostował się i rozejrzał po wszystkich, jakby było oczywiste, że zmieniał całą koncepcję ślubu.

- Więc jaki kolor? - zapytał - Może niebieski?

- Maggie miała niebieski - wymamrotała Sophie, pewna, że nigdy w życiu nie założyłabym jej koloru, bo nosiła czerwony i wróciła do jedzenia.

- A pamiętasz sukienkę, no tamtą, pierwszą - zapytała Maggie - Którą założyłaś na Thanksgiving rok temu?

- Ponad rok - uściśliłam, ale wiedziałam, o czym mówiła.

Odwróciłam się do Aleka.

- Miała taki kolor… - zaczęłam.

- Szaro niebieski - dodała Maggie.

- Bardziej szary niż niebieski - poprawiłam ją, kiedy spojrzałam w jej stronę i uśmiechnęłyśmy się do siebie porozumiewawczo.

Alek wyprostował się i oczy mu rozbłysły.

- Szara przełamana lekko błękitem - wymamrotał niby do siebie - Tak, tak, tak. Widzę to. Twoim kwiatem będzie biało niebieski orlik błękitny. Ślub w plenerze.

Spojrzał na mnie pytająco.

- Może koło kompleksu? - zapytał.

Nie byłam pewna, czy robiłam dobrze, ale skinęłam głową, zgadzając się na to, jakkolwiek to brzmiało, a on rozpromienił się na ten widok.

Nagle zerwał się z krzesełka i machnął ręką na Sama.

- Kochanie, musimy natychmiast jechać do domu - powiedział rozkazująco - Mam wizję i muszę to narysować.

Alice i Maggie popatrzyły na mnie i jednocześnie szepnęły - To będzie coś.

Widziałam, że Eva pokiwała z uśmiechem głową.

Miałam ochotę się śmiać ze szczęścia, ale jednocześnie poczułam, że moje oczy zrobiły się mokre.

Też ze szczęścia.

Tak.

Wspaniale było mieć przyjaciół.

 

1 komentarz: