Rozdział 11
Alba/Anna
Miesiąc później
Miniony
miesiąc był dobry, a nawet bardzo
dobry.
Prawie
normalny.
Spokojny.
Filip
po spotkaniu ze swoimi przyjaciółmi uspokoił się, jakby miał nowy cel, albo
może zdobył sposób do osiągnięcia swojego celu.
Zapewnienia
mi bezpieczeństwa i zatrzymania mnie przy sobie.
Nie
rozmawialiśmy o tym głównie dlatego, że ja już zrozumiałam konieczność ukrywania
w tajemnicy jego pracy, ale również dlatego, że takie oboje mieliśmy charaktery,
tak działaliśmy.
Cicho.
Następnego
dnia po naszym spotkaniu z przyjaciółmi, a przynajmniej moim z przyjaciółkami, poszłam
do pracy na szóstą rano, a Filip odwiózł mnie swoim Rubicon’em, mówiąc mi po
drodze, że moglibyśmy kupić dla mnie porządny samochód.
Nie
podjęłam tematu z kilku powodów.
Pierwszym
było to, że chciałam poczekać z kupnem czegokolwiek
porządnego dla mnie do momentu, aż mogłabym naprawdę poczuć się bezpiecznie i
że mogę mieć cokolwiek porządnego.
Czegoś
na stałe.
Drugim
było to, jakim tonem Filip to powiedział.
Lekko.
Jakby
żartował.
Więc
nie przyjęłam tego na poważnie.
Uśmiechnęłam
się z roztargnieniem i nic nie odpowiedziałam, tylko spojrzałam przed siebie na
drogę.
Kiedy
kończyliśmy tę rozmowę, wysiedliśmy akurat na parkingu obok remizy, Filip
przytrzymał mnie przez kilka sekund w swoich ramionach i patrząc mi poważnie w
oczy, wyszeptał:
-
Ja nie żartowałem, Skarbie.
O,
Matko!
Wstrzymałam
oddech, poczułam ciepło przenikające mnie na myśl, że Filip chciał, żebym się
osiedliła z nim i skinęłam głową.
Ale
nadal nie odpowiedziałam.
Nie
powiedziałam nawet tego, że miałam pieniądze i mogłabym sobie kupić porządny
samochód, gdybym uważała, że takiego potrzebowałam i że mogłabym go mieć.
Poszliśmy
dookoła budynku z parkingu do remizy jak zwykle objęci ramionami, weszliśmy
przez garaż, po schodach na górę, tam Filip kiwnął brodą facetom na powitanie,
a potem zostawił mnie pod opieką Davida z miną, jakby przekazywał mu pilnowanie
najcenniejszego Skarbu Narodów, pocałował mnie lekko w usta i odszedł.
Dzień
był jak co dzień z jedną małą akcją, ćwiczeniami, porządkowaniem i wypełnieniem
dokumentacji.
Trochę
po lunchu pracowaliśmy akurat przy wozie, Sam prał myjką ciśnieniową dywaniki, a
ja wycierałam kokpit z kurzu, kiedy przyjechał facet, który miał być
zatrudniony za mnie od stycznia, ale tego dnia miałam go wprowadzić w panujące
u nas zasady i pokazać, jak wszystko ogarnialiśmy, gdzie co trzymaliśmy i takie
tam.
Wszedł
głównym wejściem od razu na górę, a tam dowiedział się, że nie ma kapitana i
wtedy wezwał nas tam Jimmy, który pełnił dyżur przy radiu.
Weszliśmy
za nim, przywitał się chłopakami uściskiem dłoni i skinął mi z daleka głową,
kiedy Jimmy nas wszystkich przedstawiał.
Mężczyzna
był wysoki.
Nie
tak wysoki jak Jimmy, ale może tak jak David.
Tylko
mniej umięśniony.
I
był bardzo przystojny, i wiedział o tym.
Po
jednym spojrzeniu na niego, wiedziałam, że uważał się za Dar Boga Dla Kobiet,
ale powstrzymałam się przed ujawnieniem mojej opinii, bo ważniejsze były jego
kompetencje zawodowe.
Miał
na imię Hubert i nie podał nam skrótu, spieszczenia, ksywki, więc wyglądało na
to, że mieliśmy go tak nazywać.
Nieważne.
Ogólna
rozmowa trwała tylko chwilkę.
Górne
pomieszczenia obejrzeliśmy z całym zespołem.
Potem
faceci wrócili do pucowania wozu, który wyprowadzili w tym celu na odśnieżony podjazd,
kiedy ja weszłam z Hubertem do garażu i zamierzałam z nim przejść przez
pomieszczenia na dole w krótkiej wycieczce, w której miałabym być
przewodnikiem.
To
zawiodło.
Kiedy
tylko zostaliśmy sami, przerwał mi.
-
Żadna cipa nie musi mi mówić, jak mam wykonywać swoją pracę - powiedział złym,
pogardliwym głosem, a ja wprost oniemiałam i zagapiłam się na niego.
O,
Matko!
Spotkałam
się w swoim krótkim życiu z przejawami seksizmu, ale nigdy nie były aż tak
rażące.
-
Nie mówię ci, jak masz wykonywać pracę, tylko poskazuję ci gdzie co trzymamy -
wyjaśniłam cicho, chociaż sucho.
-
Poradzę sobie… - zaczął, ale w tej chwili do pomieszczenia wszedł Oli, który właśnie
wrócił, bo przyjechał z jakiegoś urzędu.
Oli
nigdy nie okazywał zniechęcenia, nie ujawniał ile kosztowały go przepychanki z
władzami i wypraszanie funduszy na naszą działalność, co, jak wiedziałam,
musiało być uciążliwe.
Podszedł
do nas, patrząc głównie na mnie, ze swoim zwykłym, lekkim, wspierającym
uśmiechem i przywitał się z nowym przez pytanie „Jak ci się podoba”, co było
niezwykle formalistyczne jak na niego, więc wiedziałam, że jego dzień nie był
zbyt dobry.
-
Jak tam, Alba - zagadnął mnie - Pracujesz nad przywróceniem kondycji.
-
Tak, kapitanie - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się lekko do niego.
-
Robisz już więcej niż czterdzieści? - spytał Oli, odnosząc się do ćwiczeń moich
barków po kontuzji, które kontrolowałam przez ilość pompek wykonywanych trzy
razy w tygodniu, ale jeszcze nie przez podnoszenie ciężarów.
-
Doszłam do trzydziestu ośmiu - przyznałam i skrzywiłam się, kiedy usłyszałam pogardliwy
chichot Huberta, który zaczął się dziwnym parsknięciem.
Oli
uniósł wysoko brwi i odwrócił się frontem do niego.
-
Co w tym śmiesznego? - spytał nowego - Alba miała kontuzję niecały miesiąc
temu. Musi ćwiczyć powoli, żeby nie nadwyrężyć na nowo barków - wyjaśnił,
według mnie całkiem niepotrzebnie.
Hubert
powstrzymał się od zrobienia miny i od komentarza, więc Oli tylko machnął
krótko ręką i poszedł na górę, do swojego gabinetu.
Kiedy
tylko zniknął nam z zasięgu wzroku, Hubert odwrócił się do mnie wykrzywiony
szyderczo.
Przyszykowałam
się psychicznie.
Miałam
rację.
-
Więc jesteś faworytą? - wysyczał, pochylając się w moją stronę - Robisz to
ustami, klęcząc pod jego biurkiem czy wypinasz dupę, stojąc tam pod ścianą?
Może i ja skorzystam?
O,
Matko Jedyna!
Niezależnie
od nieopisanej wulgarności samej sugestii, obrażał również, a może przede
wszystkim naszego kapitana, ale ja nie miałam najmniejszego zamiaru mu na to
odpowiadać, bo poczułam, że zniżyłabym się do jego poziomu.
Zacisnęłam
usta i wyprostowałam się.
Miałam
odejść i zaczynałam się odwracać, kiedy zobaczyłam, że w wejściu do garażu
stali David, Jimmy i Alex.
Po
ich minach wiedziałam, że słyszeli.
O,
rany!
David
miał bardzo ponurą minę, kiedy
podszedł do Huberta i stanął tak blisko niego, z tak otwartą agresją, że
przysunęłam się do nich.
-
David - szepnęłam, patrząc do góry w jego ciemne oczy, ale trzymając ręce przy
sobie, bo nie należało dotykać tak wkurzonego faceta, a zwłaszcza wkurzonego Davida
- To nic…
To
było tak, jakbym się nie odezwała.
-
Obrażasz kobietę mojego przyjaciela - zahuczał David.
-
Obrażasz naszą koleżankę - warknął Alex, który również podszedł blisko, czego
początkowo nie zauważyłam.
-
I obrażasz naszego kapitana - głos Jimmy’ego wcale nie był łagodniejszy, a i on
stał bardzo blisko.
O,
Matko!
Co
miałam zrobić?
-
Myślę, że nie będziemy chcieli z nim pracować - głos Davida był nadal huczący,
a Jimmy i Alex przytaknęli krótko, nadal wściekli.
Spróbowałam
ich uspokoić.
-
Hej, panowie - zawołałam cicho, a oni wszyscy, włącznie z Hubertem, spojrzeli
na mnie - Może dajcie mu jeszcze jedną szansę. Może…
Przerwała
mi syrena, która oznajmiła nagłe wezwanie.
Alarm.
Rzuciliśmy
się do naszych rzeczy, dokładnie wiedząc, kto co miał zabrać i gdzie się
znaleźć z danej chwili.
Z
parkingu przybiegli Sam i Billy, którzy obrzucili całą naszą rozbiegającą się
grupę szybkimi spojrzeniami.
Potem
już to nie było ważne.
Wszyscy
sprawnie pakowali się do naszego wozu strażackiego.
David
wskoczył do środka, ja za nim, usadowiłam się w fotelu przy końcu, jak zwykle, bo
chłopaki wysiadali na miejscu pierwsi, żeby zająć się rozwijaniem sprzętu, a
wtedy zobaczyłam, jak David machnął dłonią na Huberta, zachęcając go, żeby
wsiadł i pojechał z nami.
Jimmy
skinął głową.
Kiedy
nowy wskoczył, faceci popatrzyli na niego zimno i zgodnie wskazali mu brodami
najdalszy kąt wozu na podłodze tuż za mną.
Sam
nie jechał z nami tego dnia, bo miał wyznaczony dyżur przy radiu, więc Hubert
spokojnie zmieściłby się bliżej na fotelu, ale widocznie to był sposób facetów
na wskazanie nowemu jego miejsca, a może jego braku.
Billy
siedział już za kierownicą i brał przez radio koordynaty od kapitana, a Jimmy,
który siedział obok niego, poinformował Oli’ego o tym, że Hubert pojechał z
nami.
Nie
było jeszcze ciemno, ale to zimowe popołudnie w grudniu o trzeciej nie było
jasne i słoneczne.
Dojechaliśmy
na miejsce pożaru domu jednorodzinnego w gęstej zabudowie, wyskoczyliśmy i
natychmiast zaczęliśmy przygotowywać się do akcji.
Częściowo
ubraliśmy się w wozie, a przy wysiadaniu kończyliśmy to, bo po wypadku, w
wyniku którego Josh został poparzony i wycofał się z pracy, Oli nakazał nam
ubieranie się w całe stroje ochronne,
zanim przystąpilibyśmy do jakiejkolwiek
innej działalności.
Podbiegliśmy
do skrzyń zamkniętych na bokach wozu, kiedy David podszedł szybko do jednego z
policjantów, którzy blokowali dostęp cywili do pożaru.
Mieliśmy
już wyjęte węże, chłopaki je dokręcali, wyjęliśmy potrzebne akcesoria, a David
krótko poinstruował nas o sytuacji, a potem, jak zwykle to robiliśmy, zwrócił
się do mnie, żebym dowiedziała się szczegółów.
-
Alba - powiedział do mnie coś, czego się dowiedział - Podobno wyprowadzili
stamtąd ludzi, ma przyjechać karetka, ale musimy wiedzieć, czy to wszyscy.
Wiedziałam,
co miałam robić.
Skinęłam
głową i podeszłam do policjanta, stojącego przy taśmie.
Przez
cały ten czas Hubert stał przy wozie i David zakazał mu się zbliżać do ognia,
bo nie miał stroju ochronnego.
-
Hej, Frank - przywitałam mundurowego, bo znaliśmy się z wcześniejszych akcji -
Muszę wiedzieć, kto tam mieszkał i czy to wszyscy - wskazałam brodą na grupkę
przykucniętą na ośnieżonym trawniku na kocu termicznym z boku jezdni.
-
To wszyscy - odezwała się kobieta, która stała opodal i przysłuchiwała się nam,
po czym zawahała się i dodała - chociaż jej mąż pracował na nocną zmianę.
Przedstawiła
mi się jako ich sąsiadka, więc uznałam, że powinnam dowiedzieć się więcej.
Skinęłam
jej głową w podziękowaniu i podeszłam szybko do rodziny.
Byli
w szoku, widziałam to.
Delikatnie
się uśmiechnęłam i starałam się poruszać łagodnie, kiedy przykucnęłam przy nich
i uważnie spojrzałam na każdego z nich.
Kobieta
miała na szyi siniaki, jakby po duszeniu, chłopiec, około siedmiu lat, rozciętą
wargę, a dziewczynka, może dziewięcioletnia, przerażone oczy.
O,
Matko!
Porozmawiałam
z nimi po cichu, ale bardzo krótko, bo David już mnie wołał, bo musieliśmy
podjąć decyzję co do dalszej akcji.
Pożegnałam
się i podbiegłam do niego, żeby mu przekazać informację o mężczyźnie, który podobno wyszedł z domu, chociaż jeszcze
nie miał iść do pracy.
David
chyba zrozumiał wszystko, co mu przekazałam, nawet jeśli nie zwerbalizowałam
swoich obaw, bo natychmiast zmienili konfigurację i zobaczyłam, że dwóch z nich
szykuje się do skontrolowania domu.
Stałam
obok wozu, gotowa na odkręcenie wody w następnej sekundzie, bo Billy i Jimmy
kończyli szykować wąż, kiedy poczułam, że ktoś do mnie podszedł.
Obejrzałam
się i zobaczyłam, że był to Eddie, który wglądał, jakby miał dzień wolny od
pracy.
-
Hej, Alba - przywitał się z daleka, a ja skinęłam mu głową i odkrzyknęłam - Hej
- jednocześnie nerwowo odgarniając osłonkę hełmu, który miałam na sobie, żeby
go zobaczyć.
Kiedy
odwróciłam głowę w jego stronę, poczułam i usłyszałam szum, więc szybko
spojrzałam na wąż, który błyskawicznie napełniał się wodą.
Natychmiast
zerknęłam na Billy’ego, który był przy prądownicy i zauważyłam, że nie widział
tego, a nie byłam pewna, czy ją podłączył, więc schwyciłam za zawór i zamknęłam
go.
Zacisnęłam
zęby i spojrzałam gniewnie na Huberta, bo to on pospieszył się i odkręcił wodę,
narażając chłopaków na uderzenie końcówką, jeśli by jej nie trzymali
wystarczająco mocno.
W
następnej sekundzie usłyszałam gwizd i spojrzałam w kierunku Jimmy’ego, by
zobaczyć znak, że mam odkręcić wodę, więc to zrobiłam.
Nie
zdawałam sobie sprawy, że Eddie obserwował to wszystko i zaczął bacznie
przyglądać się Hubertowi.
-
Eddie… - zaczęłam, kiedy już chłopaki gasili dom, polewając na razie tylko dach,
by David i Alex mogli wyjść po sprawdzeniu domu - tam jest rodzina z tego domu
- skinęłam brodą w stronę rodziny, do której właśnie dotarła ekipa ratowników z
karetki, która do nas dotarła - obejrzyj ich, proszę.
Nie
znaliśmy się z Eddie’m zbyt dobrze, ale znałam Alice i po jej słowach czułam,
że mogę nie mówić nic więcej, bo Eddie by zrozumiał.
Miałam
rację.
Spojrzał
na mnie badawczo, skinął głową i odszedł w ich kierunku.
Ja,
nie patrząc na Huberta, bo w danej chwili czułam do niego wyłącznie złość,
poszłam w kierunku drzwi domu, żeby przejąć od chłopaków tego, kogokolwiek
byłoby trzeba przejąć.
Nie
czekałam długo.
Na
szczęście wyszli sami, po niezbyt długim czasie i bez urazów.
Mogliśmy
zająć się wyłącznie gaszeniem domu.
Wkrótce
przyjechała druga jednostka, by zabezpieczyć sąsiadujące domy, a ja miałam czas
na to, żeby obejrzeć się dokładnie w tej samej chwili, kiedy Eddie podszedł do
Huberta, wciąż stojącego przy wozie i coś mu powiedział.
Nie
słyszałam ich, ale widziałam wyraz twarzy Huberta i byłam prawie pewna, że była
to pogarda.
Widziałam
ją przez ułamek sekundy, bo potem nie było w niej nic.
Nie
mogłam stać i się gapić, nie miałam na to czasu, więc postanowiłam, że mogę to z
nimi wyjaśnić później.
Jeśli
będę musiała.
Bo
możliwe było, że nie powinnam się w to wtrącać.
*****
Kilka
godzin później byliśmy razem z Filipem w domu.
Kiedy
wróciliśmy do domu, zarówno w jego samochodzie podczas jazdy, jak i w domu podczas
jedzenia kolacji, którą Filip dla nas przygotował, milczałam, bo miałam wiele
do przemyślenia.
-
Aniu, Skarbie, mów do mnie - usłyszałam w końcu zaniepokojony głos Filipa - Co
się stało?
Siedzieliśmy
obok siebie na stołkach przy blacie w kuchni, miałam na sobie czystą koszulkę,
którą założyłam po prysznicu, jaki wzięłam w remizie po akcji i spodnie
dresowe, które założyłam już w domu, kiedy Filip mnie tu przywiózł i jedliśmy na
kolację zapiekane ziemniaki z mielonym mięsem i serem, które przygotował dla nas
Filip.
Wyprostowałam
się, opuściłam widelec i odwróciłam głowę w stronę mojego wspaniałego
mężczyzny.
Spojrzałam
na niego znad mojego talerza i zobaczyłam, że się martwił.
-
Nic - uśmiechnęłam się do niego - Po prostu pomyślałam o tym, jaką ja jestem szczęściarą.
-
Tak? - spytał Filip, ale rozluźnił się, jego oczy pojaśniały, a wyraz twarzy
stał się łagodny i ciepły w sposób, który bardzo lubiłam.
Dopiero
wtedy zauważyłam, jak bardzo był spięty, zdenerwowany.
-
Mam ciebie - powiedziałam mu cicho - a ty jesteś wspaniały, wyrozumiały i w
ogóle nie apodyktyczny. To co mamy to partnerstwo.
Przez
twarz Filipa przymknął wyraz zrozumienia i wtedy pomyślałam, że może jednak
David miał czas, by poinformować go o wydarzeniach, jakie zaszły tego dnia w
mojej pracy.
Wyszliśmy
z remizy bardzo szybko po tym, jak po mnie przyjechał, ale poszłam jeszcze do
szafki po moją torbę z ubraniami do prania.
Kiedy
omawialiśmy w podsumowaniu wszystkie zajścia w czasie akcji, okazało się, że
Hubert był nie tylko seksistą, ale również rasistą.
Eddie
był Latynosem, a Hubert bardzo się starał nie okazywać tego, ale nadal zachował
się wobec niego pogardliwie.
Tym
bardziej, że nie znał Eddiego i nie wiedział, że jest on gliną.
A
Eddie porozmawiał z Jimmy’m.
David,
Jimmy i Alex zajęli się tym i już wiedziałam, że Hubert jednak nie został
zatrudniony od stycznia za mnie w naszej jednostce, skoro Oli dowiedział się o
jego podejściu do współpracowników, bo nie chodziło wyłącznie o mnie, ale
również o gliniarzy, z którymi często pracowaliśmy.
Może
i był kompetentny, ale faceci nie lubili tych, którzy narzucali innym swój styl
życia i byli nietolerancyjni.
Szczęśliwie,
Oli miał jeszcze dwóch kandydatów, z których jeden miał się zjawić wkrótce, a
może nawet na naszym trudnym dyżurze w Sylwestra, co było od teraz za dobę.
Nie
chciałam o tym myśleć.
Ważniejsze
dla nas: dla mnie i Filipa było to, że naprawdę byliśmy partnerami w życiu
codziennym.
Czasem
ja gotowałam, a czasem on i to samo było ze sprzątaniem, praniem, zmywaniem, a
wiele rzeczy robiliśmy po prostu razem, stojąc ramię w ramię lub przechodząc
obok siebie.
Filip
nie był mężczyzną oczekującym, że kobieta poda mu kolację, albo wypierze jego
rzeczy, kiedy on będzie oglądał mecz lub „wypoczywał” na kanapie.
A
na dodatek lubił porządek tak samo jak ja, więc nie musiałam zbierać po nim
skarpetek, pudełek po pizzy czy puszek po napojach, jak to czasem słyszałam od
innych kobiet, że musiały robić.
Nie
musiałam wyjaśniać tego wszystkiego Filipowi.
Rozumiał
to wszystko bez słowa i podobało mu się to, że ja to lubiłam, a wiedziałam o
tym, kiedy zsunął się ze swojego stołka w moją stronę, wcisnął twarz w mój kark
i pocałował mnie tam, a potem objął tył mojej głowy dłonią, przechylił ją i
wziął moje usta w głębokim i mokrym pocałunku.
Mokro
po nim miałam nie tylko w ustach.
Potem
odsunął się i dokończyliśmy naszą kolację, żeby wstać od niej, razem posprzątać, pozmywać, a potem
jednocześnie pójść do salonu i tam dokończyć świętowanie tego, jak wielkie
miałam szczęście.
Dowiedziałam
się wtedy czegoś, co właściwie wiedziałam już wcześniej, a mianowicie tego, że
nasze partnerstwo obejmowało również seks.
Lubiłam
to, jak Filip pokazywał mi, jak go pieścić, brał swoją rozkosz ode mnie prawie
egoistycznie i dawał mi ją tym samym, bo ja lubiłam mu ją dawać.
Lubiłam
to, jak mnie uczył, cierpliwie krok po kroku mówiąc mi, co miałam robić, jak go
pieścić, jak się poruszać.
Lubiłam
jednak również uczyć się przez doświadczanie, a Filip lubił o tak bardzo, że mi
na to pozwalał.
Tak
jak tego wieczora po tym, jak oglądaliśmy film, leżąc na kanapie obok siebie,
kiedy szliśmy spać i rozebraliśmy się wzajemnie w sypialni i później Filip po
prostu położył się nago na wznak na łóżku, a ja wędrowałam po jego ciele dłońmi
i ustami, a potem również piersiami i brzuchem, bo zechciałam poczuć jego skórę
na swojej.
Uwielbiałam
dotykać jego szczupłego ciała.
Jego
mruczenie, warczenie, a potem stęknięcia i westchnienia świadczyły o tym, że
jemu też się to podobało, więc później usiadłam na nim, jak już to wcześniej
robiłam i doprowadziłam do tego, że oboje wspięliśmy się na nasze szczyty,
chociaż Filip na koniec przewrócił mnie, wciąż będącą na moim szczycie, na
plecy i wziął swoją rozkosz nieco gwałtowniej, wyciskając ze mnie nieco więcej.
Genialnie!
*****
Kolejny
dzień był cichy i spokojny, co powitałam z radością, skoro na następną noc
przypadał nasz dyżur w czasie szalonej sylwestrowej nocy.
Czytaliśmy,
oglądaliśmy film, Filip oglądał mecz, kiedy ja czytałam książkę i nic nie
przerywało nam całej doby bycia razem.
*****
Sylwester
zawsze jest najgorszą, najbardziej pracowitą zmianą w pracy w straży w ciągu
całego roku.
Fajerwerki,
zimowe ogrzewanie, na drogach ślisko, a ludzie kręcą się nerwowo,
przemieszczając się z jednego miejsca na drugie bez opamiętania.
Pewnie
dlatego Filip spędził całą noc, podążając za nami krok w krok.
Mieliśmy
zakontraktowaną opiekę nad dwiema imprezami i zgłoszone kolejne kilka, które
musieliśmy obejrzeć, więc wciąż jeździliśmy po SLC, a Rubicon Filipa za nami.
Faceci
nie komentowali.
Kiedy
weszliśmy do remizy na krótki odpoczynek, Filip się pojawił i zjadł z nami
pizzę, wypił kawę i pogadał z chłopakami.
Lubiłam
to, że był blisko, ale był to mój ostatni dyżur, ostatni raz byłam w pracy na
stałe, więc spędziłam trochę czasu z Samem i Billy’m, bo to przecież oni byli
moim najważniejszym towarzystwem przez pierwsze półtora roku, a może nawet
dłużej.
Tylko
że obecność Filipa dała mi Noworoczny Pocałunek z Ukochanym, o jakim marzyłam,
odkąd dowiedziałam się, że coś takiego istnieje.
Kilka
minut po czwartej nad ranem przeszedł do nas nowy, żeby się pokazać,
przedstawić i poznać remizę.
Całkowite
przeciwieństwo Huberta.
Był
bardzo młody, bo miał zaledwie dwadzieścia jeden lat i był zaraz po college’u,
w którym skończył między innymi kurs ratownictwa.
Miał
jasne blond włosy, które nosił obcięte krótko po bokach i dłuższe na czubku
głowy, więc na czoło opadały mu fantazyjnym lokiem.
Był
przystojny, ale jakby nieśmiały, niepewny siebie i swojej wartości, co wywarło
bez wątpienia dobre wrażenie po tym wspomnieniu, jakie pozostawił po sobie
Hubert.
Miał
na imię Thomas, ale od razu poprosił, żeby go nazywać Tom, a ja obawiałam się,
że i tak chłopaki będą na niego wołali Nowy albo Młody i będą go pilnowali na
każdym kroku, bo tkwiło w nich wspomnienie Josha.
Nie
byłam pewna, czy powinnam mu była powiedzieć o tamtym wypadku, żeby nie brał do
siebie zachowania facetów, ale za krótko znałam Nowego.
Na
wstępie załoga sprawdziła jego sprawność, a że Tom był wysoki i szczupły, ale
nie umięśniony w widoczny sposób, więc zrobili to podczas krótkiej rozgrywki
koszykówki dwóch na dwóch.
Faceci
wykorzystali fakt, że większość mieszkańców SLC „padła” zmęczona szaleństwami
Sylwestrowej Nocy i mieliśmy ciszę.
Sam
był przy radiu na dyżurze, a Billy postanowił mu potowarzyszyć.
Poszliśmy
w szóstkę do salki gimnastycznej na zapleczu, gdzie David i Jimmy grali w jednej
drużynie, a Alex i Tom w drugiej.
Obserwowałam
ich wsparta wygodnie o przód Filipa, który opierał się o ścianę przy drzwiach,
otoczona jego ramionami i zauważyłam, że Tom bardzo pasował do zespołu, bo był wysportowany
i miał pewne, płynne ruchy.
David
i Jimmy wygrali, czego można się było spodziewać, skoro grywali ze sobą od lat,
ale Alex i Tom byli za nimi zaledwie o dwa punkty.
Kiedy
skończyli, wróciliśmy do sali wspólnej, a koszykarze, oprócz Toma, który nie
miał ze sobą rzeczy do przebrania, poszli pod prysznic.
Tom
pożegnał się, umówił na następną zmianę i pojechał do domu.
Siedzieliśmy
przy wspólnym stole z Samem i Billy’m, kiedy zadzwonił telefon Filipa, wyjął go
z kieszeni spodni, spojrzał na wyświetlacz, mruknął - Muszę odebrać - wstał i
wyszedł do innego pokoju.
Zdziwiłam
się, kto to mógł dzwonić do niego w środku nocy w Sylwestra, ale być może jego
praca wymagała takiej gotowości.
Nie
wiedziałam tego.
Odprowadziłam
go wzrokiem, a potem zwróciłam się do chłopaków.
-
Dobrze było z wami pracować - powiedziałam cicho do Billy’ego i Sama.
-
Hej, Alba - mruknął Billy.
-
Wiedzieliśmy od początku, że do nich pasujesz - powiedział Sam, a Billy pokiwał
głową.
Zdziwiłam
się.
-
Wy też pasujecie - odparłam, kiedy minęło moje pierwsze zdumienie, a obaj
zrobili miny i odsunęli się od stołu, jakby chcieli powiedzieć „gadanie”.
-
Pasujecie - podkreśliłam - Wierzcie
mi, widziałam, jak się zachowują, kiedy ktoś nie pasuje. Tak było z Hubertem.
Spojrzeli
na siebie i pomyślałam, że myśleli, że Hubert wyleciał, bo mnie nie pasował, więc znowu miałam pragnienie wyjaśnienia
wszystkiego, ale - ponowie - wstrzymałam się.
-
W każdym razie dziękuję wam obu za przyjaźń i wsparcie w ciągu tym kilkunastu
miesięcy - powiedziałam cicho i z uczuciem.
Na
tym skończyliśmy.
A
o szóstej rano Filip zabrał mnie Rubicon’em do domu.
*****
Pierwszy
tydzień stycznia zanosił się na nudny, ale właśnie wtedy dowiedziałam się o
sobie czegoś nowego.
Cieszyła
mnie nuda, która oznaczała codzienne budzenie się obok Filipa, wspólne szykowanie
i jedzenie śniadania, a potem kontynuowanie naszych dni.
Filip
wypożyczył dla mnie dwie nowe książki w bibliotece publicznej SLC i oddał
tamte, które już przeczytałam, więc znowu jej nie odwiedziłam, ale nawet nie
tęskniłam za nią.
Rozmawiałam
często z kobietami, których przyjaźń zaczęłam coraz bardziej doceniać,
poznawałam SLC, osiedlałam się.
Pewnego
dnia byliśmy w odwiedzinach w domu cioteczki Thelmy i u rodziny Filipa, więc
mogłam znowu porozmawiać z dziećmi.
-
Aniu, Skarbie - zapytała cioteczka, kiedy rozmawialiśmy o krewnych dzieciaków -
A co z twoją rodziną?
Spojrzałam
szybko na Filipa, który wyprostował się zaalarmowany i odwzajemnił spojrzenie.
-
Jeśli nie chcesz, nie musisz odpowiadać - cicho stwierdziła cioteczka,
wskazując, że zauważyła to.
-
Nie… - zawahałam się i oblizałam usta - po prostu moi rodzice umarli kilka lat
temu. Tak samo moi czterej bracia, bo razem zginęli w wyniku cyklonu Harvey.
-
Och… - cioteczka wciągnęła powietrze i wyciągnęła do mnie dłoń, by mnie
pogłaskać delikatnie po ramieniu.
-
Mam siostrę, ale dawno nie rozmawiałyśmy - zakończyłam smutnym głosem, czego
nie mogłam powstrzymać, chociaż wiedziałam, że to zasmuciło nie tylko
cioteczkę, ale również Filipa.
Nie
chciałam smucić Filipa, więc po prostu zmieniłam temat na weselszy.
Rozmawialiśmy
potem o innych sprawach, ale wiedziałam, że Filip myślał o moich słowach, bo, kiedy
później jeszcze wspomniałam mu o tym, że dawno nie czytałam swojej poczty i nie
kontaktowałam się z dawnym życiem, Filip zapamiętał to i, kiedy wracaliśmy do
domu, powiedział, że następnego dnia poznam jego miejsce pracy.
Lub
jedno z wielu, jak podejrzewałam, ale nie powiedziałam tego i nie zapytałam o
to Filipa.
Następnego
dnia rano, kiedy wstaliśmy dosyć wcześnie, wzięliśmy wspólny prysznic,
przygotowaliśmy i zjedliśmy śniadanie, Filip po prostu oznajmił mi, że jedziemy
razem i nie dodał dokąd, a ja nie pytałam, bo wiedziałam, że musiał mieć powód.
Przygotowałam
się więc tak, jakbyśmy mieli jechać do sklepu, chociaż wiedziałam, że mieliśmy tego
dnia jechać do miejsca, z którego Filip pracował, cokolwiek robił.
Założyłam
na siebie granatowe dżinsy, czarną koszulkę z długimi rękawami pod szary sweter
z trójkątnym dekoltem, sportowe buty, a na to włożyłam swoją zimową kurtkę.
Zauważyłam,
że Filip ubierał się podobnie, więc dobrze wybrałam.
Pojechaliśmy
jego Rubicon’em do części SLC, której jeszcze nie znałam, między bardzo zwykłe,
nie rzucające się w oczy bloki apartamentowców.
Filip
zaparkował na parkingu podziemnym, wysiedliśmy jak zwykle, czyli ja poczekałam,
aż Filip przejdzie na moją stronę, a potem zostałam wyciągnięta przez niego
wprost w jego ramiona.
Niezmiennie
to kochałam.
Przeszliśmy
do drzwi, które prowadziły na klatkę schodową, ale po przejściu dwóch pięter
przeszliśmy wąskim korytarzykiem na drugą klatkę schodową i weszliśmy jeszcze
dwa piętra.
A
potem całkiem się pogubiłam.
O,
Matko!
To
był istny labirynt przejść, mieszkań,
schodów, więc kiedy weszliśmy w trzecie już drzwi, nie sądziłam, żebyśmy byli
na miejscu.
Ale
byliśmy.
Stałam
tuż za progiem pomieszczenia, w którym na licznych stolikach były rozstawione
monitory, pod nimi kilka komputerów, a na jednej ze ścian wisiał tak wielki
monitor, jaki do tej pory widziałam tylko w filmach.
Naprawdę
super wypasiony pokój komputerowy, jak centrum dowodzenia.
O,
Matko Jedyna!
Filip
poruszał się za moimi plecami i czułam bardziej, niż słyszałam, jak coś
włączał, przełączał i zabezpieczał piszczeniem.
Potem
podszedł do jednego z komputerów, uruchomił go, a następnie poruszał się po
pomieszczeniu i robił to z kolejnymi komputerami i monitorami.
-
To jest monitoring - powiedział do mnie, wskazując na duży ekran.
Właśnie
się rozświetlił, a potem ukazały się na nim liczne, mniejsze obrazy z
korytarzy, klatek schodowych i parkingu.
Łał!
Zobaczyłam
Rubicon’a i drzwi, którymi weszliśmy.
Nie
odzywałam się, tylko patrzyłam na zmianę na to wszystko i na Filipa, wielkimi
oczami.
-
Usiądź tutaj - Filip powiedział, wskazując mi jeden z trzech czarnych,
skórzanych, wyglądających na wygodne foteli obrotowych, które stały przed
komputerami.
Podeszłam,
zdjęłam kurtkę, przewiesiłam ją przez oparcie fotela, położyłam torebkę na
wolnej przestrzeni na biurku i usiadłam.
Fotel
był faktycznie bardzo wygodny.
Przede
mną na biurku leżała klawiatura, która była dziwnie wygięta, ale bardzo wygodna
w użytku, o czym się przekonałam, kiedy położyłam na niej palce.
Nigdy
czegoś takiego nie widziałam.
Filip
nachylił się nad biurkiem przede mną, odsunął moje ręce, zalogował się do systemu,
ruszył myszką, otworzył okno przeglądarki, a potem dotknął mojego karku i,
kiedy odchyliłam do niego głowę, pocałował mnie w czoło.
-
Stąd możesz się bezpiecznie załogować na swoje konto i odczytać e-maile -
powiedział mi, a ja wciągnęłam powietrze do płuc.
Bałam
się i było to po mnie widać.
A
przynajmniej Filip to zauważył.
Dowiedziałam
się tego w następnej chwili.
-
Aniu - zawołał cicho Filip, a ja spojrzałam mu prosto w oczy - wiesz, czym ja
się zajmuję?
Pokręciłam
głową, bo nawet nie podejrzewałam, co to mogło być.
Chyba
nikt nie wiedział.
Zawsze
był taki tajemniczy.
-
Jestem hakerem, płatnie zajmuję się ochroną systemów komputerowych dla różnych
firm - wyjaśnił mi cicho Filip - Mam tutaj najlepsze możliwe zabezpieczenia.
Nikt nie ma prawa zlokalizować tego pomieszczenia.
-
Ale on… - zaczęłam ze strachem, a potem przerwałam, bo pomyślałam, że powinnam
bardziej zaufać temu, że Filip wiedział, co robił.
Robił
to od tak dawna i David wierzył w jego umiejętności, więc ja też powinnam.
Dlatego
po prostu skinęłam głową, odprężyłam się, poczułam, jak moja twarz złagodniała,
lekko uśmiechnęłam się do niego, odwróciłam się do komputera i zabrałam się do
logowania na moją pocztę, starając się nie analizować tego, jak się czułam z
nowym wyrazem twarzy Filipa.
Ponieważ,
kiedy moje wargi ułożyły się w uśmiechu, oczy Filipa również złagodniały,
pochylił się nade mną i pocałował mnie w czubek głowy.
Zrobiłam
dobrze, że mu zaufałam.
O,
Matko!
To
była jedna z tych chwili, kiedy mogłam okazać mojemu mężczyźnie wsparcie i
miłość.
Ale
to spowodowało, że miałam ochotę pocałować go dużo mocniej, niż on mi to dawał,
a może i dać mu coś więcej.
Filip
podszedł do drugiego fotela i zajął się swoją pracą, a ja otworzyłam swoją
pocztę i zaczęłam czytać.
*****
Filip
Od
kiedy weszli do jego tajnego mieszkania, Filip obserwował reakcje Ani i
podobały mu się one.
Rozglądając
się po pokoju, oglądając rozstawiony tam sprzęt, wyglądała na zachwyconą, jakby
jej zaimponował.
Chciał
jej dać wszystko.
Chciał
jej imponować.
Pragnął,
by była z niego dumna.
Nie
sądził nigdy, że mógłby tego pragnąć.
Dlatego
poczuł coś bardzo dobrego, kiedy zrelaksowała
się i uśmiechnęła się łagodnie i ciepło na wiadomość, jaki jest rodzaj jego
pracy.
Obawiał
się, że mogła tego nie akceptować, bo to była prawda, że większość jego pracy,
zwłaszcza dawniej, nie była czysta i do zaakceptowania.
Jeszcze
nie był cholernie gotów jej o tym opowiedzieć.
Ale
później, kiedy zachowaniem i mimiką dała mu znać, że czuła się bezpieczna w
warunkach, które jej ofiarował, poczuł się jeszcze cholernie lepiej.
Doskonale
przecież zdawał sobie sprawę z tego, że nie czuła się bezpieczna ani jednego pieprzonego
dnia przez ostatnie kilka lat.
Dlatego
uspokojony i cicho zadowolony usiadł przy innym komputerze, by pogrążyć się w
swoim najnowszym zadaniu.
Filip
pracował nad sprawdzeniem zabezpieczeń systemów wewnętrznych firmy, której
dyrektor do niego napisał dwa dni temu na jego służbową skrzynkę mailową z
prośbą o ich weryfikację.
Na
koniec pracy Filip westchnął z pogardą i zostawił na pulpicie komputera
dyrektora naczelnego list od siebie, który był również jego wizytówką i dowodem
na to, jak łatwo mógł się tam włamać.
Zabezpieczenia
Pańskiej firmy wymagają poprawek. Mogę to zrobić…
I
tu zwykle Filip zamieszczał realny dla niego termin i przewidywaną kwotę, za
jaką mógł usunąć możliwość włamywania się na konta pracowników firm, dla
których pracował.
Zawsze
taki list wystarczał, żeby dyrektor lub prezes firmy zorientował się, jak
bardzo potrzebował zabezpieczeń na swoje komputery.
Zwykle
później prezes lub dyrektor kontaktował się z nim.
Od
dawna Filip nie robił tego jako szantaż, ale dopiero po pierwszych rozmowach,
jakie odbywały się przez e-maile z inicjatywy jego przeszłych pracodawców.
Ale
kiedyś bywało różnie.
Z
zamyślenia wyrwał go dźwięk cichego wdechu, jaki wciągnęła Ania, kiedy czytała
ze skupieniem jakiś tekst na ekranie, najwyraźniej jeden z maili ze swojej
poczty.
Nie
patrzyła na niego, więc uznał, że zrobiła to nieświadomie.
Po
jej bladości, Filip poznał, że było to coś złego.
Coś
bardzo złego.
Zerkając
na nią wcześniej na jej twarzy widział ciepło i wręcz czułość, więc wiedział,
że to musiał być list od siostry Ani.
Może
o dzieciach.
Teraz
nie wiedział, czy złe wiadomości pochodziły również od siostry, czy Ania przeszła
już do następnego maila.
Oczekiwał,
że się z nim tym podzieli.
Ania
jednak nie przerwała czytania, a później z pustą twarzą udawała, że nic się nie
stało i, klikając kilkukrotnie, przeszła do następnego tekstu i nie odezwała
się na temat tego, co ją zdenerwowało.
Filip
postanowił poczekać.
*****
Alba
/ Anna
Leżałam
tyłem do Filipa w jego łóżku, wtulona plecami w jego brzuch i objęta przez
niego opiekuńczo ramionami.
Powinnam
czuć się bezpieczna.
Nie
czułam się.
Fragmenty
tekstu z tego jednego e-maila, którego dzisiaj przeczytałam, wciąż miałam przed
oczami.
Poczułam
usta Filipa na moim karku i ramieniu, które odsłaniała satynowa koszulka, którą
włożyłam do spania, więc wygięłam się w jego stronę i wtuliłam się głębiej w
niego.
Chciałabym,
żeby mnie wchłonął.
Po
wyjściu z tajnego mieszkania, które Filip zabezpieczał na jakieś skomplikowane
sposoby, których nie oglądałam, pojechaliśmy Rubicon’em do sklepu spożywczego,
żeby uzupełnić zapasy.
Dobrze,
że wcześniej zrobiłam listę, bo nie mogłam się skupić na zakupach.
Potem,
po powrocie do domu, razem zrobiliśmy na lunch kanapki z tuńczykiem, zjedliśmy je
i posprzątaliśmy kuchnię.
Pod
koniec sprzątania prostym pytaniem Filip dał mi znać, że się niepokoił.
-
Aniu, co się stało? - spojrzał mi wtedy w oczy, a ja przełknęłam, bo bardzo, bardzo chciałam mu o wszystkim
opowiedzieć.
Po
prostu nie byłam gotowa.
Dlatego
uśmiechnęłam się nieszczerze i odparłam - Nic.
Odpuścił
z westchnieniem, a ja wiedziałam, że to nie był koniec.
Ale
nie chciałam o tym myśleć.
Filip
musiał pojechać do jakiejś pracy na godzinę lub dwie, jak mi powiedział, więc
poprosiłam go, żeby zawiózł mnie na ten czas do remizy, gdzie posiedziałam z
chłopakami, zobaczyłam, jak radził sobie Tom i stwierdziłam, że się prawie
zaaklimatyzował.
Chłopaki
zajęli się czyszczeniem wozu, w czym im chętnie pomogłam, żeby się czymś zająć,
a potem poszliśmy do sali ćwiczeń.
Filip
wszedł do remizy, kiedy robiłam serię ćwiczeń na mięśnie brzucha na ławeczce i
skierował się od razu do mnie, ale nie przerwałam.
Leżałam
na plecach, kiedy przykucnął, pochylił się nade mną i pocałował mnie głęboko i
mokro, jakby chciał wszystkim udowodnić, że przyrządy do ćwiczeń mogą wzbudzać niezdrowe fantazje.
O, Matko!
Dopiero
potem usiadł obok mnie, kiedy przekręciłam się na bok, podparłam głowę na zgiętej
w łokciu ręce i przywitał się z facetami.
Nie
zostaliśmy tam długo, bo chłopaki musieli pracować, więc pożegnaliśmy się i
pojechaliśmy do domu, by zacząć szykować kolację.
Robiliśmy
razem dużo różnych rzeczy.
Nie
zrobiliśmy jednej bardzo ważnej.
Nie
porozmawialiśmy.
Kiedy
ułożyliśmy się do snu i szybko zasnęłam, mogłam się spodziewać tego, co do mnie
przyszło w postaci snu.
Koszmar,
jakiego nie miałam, odkąd sypiałam z Filipem.
Wspomnienia
wyobrażeń, jakie nosiłam wyryte w pamięci po opowiadaniu, jakim Król przekonał
mnie do zamieszkania u niego.
Jakim
mnie złamał.
Sen
był o wiele gorszy niż wcześniejsze, bo oprócz twarzy mojego brata, Andrew,
widziałam w nim twarz Nieznajomego i Filipa.
Twarze
moich bliskich wykrzywione w bólu podczas tortur.
To
mnie obudziło wzdrygnięciem całego ciała, więc obudziło też Filipa.
Przytulił
mnie mocniej ramionami owiniętymi wokół mojego ciała i wyszeptał mi do ucha -
Aniu, mów do mnie.
Tak.
Musiałam
mu opowiedzieć.
Ale
wciąż nie mogłam.
Kiedy
przez chwilę nic nie mówiłam, Filip potrząsnął mną lekko i dodał coś, co mną wstrząsnęło.
-
Obiecałem, że nie pozwolę ci odejść i dotrzymam
słowa. Nawet jeśli nic mi nie powiesz, ja się dowiem. Kocham cię.
To
była poważna deklaracja.
Odwróciłam
się w jego ramionach, a on nie się nie poruszył, więc leżeliśmy na bokach, ja
przodem do jego przodu i przycisnęłam czoło do podstawy jego gardła, kiedy
zgięte ręce trzymałam między nami z dłońmi rozłożonymi na jego klatce
piersiowej.
Owijał
mnie ramionami i nasze nogi były splątane ze sobą, więc byłam otulona nim.
-
Pamiętasz - zaczęłam cichym, napiętym głosem - jak opowiadałam ci o moim
najmłodszym bracie?
Przerwałam,
chociaż nie oczekiwałam potwierdzenia, bo wiedziałam, że Filip wszystko
pamiętał.
Skinął
głową, co poczułam jako nacisk jego brody na czubek głowy i zacisnął mocniej
ramiona wokół mnie.
-
Król Przestępców napisał do mnie maila - przyznałam się i poczułam, że Filip napiął
mocno mięśnie szyi i szczęki - Napisał mi, że zabiłeś trzech jego ludzi.
Przerwałam,
ale tak właściwie nie wiedziałam, dlaczego o tym mówiłam, bo to nie miało
znaczenia.
Jeśli
Filip to zrobił, to widocznie musiał.
-
Tak - powiedział ostrożnie Filip - wtedy, jak…
-
Nie o to chodzi - przerwałam mu - Wiem, że nie zrobiłbyś tego, gdybyś nie
musiał - Filip nie rozluźnił się, więc ciągnęłam opowiadanie, żeby mu wyjaśnić
- Widzisz, wtedy, jak mnie przekonał do zamieszkania u niego - wciągnęłam
powietrze - opowiedział mi, że zanim kazał zabić mojego brata, ten spłacił mu
część długu, jaki u niego zaciągnął.
Przerwałam, bo poczułam łzy spływające mi do gardła, więc
odchrząknęłam lekko.
-
Zrobił to na dwa sposoby. Oba Król mi opisał i zrobił to ze szczegółami, nawet
jeśli bardzo nie chciałam słuchać -
ciągnęłam dalej niepewna, czy dam radę to powiedzieć, ale potem zmusiłam się,
chociaż mój głos podniósł się o oktawę - Najpierw wisząc za ramiona u sufitu jako
płatny, żywy worek treningowy dla porąbanych fanów kickboxingu, a potem jako… -
nie mogłam się przemóc i spazmatyczny oddech przerwał moje słowa - Jako tyłek do wyżycia się dla zboczeńców za
opłatą.
Ramiona
Filipa zadrżały konwulsyjnie i zacisnęły się przez chwilę bardzo mocno, ale
później rozluźnił je i pochylił brodę, więc poczułam jego usta na czubku mojej
głowy.
Brzydko
wciągnęłam wilgoć, która wypełniła mi gardło i nos, a później kontynuowałam.
-
Kiedy to się stało, podobno krwawił z naturalnych i nabytych otworów ciała,
więc Król kazał nim nakarmić „zwierzątka” - powiedziałam już bez emocji, bo tak
naprawdę oznaczało, że Andy przestał cierpieć.
-
Co? - spytał Filip, nie rozumiejąc tego ostatniego.
-
Powtarzam ci jego słowa - powiedziałam, a mój głos nagle stał się zmęczony - naturalne i nabyte otwory ciała. Tak mi
powiedział, niezależnie jak nienormalnie to brzmi.
-
Nie - Filip zawahał się - Pytałem o te zwierzątka.
-
Och - wcisnęłam się głębiej w jego ciało i przekręciłam lekko głowę, więc
oparłam się o jego klatkę policzkiem - Jego posiadłość jest na bagnach Luizjany
- wyjaśniłam i wzruszyłam lekko ramionami - Więc w wodzie, która ją otacza,
Król trzyma aligatory.
Dla
mnie, która spędziła w Luizjanie kilka lat, było to oczywiste i naturalne, że
ci, którzy chcieli schronić się przed prawem, mieszkali na bagnach, na których
żyły także aligatory.
Poczułam,
że całe ciało Filipa zesztywniało.
-
Wiesz o tym coś więcej? - spytał równie napiętym głosem.
-
Nie - mruknęłam, nie zwracając uwagi na to napięcie, a powinnam - Zawiózł mnie
tam w vanie, który nie miał okien, a Jason wywiózł mnie stamtąd w bagażniku,
kiedy pomagał mi uciec. Nic nie widziałam. Nie było mi wolno tam chodzić. Byłam
zamknięta w jednym pokoju z osobną, małą łazienką.
Filip
leżał przez chwilę spięty, a później poczułam jego dłoń na boku głowy i
przeczesał palcami moje włosy.
-
Już jesteś bezpieczna - mruknął.
-
Wiem - szepnęłam natychmiast i poczułam, że jego mięśnie się rozluźniły.
To
znaczył dla niego wiele, bardzo wiele,
że czułam się przy nim tak bezpieczna, że się nie zawahałam z odpowiedzią.
Wciągnęłam
do nosa jego zapach.
-
Ale w tym liście - przyznałam mu niechętnie, ale obiecałam sobie, że będę z nim
szczera - napisał mi, że złapanie Jasona nie było dla niego problemem. Że zrobił
Nieznajomemu to samo, co Andy’emu. Że wziął to od niego jako zadośćuczynienie. I że zrobi to również tobie.
To
ostatnie wyszeptałam z bólem i Filip go usłyszał.
-
Aniu - szepnął, rozwinął swoje ramiona po to, żeby jedną ręką ująć moje ręce i
przycisnąć je płasko do swojej piersi, a jedną dłonią złapał włosy na moim
karku i odchylił mi głowę tak, że patrzył mi w oczy.
-
On nas nie dostanie - powiedział cichym głosem, pełnym takiego znaczenia, że
otworzyłam usta - Nie jestem sam. Mam kumpli, którzy pomagają mi cię chronić i
mogą chronić również mój tyłek.
Zamknęłam
usta na to ostatnie słowo, ale nadal patrzyłam w oczy Filipa.
A
potem się rozluźniłam i lekko uśmiechnęłam, i wiedziałam, że po raz pierwszy
odkąd przeczytałam tego maila, uśmiech dotarł do moich oczu.
-
Wierzę ci - szepnęłam.
Wtedy
twarz Filipa zmieniła się tak, jak to widziałam wtedy, kiedy opowiadał mi o
swojej pracy, a ja przyjęłam to z uśmiechem.
Tak.
Mój
mężczyzna potrzebował ode mnie takiego wsparcia, tej wiary w niego.
Powinnam
mu dawać to częściej.
A
w danym momencie dałam mu po prostu siebie.
*****
Ostatnie
dwa tygodnie stycznia były spokojne i stabilne.
Wyglądało
nawet na to, że wpadliśmy w rutynę.
Jakoś
żadne z nas nie narzekało na to, bo to było normalne, spokojne życie, a my
marzyliśmy o normalności i spokoju.
Następnego
dnia po naszej rozmowie Filip wyszedł z domu na pół godziny, pojechał dokądś, a
potem dostałam od niego małe, czarne urządzenie, które nazwał „przyciskiem
paniki”.
Słysząc
o tym od Maggie i Sophie, wyobrażałam sobie je jako telefon, dyktafon lub coś
podobnego.
Nigdy
nie podejrzewałam, że to mogło być takie małe.
Jak
breloczek do kluczy.
Tak
to potraktowałam.
Dwa
dni później pojechałam na spotkanie z kobietami, to znaczy Filip zawiózł mnie
na nie, wymógł ode mnie przyrzeczenie, że nie wyjdę z kawiarni, ani nawet nie
pójdę sama do toalety i pojechał.
Najwidoczniej
z kawiarni nikt nie mógł mnie porwać.
Do
domu dwie godziny później miał mnie zawieźć David, który przyjeżdżał po Maggie,
więc byłam zabezpieczona.
Na
tym spotkaniu pokazałam kobietom moje nowe urządzenie i Maggie z Sophie
natychmiast je rozpoznały.
Alice
też je widziała wcześniej.
Maggie
nadal nosiła takie ze sobą, chociaż od jej problemów upłynęło wiele miesięcy, a
Sophie podobno miała swój w domu, jak to powiedziała lekceważąco gdzieś w którejś z torebek.
Dowiedziałam
się więc, że to właśnie ono miało również GPS, który był połączony z aplikacją,
jaką prawdopodobnie miał Filip w swoim telefonie.
Więc
mój mężczyzna miał mnie na oku.
Tak.
Mogłam czuć się
bezpieczna.
Pod
koniec stycznia doszłam do wniosku, że dobry miesiąc mnie rozpieścił, ale
lubiłam to, chociaż może trochę utraciłam czujność.
Miałam,
albo może oboje z Filipem mieliśmy namiastkę normalności, chociaż jeszcze nie
robiliśmy planów na przyszłość.
Zaczęłam
sądzić, że nie muszę się wiecznie martwić o wszystkich i wszystko dookoła.
Mogłam
zacząć po prostu żyć.
Myśląc
o tym słuchałam z uśmiechem tych zasad bezpieczeństwa, które przekazywał mi
Filip, a które znałam już przecież na pamięć.
Ale
mówił mi to ponownie.
Jechałam
bowiem na kolejne spotkanie z kobietami w barze.
Byłam
ubrana w zwykłe dżinsy, sportowe buty, prostą koszulkę z długim rękawem i
sweter pod zimową kurtką, ale miałam na sobie ładną bieliznę.
Spotkanie
było tym razem blisko butiku Aleka i Sama, więc pomyślałam, że mogłabym pójść
do nich na małe zakupy.
Nie
zapytałam o to Filipa.
Po
prostu pożegnałam się z nim pocałunkiem, kiedy tylko weszliśmy do baru i
przekonaliśmy się, że wszyscy już tam byli.
Filip
spojrzał na nich, westchnął cicho i odszedł.
Czas
mijał nam bardzo przyjemnie.
Rozmawialiśmy
z kobietami i chłopakami, jak zwykle pogodnie, o wszystkim i niczym konkretnym,
przyznałam się, że chciałabym zrobić drobne zakupy w butiku Aleka i Sama, co ci
dwaj przyjęli entuzjastycznie, zjedliśmy zamówione ciastka i wypiliśmy kawę,
kiedy uznałam, że muszę iść do toalety.
Maggie
była zajęta rozmową z Sophie, więc tylko powiedziałam jej, że idę, wstałam, wyszłam
zza stolika, wzięłam ze sobą torebkę z krzesła obok, przewiesiłam ją, jak
zwykle to robiłam, skosem przez prawe ramię, oparłam ją z przodu na lewym biodrze
i ruszyłam w stronę łazienek.
Usłyszałam
jeszcze głos Maggie - Poczekaj, już idę z tobą - ale machnęłam dłonią nad swoim
ramieniem, że dam sobie radę.
Przecież
byłam w tłumie.
Co
złego mogło się przytrafić?
Nie
odwróciłam się i nie poczekałam.
I
to był błąd.
Drzwi
do łazienki były w bocznym korytarzu, z którego można było wyjść na tyły baru
przez drzwi ewakuacyjne.
Z
moich poprzednich bytności tam wiedziałam, że tam też były śmietniki baru, bo
było to wyjście do ślepego zaułka.
Weszłam
do toalety, ale drzwi się za mną nie zdążyły zamknąć, kiedy wszedł tam jakiś
mężczyzna.
Obejrzałam
się na niego zdziwiona, bo to była damska toaleta i zarejestrowałam, że był
ciemnowłosy, bardzo krótko obcięty, jak David, z zarośniętą, ale niechlujną
szczęką i niskim czołem.
Nie
zdążyłam się odezwać.
-
Idziesz z nami, albo zaczniemy do nich strzelać - powiedział, kierując w moją
stronę pistolet, który miał częściowo schowany w kieszeni skórzanej, czarnej
kurtki i kiwając głową w stronę drzwi.
O,
Matko!
Poczułam
strach o moje przyjaciółki, otworzyłam usta i nagle pomyślałam, że Maggie mogła
nadejść w każdej chwili, więc byłaby narażona na niebezpieczeństwo.
Była
w ciąży!
Zamknęłam
buzię, skinęłam głową i ruszyłam w jego stronę.
Ustąpił
na bok i mnie przepuścił.
W
korytarzyku zobaczyłam drugiego osiłka, który nie wyglądał wcale bardziej
sympatycznie od tego pierwszego.
Zablokował
mi drogę w stronę sali, gdzie siedzieli wszyscy inni, całkowicie nieświadomi
tego, co się tu rozgrywało.
Mężczyźni
wskazali mi rękoma tylne wyjście, a kiedy tam ruszyłam, usłyszałam za swoimi
plecami zaskoczony głos Maggie - Alba, dokąd idziesz?
Nie
odwróciłam się, żeby jej bardziej nie narażać.
I
nie powiadamiać tych dwóch, że tutaj mówili na mnie Alba.
Działałam
instynktownie, albo może raczej wyćwiczonymi odruchami.
Filip
musiał mnie znaleźć, ale nie potrzebował tego robić po trupach moich przyjaciółek,
ani innych, postronnych, osób.
Doszliśmy
samochodu, jeden z osiłków otworzył drzwi i warknął - Wsiadaj - kiedy
postanowiłam pertraktować i może to trochę spowolnić.
Złapałam
za dach samochodu.
-
Słuchajcie, może moglibyśmy… - nie dokończyłam, bo poczułam na szyi coś zimnego
i ogarnęła mnie ciemność.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń