Rozdział 1
Alba
Pięć miesięcy
później
-
Hej, kici, kici, kici - zawołałam cicho, odchodząc trochę od moich drzwi
wejściowych, żeby nie było mnie słychać i wchodząc wgłąb mojego mieszkania po
zamknięciu za sobą drzwi na klucz i nową zasuwkę - Nessie, gdzie jesteś?
Wybiegła
do mnie dopiero wtedy, kiedy wychodziłam z korytarzyka wejściowego do salonu, ujawniając
się ze swojego ulubionego kącika, gdzie zwykle się chowała, kiedy mnie nie było
w domu.
Nieufna
nawet wobec głosów dochodzących z galerii.
Jak
zawsze to robiła, i tym razem powitała mnie wysoko podniesionym ogonem i
energicznym trykaniem swoim kocim czołem o moje łydki.
Wiedziałam
już, że to znaczyło, że się cieszyła.
Oswoiłyśmy
się wzajemnie.
Przyzwyczaiłyśmy
się do siebie.
Dowiedziałam
się trochę o kotach, ich potrzebach i ich zachowaniu z książek, które
wypożyczałam z biblioteki.
Przez
te lata mojej tułaczki nauczyłam się dużo nie tylko od ludzi, których
napotkałam, ze swojego doświadczenia, ale również z książek.
Czytywałam
nie tylko romanse i książki przygodowe.
Czasami
wypożyczałam książki kulinarne, kryminały, książki psychologiczne i inne.
Nie
poradniki, ale i tak to właśnie książki nauczyły mnie wiele bez ryzyka
przykrych przejść, które mogłyby skończyć się dla mnie boleśnie.
Albo
inaczej, ale źle.
Dlatego
rozumiałam Nessie, rozumiałam jej reakcje, poczułam, że była mi bardzo bliska
przez pewne podobieństwa z moim życiem.
Mogłam
nawet powiedzieć, że ją pokochałam.
Zapomniałam,
że kiedyś będę musiała się szybko wyprowadzić, więc możliwe, że będę musiała
zostawić ją na pastwę losu.
Albo
może raczej udawałam przed sobą, że nie będę musiała tego zrobić.
Zostawić
wszystko.
To
samo dotyczyło ludzi.
Przez
te kilka miesięcy poznałam kilkoro moich sąsiadów, ale większość z nich
przelotnie, tylko z widzenia.
Nie
chciałam poznawać nikogo.
Nieco
bliżej poznałam tylko Aleka i Sama, których znałam już trochę wcześniej, ponieważ
byli na tamtym grillu, w czasie którego poznałam ten kompleks mieszkalny.
Alek
był średnio wysokim, szczupłym, ciemnym blondynem, którego włosy były stale krótko
obcięte i artystycznie potargane.
Był
bardzo sympatyczny, uprzejmy i przyjacielski.
Jak
dla mnie za bardzo przyjacielski.
Bardzo
rozgadany.
Ale
jego szare oczy patrzyły zawsze wprost na mnie, szczerze, a uśmiech był miły,
więc go polubiłam.
Tylko
nie chciałam się zaprzyjaźniać.
A
zwłaszcza odpowiadać na pytania.
Alek
był gejem i mieszkał z Samem, swoim kochankiem, jak sam na niego mówił, bo ja raczej
powiedziałabym z partnerem.
Sam
był blondynem wyższym od niego o jakieś dziesięć centymetrów i był potężniejszy
w barach niż Alek.
Był
też nieco bardziej stateczny.
Mniej
mówił i rzadko o coś pytał.
Obaj
w równym stopniu nie byli ani trochę nie zrażeni moją niegrzecznością, czy też faktem,
że ich wyraźnie unikałam.
Co
dałam im do zrozumienia nawet wprost.
Co
kilka tygodni ponawiali zaproszenia na różnego rodzaju imprezy, których
najwyraźniej sąsiedzi organizowali sporo, albo zapraszali mnie na brunch, kawę
lub coś innego do nich do mieszkania.
Wydawało
się, że są najstarszymi mieszkańcami kompleksu razem z Soniją i Benji’m, którzy
mieszkali nawet bliżej mnie.
Sonija
była kobietą rzucającą się w oczy.
Bardzo.
Pod
wieloma względami.
Była
śliczną, wysoką Mulatką z pięknym czarnymi, lśniącymi włosami, które mocno się
kręcąc opadały jej na ramiona.
Od
tyłu wyglądała na po prostu szczupłą, wręcz dziewczęcą, ale od przodu wystawały
zapierające dech piersi.
Ale
najbardziej niezwykłe było to, jak bardzo była głośna, bardzo głośna, energiczna, bardzo
energiczna, przyjacielska i nieco ekscentryczna.
Pracowała
całymi dniami, więc nie widywałam jej, ale poznałyśmy się na grillu, więc
zawsze hałaśliwie się ze mną witała i próbowała rozmawiać.
Unikałam
tego.
Benji
natomiast chyba rzadko bywał w SLC.
Znałam
go z widzenia.
Był
dość potężnym blondynem i był bardzo cichy, poważny.
Jakby
uspokajał Soniję.
Nigdy
z nim nie rozmawiałam.
Nawet
przelotnie.
Nie
miałam okazji.
Na
szczęście.
Dowiedziałam
się przy jakiejś okazji, że Alek i Sonija byli zaprzyjaźnieni z Evą, Maggie i z
Sophie, czyli z tymi kobietami, które były związane z mężczyznami, z którymi
pracowałam, a które już poznałam.
To
powodowało, że jeszcze częściej słyszałam zaproszenia na różne imprezy i na
spotkania na kawę, lunch lub po prostu na plotki.
Mówili
o tym wprost.
A
ja miałam coraz większe problemy z wymyślaniem wymówek i wykrętów, ale wciąż
unikałam spotykania się z nimi.
I
dzielenia się moją historią, co, bez wątpienia, musiałoby nastąpić.
I
nie byłoby miłe.
Ani
bezpieczne.
Miałam
wrażenie, że do tej pory nikt z moich sąsiadów nie wiedział o tym, że miałam
kota.
Z
tego się cieszyłam.
Nessie
chyba nigdy nie wychodziła na parapet, nie wyglądała przez okno, a na pewno nie
wychodziła na galerię w mojej obecności.
Więc
nikt jej nie widział.
Zuch dziewczynka - myślałam sobie,
wciąż chroniąc swoją prywatność.
Tym
razem, jak zawsze, poszłam najpierw do kuchni, a Nessie pobiegła za mną, a
trochę obok mnie, patrząc w stronę kuchni, a czasem na moje ręce.
Była
głodna.
Wyjęłam
z szafki puszeczkę z kocim jedzeniem, jedną z tych, jakie kupiłam jakiś czas
temu w Wallmarcie, podniosłam z podłogi miseczkę Nessie i łyżką nałożyłam do
niej mokrą karmę.
Schyliłam
się i postawiłam miskę na podłodze, a wtedy Nessie podbiegła i tryknęła czółkiem
moją rękę.
Często
się o mnie ocierała, zaczepiała mnie, ale nigdy nie miauczała.
Była
bardzo cicha.
Pogłaskałam
ją.
-
Smacznego - mruknęłam do niej z uśmiechem.
Wyprostowałam
się, poszłam do łazienki, by umyć mydłem ręce, a później wróciłam do kuchni i zaczęłam
robić kolację dla siebie, starając się nie kopnąć Nessie, która jadła pod moimi
nogami, ocierając się z lubością o moje kostki.
Ona
sama nie odsuwała się, w pełni ufając w to, że ją widzę i nie nadepnę.
Oswojona.
*****
Trzynaście godzin
później
Trzy
godziny temu wyszłam ze swojego mieszkania po nałożeniu Nessie śniadania do
miski i wymianie piasku w jej pudełku na czysty.
Byłam
wtedy świeżo po nie-tak-wczesnym śniadaniu i jechałam daleko.
Na
tyle daleko, żeby zaplanować cały dzień w podróży tam i z powrotem.
Mój
samochód nie miał GPS, ani w telefonie nie miałam Internetu.
Utrudniało
to śledzenie mnie, ale również mi
utrudniało życie, bo poruszałam się na pamięć, bez bieżących map.
Poprzedniego
dnia po kolacji najpierw posprzątałam, usuwając wszelkie pozostałości z blatów
i myjąc je starannie.
Nawet,
jeśli nie myślałam o opuszczaniu tego mieszkania, byłam przyzwyczajona do
pozostawiania wszystkiego w jak najbardziej uporządkowanym stanie, jaki mogłam
osiągnąć.
Najlepiej
by było, gdybym w ogóle nie zostawiała śladów, ale to, oczywiście, nie było
możliwe.
Później
wyjęłam z torby brudne ubrania, które przyniosłam ze sobą z pracy, bo bardzo
często zdarzały nam się akcje, w czasie których brudziliśmy się błotem, smarem,
sadzą, a nawet krwią.
Bywało
też, że po prostu moje ubrania były przepocone.
W
pracy nie tylko bywaliśmy na akcjach, nie tylko wypełnialiśmy dokumentację i
sprzątaliśmy nasz wóz.
Również
dbaliśmy o kondycję, ćwicząc na przyrządach w podręcznej siłowni lub grając na
placu, który był dostępny dla nas przy mieszczącym się obok budynku.
Nastawiłam
pranie i położyłam się na kanapie z kubkiem kawy opartym o brzuch, co Nessie
wykorzystała, by pobawić się moimi palcami, kiedy zwiesiłam je luźno w stronę
podłogi.
Poczytałam.
Potem
przełożyłam pranie do suszarki, umyłam kubek od kawy, wytarłam go i schowałam
do szafki nad zlewem.
Poszłam
do sypialni, żeby się naszykować do snu.
Nessie
cały czas mi towarzyszyła.
Wydawało
mi się, że w czasie, kiedy bywałam w mieszkaniu, nadrabiała godziny, kiedy mnie
nie było.
Przebywała
jak najbliżej mnie.
Dlatego
wyjeżdżając rano, miałam lekkie wyrzuty sumienia, że ją zostawiam w mój wolny
od pracy dzień.
Ale
musiałam jechać.
Zamknęłam
drzwi na klucz, zabezpieczyłam tak, jak to robiłam od dłuższego czasu, zeszłam
na parking i przekonałam się, że nie było tam nikogo, kto mógłby się
zainteresować dokąd jechałam.
W
SLC najpierw trochę pokręciłam się wąskimi uliczkami, później skierowałam się
na autostradę nr 80, by wkrótce wjechać na drogę nr 191, a następnie na 40.
Moim
pierwszym celem podróży było miasteczko Vernal.
Autostradami
jechałam do celu szybko i bez kręcenia, na co może miałabym ochotę, żeby
upewnić się, czy nikt mnie nie śledzi.
Kiedy
tam dojechałam, była już prawie pora lunchu.
Zatrzymałam
się na stacji benzynowej, żeby jednocześnie zatankować mojego Charger’a i kupić
sobie kanapki i kawę.
Jadłam
jedną z kanapek niespiesznie, stojąc oparta o parapet dużego okna obok drzwi do
sklepu na stacji i popijałam ją kawą z papierowego kubka.
Przy
okazji nasłuchiwałam tego, co mówili ludzie.
Ludzie,
na szczęście, lubili plotkować.
Jak
we wszystkich takich miasteczkach.
Dzięki
temu bez wypytywania zdobyłam potrzebne mi informacje, a później skierowałam
się w stronę osiedla domków jednorodzinnych, w których część mieszkańców
przebywała tylko czasowo.
Ale
mieli stały dostęp do Internetu.
Nie
byłam dumna z tego, że w ciągu kilku lat mojej tułaczki nauczyłam się wchodzić
do cudzych domów bez zaproszenia i pod nieobecność mieszkańców.
Włamywać
się.
Musiałam.
Potrzebowałam
cudzego, przypadkowego, nie związanego ze mną w żaden sposób, dostępu do mojej
skrzynki pocztowej, bym mogła odczytać z niej e-maile.
Domek,
który sobie tym razem upatrzyłam, był schludny, nie wyróżniający się i wyglądał
na opuszczony stosunkowo niedawno.
Może
na lato.
Był
malutki, bo miał chyba tylko dwie sypialnie.
Prawdopodobnie
został opuszczony na zimę i nie miał żadnych zapasów jedzenia, chociaż mogłabym
tam znaleźć jakieś puszki lub płatki śniadaniowe.
Czasem
trochę z tego korzystałam, więc znałam to.
Tym
razem tego nie potrzebowałam.
Bez
trudu weszłam na podwórko od strony tylnej alejki.
Podeszłam
do tylnych drzwi nie zauważona przez nikogo, ukucnęłam i wybrałam zamek
narzędziami, które miałam w przyborniku w kieszeni.
Otworzyłam,
wślizgnęłam się i zamknęłam za sobą.
Zabezpieczyłam
alarm i rozejrzałam się.
Niczego
nie dotykałam.
Dość
szybko znalazłam komputer stacjonarny, więc usiadłam na fotelu obrotowym, który
tam stał, włączyłam go bez problemów, bo nawet nie wyłączyli prądu, włamałam
się na użytkownika i otworzyłam swoją skrzynkę pocztową.
Jeszcze
jedna z umiejętności, którą nie miałam zamiaru się chwalić.
Nigdy
nikomu.
Miałam
na poczcie kilka e-maili, które zlekceważyłam.
Trochę
starszego i nowszego spamu.
I
listy, w tym ostatni sprzed tygodnia, od mojej starszej siostry, Jenny.
Mojej
jedynej siostry.
Kochana Aniu,
Tęsknię za tobą
moja mała siostrzyczko, ale dobrze rozumiem, dlaczego nie możemy się
kontaktować. Cieszę się z tego, że chociaż raz na kilka tygodni dostaję od
ciebie e-mail.
Dziękuję Ci za to.
Dziękuję Bogu, że
masz taką możliwość.
Dzięki temu wiem,
że żyjesz.
Chcę Ci donieść,
że właśnie zostałaś ciocią po raz trzeci. Nasz najmłodszy synek nosi imię
naszego taty i jest śliczny. Chciałabym, żebyś mogła go wziąć w ramiona,
obejrzeć, żeby mógł Cię poznać. Załączam ci jego zdjęcie, chociaż wiem, że
możesz je zobaczyć dopiero wtedy, kiedy będzie nawet o kilka miesięcy starszy
niż jest teraz i będzie wyglądał inaczej…
List
był długi, bo moja siostra wiedziała, że to nasza jedyna możliwość przekazania
sobie informacji o tym, że żyjemy.
Zdjęcie
było śliczne, jak wszystkie jej zdjęcia.
Miała
doprawdy przepiękne, słodkie dzieci i cudowną rodzinę.
Marzyłam
o tym, żeby ich wszystkich przytulić.
Poznać
osobiście jej dzieci.
Odpisałam
jej krótko.
Nie
mogłam napisać nic na temat moich nowych znajomych, mojej pracy ani miejsca
zamieszkania.
Więc
napisałam tylko tyle, że żyję i że jestem zdrowa.
Tyle,
żeby się nie martwiła.
Zdjęcia
też nie mogłam zamieścić, bo wyglądałam ciągle i ciągle inaczej.
Zresztą,
lepiej byłoby, żeby nikt nie wiedział, jak teraz wyglądałam.
Trochę
zazdrościłam innym ludziom tego, że mogli szczerze rozmawiać ze swoimi bliskimi
i nie musieli ukrywać przed nimi miejsca swojego pobytu.
Lub
wyglądu.
Że
mogli się z nimi spotkać bez strachu, że w ten sposób zrobią im krzywdę.
W
mojej skrzynce pocztowej miałam jeszcze suchy, formalny list od mojego długoletniego
prawnika, który zajmował się zakończoną sprawą spadkową, odszkodowaniem i
innymi sprawami, które wiązały się głównie z finansami.
Nie
odpisałam mu.
Jechałam
do Denver, a tam miałam umówione spotkanie.
Odpisałabym
mu później.
Jak
będę miała najnowsze informacje.
Wtedy
będę miała co napisać.
*****
Pięć godzin
później
Kiedy
wreszcie dojeżdżałam do Denver, byłam już bardzo
zmęczona.
Rok
życia w stabilnym, spokojnym miejscu i w niezłych warunkach, spowodował, że
stałam się miękka.
Musiałam
się skupić.
Nie
mogłam sobie pozwolić na chwilę nieuwagi, czy też jakąkolwiek nieostrożność, kiedy
byłabym w nowym mieście, między wieloma obcymi ludźmi, więc postanowiłam
najpierw odpocząć.
Znalazłam
na wjeździe do Denver tanią, obskurną noclegownię, w której mogłam wynająć miejsce
na kilka godzin, żeby się przespać i odświeżyć.
Zajechałam
na zaniedbany parking, wynajęłam pokoik na dwie godziny u obojętnego, brudnego
recepcjonisty w flanelowej koszuli w kratę, który zapewne widział już prawie
wszystko w swoim życiu, zabrałam z Charger’a swoją małą torbę podróżną i
weszłam tam prosto z parkingu, żeby natychmiast zamknąć za sobą drzwi na klucz
i zasuwę.
Zjadłam
drugą z kanapek, które kupiłam na stacji benzynowej.
Nie
rozglądałam się po pokoju, bo znałam ich setki.
Wszystkie
wyglądały tak samo.
Brzydziłam
się ich.
Nigdy
w nich się nie rozbierałam, bo również trochę się wstydziłam myśli, co się tam mogło dziać.
W
takim tanim pokoiku na godziny.
Chociaż
z czasem pojawiło się we mnie uczucie zaciekawienia i, mogłam powiedzieć… hmmm…
podniecenia, bo książki pobudzały
moją wyobraźnię.
Nie
tym razem.
Byłam
zdenerwowana.
Położyłam
się na łóżku w ubraniu, kiedy tylko nastawiłam budzik w hotelowym radiu/zegarku
na stoliku nocnym na pobudkę godzinę później.
Zasnęłam
błyskawicznie.
Nic
mi się nie śniło.
Obudzona
budzikiem, byłam od razu przytomna.
Na
szczęście ten trening zadziałał.
Poczułam
się dużo lepiej.
Bardziej
czujna.
Obmyłam
się zimną wodą szybko pod kranem w umywalce, bez rozbierania się, przeczesałam
pobieżnie włosy i wyszłam z pokoju, żeby od razu oddać klucz i odjechać.
Kiedy
wjechałam do ścisłego centrum miasta było już późne popołudnie.
Po
pierwsze znalazłam wzrokiem znak, informujący obecność publicznej toalety, żeby
mieć się gdzie przebrać.
Zaparkowałam
w okolicy tego znaku, wysiadłam, zamknęłam samochód na klucz i poszłam dwie
przecznice dalej.
Wiedziałam
dokładnie ile czasu powinnam spędzić w toalecie, żeby nikt z przebywających tam przypadkiem nie zorientował się w moich
przebierankach.
Cóż,
nic nie mogłam nic poradzić na to, że ktoś mógłby specjalnie obserwować wejście do toalety.
Wiedziałam
to.
Zaryzykowałam.
Nie
po raz pierwszy.
Kiedy
w toalecie wyszłam z kabiny, niespiesznie umyłam ręce mydłem i wytarłam je ręcznikiem
papierowym, zabrałam swoją torbę i cicho, ze spuszczonymi na ziemię oczami,
opuściłam okolicę.
Poszłam
w kierunku pobliskiego dworca autobusowego, który również wcześniej
wypatrzyłam.
*****
Pół godziny
później
Weszłam
do kawiarni i nikt nie zwrócił na mnie uwagi.
A
ci, którzy zwrócili, natychmiast przestali się mną interesować.
Szara,
nieśmiała zakonnica w szarym welonie ściśle zasłaniającym jej włosy, w płaskich,
brzydkich, czarnych, wiązanych butach i z płaską, czarną, nieatrakcyjną torbą-listonoszką,
nie była obiektem zaineresowania nikogo.
Ani
kobiet, ani mężczyzn.
Bo
i po co.
Podeszłam
do lady i cicho zamówiłam kawę latte z ciastkiem.
Kiedy
odebrałam zamówienie, usiadłam na wybranym wcześniej krześle, przy stoliku,
który stał w samym końcu kawiarni.
Za
moimi plecami, tyłem do mnie, przy sąsiednim stoliku, siedział już nad swoją
kawą mężczyzna.
To
z nim miałam porozmawiać.
Nie
przyglądaliśmy się sobie, nie złapaliśmy kontaktu wzrokowego.
Nawet
na sekundę.
To
miejsce i sposób naszego spotkania były wcześniej umówione.
-
Witam, siostro Anno - powiedział cicho do swojej latte, którą właśnie unosił do
ust i pochylił się nad takim samym ciastkiem, jak moje.
-
Witaj, Nieznajomy - mruknęłam w odpowiedzi w sposób, w jaki zawsze mu
odpowiadałam, chociaż znaliśmy się od dobrych kilku lat.
Zamieszałam
swoją kawę lewą ręką.
Nieznajomy
był wysoki i szczupły, ale barczysty.
Jego
ciemne, krótko obcięte włosy zaczęły nieco siwieć na skroniach.
Patrzył
na swoją gazetę, którą trzymał na stoliku, ale wiedziałam, że jego oczy były
jasnoniebieskie.
Ja
patrzyłam pilnie w otwartą Biblię, którą trzymałam w uniesionej, prawej ręce,
dzięki czemu byłam lekko skierowana w stronę sali i mogłam obserwować w lustrze,
wiszącym naprzeciwko mnie na ścianie kawiarni, wszystkich wchodzących i
wychodzących.
-
Nie mam dobrych wieści… - Nieznajomy zaczął, mamrocząc niby do siebie i
podnosząc gazetę, by bardziej się wyprostować w moją stronę - Nie zapomniał o
tobie - mówił dalej cichym głosem mężczyzna, który kiedyś uratował mi życie i
nadal to robił - Wyznaczył bardzo wysoką nagrodę za schwytanie cię i
dostarczenie do niego żywej i nietkniętej.
Poczułam
uścisk w żołądku, chociaż mogłam się tego spodziewać.
Ten,
od którego uciekłam, był uparty, nie wybaczał i nie poddawał się.
O, Matko
Przenajświętsza.
-
Ma pieniądze i ma władzę - przypomniał mi mój jedyny prawdziwy przyjaciel - To
szaleniec, ale bardzo niebezpieczny.
-
Wiem - szepnęłam, bo nie potrzebowałam kolejnego przypomnienia tego, co mogło
się stać.
-
Tym razem powołał się na długi wdzięczności z organizacji przestępczych w kilku
stanach. Mają cię namierzyć. Za długo jesteś w jednym miejscu - powiedział
poważnie swoje ostrzeżenie.
-
Tak - przyznałam mu rację - Potrzebuję nowej tożsamości - powiedziałam mu coś,
co wiedział.
Kolejny
skurcz żołądka przeniknął mnie na myśl o konieczności opuszczenia tego miejsca,
w którym było mi tak dobrze.
-
Dobrze - mruknął mężczyzna za moimi plecami - Za miesiąc lub dwa spotkamy się w
Carson City. Prześlę szczegóły jak zwykle.
Biblia
wypadła mi z ręki.
Nieznajomy
natychmiast zsunął się ze swojego krzesła, uklęknął, żeby ją podnieść i niezauważalnie
wyjąć z niej kopertę ze zdjęciem i z informacjami, których on potrzebował, a wsunąć tam inną, z kartką, która była potrzebna mi.
-
Dziękuję - powiedziałam cicho, kiedy podał mi Biblię do ręki.
Dotknął
przy tym nieznacznie moich palców.
Wiedziałam,
że chciałby czegoś więcej.
Ale
nigdy się na nic nie zdecydował.
Pewnie
miał rację.
Nie
patrzyłam w jego stronę, więc tylko poczułam, że po tym zajściu nie usiadł z
powrotem na swoim krześle, tylko od razu wyszedł z kawiarni.
Ja
zjadłam ciastko, dopiłam kawę i dopiero późnej poszłam na dworzec autobusowy,
gdzie w skrytce depozytowej zostawiłam torbę z ubraniami do przebrania się.
Odebrałam
ją i skierowałam się z powrotem do toalety publicznej.
Tym
razem na drugim końcu parku miejskiego.
Robiłam
to, a potem wracałam do domu, osiem godzin jadąc samotnie autostradami i cały
czas myślałam o możliwościach, jakie mielibyśmy, gdyby nie zagrożenie.
Bo
książki, które ostatnio czytałam, wzbudziły we mnie jeszcze jeden rodzaj
zazdrości.
O
kontakty cielesne.
Dotyk,
pieszczotę, a może nawet… seks.
*****
Dwa tygodnie
później
Właśnie
skończyliśmy dzienną zmianę, więc wracałam do swojego kompleksu mieszkalnego
moim rozklekotanym Charger’em i myślałam.
Zawsze
byłam, albo starałam się być wdzięczna za to, co miałam.
Albo
przynajmniej od czasu, kiedy dostałam swoją lekcję.
Przywykłam
też do mojego trybu życia.
Ale
nic nie było dane nam na stałe.
W
pracy mieliśmy pewne zmiany.
Nie
w grafiku, ale z zachowaniu najdawniejszych, najbardziej zaufanych i
doświadczonych kolegów.
Kumpli,
jak sami o sobie mówili.
Polubiłam
ich, kiedy ich lepiej poznałam, więc wyczuwałam to.
David
promieniał ze szczęścia.
To
cicho jaśniało z niego od wewnątrz.
Nie
chwalił się, nie pokazywał zdjęć, nie opowiadał, ale i tak wszyscy
wiedzieliśmy.
Maggie
dwa dni wcześniej urodziła mu syna i dali mu na imię Jim, a dokładniej James
Daniel, po Jimmy’m i dziadku Davida.
Wcześniej
Jimmy i Eva dali swojemu synowi na imię David, więc oczywiste było, że ci dwaj
byli ze sobą związani nawet bardziej niż przyjaciele.
Nadal
nie wiedziałam, co ich tak związało, ale to nie była moja sprawa.
Codziennie
zauważałam coś całkiem innego, ważniejszego, bo to głośno mówiło o przyszłości.
O
tym, że mieli przyszłość.
Zarówno
Jimmy, jak i David mieli rodziny, domy,
ich życie się dobrze układało, mieli przed sobą przyszłość, więc powinnam być z
tego zadowolona, a może nawet szczęśliwa z ich powodu.
Nie
byłam.
Czułam
zazdrość.
Nie
o dzieci, albo może nie tylko o dzieci.
Właśnie
o dom, rodzinę i przyszłość.
Z
opowiadań Billy’ego i Sama wynikało, że Jimmy i David mieli wcześniej ciężkie
życie, pełne złych momentów, więc powinnam cieszyć się z tego, że ich los
wreszcie się odmienił.
Każdy
z nich się wycierpiał.
Każdy
wywalczył sobie prawo do szczęścia.
Napotkali
na swojej drodze miłość dobrych kobiet, które dały im rodziny.
A
ja byłam płytko i podle zazdrosna.
Bo
ja nie miałam nawet cienia rodziny, czy też domu.
Byłam
taka mała i słaba.
Przyzwyczaiłam
się do pracy z nimi i polubiłam to.
Nawet
myślałam, albo może zaczęłam myśleć,
o tym, że David mógłby mi pomóc w moich problemach.
Ale
teraz, kiedy miał pełną rodzinę, musiał zadbać o bezpieczeństwo swojego syna,
nie mogłam go o to poprosić.
Po
prostu nie mogłam.
Nie
mogłam żądać od niego narażenia na niebezpieczeństwo tych, na których mu
najbardziej zależało dla jakiejś obcej.
Ja nie mogłam ich
narazić.
Byliśmy
tylko kolegami z pracy.
Byliśmy
aż kolegami z pracy.
Wjechałam
na parking przy moim kompleksie, zaparkowałam, wysiadłam i zamknęłam samochód
na klucz, a potem wróciłam do mieszkania, do Nessie.
Powitała
mnie tak, jak to miała w zwyczaju.
Lubiłam
to.
Nakarmiłam
ją tak, jak miałyśmy to w zwyczaju.
Ona
to lubiła.
Zjadłam
kolację i położyłam się do łóżka z powieścią romantyczną, którą wypożyczyłam
dzień wcześniej w bibliotece, żeby Nessie mogła położyć się przy moich
kolanach.
Obie
to lubiłyśmy.
Czytałam
o miłosnych perypetiach bohaterki i miłosnych, cielesnych uniesieniach obojga i
wzdychałam.
Jak
zwykle, kiedy nadszedł właściwy czas, przygotowałam się do snu i w ciemności
pozwoliłam Nessie na zwiedzanie łóżka, w którym leżałam, podczas gdy ja
głaskałam ją czasem delikatnie między uszami, po grzbiecie lub po brodzie.
Była
moją jedyną rodziną.
Kochałam
ją.
Zaczęłam
myśleć o tym, jak mogłabym ją zabrać
ze sobą, kiedy bym się wyprowadzała.
Lub
uciekałabym.
Cokolwiek.
Nieważne.
*****
Później wieczorem
tego dnia
Uklękłam
przy łóżku, czego nie robiłam od pewnego czasu, bo przestało to mieć dla mnie
znaczenie.
Moi
rodzice wpoili mi zasady wiary i potrzebę rozmowy z Bogiem, ale, kiedy ich
zabrakło, ta potrzeba zniknęła.
A
może bardziej zniknęła wiara w to, że Ktoś Tam mnie słucha.
Oparłam
się łokciami na kołdrze, leżącej na materacu, a palce prawej i lewej dłoni
splotłam ze sobą.
Położyłam
na nich czoło i przypominałam sobie to, czego nie zapomniałam, bo było wyryte w
mojej duszy.
Słowa
popłynęły w moim umyśle i pochodziły wprost z mojego serca.
Święta Mario,
Matko Boża, módl się za nami grzesznymi.
Matko Jedyna, Niepokalana,
wesprzyj mnie, pomóż mi walczyć ze złym uczuciem.
Wybacz mi to, że
zazdroszczę szczęścia tym, którzy na nie zasługują i daj im więcej, żeby mogli
być dobrymi ojcami dla swoich dzieci.
Modliłam się tak w całkowitej ciszy w mojej
sypialni przez kilka kolejnych minut, ale nie przyniosło mi to ukojenia.
Czułam
rozpacz.
Zazdrość
kiełkowała w moim sercu i na dnie mojej duszy, jak robak.
Była
jak plamka pleśni, która stopniowo może zarosnąć cały organizm, a ja o tym
wiedziałam.
Musiałam
się mocniej postarać ją usunąć.
W
każdej sekundzie pamiętać, że ja mam to, na co zasłużyłam swoją pychą i oni
mają to, na co zasłużyli swoim cierpieniem i pracą.
I
nie zazdrościć.
Czynić
dobro.
*****
Półtora miesiąca
później
Byłam
na kolejnym ślubie.
Stałam
pod ścianą z boku i nieco z tyłu w tej samej niedużej sali, która tym razem
była bogato udekorowana czerwonymi kwiatami.
Byłam
pewna, że wymyślił to Alek.
Tak
samo, jak ten strój, który miała na sobie tego dnia Sophie.
Miał
dobry gust, bo to pasowało do Sophie,
co widziałam, nawet jeśli nie znałam jej zbyt dobrze.
Byłam
głównie wśród tych samych osób, które kilka miesięcy temu były świadkami ślubu
Davida i Maggie.
Z
niewielkimi zmianami.
Tym
razem patrzyłam, jak Alex Whitman, który według opinii Sama i Billy’ego, był do
niedawna niepoprawnym podrywaczem, przysięgał swojej Od-Teraz-Żonie, Sophie,
wierność i miłość małżeńską.
Wyglądał
jak ktoś, kto nie musiał przysięgać, żeby tego dotrzymać.
Jakby
piękna, ciemnowłosa Sophie, która stała naprzeciwko niego, w białym
kombinezonie z czerwonym obszyciem i odkrytymi plecami, była jedyną kobietą na
całym świecie wartą spojrzenia.
Nikt
więcej się nie liczył.
A
on zamierzał na dodatek bronić ją przed całym złem świata.
O,
Najjaśniejsza Matko, jak ja jej zazdrościłam.
Tak
bardzo marzyłam o kimś, dla kogo byłabym najważniejsza.
Jedyna.
Kto
zechciałby i umiał mnie obronić przed
złem czyhającym na mnie gdzieś tam, tysiące kilometrów dalej, a jednocześnie
tak bisko.
Kolejny
raz pomyślałam o Davidzie.
Tydzień
wcześniej byłam w Carson City, gdzie ponowiłam moją przebierankę, żeby spotkać
się z Nieznajomym i odebrać dokumenty, które dawały mi nową tożsamość.
Tym
razem spotkaliśmy się w Muzeum Stanowym.
Pieniądze,
które były mu potrzebne do wyrobienia dla mnie dokumentów, przekazałam okrężną
drogą, z zachowaniem podwójnych zasad bezpieczeństwa, przez mojego prawnika.
Nie
ufałam mu w pełni głównie dlatego, że Nieznajomy nauczył mnie, bym nie ufała
ludziom, którzy robili coś dla mnie wyłącznie za pieniądze.
Takich
zawsze można było kupić.
Dlatego
wymyśliłam na początku inne przeznaczenie tych pieniędzy i przekierowałam je
jeszcze dwa razy na różne inne cele i drogi przekazu, zanim Nieznajomy odebrał je
ze skrytki bankowej na hasło.
Nasze
spotkanie też wyglądało inaczej.
Zawsze
wyglądało inaczej.
Ale
zawsze byłam dla niego siostrą Anną i
zawsze występowałam w jakimś stroju zakonnym.
Zwykle
zakrywałam włosy.
Czasem
zakrywałam twarz okularami, gazetą lub Biblią.
Nigdy
nie patrzyliśmy sobie w oczy.
Tym
razem byłam ubrana w długi do kostek, ciemny habit z białymi dodatkami i
czarnym welonem.
Zasłaniałam
się przewodnikiem po muzeum.
Tym
razem Nieznajomy nawet się do mnie nie odezwał.
Wiedziałam,
co mi mówił bez słów, postawą swojego ciała, napięciem.
Powinnam
uciekać.
Dał
mi możliwości.
Ale
ja tak bardzo chciałam zostać.
Pobyć
jeszcze trochę w tym wspaniałym miejscu, które jako pierwsze od lat dawało mi
ułudę spokoju i normalności.
Wahałam
się, bo nie chciałam narażać Davida i jego rodziny.
Ale
bardzo chciałam mieć swoją rodzinę.
Nawet
taką małą, składającą się ze mnie i kota.
Więc
teraz też myślałam o tym, że to z nim, z Davidem, powinnam porozmawiać o swoich
problemach i obawach.
Ale
David na ślubie Alexa i Sophie był z Maggie.
Nie
odchodził od niej ani na krok.
Musiałam
poczekać.
Więc
po złożeniu życzeń młodej parze, wyszłam stamtąd i pojechałam sama wprost do kompleksu
i swojego mieszkania, bo nie miałam zamiaru zostawać na imprezie.
Nie
musiałam.
Nie
byłam jedną z nich.
Po
prostu pracowaliśmy razem.
Teraz
potrzebowałam tylko pomocy Davida.
Może
udałoby mi się go złapać kiedyś w pracy bez towarzystwa, przy sprzątaniu wozu
czy coś.
Ale
miałam coraz mniej czasu.
Zanim
musiałabym znowu uciekać.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń