wtorek, 19 lipca 2022

11 - Dobry miesiąc

 

Rozdział 11

Dobry miesiąc

Alba/Anna

 

 

Miesiąc później

Miniony miesiąc był dobry, a nawet bardzo dobry.

Prawie normalny.

Spokojny.

Filip po spotkaniu ze swoimi przyjaciółmi uspokoił się, jakby miał nowy cel, albo może zdobył sposób do osiągnięcia swojego celu.

Zapewnienia mi bezpieczeństwa i zatrzymania mnie przy sobie.

Nie rozmawialiśmy o tym głównie dlatego, że ja już zrozumiałam konieczność ukrywania w tajemnicy jego pracy, ale również dlatego, że takie oboje mieliśmy charaktery, tak działaliśmy.

Cicho.

Następnego dnia po naszym spotkaniu z przyjaciółmi, a przynajmniej moim z przyjaciółkami, poszłam do pracy na szóstą rano, a Filip odwiózł mnie swoim Rubicon’em, mówiąc mi po drodze, że moglibyśmy kupić dla mnie porządny samochód.

Nie podjęłam tematu z kilku powodów.

Pierwszym było to, że chciałam poczekać z kupnem czegokolwiek porządnego dla mnie do momentu, aż mogłabym naprawdę poczuć się bezpiecznie i że mogę mieć cokolwiek porządnego.

Czegoś na stałe.

Drugim było to, jakim tonem Filip to powiedział.

Lekko.

Jakby żartował.

Więc nie przyjęłam tego na poważnie.

Uśmiechnęłam się z roztargnieniem i nic nie odpowiedziałam, tylko spojrzałam przed siebie na drogę.

Kiedy kończyliśmy tę rozmowę, wysiedliśmy akurat na parkingu obok remizy, Filip przytrzymał mnie przez kilka sekund w swoich ramionach i patrząc mi poważnie w oczy, wyszeptał:

- Ja nie żartowałem, Skarbie.

O, Matko!

Wstrzymałam oddech, poczułam ciepło przenikające mnie na myśl, że Filip chciał, żebym się osiedliła z nim i skinęłam głową.

Ale nadal nie odpowiedziałam.

Nie powiedziałam nawet tego, że miałam pieniądze i mogłabym sobie kupić porządny samochód, gdybym uważała, że takiego potrzebowałam i że mogłabym go mieć.

Poszliśmy dookoła budynku z parkingu do remizy jak zwykle objęci ramionami, weszliśmy przez garaż, po schodach na górę, tam Filip kiwnął brodą facetom na powitanie, a potem zostawił mnie pod opieką Davida z miną, jakby przekazywał mu pilnowanie najcenniejszego Skarbu Narodów, pocałował mnie lekko w usta i odszedł.

Dzień był jak co dzień z jedną małą akcją, ćwiczeniami, porządkowaniem i wypełnieniem dokumentacji.

Trochę po lunchu pracowaliśmy akurat przy wozie, Sam prał myjką ciśnieniową dywaniki, a ja wycierałam kokpit z kurzu, kiedy przyjechał facet, który miał być zatrudniony za mnie od stycznia, ale tego dnia miałam go wprowadzić w panujące u nas zasady i pokazać, jak wszystko ogarnialiśmy, gdzie co trzymaliśmy i takie tam.

Wszedł głównym wejściem od razu na górę, a tam dowiedział się, że nie ma kapitana i wtedy wezwał nas tam Jimmy, który pełnił dyżur przy radiu.

Weszliśmy za nim, przywitał się chłopakami uściskiem dłoni i skinął mi z daleka głową, kiedy Jimmy nas wszystkich przedstawiał.

Mężczyzna był wysoki.

Nie tak wysoki jak Jimmy, ale może tak jak David.

Tylko mniej umięśniony.

I był bardzo przystojny, i wiedział o tym.

Po jednym spojrzeniu na niego, wiedziałam, że uważał się za Dar Boga Dla Kobiet, ale powstrzymałam się przed ujawnieniem mojej opinii, bo ważniejsze były jego kompetencje zawodowe.

Miał na imię Hubert i nie podał nam skrótu, spieszczenia, ksywki, więc wyglądało na to, że mieliśmy go tak nazywać.

Nieważne.

Ogólna rozmowa trwała tylko chwilkę.

Górne pomieszczenia obejrzeliśmy z całym zespołem.

Potem faceci wrócili do pucowania wozu, który wyprowadzili w tym celu na odśnieżony podjazd, kiedy ja weszłam z Hubertem do garażu i zamierzałam z nim przejść przez pomieszczenia na dole w krótkiej wycieczce, w której miałabym być przewodnikiem.

To zawiodło.

Kiedy tylko zostaliśmy sami, przerwał mi.

- Żadna cipa nie musi mi mówić, jak mam wykonywać swoją pracę - powiedział złym, pogardliwym głosem, a ja wprost oniemiałam i zagapiłam się na niego.

O, Matko!

Spotkałam się w swoim krótkim życiu z przejawami seksizmu, ale nigdy nie były aż tak rażące.

- Nie mówię ci, jak masz wykonywać pracę, tylko poskazuję ci gdzie co trzymamy - wyjaśniłam cicho, chociaż sucho.

- Poradzę sobie… - zaczął, ale w tej chwili do pomieszczenia wszedł Oli, który właśnie wrócił, bo przyjechał z jakiegoś urzędu.

Oli nigdy nie okazywał zniechęcenia, nie ujawniał ile kosztowały go przepychanki z władzami i wypraszanie funduszy na naszą działalność, co, jak wiedziałam, musiało być uciążliwe.

Podszedł do nas, patrząc głównie na mnie, ze swoim zwykłym, lekkim, wspierającym uśmiechem i przywitał się z nowym przez pytanie „Jak ci się podoba”, co było niezwykle formalistyczne jak na niego, więc wiedziałam, że jego dzień nie był zbyt dobry.

- Jak tam, Alba - zagadnął mnie - Pracujesz nad przywróceniem kondycji.

- Tak, kapitanie - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się lekko do niego.

- Robisz już więcej niż czterdzieści? - spytał Oli, odnosząc się do ćwiczeń moich barków po kontuzji, które kontrolowałam przez ilość pompek wykonywanych trzy razy w tygodniu, ale jeszcze nie przez podnoszenie ciężarów.

- Doszłam do trzydziestu ośmiu - przyznałam i skrzywiłam się, kiedy usłyszałam pogardliwy chichot Huberta, który zaczął się dziwnym parsknięciem.

Oli uniósł wysoko brwi i odwrócił się frontem do niego.

- Co w tym śmiesznego? - spytał nowego - Alba miała kontuzję niecały miesiąc temu. Musi ćwiczyć powoli, żeby nie nadwyrężyć na nowo barków - wyjaśnił, według mnie całkiem niepotrzebnie.

Hubert powstrzymał się od zrobienia miny i od komentarza, więc Oli tylko machnął krótko ręką i poszedł na górę, do swojego gabinetu.

Kiedy tylko zniknął nam z zasięgu wzroku, Hubert odwrócił się do mnie wykrzywiony szyderczo.

Przyszykowałam się psychicznie.

Miałam rację.

- Więc jesteś faworytą? - wysyczał, pochylając się w moją stronę - Robisz to ustami, klęcząc pod jego biurkiem czy wypinasz dupę, stojąc tam pod ścianą? Może i ja skorzystam?

O, Matko Jedyna!

Niezależnie od nieopisanej wulgarności samej sugestii, obrażał również, a może przede wszystkim naszego kapitana, ale ja nie miałam najmniejszego zamiaru mu na to odpowiadać, bo poczułam, że zniżyłabym się do jego poziomu.

Zacisnęłam usta i wyprostowałam się.

Miałam odejść i zaczynałam się odwracać, kiedy zobaczyłam, że w wejściu do garażu stali David, Jimmy i Alex.

Po ich minach wiedziałam, że słyszeli.

O, rany!

David miał bardzo ponurą minę, kiedy podszedł do Huberta i stanął tak blisko niego, z tak otwartą agresją, że przysunęłam się do nich.

- David - szepnęłam, patrząc do góry w jego ciemne oczy, ale trzymając ręce przy sobie, bo nie należało dotykać tak wkurzonego faceta, a zwłaszcza wkurzonego Davida - To nic…

To było tak, jakbym się nie odezwała.

- Obrażasz kobietę mojego przyjaciela - zahuczał David.

- Obrażasz naszą koleżankę - warknął Alex, który również podszedł blisko, czego początkowo nie zauważyłam.

- I obrażasz naszego kapitana - głos Jimmy’ego wcale nie był łagodniejszy, a i on stał bardzo blisko.

O, Matko!

Co miałam zrobić?

- Myślę, że nie będziemy chcieli z nim pracować - głos Davida był nadal huczący, a Jimmy i Alex przytaknęli krótko, nadal wściekli.

Spróbowałam ich uspokoić.

- Hej, panowie - zawołałam cicho, a oni wszyscy, włącznie z Hubertem, spojrzeli na mnie - Może dajcie mu jeszcze jedną szansę. Może…

Przerwała mi syrena, która oznajmiła nagłe wezwanie.

Alarm.

Rzuciliśmy się do naszych rzeczy, dokładnie wiedząc, kto co miał zabrać i gdzie się znaleźć z danej chwili.

Z parkingu przybiegli Sam i Billy, którzy obrzucili całą naszą rozbiegającą się grupę szybkimi spojrzeniami.

Potem już to nie było ważne.

Wszyscy sprawnie pakowali się do naszego wozu strażackiego.

David wskoczył do środka, ja za nim, usadowiłam się w fotelu przy końcu, jak zwykle, bo chłopaki wysiadali na miejscu pierwsi, żeby zająć się rozwijaniem sprzętu, a wtedy zobaczyłam, jak David machnął dłonią na Huberta, zachęcając go, żeby wsiadł i pojechał z nami.

Jimmy skinął głową.

Kiedy nowy wskoczył, faceci popatrzyli na niego zimno i zgodnie wskazali mu brodami najdalszy kąt wozu na podłodze tuż za mną.

Sam nie jechał z nami tego dnia, bo miał wyznaczony dyżur przy radiu, więc Hubert spokojnie zmieściłby się bliżej na fotelu, ale widocznie to był sposób facetów na wskazanie nowemu jego miejsca, a może jego braku.

Billy siedział już za kierownicą i brał przez radio koordynaty od kapitana, a Jimmy, który siedział obok niego, poinformował Oli’ego o tym, że Hubert pojechał z nami.

Nie było jeszcze ciemno, ale to zimowe popołudnie w grudniu o trzeciej nie było jasne i słoneczne.

Dojechaliśmy na miejsce pożaru domu jednorodzinnego w gęstej zabudowie, wyskoczyliśmy i natychmiast zaczęliśmy przygotowywać się do akcji.

Częściowo ubraliśmy się w wozie, a przy wysiadaniu kończyliśmy to, bo po wypadku, w wyniku którego Josh został poparzony i wycofał się z pracy, Oli nakazał nam ubieranie się w całe stroje ochronne, zanim przystąpilibyśmy do jakiejkolwiek innej działalności.

Podbiegliśmy do skrzyń zamkniętych na bokach wozu, kiedy David podszedł szybko do jednego z policjantów, którzy blokowali dostęp cywili do pożaru.

Mieliśmy już wyjęte węże, chłopaki je dokręcali, wyjęliśmy potrzebne akcesoria, a David krótko poinstruował nas o sytuacji, a potem, jak zwykle to robiliśmy, zwrócił się do mnie, żebym dowiedziała się szczegółów.

- Alba - powiedział do mnie coś, czego się dowiedział - Podobno wyprowadzili stamtąd ludzi, ma przyjechać karetka, ale musimy wiedzieć, czy to wszyscy.

Wiedziałam, co miałam robić.

Skinęłam głową i podeszłam do policjanta, stojącego przy taśmie.

Przez cały ten czas Hubert stał przy wozie i David zakazał mu się zbliżać do ognia, bo nie miał stroju ochronnego.

- Hej, Frank - przywitałam mundurowego, bo znaliśmy się z wcześniejszych akcji - Muszę wiedzieć, kto tam mieszkał i czy to wszyscy - wskazałam brodą na grupkę przykucniętą na ośnieżonym trawniku na kocu termicznym z boku jezdni.

- To wszyscy - odezwała się kobieta, która stała opodal i przysłuchiwała się nam, po czym zawahała się i dodała - chociaż jej mąż pracował na nocną zmianę.

Przedstawiła mi się jako ich sąsiadka, więc uznałam, że powinnam dowiedzieć się więcej.

Skinęłam jej głową w podziękowaniu i podeszłam szybko do rodziny.

Byli w szoku, widziałam to.

Delikatnie się uśmiechnęłam i starałam się poruszać łagodnie, kiedy przykucnęłam przy nich i uważnie spojrzałam na każdego z nich.

Kobieta miała na szyi siniaki, jakby po duszeniu, chłopiec, około siedmiu lat, rozciętą wargę, a dziewczynka, może dziewięcioletnia, przerażone oczy.

O, Matko!

Porozmawiałam z nimi po cichu, ale bardzo krótko, bo David już mnie wołał, bo musieliśmy podjąć decyzję co do dalszej akcji.

Pożegnałam się i podbiegłam do niego, żeby mu przekazać informację o mężczyźnie, który podobno wyszedł z domu, chociaż jeszcze nie miał iść do pracy.

David chyba zrozumiał wszystko, co mu przekazałam, nawet jeśli nie zwerbalizowałam swoich obaw, bo natychmiast zmienili konfigurację i zobaczyłam, że dwóch z nich szykuje się do skontrolowania domu.

Stałam obok wozu, gotowa na odkręcenie wody w następnej sekundzie, bo Billy i Jimmy kończyli szykować wąż, kiedy poczułam, że ktoś do mnie podszedł.

Obejrzałam się i zobaczyłam, że był to Eddie, który wglądał, jakby miał dzień wolny od pracy.

- Hej, Alba - przywitał się z daleka, a ja skinęłam mu głową i odkrzyknęłam - Hej - jednocześnie nerwowo odgarniając osłonkę hełmu, który miałam na sobie, żeby go zobaczyć.

Kiedy odwróciłam głowę w jego stronę, poczułam i usłyszałam szum, więc szybko spojrzałam na wąż, który błyskawicznie napełniał się wodą.

Natychmiast zerknęłam na Billy’ego, który był przy prądownicy i zauważyłam, że nie widział tego, a nie byłam pewna, czy ją podłączył, więc schwyciłam za zawór i zamknęłam go.

Zacisnęłam zęby i spojrzałam gniewnie na Huberta, bo to on pospieszył się i odkręcił wodę, narażając chłopaków na uderzenie końcówką, jeśli by jej nie trzymali wystarczająco mocno.

W następnej sekundzie usłyszałam gwizd i spojrzałam w kierunku Jimmy’ego, by zobaczyć znak, że mam odkręcić wodę, więc to zrobiłam.

Nie zdawałam sobie sprawy, że Eddie obserwował to wszystko i zaczął bacznie przyglądać się Hubertowi.

- Eddie… - zaczęłam, kiedy już chłopaki gasili dom, polewając na razie tylko dach, by David i Alex mogli wyjść po sprawdzeniu domu - tam jest rodzina z tego domu - skinęłam brodą w stronę rodziny, do której właśnie dotarła ekipa ratowników z karetki, która do nas dotarła - obejrzyj ich, proszę.

Nie znaliśmy się z Eddie’m zbyt dobrze, ale znałam Alice i po jej słowach czułam, że mogę nie mówić nic więcej, bo Eddie by zrozumiał.

Miałam rację.

Spojrzał na mnie badawczo, skinął głową i odszedł w ich kierunku.

Ja, nie patrząc na Huberta, bo w danej chwili czułam do niego wyłącznie złość, poszłam w kierunku drzwi domu, żeby przejąć od chłopaków tego, kogokolwiek byłoby trzeba przejąć.

Nie czekałam długo.

Na szczęście wyszli sami, po niezbyt długim czasie i bez urazów.

Mogliśmy zająć się wyłącznie gaszeniem domu.

Wkrótce przyjechała druga jednostka, by zabezpieczyć sąsiadujące domy, a ja miałam czas na to, żeby obejrzeć się dokładnie w tej samej chwili, kiedy Eddie podszedł do Huberta, wciąż stojącego przy wozie i coś mu powiedział.

Nie słyszałam ich, ale widziałam wyraz twarzy Huberta i byłam prawie pewna, że była to pogarda.

Widziałam ją przez ułamek sekundy, bo potem nie było w niej nic.

Nie mogłam stać i się gapić, nie miałam na to czasu, więc postanowiłam, że mogę to z nimi wyjaśnić później.

Jeśli będę musiała.

Bo możliwe było, że nie powinnam się w to wtrącać.

*****

Kilka godzin później byliśmy razem z Filipem w domu.

Kiedy wróciliśmy do domu, zarówno w jego samochodzie podczas jazdy, jak i w domu podczas jedzenia kolacji, którą Filip dla nas przygotował, milczałam, bo miałam wiele do przemyślenia.

- Aniu, Skarbie, mów do mnie - usłyszałam w końcu zaniepokojony głos Filipa - Co się stało?

Siedzieliśmy obok siebie na stołkach przy blacie w kuchni, miałam na sobie czystą koszulkę, którą założyłam po prysznicu, jaki wzięłam w remizie po akcji i spodnie dresowe, które założyłam już w domu, kiedy Filip mnie tu przywiózł i jedliśmy na kolację zapiekane ziemniaki z mielonym mięsem i serem, które przygotował dla nas Filip.

Wyprostowałam się, opuściłam widelec i odwróciłam głowę w stronę mojego wspaniałego mężczyzny.

Spojrzałam na niego znad mojego talerza i zobaczyłam, że się martwił.

- Nic - uśmiechnęłam się do niego - Po prostu pomyślałam o tym, jaką ja jestem szczęściarą.

- Tak? - spytał Filip, ale rozluźnił się, jego oczy pojaśniały, a wyraz twarzy stał się łagodny i ciepły w sposób, który bardzo lubiłam.

Dopiero wtedy zauważyłam, jak bardzo był spięty, zdenerwowany.

- Mam ciebie - powiedziałam mu cicho - a ty jesteś wspaniały, wyrozumiały i w ogóle nie apodyktyczny. To co mamy to partnerstwo.

Przez twarz Filipa przymknął wyraz zrozumienia i wtedy pomyślałam, że może jednak David miał czas, by poinformować go o wydarzeniach, jakie zaszły tego dnia w mojej pracy.

Wyszliśmy z remizy bardzo szybko po tym, jak po mnie przyjechał, ale poszłam jeszcze do szafki po moją torbę z ubraniami do prania.

Kiedy omawialiśmy w podsumowaniu wszystkie zajścia w czasie akcji, okazało się, że Hubert był nie tylko seksistą, ale również rasistą.

Eddie był Latynosem, a Hubert bardzo się starał nie okazywać tego, ale nadal zachował się wobec niego pogardliwie.

Tym bardziej, że nie znał Eddiego i nie wiedział, że jest on gliną.

A Eddie porozmawiał z Jimmy’m.

David, Jimmy i Alex zajęli się tym i już wiedziałam, że Hubert jednak nie został zatrudniony od stycznia za mnie w naszej jednostce, skoro Oli dowiedział się o jego podejściu do współpracowników, bo nie chodziło wyłącznie o mnie, ale również o gliniarzy, z którymi często pracowaliśmy.

Może i był kompetentny, ale faceci nie lubili tych, którzy narzucali innym swój styl życia i byli nietolerancyjni.

Szczęśliwie, Oli miał jeszcze dwóch kandydatów, z których jeden miał się zjawić wkrótce, a może nawet na naszym trudnym dyżurze w Sylwestra, co było od teraz za dobę.

Nie chciałam o tym myśleć.

Ważniejsze dla nas: dla mnie i Filipa było to, że naprawdę byliśmy partnerami w życiu codziennym.

Czasem ja gotowałam, a czasem on i to samo było ze sprzątaniem, praniem, zmywaniem, a wiele rzeczy robiliśmy po prostu razem, stojąc ramię w ramię lub przechodząc obok siebie.

Filip nie był mężczyzną oczekującym, że kobieta poda mu kolację, albo wypierze jego rzeczy, kiedy on będzie oglądał mecz lub „wypoczywał” na kanapie.

A na dodatek lubił porządek tak samo jak ja, więc nie musiałam zbierać po nim skarpetek, pudełek po pizzy czy puszek po napojach, jak to czasem słyszałam od innych kobiet, że musiały robić.

Nie musiałam wyjaśniać tego wszystkiego Filipowi.

Rozumiał to wszystko bez słowa i podobało mu się to, że ja to lubiłam, a wiedziałam o tym, kiedy zsunął się ze swojego stołka w moją stronę, wcisnął twarz w mój kark i pocałował mnie tam, a potem objął tył mojej głowy dłonią, przechylił ją i wziął moje usta w głębokim i mokrym pocałunku.

Mokro po nim miałam nie tylko w ustach.

Potem odsunął się i dokończyliśmy naszą kolację, żeby wstać od niej, razem posprzątać, pozmywać, a potem jednocześnie pójść do salonu i tam dokończyć świętowanie tego, jak wielkie miałam szczęście.

Dowiedziałam się wtedy czegoś, co właściwie wiedziałam już wcześniej, a mianowicie tego, że nasze partnerstwo obejmowało również seks.

Lubiłam to, jak Filip pokazywał mi, jak go pieścić, brał swoją rozkosz ode mnie prawie egoistycznie i dawał mi ją tym samym, bo ja lubiłam mu ją dawać.

Lubiłam to, jak mnie uczył, cierpliwie krok po kroku mówiąc mi, co miałam robić, jak go pieścić, jak się poruszać.

Lubiłam jednak również uczyć się przez doświadczanie, a Filip lubił o tak bardzo, że mi na to pozwalał.

Tak jak tego wieczora po tym, jak oglądaliśmy film, leżąc na kanapie obok siebie, kiedy szliśmy spać i rozebraliśmy się wzajemnie w sypialni i później Filip po prostu położył się nago na wznak na łóżku, a ja wędrowałam po jego ciele dłońmi i ustami, a potem również piersiami i brzuchem, bo zechciałam poczuć jego skórę na swojej.

Uwielbiałam dotykać jego szczupłego ciała.

Jego mruczenie, warczenie, a potem stęknięcia i westchnienia świadczyły o tym, że jemu też się to podobało, więc później usiadłam na nim, jak już to wcześniej robiłam i doprowadziłam do tego, że oboje wspięliśmy się na nasze szczyty, chociaż Filip na koniec przewrócił mnie, wciąż będącą na moim szczycie, na plecy i wziął swoją rozkosz nieco gwałtowniej, wyciskając ze mnie nieco więcej.

Genialnie!

*****

Kolejny dzień był cichy i spokojny, co powitałam z radością, skoro na następną noc przypadał nasz dyżur w czasie szalonej sylwestrowej nocy.

Czytaliśmy, oglądaliśmy film, Filip oglądał mecz, kiedy ja czytałam książkę i nic nie przerywało nam całej doby bycia razem.

*****

Sylwester zawsze jest najgorszą, najbardziej pracowitą zmianą w pracy w straży w ciągu całego roku.

Fajerwerki, zimowe ogrzewanie, na drogach ślisko, a ludzie kręcą się nerwowo, przemieszczając się z jednego miejsca na drugie bez opamiętania.

Pewnie dlatego Filip spędził całą noc, podążając za nami krok w krok.

Mieliśmy zakontraktowaną opiekę nad dwiema imprezami i zgłoszone kolejne kilka, które musieliśmy obejrzeć, więc wciąż jeździliśmy po SLC, a Rubicon Filipa za nami.

Faceci nie komentowali.

Kiedy weszliśmy do remizy na krótki odpoczynek, Filip się pojawił i zjadł z nami pizzę, wypił kawę i pogadał z chłopakami.

Lubiłam to, że był blisko, ale był to mój ostatni dyżur, ostatni raz byłam w pracy na stałe, więc spędziłam trochę czasu z Samem i Billy’m, bo to przecież oni byli moim najważniejszym towarzystwem przez pierwsze półtora roku, a może nawet dłużej.

Tylko że obecność Filipa dała mi Noworoczny Pocałunek z Ukochanym, o jakim marzyłam, odkąd dowiedziałam się, że coś takiego istnieje.

Kilka minut po czwartej nad ranem przeszedł do nas nowy, żeby się pokazać, przedstawić i poznać remizę.

Całkowite przeciwieństwo Huberta.

Był bardzo młody, bo miał zaledwie dwadzieścia jeden lat i był zaraz po college’u, w którym skończył między innymi kurs ratownictwa.

Miał jasne blond włosy, które nosił obcięte krótko po bokach i dłuższe na czubku głowy, więc na czoło opadały mu fantazyjnym lokiem.

Był przystojny, ale jakby nieśmiały, niepewny siebie i swojej wartości, co wywarło bez wątpienia dobre wrażenie po tym wspomnieniu, jakie pozostawił po sobie Hubert.

Miał na imię Thomas, ale od razu poprosił, żeby go nazywać Tom, a ja obawiałam się, że i tak chłopaki będą na niego wołali Nowy albo Młody i będą go pilnowali na każdym kroku, bo tkwiło w nich wspomnienie Josha.

Nie byłam pewna, czy powinnam mu była powiedzieć o tamtym wypadku, żeby nie brał do siebie zachowania facetów, ale za krótko znałam Nowego.

Na wstępie załoga sprawdziła jego sprawność, a że Tom był wysoki i szczupły, ale nie umięśniony w widoczny sposób, więc zrobili to podczas krótkiej rozgrywki koszykówki dwóch na dwóch.

Faceci wykorzystali fakt, że większość mieszkańców SLC „padła” zmęczona szaleństwami Sylwestrowej Nocy i mieliśmy ciszę.

Sam był przy radiu na dyżurze, a Billy postanowił mu potowarzyszyć.

Poszliśmy w szóstkę do salki gimnastycznej na zapleczu, gdzie David i Jimmy grali w jednej drużynie, a Alex i Tom w drugiej.

Obserwowałam ich wsparta wygodnie o przód Filipa, który opierał się o ścianę przy drzwiach, otoczona jego ramionami i zauważyłam, że Tom bardzo pasował do zespołu, bo był wysportowany i miał pewne, płynne ruchy.

David i Jimmy wygrali, czego można się było spodziewać, skoro grywali ze sobą od lat, ale Alex i Tom byli za nimi zaledwie o dwa punkty.

Kiedy skończyli, wróciliśmy do sali wspólnej, a koszykarze, oprócz Toma, który nie miał ze sobą rzeczy do przebrania, poszli pod prysznic.

Tom pożegnał się, umówił na następną zmianę i pojechał do domu.

Siedzieliśmy przy wspólnym stole z Samem i Billy’m, kiedy zadzwonił telefon Filipa, wyjął go z kieszeni spodni, spojrzał na wyświetlacz, mruknął - Muszę odebrać - wstał i wyszedł do innego pokoju.

Zdziwiłam się, kto to mógł dzwonić do niego w środku nocy w Sylwestra, ale być może jego praca wymagała takiej gotowości.

Nie wiedziałam tego.

Odprowadziłam go wzrokiem, a potem zwróciłam się do chłopaków.

- Dobrze było z wami pracować - powiedziałam cicho do Billy’ego i Sama.

- Hej, Alba - mruknął Billy.

- Wiedzieliśmy od początku, że do nich pasujesz - powiedział Sam, a Billy pokiwał głową.

Zdziwiłam się.

- Wy też pasujecie - odparłam, kiedy minęło moje pierwsze zdumienie, a obaj zrobili miny i odsunęli się od stołu, jakby chcieli powiedzieć „gadanie”.

- Pasujecie - podkreśliłam - Wierzcie mi, widziałam, jak się zachowują, kiedy ktoś nie pasuje. Tak było z Hubertem.

Spojrzeli na siebie i pomyślałam, że myśleli, że Hubert wyleciał, bo mnie nie pasował, więc znowu miałam pragnienie wyjaśnienia wszystkiego, ale - ponowie - wstrzymałam się.

- W każdym razie dziękuję wam obu za przyjaźń i wsparcie w ciągu tym kilkunastu miesięcy - powiedziałam cicho i z uczuciem.

Na tym skończyliśmy.

A o szóstej rano Filip zabrał mnie Rubicon’em do domu.

*****

Pierwszy tydzień stycznia zanosił się na nudny, ale właśnie wtedy dowiedziałam się o sobie czegoś nowego.

Cieszyła mnie nuda, która oznaczała codzienne budzenie się obok Filipa, wspólne szykowanie i jedzenie śniadania, a potem kontynuowanie naszych dni.

Filip wypożyczył dla mnie dwie nowe książki w bibliotece publicznej SLC i oddał tamte, które już przeczytałam, więc znowu jej nie odwiedziłam, ale nawet nie tęskniłam za nią.

Rozmawiałam często z kobietami, których przyjaźń zaczęłam coraz bardziej doceniać, poznawałam SLC, osiedlałam się.

Pewnego dnia byliśmy w odwiedzinach w domu cioteczki Thelmy i u rodziny Filipa, więc mogłam znowu porozmawiać z dziećmi.

- Aniu, Skarbie - zapytała cioteczka, kiedy rozmawialiśmy o krewnych dzieciaków - A co z twoją rodziną?

Spojrzałam szybko na Filipa, który wyprostował się zaalarmowany i odwzajemnił spojrzenie.

- Jeśli nie chcesz, nie musisz odpowiadać - cicho stwierdziła cioteczka, wskazując, że zauważyła to.

- Nie… - zawahałam się i oblizałam usta - po prostu moi rodzice umarli kilka lat temu. Tak samo moi czterej bracia, bo razem zginęli w wyniku cyklonu Harvey.

- Och… - cioteczka wciągnęła powietrze i wyciągnęła do mnie dłoń, by mnie pogłaskać delikatnie po ramieniu.

- Mam siostrę, ale dawno nie rozmawiałyśmy - zakończyłam smutnym głosem, czego nie mogłam powstrzymać, chociaż wiedziałam, że to zasmuciło nie tylko cioteczkę, ale również Filipa.

Nie chciałam smucić Filipa, więc po prostu zmieniłam temat na weselszy.

Rozmawialiśmy potem o innych sprawach, ale wiedziałam, że Filip myślał o moich słowach, bo, kiedy później jeszcze wspomniałam mu o tym, że dawno nie czytałam swojej poczty i nie kontaktowałam się z dawnym życiem, Filip zapamiętał to i, kiedy wracaliśmy do domu, powiedział, że następnego dnia poznam jego miejsce pracy.

Lub jedno z wielu, jak podejrzewałam, ale nie powiedziałam tego i nie zapytałam o to Filipa.

Następnego dnia rano, kiedy wstaliśmy dosyć wcześnie, wzięliśmy wspólny prysznic, przygotowaliśmy i zjedliśmy śniadanie, Filip po prostu oznajmił mi, że jedziemy razem i nie dodał dokąd, a ja nie pytałam, bo wiedziałam, że musiał mieć powód.

Przygotowałam się więc tak, jakbyśmy mieli jechać do sklepu, chociaż wiedziałam, że mieliśmy tego dnia jechać do miejsca, z którego Filip pracował, cokolwiek robił.

Założyłam na siebie granatowe dżinsy, czarną koszulkę z długimi rękawami pod szary sweter z trójkątnym dekoltem, sportowe buty, a na to włożyłam swoją zimową kurtkę.

Zauważyłam, że Filip ubierał się podobnie, więc dobrze wybrałam.

Pojechaliśmy jego Rubicon’em do części SLC, której jeszcze nie znałam, między bardzo zwykłe, nie rzucające się w oczy bloki apartamentowców.

Filip zaparkował na parkingu podziemnym, wysiedliśmy jak zwykle, czyli ja poczekałam, aż Filip przejdzie na moją stronę, a potem zostałam wyciągnięta przez niego wprost w jego ramiona.

Niezmiennie to kochałam.

Przeszliśmy do drzwi, które prowadziły na klatkę schodową, ale po przejściu dwóch pięter przeszliśmy wąskim korytarzykiem na drugą klatkę schodową i weszliśmy jeszcze dwa piętra.

A potem całkiem się pogubiłam.

O, Matko!

To był istny labirynt przejść, mieszkań, schodów, więc kiedy weszliśmy w trzecie już drzwi, nie sądziłam, żebyśmy byli na miejscu.

Ale byliśmy.

Stałam tuż za progiem pomieszczenia, w którym na licznych stolikach były rozstawione monitory, pod nimi kilka komputerów, a na jednej ze ścian wisiał tak wielki monitor, jaki do tej pory widziałam tylko w filmach.

Naprawdę super wypasiony pokój komputerowy, jak centrum dowodzenia.

O, Matko Jedyna!

Filip poruszał się za moimi plecami i czułam bardziej, niż słyszałam, jak coś włączał, przełączał i zabezpieczał piszczeniem.

Potem podszedł do jednego z komputerów, uruchomił go, a następnie poruszał się po pomieszczeniu i robił to z kolejnymi komputerami i monitorami.

- To jest monitoring - powiedział do mnie, wskazując na duży ekran.

Właśnie się rozświetlił, a potem ukazały się na nim liczne, mniejsze obrazy z korytarzy, klatek schodowych i parkingu.

Łał!

Zobaczyłam Rubicon’a i drzwi, którymi weszliśmy.

Nie odzywałam się, tylko patrzyłam na zmianę na to wszystko i na Filipa, wielkimi oczami.

- Usiądź tutaj - Filip powiedział, wskazując mi jeden z trzech czarnych, skórzanych, wyglądających na wygodne foteli obrotowych, które stały przed komputerami.

Podeszłam, zdjęłam kurtkę, przewiesiłam ją przez oparcie fotela, położyłam torebkę na wolnej przestrzeni na biurku i usiadłam.

Fotel był faktycznie bardzo wygodny.

Przede mną na biurku leżała klawiatura, która była dziwnie wygięta, ale bardzo wygodna w użytku, o czym się przekonałam, kiedy położyłam na niej palce.

Nigdy czegoś takiego nie widziałam.

Filip nachylił się nad biurkiem przede mną, odsunął moje ręce, zalogował się do systemu, ruszył myszką, otworzył okno przeglądarki, a potem dotknął mojego karku i, kiedy odchyliłam do niego głowę, pocałował mnie w czoło.

- Stąd możesz się bezpiecznie załogować na swoje konto i odczytać e-maile - powiedział mi, a ja wciągnęłam powietrze do płuc.

Bałam się i było to po mnie widać.

A przynajmniej Filip to zauważył.

Dowiedziałam się tego w następnej chwili.

- Aniu - zawołał cicho Filip, a ja spojrzałam mu prosto w oczy - wiesz, czym ja się zajmuję?

Pokręciłam głową, bo nawet nie podejrzewałam, co to mogło być.

Chyba nikt nie wiedział.

Zawsze był taki tajemniczy.

- Jestem hakerem, płatnie zajmuję się ochroną systemów komputerowych dla różnych firm - wyjaśnił mi cicho Filip - Mam tutaj najlepsze możliwe zabezpieczenia. Nikt nie ma prawa zlokalizować tego pomieszczenia.

- Ale on… - zaczęłam ze strachem, a potem przerwałam, bo pomyślałam, że powinnam bardziej zaufać temu, że Filip wiedział, co robił.

Robił to od tak dawna i David wierzył w jego umiejętności, więc ja też powinnam.

Dlatego po prostu skinęłam głową, odprężyłam się, poczułam, jak moja twarz złagodniała, lekko uśmiechnęłam się do niego, odwróciłam się do komputera i zabrałam się do logowania na moją pocztę, starając się nie analizować tego, jak się czułam z nowym wyrazem twarzy Filipa.

Ponieważ, kiedy moje wargi ułożyły się w uśmiechu, oczy Filipa również złagodniały, pochylił się nade mną i pocałował mnie w czubek głowy.

Zrobiłam dobrze, że mu zaufałam.

O, Matko!

To była jedna z tych chwili, kiedy mogłam okazać mojemu mężczyźnie wsparcie i miłość.

Ale to spowodowało, że miałam ochotę pocałować go dużo mocniej, niż on mi to dawał, a może i dać mu coś więcej.

Filip podszedł do drugiego fotela i zajął się swoją pracą, a ja otworzyłam swoją pocztę i zaczęłam czytać.

*****

Filip

Od kiedy weszli do jego tajnego mieszkania, Filip obserwował reakcje Ani i podobały mu się one.

Rozglądając się po pokoju, oglądając rozstawiony tam sprzęt, wyglądała na zachwyconą, jakby jej zaimponował.

Chciał jej dać wszystko.

Chciał jej imponować.

Pragnął, by była z niego dumna.

Nie sądził nigdy, że mógłby tego pragnąć.

Dlatego poczuł coś bardzo dobrego, kiedy zrelaksowała się i uśmiechnęła się łagodnie i ciepło na wiadomość, jaki jest rodzaj jego pracy.

Obawiał się, że mogła tego nie akceptować, bo to była prawda, że większość jego pracy, zwłaszcza dawniej, nie była czysta i do zaakceptowania.

Jeszcze nie był cholernie gotów jej o tym opowiedzieć.

Ale później, kiedy zachowaniem i mimiką dała mu znać, że czuła się bezpieczna w warunkach, które jej ofiarował, poczuł się jeszcze cholernie lepiej.

Doskonale przecież zdawał sobie sprawę z tego, że nie czuła się bezpieczna ani jednego pieprzonego dnia przez ostatnie kilka lat.

Dlatego uspokojony i cicho zadowolony usiadł przy innym komputerze, by pogrążyć się w swoim najnowszym zadaniu.

Filip pracował nad sprawdzeniem zabezpieczeń systemów wewnętrznych firmy, której dyrektor do niego napisał dwa dni temu na jego służbową skrzynkę mailową z prośbą o ich weryfikację.

Na koniec pracy Filip westchnął z pogardą i zostawił na pulpicie komputera dyrektora naczelnego list od siebie, który był również jego wizytówką i dowodem na to, jak łatwo mógł się tam włamać.

Zabezpieczenia Pańskiej firmy wymagają poprawek. Mogę to zrobić…

I tu zwykle Filip zamieszczał realny dla niego termin i przewidywaną kwotę, za jaką mógł usunąć możliwość włamywania się na konta pracowników firm, dla których pracował.

Zawsze taki list wystarczał, żeby dyrektor lub prezes firmy zorientował się, jak bardzo potrzebował zabezpieczeń na swoje komputery.

Zwykle później prezes lub dyrektor kontaktował się z nim.

Od dawna Filip nie robił tego jako szantaż, ale dopiero po pierwszych rozmowach, jakie odbywały się przez e-maile z inicjatywy jego przeszłych pracodawców.

Ale kiedyś bywało różnie.

Z zamyślenia wyrwał go dźwięk cichego wdechu, jaki wciągnęła Ania, kiedy czytała ze skupieniem jakiś tekst na ekranie, najwyraźniej jeden z maili ze swojej poczty.

Nie patrzyła na niego, więc uznał, że zrobiła to nieświadomie.

Po jej bladości, Filip poznał, że było to coś złego.

Coś bardzo złego.

Zerkając na nią wcześniej na jej twarzy widział ciepło i wręcz czułość, więc wiedział, że to musiał być list od siostry Ani.

Może o dzieciach.

Teraz nie wiedział, czy złe wiadomości pochodziły również od siostry, czy Ania przeszła już do następnego maila.

Oczekiwał, że się z nim tym podzieli.

Ania jednak nie przerwała czytania, a później z pustą twarzą udawała, że nic się nie stało i, klikając kilkukrotnie, przeszła do następnego tekstu i nie odezwała się na temat tego, co ją zdenerwowało.

Filip postanowił poczekać.

*****

Alba / Anna

Leżałam tyłem do Filipa w jego łóżku, wtulona plecami w jego brzuch i objęta przez niego opiekuńczo ramionami.

Powinnam czuć się bezpieczna.

Nie czułam się.

Fragmenty tekstu z tego jednego e-maila, którego dzisiaj przeczytałam, wciąż miałam przed oczami.

Poczułam usta Filipa na moim karku i ramieniu, które odsłaniała satynowa koszulka, którą włożyłam do spania, więc wygięłam się w jego stronę i wtuliłam się głębiej w niego.

Chciałabym, żeby mnie wchłonął.

Po wyjściu z tajnego mieszkania, które Filip zabezpieczał na jakieś skomplikowane sposoby, których nie oglądałam, pojechaliśmy Rubicon’em do sklepu spożywczego, żeby uzupełnić zapasy.

Dobrze, że wcześniej zrobiłam listę, bo nie mogłam się skupić na zakupach.

Potem, po powrocie do domu, razem zrobiliśmy na lunch kanapki z tuńczykiem, zjedliśmy je i posprzątaliśmy kuchnię.

Pod koniec sprzątania prostym pytaniem Filip dał mi znać, że się niepokoił.

- Aniu, co się stało? - spojrzał mi wtedy w oczy, a ja przełknęłam, bo bardzo, bardzo chciałam mu o wszystkim opowiedzieć.

Po prostu nie byłam gotowa.

Dlatego uśmiechnęłam się nieszczerze i odparłam - Nic.

Odpuścił z westchnieniem, a ja wiedziałam, że to nie był koniec.

Ale nie chciałam o tym myśleć.

Filip musiał pojechać do jakiejś pracy na godzinę lub dwie, jak mi powiedział, więc poprosiłam go, żeby zawiózł mnie na ten czas do remizy, gdzie posiedziałam z chłopakami, zobaczyłam, jak radził sobie Tom i stwierdziłam, że się prawie zaaklimatyzował.

Chłopaki zajęli się czyszczeniem wozu, w czym im chętnie pomogłam, żeby się czymś zająć, a potem poszliśmy do sali ćwiczeń.

Filip wszedł do remizy, kiedy robiłam serię ćwiczeń na mięśnie brzucha na ławeczce i skierował się od razu do mnie, ale nie przerwałam.

Leżałam na plecach, kiedy przykucnął, pochylił się nade mną i pocałował mnie głęboko i mokro, jakby chciał wszystkim udowodnić, że przyrządy do ćwiczeń mogą wzbudzać niezdrowe fantazje.

O, Matko!

Dopiero potem usiadł obok mnie, kiedy przekręciłam się na bok, podparłam głowę na zgiętej w łokciu ręce i przywitał się z facetami.

Nie zostaliśmy tam długo, bo chłopaki musieli pracować, więc pożegnaliśmy się i pojechaliśmy do domu, by zacząć szykować kolację.

Robiliśmy razem dużo różnych rzeczy.

Nie zrobiliśmy jednej bardzo ważnej.

Nie porozmawialiśmy.

Kiedy ułożyliśmy się do snu i szybko zasnęłam, mogłam się spodziewać tego, co do mnie przyszło w postaci snu.

Koszmar, jakiego nie miałam, odkąd sypiałam z Filipem.

Wspomnienia wyobrażeń, jakie nosiłam wyryte w pamięci po opowiadaniu, jakim Król przekonał mnie do zamieszkania u niego.

Jakim mnie złamał.

Sen był o wiele gorszy niż wcześniejsze, bo oprócz twarzy mojego brata, Andrew, widziałam w nim twarz Nieznajomego i Filipa.

Twarze moich bliskich wykrzywione w bólu podczas tortur.

To mnie obudziło wzdrygnięciem całego ciała, więc obudziło też Filipa.

Przytulił mnie mocniej ramionami owiniętymi wokół mojego ciała i wyszeptał mi do ucha - Aniu, mów do mnie.

Tak.

Musiałam mu opowiedzieć.

Ale wciąż nie mogłam.

Kiedy przez chwilę nic nie mówiłam, Filip potrząsnął mną lekko i dodał coś, co mną wstrząsnęło.

- Obiecałem, że nie pozwolę ci odejść i dotrzymam słowa. Nawet jeśli nic mi nie powiesz, ja się dowiem. Kocham cię.

To była poważna deklaracja.

Odwróciłam się w jego ramionach, a on nie się nie poruszył, więc leżeliśmy na bokach, ja przodem do jego przodu i przycisnęłam czoło do podstawy jego gardła, kiedy zgięte ręce trzymałam między nami z dłońmi rozłożonymi na jego klatce piersiowej.

Owijał mnie ramionami i nasze nogi były splątane ze sobą, więc byłam otulona nim.

- Pamiętasz - zaczęłam cichym, napiętym głosem - jak opowiadałam ci o moim najmłodszym bracie?

Przerwałam, chociaż nie oczekiwałam potwierdzenia, bo wiedziałam, że Filip wszystko pamiętał.

Skinął głową, co poczułam jako nacisk jego brody na czubek głowy i zacisnął mocniej ramiona wokół mnie.

- Król Przestępców napisał do mnie maila - przyznałam się i poczułam, że Filip napiął mocno mięśnie szyi i szczęki - Napisał mi, że zabiłeś trzech jego ludzi.

Przerwałam, ale tak właściwie nie wiedziałam, dlaczego o tym mówiłam, bo to nie miało znaczenia.

Jeśli Filip to zrobił, to widocznie musiał.

- Tak - powiedział ostrożnie Filip - wtedy, jak…

- Nie o to chodzi - przerwałam mu - Wiem, że nie zrobiłbyś tego, gdybyś nie musiał - Filip nie rozluźnił się, więc ciągnęłam opowiadanie, żeby mu wyjaśnić - Widzisz, wtedy, jak mnie przekonał do zamieszkania u niego - wciągnęłam powietrze - opowiedział mi, że zanim kazał zabić mojego brata, ten spłacił mu część długu, jaki u niego zaciągnął.

Przerwałam,  bo poczułam łzy spływające mi do gardła, więc odchrząknęłam lekko.

- Zrobił to na dwa sposoby. Oba Król mi opisał i zrobił to ze szczegółami, nawet jeśli bardzo nie chciałam słuchać - ciągnęłam dalej niepewna, czy dam radę to powiedzieć, ale potem zmusiłam się, chociaż mój głos podniósł się o oktawę - Najpierw wisząc za ramiona u sufitu jako płatny, żywy worek treningowy dla porąbanych fanów kickboxingu, a potem jako… - nie mogłam się przemóc i spazmatyczny oddech przerwał moje słowa - Jako tyłek do wyżycia się dla zboczeńców za opłatą.

Ramiona Filipa zadrżały konwulsyjnie i zacisnęły się przez chwilę bardzo mocno, ale później rozluźnił je i pochylił brodę, więc poczułam jego usta na czubku mojej głowy.

Brzydko wciągnęłam wilgoć, która wypełniła mi gardło i nos, a później kontynuowałam.

- Kiedy to się stało, podobno krwawił z naturalnych i nabytych otworów ciała, więc Król kazał nim nakarmić „zwierzątka” - powiedziałam już bez emocji, bo tak naprawdę oznaczało, że Andy przestał cierpieć.

- Co? - spytał Filip, nie rozumiejąc tego ostatniego.

- Powtarzam ci jego słowa - powiedziałam, a mój głos nagle stał się zmęczony - naturalne i nabyte otwory ciała. Tak mi powiedział, niezależnie jak nienormalnie to brzmi.

- Nie - Filip zawahał się - Pytałem o te zwierzątka.

- Och - wcisnęłam się głębiej w jego ciało i przekręciłam lekko głowę, więc oparłam się o jego klatkę policzkiem - Jego posiadłość jest na bagnach Luizjany - wyjaśniłam i wzruszyłam lekko ramionami - Więc w wodzie, która ją otacza, Król trzyma aligatory.

Dla mnie, która spędziła w Luizjanie kilka lat, było to oczywiste i naturalne, że ci, którzy chcieli schronić się przed prawem, mieszkali na bagnach, na których żyły także aligatory.

Poczułam, że całe ciało Filipa zesztywniało.

- Wiesz o tym coś więcej? - spytał równie napiętym głosem.

- Nie - mruknęłam, nie zwracając uwagi na to napięcie, a powinnam - Zawiózł mnie tam w vanie, który nie miał okien, a Jason wywiózł mnie stamtąd w bagażniku, kiedy pomagał mi uciec. Nic nie widziałam. Nie było mi wolno tam chodzić. Byłam zamknięta w jednym pokoju z osobną, małą łazienką.

Filip leżał przez chwilę spięty, a później poczułam jego dłoń na boku głowy i przeczesał palcami moje włosy.

- Już jesteś bezpieczna - mruknął.

- Wiem - szepnęłam natychmiast i poczułam, że jego mięśnie się rozluźniły.

To znaczył dla niego wiele, bardzo wiele, że czułam się przy nim tak bezpieczna, że się nie zawahałam z odpowiedzią.

Wciągnęłam do nosa jego zapach.

- Ale w tym liście - przyznałam mu niechętnie, ale obiecałam sobie, że będę z nim szczera - napisał mi, że złapanie Jasona nie było dla niego problemem. Że zrobił Nieznajomemu to samo, co Andy’emu. Że wziął to od niego jako zadośćuczynienie. I że zrobi to również tobie.

To ostatnie wyszeptałam z bólem i Filip go usłyszał.

- Aniu - szepnął, rozwinął swoje ramiona po to, żeby jedną ręką ująć moje ręce i przycisnąć je płasko do swojej piersi, a jedną dłonią złapał włosy na moim karku i odchylił mi głowę tak, że patrzył mi w oczy.

- On nas nie dostanie - powiedział cichym głosem, pełnym takiego znaczenia, że otworzyłam usta - Nie jestem sam. Mam kumpli, którzy pomagają mi cię chronić i mogą chronić również mój tyłek.

Zamknęłam usta na to ostatnie słowo, ale nadal patrzyłam w oczy Filipa.

A potem się rozluźniłam i lekko uśmiechnęłam, i wiedziałam, że po raz pierwszy odkąd przeczytałam tego maila, uśmiech dotarł do moich oczu.

- Wierzę ci - szepnęłam.

Wtedy twarz Filipa zmieniła się tak, jak to widziałam wtedy, kiedy opowiadał mi o swojej pracy, a ja przyjęłam to z uśmiechem.

Tak.

Mój mężczyzna potrzebował ode mnie takiego wsparcia, tej wiary w niego.

Powinnam mu dawać to częściej.

A w danym momencie dałam mu po prostu siebie.

*****

Ostatnie dwa tygodnie stycznia były spokojne i stabilne.

Wyglądało nawet na to, że wpadliśmy w rutynę.

Jakoś żadne z nas nie narzekało na to, bo to było normalne, spokojne życie, a my marzyliśmy o normalności i spokoju.

Następnego dnia po naszej rozmowie Filip wyszedł z domu na pół godziny, pojechał dokądś, a potem dostałam od niego małe, czarne urządzenie, które nazwał „przyciskiem paniki”.

Słysząc o tym od Maggie i Sophie, wyobrażałam sobie je jako telefon, dyktafon lub coś podobnego.

Nigdy nie podejrzewałam, że to mogło być takie małe.

Jak breloczek do kluczy.

Tak to potraktowałam.

Dwa dni później pojechałam na spotkanie z kobietami, to znaczy Filip zawiózł mnie na nie, wymógł ode mnie przyrzeczenie, że nie wyjdę z kawiarni, ani nawet nie pójdę sama do toalety i pojechał.

Najwidoczniej z kawiarni nikt nie mógł mnie porwać.

Do domu dwie godziny później miał mnie zawieźć David, który przyjeżdżał po Maggie, więc byłam zabezpieczona.

Na tym spotkaniu pokazałam kobietom moje nowe urządzenie i Maggie z Sophie natychmiast je rozpoznały.

Alice też je widziała wcześniej.

Maggie nadal nosiła takie ze sobą, chociaż od jej problemów upłynęło wiele miesięcy, a Sophie podobno miała swój w domu, jak to powiedziała lekceważąco gdzieś w którejś z torebek.

Dowiedziałam się więc, że to właśnie ono miało również GPS, który był połączony z aplikacją, jaką prawdopodobnie miał Filip w swoim telefonie.

Więc mój mężczyzna miał mnie na oku.

Tak.

Mogłam czuć się bezpieczna.

Pod koniec stycznia doszłam do wniosku, że dobry miesiąc mnie rozpieścił, ale lubiłam to, chociaż może trochę utraciłam czujność.

Miałam, albo może oboje z Filipem mieliśmy namiastkę normalności, chociaż jeszcze nie robiliśmy planów na przyszłość.

Zaczęłam sądzić, że nie muszę się wiecznie martwić o wszystkich i wszystko dookoła.

Mogłam zacząć po prostu żyć.

Myśląc o tym słuchałam z uśmiechem tych zasad bezpieczeństwa, które przekazywał mi Filip, a które znałam już przecież na pamięć.

Ale mówił mi to ponownie.

Jechałam bowiem na kolejne spotkanie z kobietami w barze.

Byłam ubrana w zwykłe dżinsy, sportowe buty, prostą koszulkę z długim rękawem i sweter pod zimową kurtką, ale miałam na sobie ładną bieliznę.

Spotkanie było tym razem blisko butiku Aleka i Sama, więc pomyślałam, że mogłabym pójść do nich na małe zakupy.

Nie zapytałam o to Filipa.

Po prostu pożegnałam się z nim pocałunkiem, kiedy tylko weszliśmy do baru i przekonaliśmy się, że wszyscy już tam byli.

Filip spojrzał na nich, westchnął cicho i odszedł.

Czas mijał nam bardzo przyjemnie.

Rozmawialiśmy z kobietami i chłopakami, jak zwykle pogodnie, o wszystkim i niczym konkretnym, przyznałam się, że chciałabym zrobić drobne zakupy w butiku Aleka i Sama, co ci dwaj przyjęli entuzjastycznie, zjedliśmy zamówione ciastka i wypiliśmy kawę, kiedy uznałam, że muszę iść do toalety.

Maggie była zajęta rozmową z Sophie, więc tylko powiedziałam jej, że idę, wstałam, wyszłam zza stolika, wzięłam ze sobą torebkę z krzesła obok, przewiesiłam ją, jak zwykle to robiłam, skosem przez prawe ramię, oparłam ją z przodu na lewym biodrze i ruszyłam w stronę łazienek.

Usłyszałam jeszcze głos Maggie - Poczekaj, już idę z tobą - ale machnęłam dłonią nad swoim ramieniem, że dam sobie radę.

Przecież byłam w tłumie.

Co złego mogło się przytrafić?

Nie odwróciłam się i nie poczekałam.

I to był błąd.

Drzwi do łazienki były w bocznym korytarzu, z którego można było wyjść na tyły baru przez drzwi ewakuacyjne.

Z moich poprzednich bytności tam wiedziałam, że tam też były śmietniki baru, bo było to wyjście do ślepego zaułka.

Weszłam do toalety, ale drzwi się za mną nie zdążyły zamknąć, kiedy wszedł tam jakiś mężczyzna.

Obejrzałam się na niego zdziwiona, bo to była damska toaleta i zarejestrowałam, że był ciemnowłosy, bardzo krótko obcięty, jak David, z zarośniętą, ale niechlujną szczęką i niskim czołem.

Nie zdążyłam się odezwać.

- Idziesz z nami, albo zaczniemy do nich strzelać - powiedział, kierując w moją stronę pistolet, który miał częściowo schowany w kieszeni skórzanej, czarnej kurtki i kiwając głową w stronę drzwi.

O, Matko!

Poczułam strach o moje przyjaciółki, otworzyłam usta i nagle pomyślałam, że Maggie mogła nadejść w każdej chwili, więc byłaby narażona na niebezpieczeństwo.

Była w ciąży!

Zamknęłam buzię, skinęłam głową i ruszyłam w jego stronę.

Ustąpił na bok i mnie przepuścił.

W korytarzyku zobaczyłam drugiego osiłka, który nie wyglądał wcale bardziej sympatycznie od tego pierwszego.

Zablokował mi drogę w stronę sali, gdzie siedzieli wszyscy inni, całkowicie nieświadomi tego, co się tu rozgrywało.

Mężczyźni wskazali mi rękoma tylne wyjście, a kiedy tam ruszyłam, usłyszałam za swoimi plecami zaskoczony głos Maggie - Alba, dokąd idziesz?

Nie odwróciłam się, żeby jej bardziej nie narażać.

I nie powiadamiać tych dwóch, że tutaj mówili na mnie Alba.

Działałam instynktownie, albo może raczej wyćwiczonymi odruchami.

Filip musiał mnie znaleźć, ale nie potrzebował tego robić po trupach moich przyjaciółek, ani innych, postronnych, osób.

Doszliśmy samochodu, jeden z osiłków otworzył drzwi i warknął - Wsiadaj - kiedy postanowiłam pertraktować i może to trochę spowolnić.

Złapałam za dach samochodu.

- Słuchajcie, może moglibyśmy… - nie dokończyłam, bo poczułam na szyi coś zimnego i ogarnęła mnie ciemność.

 


 

1 komentarz: