Rozdział 4
Alba
Dwa tygodnie
później
Jechaliśmy
z Filipem na kolację z okazji Thanksgiving, ale nie dowiedziałam się dokąd.
Tyle
zdążyłam się nauczyć.
Filip
był bardzo skryty, tajemniczy.
Bardziej
niż ja.
Kiedy
chciał coś ukryć, nie było na całym Bożym Świecie takiej siły, żeby ktoś mógł
to z niego wydobyć.
A
przynajmniej wtedy tak sądziłam.
Ze
zdenerwowania, spowodowanego nadchodzącą kolacją, moje myśli ciągle chaotycznie
wirowały wokół ostatnich wydarzeń.
Bo
w ciągu tych dwóch tygodni wydarzyło się tak wiele różnych rzeczy, że nie
wiedziałabym, co mogłabym uznać za najważniejsze.
Najpierw
Filip próbował mnie wypytywać, kto mnie pobił i dlaczego, a ja zastanawiałam
się, ile mu powiedzieć.
Zaczęłam
od najbardziej oczywistego, czyli od tego, że ktoś chciał mnie złapać i zabić, że
to nie miało być w żaden sposób miłe, że ten ktoś jest bardzo potężny i bardzo zdeterminowany.
Powiedziałam
mu również, że ufałam bezgranicznie temu, kto mi przekazał notatkę i pendrive,
który zniszczył Filip natychmiast na moją, podobno, prośbę, a Filip powiedział
mi, że to nie był pendrive tylko urządzenie namierzające.
O,
Matko Jedyna!
Przerażona
i roztrzęsiona, powiedziałam mu więc swój jedyny logiczny wniosek, że
Nieznajomy nie żył, a być może był torturowany i uwięziony.
Widziałam
po ledwo skrywanej minie Filipa, że sądził, jak ja, że najlepiej byłoby, żeby
Nieznajomy nie żył.
Na
szczęście, na pierwszą spowiedź tyle wystarczyło.
Aż
nadto.
Filip
i tak bardzo się zdenerwował.
Zauważyłam
to.
Przez
kolejne dni starał się bardzo być spokojny i nie naciskać, ale widziałam, że miał
ochotę na zadawanie kolejnych pytań.
Nadal
mu nie powiedziałam, jak brzmiało moje imię i nazwisko.
Uznałam,
że to nie było kłamstwo.
Nie
wprost.
Ja
tylko nie mówiłam mu całej prawdy.
Filip
też nie mówił mi prawdy o sobie.
Nie
wiedziałam, dlaczego mieszkał całkiem sam, czy miał jakąś rodzinę.
Więc
pomyślałam, że byliśmy kwita.
Ponad
tydzień temu moje nadgarstki wygoiły się na tyle, że mogłam sama przygotowywać
posiłki, chociaż nadal miałam problemy z krojeniem.
Dowiedziałam
się, że to było przez to, że upadłam na obie ręce z całą siłą rozpędu, kiedy
jeden z nich kopnął mnie w plecy.
Filip
pomagał mi w rozbieraniu się do mycia, więc po jego minie, którą pewnego razu
zobaczyłam w lustrze, domyśliłam się, że ślady po butach tamtych nadal miałam na
żebrach, plecach i bokach.
Co
czułam, ale nie widziałam.
I
tak tym, co czułam bardziej był wstyd,
kiedy rozbierałam się przy Filipie.
Na
szczęście, nigdy nie rozbierałam się przy nim całkiem do naga, chociaż nie
nosiłam staników, bo nie mogłam ich założyć i zapiąć bez pomocy, więc byłoby to
bez sensu.
A
na dodatek przez nie bardziej bolały mnie barki.
Filip
również znalazł moje nowe okulary w tej torbie, którą naszykowałam przy
drzwiach mojego mieszkania na ewentualność ucieczki.
Więc
wiedział, że byłam krótkowidzem i wiedział, jaki był prawdziwy kolor moich
oczu.
Bo
zdjęli mi soczewki kontaktowe.
Jeszcze
jak byłam u lekarza i bywałam nieprzytomna.
Nie
pytałam, jak poznali, że je miałam, tylko po prostu pewnego razu, jak
oprzytomniałam na krótko, pielęgniarka pomogła mi je zdjąć i schowała je
gdzieś.
Potem
znalazłam je w pudełeczku, które miałam w torebce.
Więc
ktoś przeszukał mi torebkę.
Oczywiście,
to było logiczne, skoro sama poprosiłam Filipa o nakarmienie Nessie, więc może
to on to zrobił.
Mniej
więcej w tym samym czasie, co mój powrót do większej samodzielności, skończyła
mi się miesiączka.
Co
mnie nie pocieszyło.
Bo
miałam straszną ochotę na choćby małe zbliżenie się do Filipa, bo tęskniłam za
jego dotykiem, a on trzymał się ode mnie na dystans.
Nadal
mną pogardzał.
Albo
się brzydził.
Miał
powód.
Więc
wiedziałam, że miałam jeszcze tylko kilka dni, kiedy bylibyśmy razem, kiedy
mieszkałabym z nim, a później musiałam wrócić do swojego mieszkania albo wyjechać.
Bo
nie musiałby się mną dłużej opiekować i mogłabym zając się sobą sama.
A
w ciągu tych kilku dni dowiedziałam się o sobie jednego.
Gdybym
miała wybór, za nic na świecie nie chciałam stracić Filipa.
Ale
to nie miał być mój wybór.
Więc
korzystałam z tego, co miałam.
Rozmawiałam
z nim o zwykłych, codziennych sprawach, gotowałam dla niego i z nim, jeśli nie
mogłam sobie z czymś poradzić wciąż jeszcze słabymi, obolałymi nadgarstkami.
Zawsze
bardzo lubiłam gotować, więc wykorzystywałam to, że miałam kuchnię i miałam dla
kogo gotować.
Nawet
jeśli kuchnia Filipa była bardzo nędznie wyposażona i miał mało różnych
przypraw i akcesoriów.
Zdarzało
się, że staliśmy obok siebie w kuchni, pracując przy blacie, kiedy Filip kroił
coś, a ja mówiłam mu, co chciałam zrobić i żartowaliśmy sobie trochę o różnych
błahostkach, jak o tym, że w dzieciństwie nienawidził brokuł, a ja ryb.
Bo
starałam się być z nim na luzie.
Opowiedział
mi, jak nauczył się robić jajecznicę, kiedy niespodziewanie został przez trzy
dni tylko z jajkami, boczkiem i pomidorami w lodówce, co było bogactwem, bo nie
mógł pójść na zakupy.
Wtedy
przypadkiem dowiedziałam się, że miewał
dni, kiedy miał za mało pieniędzy i nie mógł sobie kupić nic do jedzenia.
Co
mnie dotknęło w czułe miejsce.
Opowiedziałam
mu w rewanżu to, jak wykorzystywałam resztki jedzenia z kilku dni, żeby nic nie
wyrzucać, kiedy spodziewałam się, że będę musiała opuścić mieszkanie.
Nie
powiedziałam mu, że nigdy nie miałam
niedoborów gotówki.
Zrobiliśmy
wspólnie listę produktów, z których w ciągu najbliższych dni mogłam gotować coś
innego niż proste dania, a Filip przywiózł z mojej kuchni z mieszkania w
kompleksie patelnie i garnki, a także niektóre niezbędne przybory.
Spędzaliśmy
również czas na inne sposoby.
Siadywaliśmy
czasem obok siebie na kanapie, kiedy on oglądał mecz, a ja czytałam książki,
które dla mnie przynosił z biblioteki.
Tak,
chodził dla mnie do biblioteki.
Więc
mówiłam mu, jakiego rodzaju książki chciałabym przeczytać i, chociaż nie wskazywałam
mu ani autorów, ani tytułów, zawsze przynosił coś interesującego.
Zdarzało
się, że słuchałam opowieści o dalekich krajach, które Filip odwiedził, chociaż
zwykle nie wiedziałam o jakim kraju mówił, bo chodziło o to, że ludzie czasem robią… albo mają w zwyczaju… albo jedzą…
I
nie wiedziałam, jacy to byli ludzie, ani gdzie, ani w co wierzący.
Tylko
brzmiało to egzotycznie.
Lubiłam
to.
Sama
nie wiedziałam, ile mu powiedziałam w tym samym czasie o sobie, opowiadając o
potrawach, jakie próbowałam lub o ludziach, których spotkałam na swojej drodze.
Opowiadałam,
a potem sama łapałam się na tym, że podawałam mu za dużo szczegółów.
Jakoś
tak to po prostu wychodziło.
Nie
mogłam się powstrzymać, bo był dobrym słuchaczem.
A
może chciałam mu zaimponować?
Ale
ja nie opuszczałam Stanów, więc to nie miało znaczenia.
Chyba.
W
ciągu ostatniego tygodnia zauważyłam, że wróciłam do swojego dawnego zwyczaju sprzątania
w każdym pomieszczeniu tak, jakbym miała je opuścić na stałe.
To
też jakoś samo tak wyszło.
Prałam,
odkurzałam i wycierałam kurz prawie codziennie.
Zmywałam
i wycierałam wszystkie sztućce i naczynia do schowania do szuflad i szafek
zaraz po ich użyciu.
Filip
nie miał nic przeciwko temu.
Nie
komentował.
Nie
sądziłam, żeby tego nie zauważał.
Ale
może to lubił?
Przyzwyczaiłam
się do jego stałej obecności, a i Nessie go polubiła, więc sądziłam, że będzie
nam ciężko się przyzwyczaić na nowo do życia we dwie.
A
Filip okazał się być zawsze miły, troskliwy i czuły.
Nie
tylko wtedy, kiedy nie mogłam czegoś zrobić sama, bez jego pomocy.
I
nie wiedziałam, co miałam o tym myśleć.
Bo
to tak bardzo nie pasowało do NC, jakim chyba
był.
Nie
jechaliśmy długo, więc moje myśli na tym się urwały.
Filip
zaparkował swojego Rubicon’a przy krawężniku przed jakimś piętrowym, sporym
domkiem jednorodzinnym.
No,
właśnie - Rubicon - kiedy kilka dni temu pierwszy raz zobaczyłam tę czarną
terenówkę, poznałam ją od razu.
To
było niedawno.
Mieliśmy
pojechać wtedy razem do sklepu spożywczego, a ja byłam pewna, że zamarłam na
sekundę w całkowitym bezruchu, kiedy weszłam do jego garażu i zobaczyłam
samochód Filipa.
Filip
powiedział mi wcześniej, że mojego Charger’a na wszelki wypadek usunął bez
śladu.
Nie
pytałam o to, bo mogłam to zrozumieć.
Też
bym tak zrobiła.
Ale
na Rubicon’a zapatrzyłam się z zaskoczenia.
To
był ten sam samochód, który jechał za
mną od mojego kompleksu mieszkalnego w nocy, kiedy odebrałam ten „pendrive” od
Nieznajomego.
Więc
to Filip mnie śledził.
Wyglądało
na to, że na prośbę Davida, chociaż nie wiedziałam jak długo.
Jeszcze
o tym nie rozmawialiśmy.
Natomiast
w końcu przyznałam się Filipowi, że byłam w tamtym hotelu, żeby odebrać
przesyłkę, którą była notatka i „pendrive”.
Wyglądało,
jakby sam się tego wcześniej domyślił, chociaż doprawdy nie wiedziałam jakim
cudem.
Możliwe,
że nie doceniałam go tak, jak wcześniej nie doceniałam Davida.
Albo
przeceniałam moje zdolności do
ukrywania informacji o sobie.
Kiedy
teraz Filip wysiadł, ze zdenerwowania nieruchomo czekałam na swoim siedzeniu,
aż przeszedł dookoła maski, żeby otworzyć moje drzwi od strony pasażera i
patrzyłam, jak szedł.
Lubiłam
patrzeć, jak chodził.
Jego
ciało było posłuszne jego woli, giętkie, a ruchy miał płynne.
Podobało
mi się to.
Otworzył
moje drzwi i wyciągnął do mnie rękę.
-
Chodź - powiedział cicho - Nie ma się czego bać.
Nie
byłam tego taka pewna.
Zawsze
czegoś należało się bać.
Ale
tego nie bałam się, bo mu ufałam.
Nie
powiedział mi dokąd idziemy, ale wiedziałam, że to świąteczna kolacja, więc
spodziewałam się czegoś w rodzaju rodzinnego zjazdu.
Nie
mógł mnie zostawić samej w domu, więc zabrał mnie ze sobą.
Proste.
A
ja nie chciałam mu przynieść wstydu, więc poprosiłam telefonicznie Maggie o
pomoc w dobraniu stroju.
Właśnie,
Maggie.
Pewnego
dnia zadzwonił do Filipa David i obaj wybrali się „do pracy”.
Bardzo
tajemniczo.
Ale
też - ja nie pytałam.
Piętnaście
minut po wyjeździe Filipa usłyszałam, jak przed domem zaparkował samochód, więc
wyjrzałam ostrożnie przez zasłonkę w oknie w kuchni, bo wychodziło na front.
Stał
tam niebieski Jeep Compass i wysiadała z niego Maggie.
Znałam
Maggie, ale nie spodziewałam się jej u Filipa.
Była
ubrana w niebieskie dżinsy, jasną czapkę, ocieplaną kurtkę i botki na prawie płaskim
obcasie.
Przeszła
do tylnych drzwi auta i po chwili wyciągnęła stamtąd fotelik-nosidełko z dzieckiem
opatulonym kocykiem.
O, Matko!
Byłam
całkowicie zaskoczona.
Podeszłam
do drzwi wejściowych, poruszając się delikatnie, bo nadal byłam trochę obolała
i, po rozbrojeniu alarmu, jak nauczył mnie Filip, otworzyłam je dokładnie w
chwili, kiedy Maggie weszła na ganek.
-
Hej, Alba - przywitała się, jakby nie było nic dziwnego w tej wizycie.
-
Cześć, Maggie - przywitałam się niepewnie - Co tu robisz?
-
Nasi faceci są zajęci, a ty jesteś ranna, więc przyjechałam ci pomóc -
wyjaśniła trochę dziwnie, wchodząc bez zaproszenia do środka.
-
Zamknij - rzuciła cichym głosem przez ramię, kiedy już weszła.
Wtedy
zrozumiałam, że wiedziała, czym jest zagrożenie ze strony świata zewnętrznego, a
być może, że wiedziała również, że mi
coś groziło, więc szybko zamknęłam drzwi i
przekręciłam klucz, a potem uzbroiłam alarm.
Nie
znałam całej jej historii, ale Sam i Billy, napomknęli raz czy dwa, a może
dziesięć razy o tym, że jej były chłopak był terrorystą i prześladował ją, więc
musiała się ukrywać.
Słyszałam
również, że rozmawiali z Davidem o wszystkim, chociaż nie usłyszałam tego od
Davida, więc nie wiedziałam, czym było to wszystko.
Weszłyśmy
do salonu, który w domu Filipa był malutki, z jednym oknem wychodzącym na tyły,
ale oddzielony przestrzennie od jadalni.
Stała
tam miękka, nieduża kanapa i dwa fotele, wszystko obite nijaką tkaniną użytkową,
a naprzeciwko nich niska szafka z dużym telewizorem i sprzętem grającym.
Były
tam też porozstawiane aż cztery małe, okrągłe stoliki do kawy, których
znaczenie zrozumiałam już, jak kiedyś Filip w czasie oglądania meczu, podczas
gdy ja czytałam książkę, zaczął tam rozkładać pizzę, piwo i torebki z chipsami.
Najwidoczniej
bywały dni, kiedy oglądali u niego w salonie mecze w liczniejszym męskim gronie
i potrzebowali wielu stolików na takie rzeczy.
Przypomniałam
sobie czasy, kiedy widziałam to…
Nie,
nie.
Nie
chciałam o tym myśleć.
Maggie
postawiła fotelik z dzieckiem na podłodze obok kanapy, wyprostowała się, zdjęła
kurtkę i czapkę.
Poszła
z nimi do korytarzyka przy drzwiach, a ja zajęłam się dzieckiem.
Zdjęłam
z Jima kocyk, rozwiązałam mu czapeczkę i zobaczyłam, że spał, zaciskając rączki
w piąstki, ale stale kopiąc nóżkami w beciku, w który był zawinięty.
-
Jest bardzo ruchliwy - powiedziała Maggie pogodnie, a ja podniosłam głowę i
zobaczyłam, że wróciła i patrzyła na to z lekkim uśmiechem.
-
To dobrze - powiedziałam cicho, nie patrząc dłużej na nią tylko na to słodkie
maleństwo - To znaczy, że jest zdrowy.
Maggie
wyprostowała się i, kiedy na nią znowu spojrzałam, zobaczyłam, że spojrzała na
mnie jakoś uważniej, a potem szerzej się uśmiechnęła.
-
Może zrobię kawy? - zaproponowała i skierowała się do kuchni, zostawiając
dziecko w foteliku obok kanapy.
Uznałam,
że mogę, jak ona, zostawić śpiące dziecko, więc poszłam za nią, obserwowałam,
co robiła i trochę jej pomagałam, ale zorientowałam się, że znała kuchnię
Filipa.
Musiała
tu wcześniej bywać.
Nie
wiedziałam jeszcze wtedy, gdzie Filip mieszkał.
To
znaczy, nie wiedziałam, gdzie właściwie był jego dom, skoro przywiózł mnie tu
nieprzytomną, a potem ani razu nie wychodziłam.
Wiedziałam
jednak, że nikt Filipa nie odwiedzał.
Żadni
znajomi, przyjaciele, chociaż nadal podejrzewałam, że czasem gościł tu jakichś
facetów.
-
Byłaś tu wcześniej? - wyrwało mi się.
Maggie
odwróciła się do mnie znad czajnika, w którym wstawiła wodę do zagotowania, bo
Filip nie miał żadnego ekspresu, nawet przelewowego, więc pijaliśmy kawę
rozpuszczalną.
Co
mi nie przeszkadzało.
-
Tak - uśmiechnęła się - David i Filip to przyjaciele.
Tak,
domyśliłam się tego już wcześniej.
-
Kiedyś mieliśmy drobne nieporozumienie z Davidem - mówiła Maggie, patrząc na
kubki, które napełniała kawą instant i na śmietankę, którą właśnie wyjęła z
lodówki - David skrył się tu, u Filipa. A Filip, jak to robią dobrzy
przyjaciele, zadzwonił do mnie i kazał mi przyjechać, pogadać z nim.
-
Tak po prostu - szepnęłam.
-
Tak po prostu - przytaknęła Maggie i odwróciła się do mnie przodem.
-
Widzisz, Alba - mówiła potem, patrząc mi prosto w oczy - Czasami wystarczy
porozmawiać szczerze i większość problemów się rozwiązuje.
Tak.
Wiedziałam
o tym.
Ale
to dotyczyło problemów między ludźmi, którzy byli w związku, a ja nie byłam i
nie miałam być w związku z Filipem.
Pozostałe
moje problemy może David i Filip
byliby w stanie rozwiązać.
Ale
nie chciałam narażać Maggie, ich dziecka i być może jeszcze kilku innych osób,
którzy mogliby przy okazji ucierpieć.
Więc
tylko uśmiechnęłam się lekko, wyjęłam z szafki nad zlewem pudełko z kupnymi ciastkami
i talerzyk, a potem wyjęłam ciastka z pudełka i zabrałam talerzyk na stolik.
Maggie
w tym czasie zalała nasze kawy wrzątkiem, na moją prośbę dolała do mojej
śmietanki i wsypała łyżeczkę cukru, przygotowała swoją kawę i zabrała je na
stolik, idąc tuż za mną.
Usiadłyśmy,
rozmawiałyśmy o przyjaciołach Maggie, czyli o Evie, Alice i Sophie, również
trochę o Aleku i Samie, więc dowiedziałam się co nieco o tym, jak się ze sobą
spotykali, o czym rozmawiali, jak sobie pomagali i radzili się wzajemnie.
O, Matko!
To
było dokładnie to, czego mi brakowało.
Rozmowa
z kimś, komu mogłabym zaufać, powiedzieć wszystko, kto byłby przyjacielem i
doradziłby mi w moich rozterkach.
Jak
moja siostra.
A
później obudził się Jim i zajęłyśmy się nim.
Bardzo
żałowałam, że nie mogłam go wziąć na ręce.
Starałam
się tego nie okazywać.
Maggie
położyła go na kanapie, główką skierowanego w moją stronę i zaczęła go
przewijać w czystą pieluszkę.
Kiedy
poszła z brudną do kosza, zostawiła go na chwilę golusieńkiego, w samej koszulce,
wywijającego energicznie nóżkami i rączkami na kocyku, ja przytrzymywałam go
tam delikatnie otwartą dłonią za brzuszek.
Wtedy
to poczułam.
Powinnam
jej powiedzieć.
Wiedziałam
to.
Kiedy
wróciła, zawahałam się, ale potem zdecydowałam się.
-
Maggie - powiedziałam - Czy zauważyłaś, że Jim ma tu takie zgrubienie?
Maggie
pochyliła się nad synkiem i spojrzała na miejsce, o którym mówiłam.
-
Och, tak - zawołała cicho - Ale nie jest zaczerwienione i nie boli go.
Spojrzała
potem na mnie z ciekawością, po czym wróciła do owijania synka czystą pieluszką.
Zaczerwieniałam
się i zacisnęłam wargi.
A
potem zadecydowałam na rozwinięcie tego tematu.
Po
prostu nie mogłam milczeć.
-
Myślę, że powinnaś pokazać to lekarzowi - powiedziałam jej cicho.
-
Tak? - Maggie przychyliła na bok głowę i przyglądała mi się wyraźnie
zaciekawiona, ale jednocześnie delikatnie i powoli ubierała Jima.
-
Ja… Widzisz… - znowu się zawahałam - Myślę, że to tłuszczak. To nic groźnego,
ale jest to rodzaj nowotworu.
Zobaczyłam,
że twarz Maggie nagle spoważniała i pobladła.
-
Maggie - złapałam ją delikatnie za nadgarstek tej ręki, którą trzymała swojego syna
- Nowotwór to niekoniecznie rak, to nie musi być wyrok. Taką zmianę, jak ta
możesz sama usunąć. Wystarczy odrobina oleju rycynowego lub żelu z aloesem,
które będziesz codziennie wcierała w jego skórę.
-
Skąd to wiesz? - wyszeptała Maggie.
-
Ja… - odwróciłam wzrok - widziałam kiedyś coś takiego - zdecydowałam się na
półprawdę.
-
Ale nie jesteś pewna - Maggie nadal szeptała.
-
Wiesz, zawsze trzeba się poradzić lekarza - powiedziałam jej.
Spojrzała
na mnie nagle z rozjaśnionymi oczami.
-
Moja mama zmarła na raka - wyjaśniła mi, a ja skopałam się w myślach za
pochopne straszenie jej zbyt obcesowymi słowami - Nie przejmuj się tym -
zawołała Maggie, kiedy zobaczyła moją minę, która musiała jej to powiedzieć - Nie
byłam blisko z moją mamą. A dobrze mieć kogoś, kto potrafi powiedzieć tak
prosto, że jest jakaś zmiana, a jednocześnie, że nie każdego nowotworu trzeba
się bać.
Poczułam,
że odprężyłam się, a moja twarz złagodniała.
-
Cóż - powiedziałam - Nie jestem lekarzem, więc to tylko rada, żebyś z jakimś
porozmawiała.
-
Tak - mruknęła Maggie i już nie rozwijała tego tematu.
Patrzyła
wyłącznie na swojego syna, a i ja nie spuszczałam z niego wzroku.
Był
bardzo pogodnym, energicznym dzieckiem, więc może faktycznie pomyliłam się i
niepotrzebnie ją straszyłam.
Przecież
nie skończyłam medycyny.
Maggie
ubrała Jima do końca, przystawiła go do piersi i zaczęła karmić, jednocześnie
rozmawiając ze mną, jakby nagle uznała, że może się mnie radzić w kwestiach
żywienia i pielęgnacji dziecka.
Nie
chciałam, ale lubiłam to, więc jej odpowiadałam.
Tęskniłam
za tym, chociaż nie chciałam się do tego przed sobą przyznać.
Kiedy
Jim się najadł, Maggie usiadła nieco bokiem na kanapie, trzymała go na
ramieniu, żeby mu się odbiło i całkiem mnie zaskoczyła.
-
Alba - powiedziała cicho i łagodnie, patrząc wprost w moje oczy - Filip to
dobry człowiek.
Poczułam,
że moje serce zatrzymało się, a potem ruszyło w pośpiechu, jakby chciało
nadrobić straconą sekundę.
-
Wiem - mruknęłam i odwróciłam wzrok.
-
Nie wiem, co ci zrobił - mówiła Maggie, a ja ze zdziwienia spojrzałam szybko na
nią i otworzyłam usta - Ale może myśleć o sobie źle, a wtedy będzie chciał cię
chronić i zostawi cię.
Co mi zrobił?
-
Maggie - szepnęłam - On nic mi nie zrobił.
I
nie zrobił, to ja zrobiłam.
Maggie
zrobiła jakąś taką dziwną, wszechwiedzącą
minę, że aż zrobiło mi się słabo, bo myślałam, że lepiej się kryłam.
I
myślałam o tym, co powiedziała.
Filip chciał mnie
chronić?
To
ja powinnam chronić jego.
Był
taki dobry, troskliwy, a ja narażałam go na niebezpieczeństwo.
-
Alba - Maggie pochyliła się do mnie, podtrzymując główkę Jima na swoim ramieniu
- David czuł tak samo, więc wiem. Oni dużo przeżyli. Mają ciężki bagaż z
przeszłości. Musisz być cierpliwa.
O,
Matko Przenajświętsza!
Oni dużo przeżyli.
Musiałam,
po prostu musiałam, jak najszybciej
uciekać i nie dokładać Filipowi mojego bagażu.
-
Po prostu porozmawiaj z nim, tak? - nacisnęła Maggie, patrząc na mnie bardzo
intensywnie.
Skinęłam
głową, chociaż nie byłam pewna, co miałabym zrobić.
Byłam
tyko pewna, że nie porozmawiam z
Filipem.
Nie
mówiłyśmy o tym więcej, a Maggie została jeszcze przez godzinę, zanim musiała
pojechała do swojego domu i naszykować mężowi kolację.
Zanim
odjechała, pomogła mi naszykować zapiekankę ziemniaczaną, którą mogłam po
prostu włączyć w piekarniku, kiedy Filip wróciłby do domu.
Rozmawiałyśmy
przy tym o książkach, piosenkach; niczym trudnym, ciężkim, niczym, co mogłoby
zepsuć nam humor przed powrotem mężczyzn do domu.
Ale
i tak miałam za dużo do przemyślenia.
Więc
nie byłam w nastroju na poznawanie kogokolwiek,
kto czekał na nas z kolacją świąteczną w tym domku, do którego Filip prowadził
mnie uważnie, troskliwie dbając, bym nie poślizgnęła się na śniegu, którym
pokryty był chodnik.
Trzymał
mnie delikatnie dłonią za łokieć, a ja się denerwowałam i miałam ochotę
uciekać.
Maggie
przywiozła mi na tę okazję szaro niebieską sukienkę tuż za kolana z butiku, w
którym pracowali Alek i Sam.
Właściwie
to przywiozła mi kompletny strój, jakby spodziewała się, że nie miałam również
butów, rajstop, czy torebki.
Chociaż
pewnie coś bym znalazła, bo miałam
stroje do moich przebieranek.
Sukienka
była delikatnie dopasowana w talii z lekko rozkloszowanym dołem, który miał delikatne
kontrafałdy.
Jej
fason był klasyczny z rękawami o długości ¾ i całkowicie bez zdobień.
Jakby
uszyta dla mnie.
Miałam
nadzieję, ze spodoba się Filipowi.
Włosy
nieco mi odrosły, bo nie obcinałam ich już od miesiąca, więc sięgały mi prawie do
ramion i kręciły się w delikatne loki na szyi.
Botki,
które miałam na nogach, miały obcas na tyle mały, że nie przewyższałam Filipa,
a właściwie patrzyłam mu prawie prosto
w oczy, kiedy się do mnie odwrócił.
Wtedy,
kiedy wysiadłam z Rubicon’a wprost w jego ramiona i zobaczyłam z bliska jego
piękne, piwne oczy.
Bardzo
krótko.
Maggie
przywiozła dla mnie również wełniany płaszcz, o którym powiedziała, że mi go
pożyczyła, bo był jej.
Pasował
na mnie, chociaż miał odrobinę za krótkie rękawy.
Nie
wiedziałam, jak jej wyrazić moją wdzięczność, bo to było bardzo hojne,
przemyślane i troskliwe.
Ubierałam
się w sypialni, po wymyśleniu, jak zapiąć sukienkę na ekspres na plecach i tam
od razu w pośpiechu założyłam płaszcz, kiedy Filip zawołał z salonu, że musimy
jechać.
Więc
mnie w niej nie wiedział.
Ale
ja jego też nie widziałam w tym stroju, który założył tego dnia, bo był już
ubrany w kurtkę, kiedy wyszłam, co uznałam za złe, kiedy doszliśmy do drzwi
wejściowych, a one zostały otwarte z rozmachem.
Patrzyłam
na pulchną, niską, ciemnoskórą kobietę, z siwymi włosami upiętymi w kok, która
tam stała ubrana w fartuch, jakby wyszła prosto z kuchni i zastanawiałam się,
co to będzie, jeśli nie będziemy pasowali do siebie z Filipem.
On
był taki piękny.
Chociaż
to prawdopodobnie nie miało znaczenia.
Byliśmy
tylko znajomymi, nawet nie byliśmy przyjaciółmi, z których jedno opiekowało się
drugim.
Moje
siniaki zeszły na tyle, że mogłam je ukryć pod korektorem, ręce miałam prawie
całkiem sprawne, mogłam swobodnie się poruszać, bez ciągłego panowania nad syczeniem
z bólu przy siadaniu czy prostowaniu się.
Powinno
być dobrze.
Podeszliśmy,
Filip pochylił się do pani i objął ją ramionami, a ona zarzuciła mu obie ręce
na szyję i uściskała, mówiąc:
-
Witaj, synu.
Zamarłam.
Synu?
-
Witaj, cioteczko - wymamrotał Filip i trochę ocknęłam się.
Więc
nie syn.
Filip
cofnął się odrobinę, dokładnie tyle, żeby być równo ze mną i schwycił mnie
delikatnie za łokieć.
-
Cioteczko Thelmo - powiedział - To jest…
-
Anna - przerwałam mu i, sama nie wiedząc, dlaczego wyjawiłam tej obcej kobiecie
swoje prawdziwe imię.
-
Mam na imię Anna - powtórzyłam zdecydowanie, patrząc na Filipa, ale wyciągając
dłoń do cioteczki Thelmy.
Jego
oczy zrobiły się takie ciepłe, że już, już
pomyślałam, że mnie pocałuje.
O,
Matko Jedyna!
*****
Filip
Kilka minut
później
Filip
stał oparty o blat kuchenny z rękoma założonymi jedna na drugą na klatce
piersiowej i z prostymi, skrzyżowanymi w kostkach nogami i patrzył na dwie
kobiety.
Anna
stała już swobodnie, nie zdenerwowana, w kuchni jego przybranej rodziny,
rozmawiała z cioteczką Thelmą, a Filip ponownie przeżywał wszystkie zaskoczenia
i swoje zachwyty z tego wieczoru.
Pierwszy
zachwyt przeżył, kiedy, nieproszona, poczekała, aż przeszedł dookoła maski
Rubicon’a, by otworzyć jej drzwi i podać rękę do wysiadania, a potem stanęła
przed nim i spojrzała mu prosto w oczy.
Chryste!
Jej
oczy w tych okularach z granatową oprawką lśniły jak niebo po burzy.
Pięknie.
Ten
unikalny kolor oczu, ciemnoniebieski, prawie granatowy, pasował do niej dużo bardziej niż tamten dziwny,
niepokojący piwny, który nadawały jej barwiące soczewki kontaktowe.
A
potem kolejne zaskoczenie i zachwyt, kiedy pomógł jej zdjąć płaszcz i zobaczył
ją w tej szaro niebieskiej sukience.
Ten
kolor podkreślał granat jej oczu.
A
sukienka układała się na jej ciele tak, że miał ochotę ją dotykać, trzymać dłoń
na jej podkreślonej talii i wsunąć nos w jej odsłoniętą szyję.
Zwłaszcza,
kiedy zgięła kark i spojrzała na niego bokiem.
Jego
kutas drgnął, stwardniał i Filip musiał się bardzo mocno skupić, żeby go
opanować.
I
jeszcze to imię.
Anna,
Ania, Aneczka.
Nie
miał nic przeciwko imieniu Alba, ale od samego początku, odkąd ją zobaczył
czuł, że to nie było jej imię.
Imię
Ania miał ochotę powtarzać raz za
razem.
Po
raz pierwszy od dzieciństwa miał ochotę
wznieść dziękczynną modlitwę do Nieba za to, że było mu dane żyć i móc
doświadczać takiego piękna.
Nie
będzie się czuł przymuszany do wyrażenia tego przy stole.
Była
taka cudowna.
Kiedy
o tym myślał, do kuchni z góry, ze swoich sypialni, zbiegły po schodach dzieciaki.
Ella,
Vivi i Jill rzuciły się na niego z radosnymi powitaniami, ściskaniem jego ud i
podskokami wokół niego.
Filip
rozłożył ramiona i rozstawił nogi przygotowując się, kiedy wpadły na niego i
prawie go przewróciły siłą rozpędu.
A
potem śmiał się do nich i oddawał im uściski.
Każda
z nich była inna.
Każda
była w tej rodzinie zastępczej od innego czasu, ale najmłodsza, czarnoskóra Jill
najkrócej.
Ella
i Vivi były podobne do siebie na pierwszy rzut oka, bo ciemnowłose, ciemnookie,
nieduże i bardzo rozgadane.
Dopiero
później, po uważniejszym spojrzeniu, było widać, że Ella miała dominujące geny
Latynosów, a Vivi Włochów.
A
wszystkie one znały go doskonale, skoro zachodził do nich przynajmniej raz w
miesiącu, żeby pomagać cioteczce Thelmie w różnych drobnych naprawach i
szarpaniu się z urzędnikami.
Wychowała
go, więc czuł się zobowiązany, ale nie robił tego wyłącznie z poczucia
obowiązku.
Kochał
ją.
-
Dzieci, dzieci - zawołała cioteczka i zaklaskała w dłonie akurat wtedy, kiedy
do kuchni weszła najstarsza, Betsy - Filip przyprowadził do nas na kolację
świąteczną swoją przyjaciółkę. Poznajcie Annę.
Słowa
cioteczki spowodowały, że całe towarzystwo zamarło i odwróciło się w stronę
Anny.
No,
tak.
Nigdy
nikogo nie przyprowadził.
Filip
poczuł falę zawstydzenia, dochodzącą od strony Anny, o której Filip przestał
myśleć Alba, jak tylko wyznała swoje prawdziwe imię, ale już wiedział to o niej,
więc nie był zaskoczony.
Nie
lubiła być w centrum zainteresowania, peszyło ją to.
Więc
podszedł do niej i objął ją w pasie, by ją wspierać.
-
Hej, Anno - jako pierwsza ocknęła się Betsy - Jestem Betsy.
Podeszła
do Anny z wyciągniętą ręką i uśmiechem.
Na
nią Filip zawsze mógł liczyć.
Betsy
mieszkała tam najdłużej z nich, była grzeczna, spokojna i zrównoważona i bardzo
pomagała cioteczce.
Cioteczka
przedstawiała Ani wszystkie dzieciaki po kolei, kiedy Betsy przesunęła do
Filipa by przywitać się z nim pocałunkiem w policzek.
Miała
trzynaście lat i była wysoką, jak na swój wiek, szczupłą Mulatką.
Ze
słów cioteczki wynikało, że dużo przeżyła.
-
Johnny strzela fochy w swoim pokoju - wymamrotała do Filipa, więc ten westchnął
i poruszył się, żeby iść na górę i załatwić sprawę.
-
O, nie! - zawołała nagle do niego cioteczka,
która, oczywiście, wszystko usłyszała i zauważyła - Potrzebuję, żebyście we
dwójkę z Betsy rozsunęli stół i nakryli do kolacji, bo zaraz będę podawała.
-
Może ja pójdę - powiedziała cicho Ania, jakby również doskonale zorientowała
się w sytuacji.
Filip
poczuł ciepło w piersiach.
-
Och, nie, kochanie - zaczęła cioteczka - to nie…
-
Pozwól jej, cioteczko - przerwał jej Filip - Anna świetnie sobie radzi z
dziećmi, wszystkimi.
Spojrzała
w jego stronę i jej wzrok powiedział mu, jak bardzo doceniła to, co powiedział,
ale jednocześnie zaczerwieniła się.
-
Och, doprawdy - wybąkała.
Filip
zdziwił się, bo musiała przecież
wiedzieć, że dobrze się dogadywała z dzieciakami, że miała do tego rękę.
Pomyślał
więc, że chodziło o coś innego.
-
Widziałem - przyznał się cicho, a ona rzuciła mu zaskoczone spojrzenie, ale już
nic więcej nie powiedziała.
Filip
domyślił się, że nie chciała tego roztrząsać w obecności cioteczki i dzieci,
ale nie zdawał sobie sprawy z tego, że Anna nie sądziła, żeby z czymkolwiek
kiedykolwiek świetnie sobie radziła.
-
No, dobrze, kochana - powiedziała cioteczka z westchnieniem - Więc idź tam.
Może ty dasz sobie z nim radę. Trzecie drzwi na prawo od schodów.
Anna
poszła na schody, a Filip poszedł z Betsy do jadalni, żeby rozsunąć stół o
jedną deskę, dostawić do niego krzesła i nakryć go żółtym obrusem w brązowe
liście, który Betsy wyciągnęła z szuflady w komodzie.
Dzieciaki
przyniosły z kuchni sztućce i rozkładały je na stole, a cioteczka przyniosła
pierwszy półmisek, kiedy usłyszeli głosy na schodach.
Anna
mówiła cicho, łagodnie, ale ze słyszalnym uśmiechem w głosie, a Johnny śmiał
się w głos i opowiadał jej coś z zapałem, głośno i radośnie.
-
Jak słowo daję, nie mógł… - Johnny urwał nagle, kiedy dotarli na dół schodów i zobaczył,
że wszyscy zwrócili się w ich stronę i patrzyli wyczekująco.
Johnny
był szczupły, nerwowy, zwykle milczący i miał wyraźne wpływy genów
Afroamerykańskich, chociaż nie miał całkiem ciemnej skóry.
Dołączyli
do nich w wejściu do kuchni, gdzie Anna się zatrzymała.
Johnny
natomiast podszedł do cioteczki, objął ją w pasie, przycisnął twarz do jej
brzucha i wyszeptał - Przepraszam i dziękuję.
To
było tak szokujące dla tych, którzy go znali, dla nich wszystkich, że dzieciaki
patrzyły na niego z otwartymi buziami, a Betsy spojrzała na Annę z jawną
wdzięcznością.
Cioteczka
miała lśniące oczy, ale tylko popatrzyła na Annę i uścisnęła chłopca, kiedy
szepnęła - Już dobrze, kochanie.
Filip
wiedział, że Johnny miał jedenaście lat i mieszkał w tym domu tylko o dwa
miesiące krócej niż Betsy.
Buntował
się co jakieś dwa, trzy tygodnie i zwykle to Filip doprowadzał go do porządku.
Rugał
go i napominał, ale nigdy nie
osiągnął takiego efektu, jaki Anna osiągnęła jedną, jedyną rozmową.
Zanosili
kolejne potrawy na stół.
Filip
patrzył na tę skrytą, skromną kobietę, którą ktoś chciał skrzywdzić i czuł
ciepło, rozchodzące się z jego klatki piersiowej na całe ciało.
Tak.
Wreszcie
znalazł brylant, prawdziwy skarb.
Czy
mógł być tak egoistyczny, żeby spróbować zatrzymać ją przy sobie?
Czy
dałby radę zatrzymać ją przy sobie?
Czy
był na tyle dobry?
Usiedli
przy stole i złapali się za ręce.
Cioteczka,
jak zwykle, zaczęła podziękowania.
A
następna dziękowała Anna.
-
Dziękuję Ci, dobry Boże, że mogłam poznać takich wspaniałych ludzi. Dziękuję,
że postawiłeś na mojej drodze Filipa, który mnie przyprowadził do tego
wspaniałego domu… - dziękowała, a wszystko skupiało się wokół niego, ale Filip
czuł się coraz to bardziej mały i nic nie znaczący.
Była
taka cudowna, a tak potrafiła podkreślić jego
zasługi.
Zasługi,
których on nie miał, bo nawet, jeśli nie spotkałaby jego, to była jaka cudowna,
że znalazłby się ktoś, kto by ją obronił.
Poczuł,
że nie był jej wart.
Ale
podziękował za to, że była.
*****
Dwie godziny
później
Żegnali
się ze wszystkimi, ale dziewczyny poprosiły jeszcze Annę, żeby poszła z nimi na
górę, do ich sypialni, bo chciały jej coś pokazać.
Johnny
uciekł wcześniej.
Więc
tylko Filip razem z Betsy pomagali cioteczce sprzątać ze stołu, a potem Betsy
poszła do siebie, a Filip z cioteczką stali w kuchni i wycierali i chowali
naczynia do szafek.
-
Anna to prawdziwy skarb - powiedziała cioteczka.
-
Tak - odparł Filip, bo to była prawda i nie było co do tego dopowiadać.
-
Dbaj o nią - powiedziała cioteczka, a Filip zdziwił się, bo nie sądził, żeby
potrzebował takiego przypominania - Jak cię znam, spróbujesz ją odepchnąć, bo
uznasz, że nie jesteś jej godzien, albo jakieś inne bzdury - dodała cioteczka
ostro.
-
Cioteczko - wymamrotał Filip.
-
Jesteś za skromny - cioteczka rzuciła
ściereczkę do naczyń na blat, podeszła do niego bardzo blisko i ujęła jego
dłoń.
Nigdy
go nie obejmowała, nie przytulała, nie odkąd skończył kilkanaście lat i według
prawa stało się to niemożliwe.
Ale
nadal czuł jej miłość.
-
Ona też jest skromna, więc też może spróbować cię odepchnąć - mówiła -
Pamiętaj, że musisz z nią rozmawiać o swoich uczuciach.
Filip
odwrócił wzrok.
Skupił
się na poznaniu tajemnicy Alby, teraz Anny, więc nigdy nie rozmawiali o ich
pierwszym spotkaniu.
-
Byłem dla niej niezbyt… - przerwał, ale potrzebował się poradzić.
Tylko
nie chciał, naprawdę nie chciał
wyjawiać cioteczce, jak bardzo popieprzone było to, co zrobił.
-
Widzę, jak na ciebie patrzy - powiedziała cioteczka cicho - A to znaczy, że ci
wybaczyła, jeśli nawet było to coś złego. Albo to ty uważasz, że to było coś
złego, a tak naprawdę nie było.
Było.
Filip
to wiedział.
Ale
nie zamierzał się tym dzielić.
Cioteczka
miała rację.
Musiał
o tym porozmawiać z Anną.
Patrzył,
jak schodziła ze schodów uśmiechnięta łagodnie i żegnana wesołymi okrzykami
dzieciaków, a potem naszykował się, by zabrać ją do domu.
Do
swojego domu.
Świetna książka Moniko ❤️ kolejna, która jest niczym wyczekiwany serial w TV.. Dziękuję ❤️❤️❤️
OdpowiedzUsuń😘
UsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń