sobota, 9 lipca 2022

1 - Zazdrość

 

 

Rozdział 1

Zazdrość

Alba

 

 

Pięć miesięcy później

- Hej, kici, kici, kici - zawołałam cicho, odchodząc trochę od moich drzwi wejściowych, żeby nie było mnie słychać i wchodząc wgłąb mojego mieszkania po zamknięciu za sobą drzwi na klucz i nową zasuwkę - Nessie, gdzie jesteś?

Wybiegła do mnie dopiero wtedy, kiedy wychodziłam z korytarzyka wejściowego do salonu, ujawniając się ze swojego ulubionego kącika, gdzie zwykle się chowała, kiedy mnie nie było w domu.

Nieufna nawet wobec głosów dochodzących z galerii.

Jak zawsze to robiła, i tym razem powitała mnie wysoko podniesionym ogonem i energicznym trykaniem swoim kocim czołem o moje łydki.

Wiedziałam już, że to znaczyło, że się cieszyła.

Oswoiłyśmy się wzajemnie.

Przyzwyczaiłyśmy się do siebie.

Dowiedziałam się trochę o kotach, ich potrzebach i ich zachowaniu z książek, które wypożyczałam z biblioteki.

Przez te lata mojej tułaczki nauczyłam się dużo nie tylko od ludzi, których napotkałam, ze swojego doświadczenia, ale również z książek.

Czytywałam nie tylko romanse i książki przygodowe.

Czasami wypożyczałam książki kulinarne, kryminały, książki psychologiczne i inne.

Nie poradniki, ale i tak to właśnie książki nauczyły mnie wiele bez ryzyka przykrych przejść, które mogłyby skończyć się dla mnie boleśnie.

Albo inaczej, ale źle.

Dlatego rozumiałam Nessie, rozumiałam jej reakcje, poczułam, że była mi bardzo bliska przez pewne podobieństwa z moim życiem.

Mogłam nawet powiedzieć, że ją pokochałam.

Zapomniałam, że kiedyś będę musiała się szybko wyprowadzić, więc możliwe, że będę musiała zostawić ją na pastwę losu.

Albo może raczej udawałam przed sobą, że nie będę musiała tego zrobić.

Zostawić wszystko.

To samo dotyczyło ludzi.

Przez te kilka miesięcy poznałam kilkoro moich sąsiadów, ale większość z nich przelotnie, tylko z widzenia.

Nie chciałam poznawać nikogo.

Nieco bliżej poznałam tylko Aleka i Sama, których znałam już trochę wcześniej, ponieważ byli na tamtym grillu, w czasie którego poznałam ten kompleks mieszkalny.

Alek był średnio wysokim, szczupłym, ciemnym blondynem, którego włosy były stale krótko obcięte i artystycznie potargane.

Był bardzo sympatyczny, uprzejmy i przyjacielski.

Jak dla mnie za bardzo przyjacielski.

Bardzo rozgadany.

Ale jego szare oczy patrzyły zawsze wprost na mnie, szczerze, a uśmiech był miły, więc go polubiłam.

Tylko nie chciałam się zaprzyjaźniać.

A zwłaszcza odpowiadać na pytania.

Alek był gejem i mieszkał z Samem, swoim kochankiem, jak sam na niego mówił, bo ja raczej powiedziałabym z partnerem.

Sam był blondynem wyższym od niego o jakieś dziesięć centymetrów i był potężniejszy w barach niż Alek.

Był też nieco bardziej stateczny.

Mniej mówił i rzadko o coś pytał.

Obaj w równym stopniu nie byli ani trochę nie zrażeni moją niegrzecznością, czy też faktem, że ich wyraźnie unikałam.

Co dałam im do zrozumienia nawet wprost.

Co kilka tygodni ponawiali zaproszenia na różnego rodzaju imprezy, których najwyraźniej sąsiedzi organizowali sporo, albo zapraszali mnie na brunch, kawę lub coś innego do nich do mieszkania.

Wydawało się, że są najstarszymi mieszkańcami kompleksu razem z Soniją i Benji’m, którzy mieszkali nawet bliżej mnie.

Sonija była kobietą rzucającą się w oczy.

Bardzo.

Pod wieloma względami.

Była śliczną, wysoką Mulatką z pięknym czarnymi, lśniącymi włosami, które mocno się kręcąc opadały jej na ramiona.

Od tyłu wyglądała na po prostu szczupłą, wręcz dziewczęcą, ale od przodu wystawały zapierające dech piersi.

Ale najbardziej niezwykłe było to, jak bardzo była głośna, bardzo głośna, energiczna, bardzo energiczna, przyjacielska i nieco ekscentryczna.

Pracowała całymi dniami, więc nie widywałam jej, ale poznałyśmy się na grillu, więc zawsze hałaśliwie się ze mną witała i próbowała rozmawiać.

Unikałam tego.

Benji natomiast chyba rzadko bywał w SLC.

Znałam go z widzenia.

Był dość potężnym blondynem i był bardzo cichy, poważny.

Jakby uspokajał Soniję.

Nigdy z nim nie rozmawiałam.

Nawet przelotnie.

Nie miałam okazji.

Na szczęście.

Dowiedziałam się przy jakiejś okazji, że Alek i Sonija byli zaprzyjaźnieni z Evą, Maggie i z Sophie, czyli z tymi kobietami, które były związane z mężczyznami, z którymi pracowałam, a które już poznałam.

To powodowało, że jeszcze częściej słyszałam zaproszenia na różne imprezy i na spotkania na kawę, lunch lub po prostu na plotki.

Mówili o tym wprost.

A ja miałam coraz większe problemy z wymyślaniem wymówek i wykrętów, ale wciąż unikałam spotykania się z nimi.

I dzielenia się moją historią, co, bez wątpienia, musiałoby nastąpić.

I nie byłoby miłe.

Ani bezpieczne.

Miałam wrażenie, że do tej pory nikt z moich sąsiadów nie wiedział o tym, że miałam kota.

Z tego się cieszyłam.

Nessie chyba nigdy nie wychodziła na parapet, nie wyglądała przez okno, a na pewno nie wychodziła na galerię w mojej obecności.

Więc nikt jej nie widział.

Zuch dziewczynka - myślałam sobie, wciąż chroniąc swoją prywatność.

Tym razem, jak zawsze, poszłam najpierw do kuchni, a Nessie pobiegła za mną, a trochę obok mnie, patrząc w stronę kuchni, a czasem na moje ręce.

Była głodna.

Wyjęłam z szafki puszeczkę z kocim jedzeniem, jedną z tych, jakie kupiłam jakiś czas temu w Wallmarcie, podniosłam z podłogi miseczkę Nessie i łyżką nałożyłam do niej mokrą karmę.

Schyliłam się i postawiłam miskę na podłodze, a wtedy Nessie podbiegła i tryknęła czółkiem moją rękę.

Często się o mnie ocierała, zaczepiała mnie, ale nigdy nie miauczała.

Była bardzo cicha.

Pogłaskałam ją.

- Smacznego - mruknęłam do niej z uśmiechem.

Wyprostowałam się, poszłam do łazienki, by umyć mydłem ręce, a później wróciłam do kuchni i zaczęłam robić kolację dla siebie, starając się nie kopnąć Nessie, która jadła pod moimi nogami, ocierając się z lubością o moje kostki.

Ona sama nie odsuwała się, w pełni ufając w to, że ją widzę i nie nadepnę.

Oswojona.

*****

Trzynaście godzin później

Trzy godziny temu wyszłam ze swojego mieszkania po nałożeniu Nessie śniadania do miski i wymianie piasku w jej pudełku na czysty.

Byłam wtedy świeżo po nie-tak-wczesnym śniadaniu i jechałam daleko.

Na tyle daleko, żeby zaplanować cały dzień w podróży tam i z powrotem.

Mój samochód nie miał GPS, ani w telefonie nie miałam Internetu.

Utrudniało to śledzenie mnie, ale również mi utrudniało życie, bo poruszałam się na pamięć, bez bieżących map.

Poprzedniego dnia po kolacji najpierw posprzątałam, usuwając wszelkie pozostałości z blatów i myjąc je starannie.

Nawet, jeśli nie myślałam o opuszczaniu tego mieszkania, byłam przyzwyczajona do pozostawiania wszystkiego w jak najbardziej uporządkowanym stanie, jaki mogłam osiągnąć.

Najlepiej by było, gdybym w ogóle nie zostawiała śladów, ale to, oczywiście, nie było możliwe.

Później wyjęłam z torby brudne ubrania, które przyniosłam ze sobą z pracy, bo bardzo często zdarzały nam się akcje, w czasie których brudziliśmy się błotem, smarem, sadzą, a nawet krwią.

Bywało też, że po prostu moje ubrania były przepocone.

W pracy nie tylko bywaliśmy na akcjach, nie tylko wypełnialiśmy dokumentację i sprzątaliśmy nasz wóz.

Również dbaliśmy o kondycję, ćwicząc na przyrządach w podręcznej siłowni lub grając na placu, który był dostępny dla nas przy mieszczącym się obok budynku.

Nastawiłam pranie i położyłam się na kanapie z kubkiem kawy opartym o brzuch, co Nessie wykorzystała, by pobawić się moimi palcami, kiedy zwiesiłam je luźno w stronę podłogi.

Poczytałam.

Potem przełożyłam pranie do suszarki, umyłam kubek od kawy, wytarłam go i schowałam do szafki nad zlewem.

Poszłam do sypialni, żeby się naszykować do snu.

Nessie cały czas mi towarzyszyła.

Wydawało mi się, że w czasie, kiedy bywałam w mieszkaniu, nadrabiała godziny, kiedy mnie nie było.

Przebywała jak najbliżej mnie.

Dlatego wyjeżdżając rano, miałam lekkie wyrzuty sumienia, że ją zostawiam w mój wolny od pracy dzień.

Ale musiałam jechać.

Zamknęłam drzwi na klucz, zabezpieczyłam tak, jak to robiłam od dłuższego czasu, zeszłam na parking i przekonałam się, że nie było tam nikogo, kto mógłby się zainteresować dokąd jechałam.

W SLC najpierw trochę pokręciłam się wąskimi uliczkami, później skierowałam się na autostradę nr 80, by wkrótce wjechać na drogę nr 191, a następnie na 40.

Moim pierwszym celem podróży było miasteczko Vernal.

Autostradami jechałam do celu szybko i bez kręcenia, na co może miałabym ochotę, żeby upewnić się, czy nikt mnie nie śledzi.

Kiedy tam dojechałam, była już prawie pora lunchu.

Zatrzymałam się na stacji benzynowej, żeby jednocześnie zatankować mojego Charger’a i kupić sobie kanapki i kawę.

Jadłam jedną z kanapek niespiesznie, stojąc oparta o parapet dużego okna obok drzwi do sklepu na stacji i popijałam ją kawą z papierowego kubka.

Przy okazji nasłuchiwałam tego, co mówili ludzie.

Ludzie, na szczęście, lubili plotkować.

Jak we wszystkich takich miasteczkach.

Dzięki temu bez wypytywania zdobyłam potrzebne mi informacje, a później skierowałam się w stronę osiedla domków jednorodzinnych, w których część mieszkańców przebywała tylko czasowo.

Ale mieli stały dostęp do Internetu.

Nie byłam dumna z tego, że w ciągu kilku lat mojej tułaczki nauczyłam się wchodzić do cudzych domów bez zaproszenia i pod nieobecność mieszkańców.

Włamywać się.

Musiałam.

Potrzebowałam cudzego, przypadkowego, nie związanego ze mną w żaden sposób, dostępu do mojej skrzynki pocztowej, bym mogła odczytać z niej e-maile.

Domek, który sobie tym razem upatrzyłam, był schludny, nie wyróżniający się i wyglądał na opuszczony stosunkowo niedawno.

Może na lato.

Był malutki, bo miał chyba tylko dwie sypialnie.

Prawdopodobnie został opuszczony na zimę i nie miał żadnych zapasów jedzenia, chociaż mogłabym tam znaleźć jakieś puszki lub płatki śniadaniowe.

Czasem trochę z tego korzystałam, więc znałam to.

Tym razem tego nie potrzebowałam.

Bez trudu weszłam na podwórko od strony tylnej alejki.

Podeszłam do tylnych drzwi nie zauważona przez nikogo, ukucnęłam i wybrałam zamek narzędziami, które miałam w przyborniku w kieszeni.

Otworzyłam, wślizgnęłam się i zamknęłam za sobą.

Zabezpieczyłam alarm i rozejrzałam się.

Niczego nie dotykałam.

Dość szybko znalazłam komputer stacjonarny, więc usiadłam na fotelu obrotowym, który tam stał, włączyłam go bez problemów, bo nawet nie wyłączyli prądu, włamałam się na użytkownika i otworzyłam swoją skrzynkę pocztową.

Jeszcze jedna z umiejętności, którą nie miałam zamiaru się chwalić.

Nigdy nikomu.

Miałam na poczcie kilka e-maili, które zlekceważyłam.

Trochę starszego i nowszego spamu.

I listy, w tym ostatni sprzed tygodnia, od mojej starszej siostry, Jenny.

Mojej jedynej siostry.

Kochana Aniu,

Tęsknię za tobą moja mała siostrzyczko, ale dobrze rozumiem, dlaczego nie możemy się kontaktować. Cieszę się z tego, że chociaż raz na kilka tygodni dostaję od ciebie e-mail.

Dziękuję Ci za to.

Dziękuję Bogu, że masz taką możliwość.

Dzięki temu wiem, że żyjesz.

Chcę Ci donieść, że właśnie zostałaś ciocią po raz trzeci. Nasz najmłodszy synek nosi imię naszego taty i jest śliczny. Chciałabym, żebyś mogła go wziąć w ramiona, obejrzeć, żeby mógł Cię poznać. Załączam ci jego zdjęcie, chociaż wiem, że możesz je zobaczyć dopiero wtedy, kiedy będzie nawet o kilka miesięcy starszy niż jest teraz i będzie wyglądał inaczej…

List był długi, bo moja siostra wiedziała, że to nasza jedyna możliwość przekazania sobie informacji o tym, że żyjemy.

Zdjęcie było śliczne, jak wszystkie jej zdjęcia.

Miała doprawdy przepiękne, słodkie dzieci i cudowną rodzinę.

Marzyłam o tym, żeby ich wszystkich przytulić.

Poznać osobiście jej dzieci.

Odpisałam jej krótko.

Nie mogłam napisać nic na temat moich nowych znajomych, mojej pracy ani miejsca zamieszkania.

Więc napisałam tylko tyle, że żyję i że jestem zdrowa.

Tyle, żeby się nie martwiła.

Zdjęcia też nie mogłam zamieścić, bo wyglądałam ciągle i ciągle inaczej.

Zresztą, lepiej byłoby, żeby nikt nie wiedział, jak teraz wyglądałam.

Trochę zazdrościłam innym ludziom tego, że mogli szczerze rozmawiać ze swoimi bliskimi i nie musieli ukrywać przed nimi miejsca swojego pobytu.

Lub wyglądu.

Że mogli się z nimi spotkać bez strachu, że w ten sposób zrobią im krzywdę.

W mojej skrzynce pocztowej miałam jeszcze suchy, formalny list od mojego długoletniego prawnika, który zajmował się zakończoną sprawą spadkową, odszkodowaniem i innymi sprawami, które wiązały się głównie z finansami.

Nie odpisałam mu.

Jechałam do Denver, a tam miałam umówione spotkanie.

Odpisałabym mu później.

Jak będę miała najnowsze informacje.

Wtedy będę miała co napisać.

*****

Pięć godzin później

Kiedy wreszcie dojeżdżałam do Denver, byłam już bardzo zmęczona.

Rok życia w stabilnym, spokojnym miejscu i w niezłych warunkach, spowodował, że stałam się miękka.

Musiałam się skupić.

Nie mogłam sobie pozwolić na chwilę nieuwagi, czy też jakąkolwiek nieostrożność, kiedy byłabym w nowym mieście, między wieloma obcymi ludźmi, więc postanowiłam najpierw odpocząć.

Znalazłam na wjeździe do Denver tanią, obskurną noclegownię, w której mogłam wynająć miejsce na kilka godzin, żeby się przespać i odświeżyć.

Zajechałam na zaniedbany parking, wynajęłam pokoik na dwie godziny u obojętnego, brudnego recepcjonisty w flanelowej koszuli w kratę, który zapewne widział już prawie wszystko w swoim życiu, zabrałam z Charger’a swoją małą torbę podróżną i weszłam tam prosto z parkingu, żeby natychmiast zamknąć za sobą drzwi na klucz i zasuwę.

Zjadłam drugą z kanapek, które kupiłam na stacji benzynowej.

Nie rozglądałam się po pokoju, bo znałam ich setki.

Wszystkie wyglądały tak samo.

Brzydziłam się ich.

Nigdy w nich się nie rozbierałam, bo również trochę się wstydziłam myśli, co się tam mogło dziać.

W takim tanim pokoiku na godziny.

Chociaż z czasem pojawiło się we mnie uczucie zaciekawienia i, mogłam powiedzieć… hmmm… podniecenia, bo książki pobudzały moją wyobraźnię.

Nie tym razem.

Byłam zdenerwowana.

Położyłam się na łóżku w ubraniu, kiedy tylko nastawiłam budzik w hotelowym radiu/zegarku na stoliku nocnym na pobudkę godzinę później.

Zasnęłam błyskawicznie.

Nic mi się nie śniło.

Obudzona budzikiem, byłam od razu przytomna.

Na szczęście ten trening zadziałał.

Poczułam się dużo lepiej.

Bardziej czujna.

Obmyłam się zimną wodą szybko pod kranem w umywalce, bez rozbierania się, przeczesałam pobieżnie włosy i wyszłam z pokoju, żeby od razu oddać klucz i odjechać.

Kiedy wjechałam do ścisłego centrum miasta było już późne popołudnie.

Po pierwsze znalazłam wzrokiem znak, informujący obecność publicznej toalety, żeby mieć się gdzie przebrać.

Zaparkowałam w okolicy tego znaku, wysiadłam, zamknęłam samochód na klucz i poszłam dwie przecznice dalej.

Wiedziałam dokładnie ile czasu powinnam spędzić w toalecie, żeby nikt z przebywających tam przypadkiem nie zorientował się w moich przebierankach.

Cóż, nic nie mogłam nic poradzić na to, że ktoś mógłby specjalnie obserwować wejście do toalety.

Wiedziałam to.

Zaryzykowałam.

Nie po raz pierwszy.

Kiedy w toalecie wyszłam z kabiny, niespiesznie umyłam ręce mydłem i wytarłam je ręcznikiem papierowym, zabrałam swoją torbę i cicho, ze spuszczonymi na ziemię oczami, opuściłam okolicę.

Poszłam w kierunku pobliskiego dworca autobusowego, który również wcześniej wypatrzyłam.

*****

Pół godziny później

Weszłam do kawiarni i nikt nie zwrócił na mnie uwagi.

A ci, którzy zwrócili, natychmiast przestali się mną interesować.

Szara, nieśmiała zakonnica w szarym welonie ściśle zasłaniającym jej włosy, w płaskich, brzydkich, czarnych, wiązanych butach i z płaską, czarną, nieatrakcyjną torbą-listonoszką, nie była obiektem zaineresowania nikogo.

Ani kobiet, ani mężczyzn.

Bo i po co.

Podeszłam do lady i cicho zamówiłam kawę latte z ciastkiem.

Kiedy odebrałam zamówienie, usiadłam na wybranym wcześniej krześle, przy stoliku, który stał w samym końcu kawiarni.

Za moimi plecami, tyłem do mnie, przy sąsiednim stoliku, siedział już nad swoją kawą mężczyzna.

To z nim miałam porozmawiać.

Nie przyglądaliśmy się sobie, nie złapaliśmy kontaktu wzrokowego.

Nawet na sekundę.

To miejsce i sposób naszego spotkania były wcześniej umówione.

- Witam, siostro Anno - powiedział cicho do swojej latte, którą właśnie unosił do ust i pochylił się nad takim samym ciastkiem, jak moje.

- Witaj, Nieznajomy - mruknęłam w odpowiedzi w sposób, w jaki zawsze mu odpowiadałam, chociaż znaliśmy się od dobrych kilku lat.

Zamieszałam swoją kawę lewą ręką.

Nieznajomy był wysoki i szczupły, ale barczysty.

Jego ciemne, krótko obcięte włosy zaczęły nieco siwieć na skroniach.

Patrzył na swoją gazetę, którą trzymał na stoliku, ale wiedziałam, że jego oczy były jasnoniebieskie.

Ja patrzyłam pilnie w otwartą Biblię, którą trzymałam w uniesionej, prawej ręce, dzięki czemu byłam lekko skierowana w stronę sali i mogłam obserwować w lustrze, wiszącym naprzeciwko mnie na ścianie kawiarni, wszystkich wchodzących i wychodzących.

- Nie mam dobrych wieści… - Nieznajomy zaczął, mamrocząc niby do siebie i podnosząc gazetę, by bardziej się wyprostować w moją stronę - Nie zapomniał o tobie - mówił dalej cichym głosem mężczyzna, który kiedyś uratował mi życie i nadal to robił - Wyznaczył bardzo wysoką nagrodę za schwytanie cię i dostarczenie do niego żywej i nietkniętej.

Poczułam uścisk w żołądku, chociaż mogłam się tego spodziewać.

Ten, od którego uciekłam, był uparty, nie wybaczał i nie poddawał się.

O, Matko Przenajświętsza.

- Ma pieniądze i ma władzę - przypomniał mi mój jedyny prawdziwy przyjaciel - To szaleniec, ale bardzo niebezpieczny.

- Wiem - szepnęłam, bo nie potrzebowałam kolejnego przypomnienia tego, co mogło się stać.

- Tym razem powołał się na długi wdzięczności z organizacji przestępczych w kilku stanach. Mają cię namierzyć. Za długo jesteś w jednym miejscu - powiedział poważnie swoje ostrzeżenie.

- Tak - przyznałam mu rację - Potrzebuję nowej tożsamości - powiedziałam mu coś, co wiedział.

Kolejny skurcz żołądka przeniknął mnie na myśl o konieczności opuszczenia tego miejsca, w którym było mi tak dobrze.

- Dobrze - mruknął mężczyzna za moimi plecami - Za miesiąc lub dwa spotkamy się w Carson City. Prześlę szczegóły jak zwykle.

Biblia wypadła mi z ręki.

Nieznajomy natychmiast zsunął się ze swojego krzesła,  uklęknął, żeby ją podnieść i niezauważalnie wyjąć z niej kopertę ze zdjęciem i z informacjami, których on potrzebował, a wsunąć tam inną, z kartką, która była potrzebna mi.

- Dziękuję - powiedziałam cicho, kiedy podał mi Biblię do ręki.

Dotknął przy tym nieznacznie moich palców.

Wiedziałam, że chciałby czegoś więcej.

Ale nigdy się na nic nie zdecydował.

Pewnie miał rację.

Nie patrzyłam w jego stronę, więc tylko poczułam, że po tym zajściu nie usiadł z powrotem na swoim krześle, tylko od razu wyszedł z kawiarni.

Ja zjadłam ciastko, dopiłam kawę i dopiero późnej poszłam na dworzec autobusowy, gdzie w skrytce depozytowej zostawiłam torbę z ubraniami do przebrania się.

Odebrałam ją i skierowałam się z powrotem do toalety publicznej.

Tym razem na drugim końcu parku miejskiego.

Robiłam to, a potem wracałam do domu, osiem godzin jadąc samotnie autostradami i cały czas myślałam o możliwościach, jakie mielibyśmy, gdyby nie zagrożenie.

Bo książki, które ostatnio czytałam, wzbudziły we mnie jeszcze jeden rodzaj zazdrości.

O kontakty cielesne.

Dotyk, pieszczotę, a może nawet… seks.

*****

Dwa tygodnie później

Właśnie skończyliśmy dzienną zmianę, więc wracałam do swojego kompleksu mieszkalnego moim rozklekotanym Charger’em i myślałam.

Zawsze byłam, albo starałam się być wdzięczna za to, co miałam.

Albo przynajmniej od czasu, kiedy dostałam swoją lekcję.

Przywykłam też do mojego trybu życia.

Ale nic nie było dane nam na stałe.

W pracy mieliśmy pewne zmiany.

Nie w grafiku, ale z zachowaniu najdawniejszych, najbardziej zaufanych i doświadczonych kolegów.

Kumpli, jak sami o sobie mówili.

Polubiłam ich, kiedy ich lepiej poznałam, więc wyczuwałam to.

David promieniał ze szczęścia.

To cicho jaśniało z niego od wewnątrz.

Nie chwalił się, nie pokazywał zdjęć, nie opowiadał, ale i tak wszyscy wiedzieliśmy.

Maggie dwa dni wcześniej urodziła mu syna i dali mu na imię Jim, a dokładniej James Daniel, po Jimmy’m i dziadku Davida.

Wcześniej Jimmy i Eva dali swojemu synowi na imię David, więc oczywiste było, że ci dwaj byli ze sobą związani nawet bardziej niż przyjaciele.

Nadal nie wiedziałam, co ich tak związało, ale to nie była moja sprawa.

Codziennie zauważałam coś całkiem innego, ważniejszego, bo to głośno mówiło o przyszłości.

O tym, że mieli przyszłość.

Zarówno Jimmy, jak i David mieli rodziny, domy, ich życie się dobrze układało, mieli przed sobą przyszłość, więc powinnam być z tego zadowolona, a może nawet szczęśliwa z ich powodu.

Nie byłam.

Czułam zazdrość.

Nie o dzieci, albo może nie tylko o dzieci.

Właśnie o dom, rodzinę i przyszłość.

Z opowiadań Billy’ego i Sama wynikało, że Jimmy i David mieli wcześniej ciężkie życie, pełne złych momentów, więc powinnam cieszyć się z tego, że ich los wreszcie się odmienił.

Każdy z nich się wycierpiał.

Każdy wywalczył sobie prawo do szczęścia.

Napotkali na swojej drodze miłość dobrych kobiet, które dały im rodziny.

A ja byłam płytko i podle zazdrosna.

Bo ja nie miałam nawet cienia rodziny, czy też domu.

Byłam taka mała i słaba.

Przyzwyczaiłam się do pracy z nimi i polubiłam to.

Nawet myślałam, albo może zaczęłam myśleć, o tym, że David mógłby mi pomóc w moich problemach.

Ale teraz, kiedy miał pełną rodzinę, musiał zadbać o bezpieczeństwo swojego syna, nie mogłam go o to poprosić.

Po prostu nie mogłam.

Nie mogłam żądać od niego narażenia na niebezpieczeństwo tych, na których mu najbardziej zależało dla jakiejś obcej.

Ja nie mogłam ich narazić.

Byliśmy tylko kolegami z pracy.

Byliśmy kolegami z pracy.

Wjechałam na parking przy moim kompleksie, zaparkowałam, wysiadłam i zamknęłam samochód na klucz, a potem wróciłam do mieszkania, do Nessie.

Powitała mnie tak, jak to miała w zwyczaju.

Lubiłam to.

Nakarmiłam ją tak, jak miałyśmy to w zwyczaju.

Ona to lubiła.

Zjadłam kolację i położyłam się do łóżka z powieścią romantyczną, którą wypożyczyłam dzień wcześniej w bibliotece, żeby Nessie mogła położyć się przy moich kolanach.

Obie to lubiłyśmy.

Czytałam o miłosnych perypetiach bohaterki i miłosnych, cielesnych uniesieniach obojga i wzdychałam.

Jak zwykle, kiedy nadszedł właściwy czas, przygotowałam się do snu i w ciemności pozwoliłam Nessie na zwiedzanie łóżka, w którym leżałam, podczas gdy ja głaskałam ją czasem delikatnie między uszami, po grzbiecie lub po brodzie.

Była moją jedyną rodziną.

Kochałam ją.

Zaczęłam myśleć o tym, jak mogłabym ją zabrać ze sobą, kiedy bym się wyprowadzała.

Lub uciekałabym.

Cokolwiek.

Nieważne.

*****

Później wieczorem tego dnia

Uklękłam przy łóżku, czego nie robiłam od pewnego czasu, bo przestało to mieć dla mnie znaczenie.

Moi rodzice wpoili mi zasady wiary i potrzebę rozmowy z Bogiem, ale, kiedy ich zabrakło, ta potrzeba zniknęła.

A może bardziej zniknęła wiara w to, że Ktoś Tam mnie słucha.

Oparłam się łokciami na kołdrze, leżącej na materacu, a palce prawej i lewej dłoni splotłam ze sobą.

Położyłam na nich czoło i przypominałam sobie to, czego nie zapomniałam, bo było wyryte w mojej duszy.

Słowa popłynęły w moim umyśle i pochodziły wprost z mojego serca.

Święta Mario, Matko Boża, módl się za nami grzesznymi.

Matko Jedyna, Niepokalana, wesprzyj mnie, pomóż mi walczyć ze złym uczuciem.

Wybacz mi to, że zazdroszczę szczęścia tym, którzy na nie zasługują i daj im więcej, żeby mogli być dobrymi ojcami dla swoich dzieci.

 Modliłam się tak w całkowitej ciszy w mojej sypialni przez kilka kolejnych minut, ale nie przyniosło mi to ukojenia.

Czułam rozpacz.

Zazdrość kiełkowała w moim sercu i na dnie mojej duszy, jak robak.

Była jak plamka pleśni, która stopniowo może zarosnąć cały organizm, a ja o tym wiedziałam.

Musiałam się mocniej postarać ją usunąć.

W każdej sekundzie pamiętać, że ja mam to, na co zasłużyłam swoją pychą i oni mają to, na co zasłużyli swoim cierpieniem i pracą.

I nie zazdrościć.

Czynić dobro.

*****

Półtora miesiąca później

Byłam na kolejnym ślubie.

Stałam pod ścianą z boku i nieco z tyłu w tej samej niedużej sali, która tym razem była bogato udekorowana czerwonymi kwiatami.

Byłam pewna, że wymyślił to Alek.

Tak samo, jak ten strój, który miała na sobie tego dnia Sophie.

Miał dobry gust, bo to pasowało do Sophie, co widziałam, nawet jeśli nie znałam jej zbyt dobrze.

Byłam głównie wśród tych samych osób, które kilka miesięcy temu były świadkami ślubu Davida i Maggie.

Z niewielkimi zmianami.

Tym razem patrzyłam, jak Alex Whitman, który według opinii Sama i Billy’ego, był do niedawna niepoprawnym podrywaczem, przysięgał swojej Od-Teraz-Żonie, Sophie, wierność i miłość małżeńską.

Wyglądał jak ktoś, kto nie musiał przysięgać, żeby tego dotrzymać.

Jakby piękna, ciemnowłosa Sophie, która stała naprzeciwko niego, w białym kombinezonie z czerwonym obszyciem i odkrytymi plecami, była jedyną kobietą na całym świecie wartą spojrzenia.

Nikt więcej się nie liczył.

A on zamierzał na dodatek bronić ją przed całym złem świata.

O, Najjaśniejsza Matko, jak ja jej zazdrościłam.

Tak bardzo marzyłam o kimś, dla kogo byłabym najważniejsza.

Jedyna.

Kto zechciałby i umiał mnie obronić przed złem czyhającym na mnie gdzieś tam, tysiące kilometrów dalej, a jednocześnie tak bisko.

Kolejny raz pomyślałam o Davidzie.

Tydzień wcześniej byłam w Carson City, gdzie ponowiłam moją przebierankę, żeby spotkać się z Nieznajomym i odebrać dokumenty, które dawały mi nową tożsamość.

Tym razem spotkaliśmy się w Muzeum Stanowym.

Pieniądze, które były mu potrzebne do wyrobienia dla mnie dokumentów, przekazałam okrężną drogą, z zachowaniem podwójnych zasad bezpieczeństwa, przez mojego prawnika.

Nie ufałam mu w pełni głównie dlatego, że Nieznajomy nauczył mnie, bym nie ufała ludziom, którzy robili coś dla mnie wyłącznie za pieniądze.

Takich zawsze można było kupić.

Dlatego wymyśliłam na początku inne przeznaczenie tych pieniędzy i przekierowałam je jeszcze dwa razy na różne inne cele i drogi przekazu, zanim Nieznajomy odebrał je ze skrytki bankowej na hasło.

Nasze spotkanie też wyglądało inaczej.

Zawsze wyglądało inaczej.

Ale zawsze byłam dla niego siostrą Anną i zawsze występowałam w jakimś stroju zakonnym.

Zwykle zakrywałam włosy.

Czasem zakrywałam twarz okularami, gazetą lub Biblią.

Nigdy nie patrzyliśmy sobie w oczy.

Tym razem byłam ubrana w długi do kostek, ciemny habit z białymi dodatkami i czarnym welonem.

Zasłaniałam się przewodnikiem po muzeum.

Tym razem Nieznajomy nawet się do mnie nie odezwał.

Wiedziałam, co mi mówił bez słów, postawą swojego ciała, napięciem.

Powinnam uciekać.

Dał mi możliwości.

Ale ja tak bardzo chciałam zostać.

Pobyć jeszcze trochę w tym wspaniałym miejscu, które jako pierwsze od lat dawało mi ułudę spokoju i normalności.

Wahałam się, bo nie chciałam narażać Davida i jego rodziny.

Ale bardzo chciałam mieć swoją rodzinę.

Nawet taką małą, składającą się ze mnie i kota.

Więc teraz też myślałam o tym, że to z nim, z Davidem, powinnam porozmawiać o swoich problemach i obawach.

Ale David na ślubie Alexa i Sophie był z Maggie.

Nie odchodził od niej ani na krok.

Musiałam poczekać.

Więc po złożeniu życzeń młodej parze, wyszłam stamtąd i pojechałam sama wprost do kompleksu i swojego mieszkania, bo nie miałam zamiaru zostawać na imprezie.

Nie musiałam.

Nie byłam jedną z nich.

Po prostu pracowaliśmy razem.

Teraz potrzebowałam tylko pomocy Davida.

Może udałoby mi się go złapać kiedyś w pracy bez towarzystwa, przy sprzątaniu wozu czy coś.

Ale miałam coraz mniej czasu.

Zanim musiałabym znowu uciekać.

 


 

1 komentarz: