wtorek, 12 lipca 2022

4 - Jesteś zbyt skromny

 

Rozdział 4

Jesteś zbyt skromny

Alba

 

 

Dwa tygodnie później

Jechaliśmy z Filipem na kolację z okazji Thanksgiving, ale nie dowiedziałam się dokąd.

Tyle zdążyłam się nauczyć.

Filip był bardzo skryty, tajemniczy.

Bardziej niż ja.

Kiedy chciał coś ukryć, nie było na całym Bożym Świecie takiej siły, żeby ktoś mógł to z niego wydobyć.

A przynajmniej wtedy tak sądziłam.

Ze zdenerwowania, spowodowanego nadchodzącą kolacją, moje myśli ciągle chaotycznie wirowały wokół ostatnich wydarzeń.

Bo w ciągu tych dwóch tygodni wydarzyło się tak wiele różnych rzeczy, że nie wiedziałabym, co mogłabym uznać za najważniejsze.

Najpierw Filip próbował mnie wypytywać, kto mnie pobił i dlaczego, a ja zastanawiałam się, ile mu powiedzieć.

Zaczęłam od najbardziej oczywistego, czyli od tego, że ktoś chciał mnie złapać i zabić, że to nie miało być w żaden sposób miłe, że ten ktoś jest bardzo potężny i bardzo zdeterminowany.

Powiedziałam mu również, że ufałam bezgranicznie temu, kto mi przekazał notatkę i pendrive, który zniszczył Filip natychmiast na moją, podobno, prośbę, a Filip powiedział mi, że to nie był pendrive tylko urządzenie namierzające.

O, Matko Jedyna!

Przerażona i roztrzęsiona, powiedziałam mu więc swój jedyny logiczny wniosek, że Nieznajomy nie żył, a być może był torturowany i uwięziony.

Widziałam po ledwo skrywanej minie Filipa, że sądził, jak ja, że najlepiej byłoby, żeby Nieznajomy nie żył.

Na szczęście, na pierwszą spowiedź tyle wystarczyło.

Aż nadto.

Filip i tak bardzo się zdenerwował.

Zauważyłam to.

Przez kolejne dni starał się bardzo być spokojny i nie naciskać, ale widziałam, że miał ochotę na zadawanie kolejnych pytań.

Nadal mu nie powiedziałam, jak brzmiało moje imię i nazwisko.

Uznałam, że to nie było kłamstwo.

Nie wprost.

Ja tylko nie mówiłam mu całej prawdy.

Filip też nie mówił mi prawdy o sobie.

Nie wiedziałam, dlaczego mieszkał całkiem sam, czy miał jakąś rodzinę.

Więc pomyślałam, że byliśmy kwita.

Ponad tydzień temu moje nadgarstki wygoiły się na tyle, że mogłam sama przygotowywać posiłki, chociaż nadal miałam problemy z krojeniem.

Dowiedziałam się, że to było przez to, że upadłam na obie ręce z całą siłą rozpędu, kiedy jeden z nich kopnął mnie w plecy.

Filip pomagał mi w rozbieraniu się do mycia, więc po jego minie, którą pewnego razu zobaczyłam w lustrze, domyśliłam się, że ślady po butach tamtych nadal miałam na żebrach, plecach i bokach.

Co czułam, ale nie widziałam.

I tak tym, co czułam bardziej był wstyd, kiedy rozbierałam się przy Filipie.

Na szczęście, nigdy nie rozbierałam się przy nim całkiem do naga, chociaż nie nosiłam staników, bo nie mogłam ich założyć i zapiąć bez pomocy, więc byłoby to bez sensu.

A na dodatek przez nie bardziej bolały mnie barki.

Filip również znalazł moje nowe okulary w tej torbie, którą naszykowałam przy drzwiach mojego mieszkania na ewentualność ucieczki.

Więc wiedział, że byłam krótkowidzem i wiedział, jaki był prawdziwy kolor moich oczu.

Bo zdjęli mi soczewki kontaktowe.

Jeszcze jak byłam u lekarza i bywałam nieprzytomna.

Nie pytałam, jak poznali, że je miałam, tylko po prostu pewnego razu, jak oprzytomniałam na krótko, pielęgniarka pomogła mi je zdjąć i schowała je gdzieś.

Potem znalazłam je w pudełeczku, które miałam w torebce.

Więc ktoś przeszukał mi torebkę.

Oczywiście, to było logiczne, skoro sama poprosiłam Filipa o nakarmienie Nessie, więc może to on to zrobił.

Mniej więcej w tym samym czasie, co mój powrót do większej samodzielności, skończyła mi się miesiączka.

Co mnie nie pocieszyło.

Bo miałam straszną ochotę na choćby małe zbliżenie się do Filipa, bo tęskniłam za jego dotykiem, a on trzymał się ode mnie na dystans.

Nadal mną pogardzał.

Albo się brzydził.

Miał powód.

Więc wiedziałam, że miałam jeszcze tylko kilka dni, kiedy bylibyśmy razem, kiedy mieszkałabym z nim, a później musiałam wrócić do swojego mieszkania albo wyjechać.

Bo nie musiałby się mną dłużej opiekować i mogłabym zając się sobą sama.

A w ciągu tych kilku dni dowiedziałam się o sobie jednego.

Gdybym miała wybór, za nic na świecie nie chciałam stracić Filipa.

Ale to nie miał być mój wybór.

Więc korzystałam z tego, co miałam.

Rozmawiałam z nim o zwykłych, codziennych sprawach, gotowałam dla niego i z nim, jeśli nie mogłam sobie z czymś poradzić wciąż jeszcze słabymi, obolałymi nadgarstkami.

Zawsze bardzo lubiłam gotować, więc wykorzystywałam to, że miałam kuchnię i miałam dla kogo gotować.

Nawet jeśli kuchnia Filipa była bardzo nędznie wyposażona i miał mało różnych przypraw i akcesoriów.

Zdarzało się, że staliśmy obok siebie w kuchni, pracując przy blacie, kiedy Filip kroił coś, a ja mówiłam mu, co chciałam zrobić i żartowaliśmy sobie trochę o różnych błahostkach, jak o tym, że w dzieciństwie nienawidził brokuł, a ja ryb.

Bo starałam się być z nim na luzie.

Opowiedział mi, jak nauczył się robić jajecznicę, kiedy niespodziewanie został przez trzy dni tylko z jajkami, boczkiem i pomidorami w lodówce, co było bogactwem, bo nie mógł pójść na zakupy.

Wtedy przypadkiem dowiedziałam się, że miewał dni, kiedy miał za mało pieniędzy i nie mógł sobie kupić nic do jedzenia.

Co mnie dotknęło w czułe miejsce.

Opowiedziałam mu w rewanżu to, jak wykorzystywałam resztki jedzenia z kilku dni, żeby nic nie wyrzucać, kiedy spodziewałam się, że będę musiała opuścić mieszkanie.

Nie powiedziałam mu, że nigdy nie miałam niedoborów gotówki.

Zrobiliśmy wspólnie listę produktów, z których w ciągu najbliższych dni mogłam gotować coś innego niż proste dania, a Filip przywiózł z mojej kuchni z mieszkania w kompleksie patelnie i garnki, a także niektóre niezbędne przybory.

Spędzaliśmy również czas na inne sposoby.

Siadywaliśmy czasem obok siebie na kanapie, kiedy on oglądał mecz, a ja czytałam książki, które dla mnie przynosił z biblioteki.

Tak, chodził dla mnie do biblioteki.

Więc mówiłam mu, jakiego rodzaju książki chciałabym przeczytać i, chociaż nie wskazywałam mu ani autorów, ani tytułów, zawsze przynosił coś interesującego.

Zdarzało się, że słuchałam opowieści o dalekich krajach, które Filip odwiedził, chociaż zwykle nie wiedziałam o jakim kraju mówił, bo chodziło o to, że ludzie czasem robią… albo mają w zwyczaju… albo jedzą

I nie wiedziałam, jacy to byli ludzie, ani gdzie, ani w co wierzący.

Tylko brzmiało to egzotycznie.

Lubiłam to.

Sama nie wiedziałam, ile mu powiedziałam w tym samym czasie o sobie, opowiadając o potrawach, jakie próbowałam lub o ludziach, których spotkałam na swojej drodze.

Opowiadałam, a potem sama łapałam się na tym, że podawałam mu za dużo szczegółów.

Jakoś tak to po prostu wychodziło.

Nie mogłam się powstrzymać, bo był dobrym słuchaczem.

A może chciałam mu zaimponować?

Ale ja nie opuszczałam Stanów, więc to nie miało znaczenia.

Chyba.

W ciągu ostatniego tygodnia zauważyłam, że wróciłam do swojego dawnego zwyczaju sprzątania w każdym pomieszczeniu tak, jakbym miała je opuścić na stałe.

To też jakoś samo tak wyszło.

Prałam, odkurzałam i wycierałam kurz prawie codziennie.

Zmywałam i wycierałam wszystkie sztućce i naczynia do schowania do szuflad i szafek zaraz po ich użyciu.

Filip nie miał nic przeciwko temu.

Nie komentował.

Nie sądziłam, żeby tego nie zauważał.

Ale może to lubił?

Przyzwyczaiłam się do jego stałej obecności, a i Nessie go polubiła, więc sądziłam, że będzie nam ciężko się przyzwyczaić na nowo do życia we dwie.

A Filip okazał się być zawsze miły, troskliwy i czuły.

Nie tylko wtedy, kiedy nie mogłam czegoś zrobić sama, bez jego pomocy.

I nie wiedziałam, co miałam o tym myśleć.

Bo to tak bardzo nie pasowało do NC, jakim chyba był.

Nie jechaliśmy długo, więc moje myśli na tym się urwały.

Filip zaparkował swojego Rubicon’a przy krawężniku przed jakimś piętrowym, sporym domkiem jednorodzinnym.

No, właśnie - Rubicon - kiedy kilka dni temu pierwszy raz zobaczyłam tę czarną terenówkę, poznałam ją od razu.

To było niedawno.

Mieliśmy pojechać wtedy razem do sklepu spożywczego, a ja byłam pewna, że zamarłam na sekundę w całkowitym bezruchu, kiedy weszłam do jego garażu i zobaczyłam samochód Filipa.

Filip powiedział mi wcześniej, że mojego Charger’a na wszelki wypadek usunął bez śladu.

Nie pytałam o to, bo mogłam to zrozumieć.

Też bym tak zrobiła.

Ale na Rubicon’a zapatrzyłam się z zaskoczenia.

To był ten sam samochód, który jechał za mną od mojego kompleksu mieszkalnego w nocy, kiedy odebrałam ten „pendrive” od Nieznajomego.

Więc to Filip mnie śledził.

Wyglądało na to, że na prośbę Davida, chociaż nie wiedziałam jak długo.

Jeszcze o tym nie rozmawialiśmy.

Natomiast w końcu przyznałam się Filipowi, że byłam w tamtym hotelu, żeby odebrać przesyłkę, którą była notatka i „pendrive”.

Wyglądało, jakby sam się tego wcześniej domyślił, chociaż doprawdy nie wiedziałam jakim cudem.

Możliwe, że nie doceniałam go tak, jak wcześniej nie doceniałam Davida.

Albo przeceniałam moje zdolności do ukrywania informacji o sobie.

Kiedy teraz Filip wysiadł, ze zdenerwowania nieruchomo czekałam na swoim siedzeniu, aż przeszedł dookoła maski, żeby otworzyć moje drzwi od strony pasażera i patrzyłam, jak szedł.

Lubiłam patrzeć, jak chodził.

Jego ciało było posłuszne jego woli, giętkie, a ruchy miał płynne.

Podobało mi się to.

Otworzył moje drzwi i wyciągnął do mnie rękę.

- Chodź - powiedział cicho - Nie ma się czego bać.

Nie byłam tego taka pewna.

Zawsze czegoś należało się bać.

Ale tego nie bałam się, bo mu ufałam.

Nie powiedział mi dokąd idziemy, ale wiedziałam, że to świąteczna kolacja, więc spodziewałam się czegoś w rodzaju rodzinnego zjazdu.

Nie mógł mnie zostawić samej w domu, więc zabrał mnie ze sobą.

Proste.

A ja nie chciałam mu przynieść wstydu, więc poprosiłam telefonicznie Maggie o pomoc w dobraniu stroju.

Właśnie, Maggie.

Pewnego dnia zadzwonił do Filipa David i obaj wybrali się „do pracy”.

Bardzo tajemniczo.

Ale też - ja nie pytałam.

Piętnaście minut po wyjeździe Filipa usłyszałam, jak przed domem zaparkował samochód, więc wyjrzałam ostrożnie przez zasłonkę w oknie w kuchni, bo wychodziło na front.

Stał tam niebieski Jeep Compass i wysiadała z niego Maggie.

Znałam Maggie, ale nie spodziewałam się jej u Filipa.

Była ubrana w niebieskie dżinsy, jasną czapkę, ocieplaną kurtkę i botki na prawie płaskim obcasie.

Przeszła do tylnych drzwi auta i po chwili wyciągnęła stamtąd fotelik-nosidełko z dzieckiem opatulonym kocykiem.

O, Matko!

Byłam całkowicie zaskoczona.

Podeszłam do drzwi wejściowych, poruszając się delikatnie, bo nadal byłam trochę obolała i, po rozbrojeniu alarmu, jak nauczył mnie Filip, otworzyłam je dokładnie w chwili, kiedy Maggie weszła na ganek.

- Hej, Alba - przywitała się, jakby nie było nic dziwnego w tej wizycie.

- Cześć, Maggie - przywitałam się niepewnie - Co tu robisz?

- Nasi faceci są zajęci, a ty jesteś ranna, więc przyjechałam ci pomóc - wyjaśniła trochę dziwnie, wchodząc bez zaproszenia do środka.

- Zamknij - rzuciła cichym głosem przez ramię, kiedy już weszła.

Wtedy zrozumiałam, że wiedziała, czym jest zagrożenie ze strony świata zewnętrznego, a być może, że wiedziała również, że mi coś groziło, więc szybko zamknęłam drzwi i  przekręciłam klucz, a potem uzbroiłam alarm.

Nie znałam całej jej historii, ale Sam i Billy, napomknęli raz czy dwa, a może dziesięć razy o tym, że jej były chłopak był terrorystą i prześladował ją, więc musiała się ukrywać.

Słyszałam również, że rozmawiali z Davidem o wszystkim, chociaż nie usłyszałam tego od Davida, więc nie wiedziałam, czym było to wszystko.

Weszłyśmy do salonu, który w domu Filipa był malutki, z jednym oknem wychodzącym na tyły, ale oddzielony przestrzennie od jadalni.

Stała tam miękka, nieduża kanapa i dwa fotele, wszystko obite nijaką tkaniną użytkową, a naprzeciwko nich niska szafka z dużym telewizorem i sprzętem grającym.

Były tam też porozstawiane aż cztery małe, okrągłe stoliki do kawy, których znaczenie zrozumiałam już, jak kiedyś Filip w czasie oglądania meczu, podczas gdy ja czytałam książkę, zaczął tam rozkładać pizzę, piwo i torebki z chipsami.

Najwidoczniej bywały dni, kiedy oglądali u niego w salonie mecze w liczniejszym męskim gronie i potrzebowali wielu stolików na takie rzeczy.

Przypomniałam sobie czasy, kiedy widziałam to…

Nie, nie.

Nie chciałam o tym myśleć.

Maggie postawiła fotelik z dzieckiem na podłodze obok kanapy, wyprostowała się, zdjęła kurtkę i czapkę.

Poszła z nimi do korytarzyka przy drzwiach, a ja zajęłam się dzieckiem.

Zdjęłam z Jima kocyk, rozwiązałam mu czapeczkę i zobaczyłam, że spał, zaciskając rączki w piąstki, ale stale kopiąc nóżkami w beciku, w który był zawinięty.

- Jest bardzo ruchliwy - powiedziała Maggie pogodnie, a ja podniosłam głowę i zobaczyłam, że wróciła i patrzyła na to z lekkim uśmiechem.

- To dobrze - powiedziałam cicho, nie patrząc dłużej na nią tylko na to słodkie maleństwo - To znaczy, że jest zdrowy.

Maggie wyprostowała się i, kiedy na nią znowu spojrzałam, zobaczyłam, że spojrzała na mnie jakoś uważniej, a potem szerzej się uśmiechnęła.

- Może zrobię kawy? - zaproponowała i skierowała się do kuchni, zostawiając dziecko w foteliku obok kanapy.

Uznałam, że mogę, jak ona, zostawić śpiące dziecko, więc poszłam za nią, obserwowałam, co robiła i trochę jej pomagałam, ale zorientowałam się, że znała kuchnię Filipa.

Musiała tu wcześniej bywać.

Nie wiedziałam jeszcze wtedy, gdzie Filip mieszkał.

To znaczy, nie wiedziałam, gdzie właściwie był jego dom, skoro przywiózł mnie tu nieprzytomną, a potem ani razu nie wychodziłam.

Wiedziałam jednak, że nikt Filipa nie odwiedzał.

Żadni znajomi, przyjaciele, chociaż nadal podejrzewałam, że czasem gościł tu jakichś facetów.

- Byłaś tu wcześniej? - wyrwało mi się.

Maggie odwróciła się do mnie znad czajnika, w którym wstawiła wodę do zagotowania, bo Filip nie miał żadnego ekspresu, nawet przelewowego, więc pijaliśmy kawę rozpuszczalną.

Co mi nie przeszkadzało.

- Tak - uśmiechnęła się - David i Filip to przyjaciele.

Tak, domyśliłam się tego już wcześniej.

- Kiedyś mieliśmy drobne nieporozumienie z Davidem - mówiła Maggie, patrząc na kubki, które napełniała kawą instant i na śmietankę, którą właśnie wyjęła z lodówki - David skrył się tu, u Filipa. A Filip, jak to robią dobrzy przyjaciele, zadzwonił do mnie i kazał mi przyjechać, pogadać z nim.

- Tak po prostu - szepnęłam.

- Tak po prostu - przytaknęła Maggie i odwróciła się do mnie przodem.

- Widzisz, Alba - mówiła potem, patrząc mi prosto w oczy - Czasami wystarczy porozmawiać szczerze i większość problemów się rozwiązuje.

Tak.

Wiedziałam o tym.

Ale to dotyczyło problemów między ludźmi, którzy byli w związku, a ja nie byłam i nie miałam być w związku z Filipem.

Pozostałe moje problemy może David i Filip byliby w stanie rozwiązać.

Ale nie chciałam narażać Maggie, ich dziecka i być może jeszcze kilku innych osób, którzy mogliby przy okazji ucierpieć.

Więc tylko uśmiechnęłam się lekko, wyjęłam z szafki nad zlewem pudełko z kupnymi ciastkami i talerzyk, a potem wyjęłam ciastka z pudełka i zabrałam talerzyk na stolik.

Maggie w tym czasie zalała nasze kawy wrzątkiem, na moją prośbę dolała do mojej śmietanki i wsypała łyżeczkę cukru, przygotowała swoją kawę i zabrała je na stolik, idąc tuż za mną.

Usiadłyśmy, rozmawiałyśmy o przyjaciołach Maggie, czyli o Evie, Alice i Sophie, również trochę o Aleku i Samie, więc dowiedziałam się co nieco o tym, jak się ze sobą spotykali, o czym rozmawiali, jak sobie pomagali i radzili się wzajemnie.

O, Matko!

To było dokładnie to, czego mi brakowało.

Rozmowa z kimś, komu mogłabym zaufać, powiedzieć wszystko, kto byłby przyjacielem i doradziłby mi w moich rozterkach.

Jak moja siostra.

A później obudził się Jim i zajęłyśmy się nim.

Bardzo żałowałam, że nie mogłam go wziąć na ręce.

Starałam się tego nie okazywać.

Maggie położyła go na kanapie, główką skierowanego w moją stronę i zaczęła go przewijać w czystą pieluszkę.

Kiedy poszła z brudną do kosza, zostawiła go na chwilę golusieńkiego, w samej koszulce, wywijającego energicznie nóżkami i rączkami na kocyku, ja przytrzymywałam go tam delikatnie otwartą dłonią za brzuszek.

Wtedy to poczułam.

Powinnam jej powiedzieć.

Wiedziałam to.

Kiedy wróciła, zawahałam się, ale potem zdecydowałam się.

- Maggie - powiedziałam - Czy zauważyłaś, że Jim ma tu takie zgrubienie?

Maggie pochyliła się nad synkiem i spojrzała na miejsce, o którym mówiłam.

- Och, tak - zawołała cicho - Ale nie jest zaczerwienione i nie boli go.

Spojrzała potem na mnie z ciekawością, po czym wróciła do owijania synka czystą pieluszką.

Zaczerwieniałam się i zacisnęłam wargi.

A potem zadecydowałam na rozwinięcie tego tematu.

Po prostu nie mogłam milczeć.

- Myślę, że powinnaś pokazać to lekarzowi - powiedziałam jej cicho.

- Tak? - Maggie przychyliła na bok głowę i przyglądała mi się wyraźnie zaciekawiona, ale jednocześnie delikatnie i powoli ubierała Jima.

- Ja… Widzisz… - znowu się zawahałam - Myślę, że to tłuszczak. To nic groźnego, ale jest to rodzaj nowotworu.

Zobaczyłam, że twarz Maggie nagle spoważniała i pobladła.

- Maggie - złapałam ją delikatnie za nadgarstek tej ręki, którą trzymała swojego syna - Nowotwór to niekoniecznie rak, to nie musi być wyrok. Taką zmianę, jak ta możesz sama usunąć. Wystarczy odrobina oleju rycynowego lub żelu z aloesem, które będziesz codziennie wcierała w jego skórę.

- Skąd to wiesz? - wyszeptała Maggie.

- Ja… - odwróciłam wzrok - widziałam kiedyś coś takiego - zdecydowałam się na półprawdę.

- Ale nie jesteś pewna - Maggie nadal szeptała.

- Wiesz, zawsze trzeba się poradzić lekarza - powiedziałam jej.

Spojrzała na mnie nagle z rozjaśnionymi oczami.

- Moja mama zmarła na raka - wyjaśniła mi, a ja skopałam się w myślach za pochopne straszenie jej zbyt obcesowymi słowami - Nie przejmuj się tym - zawołała Maggie, kiedy zobaczyła moją minę, która musiała jej to powiedzieć - Nie byłam blisko z moją mamą. A dobrze mieć kogoś, kto potrafi powiedzieć tak prosto, że jest jakaś zmiana, a jednocześnie, że nie każdego nowotworu trzeba się bać.

Poczułam, że odprężyłam się, a moja twarz złagodniała.

- Cóż - powiedziałam - Nie jestem lekarzem, więc to tylko rada, żebyś z jakimś porozmawiała.

- Tak - mruknęła Maggie i już nie rozwijała tego tematu.

Patrzyła wyłącznie na swojego syna, a i ja nie spuszczałam z niego wzroku.

Był bardzo pogodnym, energicznym dzieckiem, więc może faktycznie pomyliłam się i niepotrzebnie ją straszyłam.

Przecież nie skończyłam medycyny.

Maggie ubrała Jima do końca, przystawiła go do piersi i zaczęła karmić, jednocześnie rozmawiając ze mną, jakby nagle uznała, że może się mnie radzić w kwestiach żywienia i pielęgnacji dziecka.

Nie chciałam, ale lubiłam to, więc jej odpowiadałam.

Tęskniłam za tym, chociaż nie chciałam się do tego przed sobą przyznać.

Kiedy Jim się najadł, Maggie usiadła nieco bokiem na kanapie, trzymała go na ramieniu, żeby mu się odbiło i całkiem mnie zaskoczyła.

- Alba - powiedziała cicho i łagodnie, patrząc wprost w moje oczy - Filip to dobry człowiek.

Poczułam, że moje serce zatrzymało się, a potem ruszyło w pośpiechu, jakby chciało nadrobić straconą sekundę.

- Wiem - mruknęłam i odwróciłam wzrok.

- Nie wiem, co ci zrobił - mówiła Maggie, a ja ze zdziwienia spojrzałam szybko na nią i otworzyłam usta - Ale może myśleć o sobie źle, a wtedy będzie chciał cię chronić i zostawi cię.

Co mi zrobił?

- Maggie - szepnęłam - On nic mi nie zrobił.

I nie zrobił, to ja zrobiłam.

Maggie zrobiła jakąś taką dziwną, wszechwiedzącą minę, że aż zrobiło mi się słabo, bo myślałam, że lepiej się kryłam.

I myślałam o tym, co powiedziała.

Filip chciał mnie chronić?

To ja powinnam chronić jego.

Był taki dobry, troskliwy, a ja narażałam go na niebezpieczeństwo.

- Alba - Maggie pochyliła się do mnie, podtrzymując główkę Jima na swoim ramieniu - David czuł tak samo, więc wiem. Oni dużo przeżyli. Mają ciężki bagaż z przeszłości. Musisz być cierpliwa.

O, Matko Przenajświętsza!

Oni dużo przeżyli.

Musiałam, po prostu musiałam, jak najszybciej uciekać i nie dokładać Filipowi mojego bagażu.

- Po prostu porozmawiaj z nim, tak? - nacisnęła Maggie, patrząc na mnie bardzo intensywnie.

Skinęłam głową, chociaż nie byłam pewna, co miałabym zrobić.

Byłam tyko pewna, że nie porozmawiam z Filipem.

Nie mówiłyśmy o tym więcej, a Maggie została jeszcze przez godzinę, zanim musiała pojechała do swojego domu i naszykować mężowi kolację.

Zanim odjechała, pomogła mi naszykować zapiekankę ziemniaczaną, którą mogłam po prostu włączyć w piekarniku, kiedy Filip wróciłby do domu.

Rozmawiałyśmy przy tym o książkach, piosenkach; niczym trudnym, ciężkim, niczym, co mogłoby zepsuć nam humor przed powrotem mężczyzn do domu.

Ale i tak miałam za dużo do przemyślenia.

Więc nie byłam w nastroju na poznawanie kogokolwiek, kto czekał na nas z kolacją świąteczną w tym domku, do którego Filip prowadził mnie uważnie, troskliwie dbając, bym nie poślizgnęła się na śniegu, którym pokryty był chodnik.

Trzymał mnie delikatnie dłonią za łokieć, a ja się denerwowałam i miałam ochotę uciekać.

Maggie przywiozła mi na tę okazję szaro niebieską sukienkę tuż za kolana z butiku, w którym pracowali Alek i Sam.

Właściwie to przywiozła mi kompletny strój, jakby spodziewała się, że nie miałam również butów, rajstop, czy torebki.

Chociaż pewnie coś bym znalazła, bo miałam stroje do moich przebieranek.

Sukienka była delikatnie dopasowana w talii z lekko rozkloszowanym dołem, który miał delikatne kontrafałdy.

Jej fason był klasyczny z rękawami o długości ¾ i całkowicie bez zdobień.

Jakby uszyta dla mnie.

Miałam nadzieję, ze spodoba się Filipowi.

Włosy nieco mi odrosły, bo nie obcinałam ich już od miesiąca, więc sięgały mi prawie do ramion i kręciły się w delikatne loki na szyi.

Botki, które miałam na nogach, miały obcas na tyle mały, że nie przewyższałam Filipa, a właściwie patrzyłam mu prawie prosto w oczy, kiedy się do mnie odwrócił.

Wtedy, kiedy wysiadłam z Rubicon’a wprost w jego ramiona i zobaczyłam z bliska jego piękne, piwne oczy.

Bardzo krótko.

Maggie przywiozła dla mnie również wełniany płaszcz, o którym powiedziała, że mi go pożyczyła, bo był jej.

Pasował na mnie, chociaż miał odrobinę za krótkie rękawy.

Nie wiedziałam, jak jej wyrazić moją wdzięczność, bo to było bardzo hojne, przemyślane i troskliwe.

Ubierałam się w sypialni, po wymyśleniu, jak zapiąć sukienkę na ekspres na plecach i tam od razu w pośpiechu założyłam płaszcz, kiedy Filip zawołał z salonu, że musimy jechać.

Więc mnie w niej nie wiedział.

Ale ja jego też nie widziałam w tym stroju, który założył tego dnia, bo był już ubrany w kurtkę, kiedy wyszłam, co uznałam za złe, kiedy doszliśmy do drzwi wejściowych, a one zostały otwarte z rozmachem.

Patrzyłam na pulchną, niską, ciemnoskórą kobietę, z siwymi włosami upiętymi w kok, która tam stała ubrana w fartuch, jakby wyszła prosto z kuchni i zastanawiałam się, co to będzie, jeśli nie będziemy pasowali do siebie z Filipem.

On był taki piękny.

Chociaż to prawdopodobnie nie miało znaczenia.

Byliśmy tylko znajomymi, nawet nie byliśmy przyjaciółmi, z których jedno opiekowało się drugim.

Moje siniaki zeszły na tyle, że mogłam je ukryć pod korektorem, ręce miałam prawie całkiem sprawne, mogłam swobodnie się poruszać, bez ciągłego panowania nad syczeniem z bólu przy siadaniu czy prostowaniu się.

Powinno być dobrze.

Podeszliśmy, Filip pochylił się do pani i objął ją ramionami, a ona zarzuciła mu obie ręce na szyję i uściskała, mówiąc:

- Witaj, synu.

Zamarłam.

Synu?

- Witaj, cioteczko - wymamrotał Filip i trochę ocknęłam się.

Więc nie syn.

Filip cofnął się odrobinę, dokładnie tyle, żeby być równo ze mną i schwycił mnie delikatnie za łokieć.

- Cioteczko Thelmo - powiedział - To jest…

- Anna - przerwałam mu i, sama nie wiedząc, dlaczego wyjawiłam tej obcej kobiecie swoje prawdziwe imię.

- Mam na imię Anna - powtórzyłam zdecydowanie, patrząc na Filipa, ale wyciągając dłoń do cioteczki Thelmy.

Jego oczy zrobiły się takie ciepłe, że już, już pomyślałam, że mnie pocałuje.

O, Matko Jedyna!

*****

Filip

Kilka minut później

Filip stał oparty o blat kuchenny z rękoma założonymi jedna na drugą na klatce piersiowej i z prostymi, skrzyżowanymi w kostkach nogami i patrzył na dwie kobiety.

Anna stała już swobodnie, nie zdenerwowana, w kuchni jego przybranej rodziny, rozmawiała z cioteczką Thelmą, a Filip ponownie przeżywał wszystkie zaskoczenia i swoje zachwyty z tego wieczoru.

Pierwszy zachwyt przeżył, kiedy, nieproszona, poczekała, aż przeszedł dookoła maski Rubicon’a, by otworzyć jej drzwi i podać rękę do wysiadania, a potem stanęła przed nim i spojrzała mu prosto w oczy.

Chryste!

Jej oczy w tych okularach z granatową oprawką lśniły jak niebo po burzy.

Pięknie.

Ten unikalny kolor oczu, ciemnoniebieski, prawie granatowy, pasował do niej dużo bardziej niż tamten dziwny, niepokojący piwny, który nadawały jej barwiące soczewki kontaktowe.

A potem kolejne zaskoczenie i zachwyt, kiedy pomógł jej zdjąć płaszcz i zobaczył ją w tej szaro niebieskiej sukience.

Ten kolor podkreślał granat jej oczu.

A sukienka układała się na jej ciele tak, że miał ochotę ją dotykać, trzymać dłoń na jej podkreślonej talii i wsunąć nos w jej odsłoniętą szyję.

Zwłaszcza, kiedy zgięła kark i spojrzała na niego bokiem.

Jego kutas drgnął, stwardniał i Filip musiał się bardzo mocno skupić, żeby go opanować.

I jeszcze to imię.

Anna, Ania, Aneczka.

Nie miał nic przeciwko imieniu Alba, ale od samego początku, odkąd ją zobaczył czuł, że to nie było jej imię.

Imię Ania miał ochotę powtarzać raz za razem.

Po raz pierwszy od dzieciństwa miał ochotę wznieść dziękczynną modlitwę do Nieba za to, że było mu dane żyć i móc doświadczać takiego piękna.

Nie będzie się czuł przymuszany do wyrażenia tego przy stole.

Była taka cudowna.

Kiedy o tym myślał, do kuchni z góry, ze swoich sypialni, zbiegły po schodach dzieciaki.

Ella, Vivi i Jill rzuciły się na niego z radosnymi powitaniami, ściskaniem jego ud i podskokami wokół niego.

Filip rozłożył ramiona i rozstawił nogi przygotowując się, kiedy wpadły na niego i prawie go przewróciły siłą rozpędu.

A potem śmiał się do nich i oddawał im uściski.

Każda z nich była inna.

Każda była w tej rodzinie zastępczej od innego czasu, ale najmłodsza, czarnoskóra Jill najkrócej.

Ella i Vivi były podobne do siebie na pierwszy rzut oka, bo ciemnowłose, ciemnookie, nieduże i bardzo rozgadane.

Dopiero później, po uważniejszym spojrzeniu, było widać, że Ella miała dominujące geny Latynosów, a Vivi Włochów.

A wszystkie one znały go doskonale, skoro zachodził do nich przynajmniej raz w miesiącu, żeby pomagać cioteczce Thelmie w różnych drobnych naprawach i szarpaniu się z urzędnikami.

Wychowała go, więc czuł się zobowiązany, ale nie robił tego wyłącznie z poczucia obowiązku.

Kochał ją.

- Dzieci, dzieci - zawołała cioteczka i zaklaskała w dłonie akurat wtedy, kiedy do kuchni weszła najstarsza, Betsy - Filip przyprowadził do nas na kolację świąteczną swoją przyjaciółkę. Poznajcie Annę.

Słowa cioteczki spowodowały, że całe towarzystwo zamarło i odwróciło się w stronę Anny.

No, tak.

Nigdy nikogo nie przyprowadził.

Filip poczuł falę zawstydzenia, dochodzącą od strony Anny, o której Filip przestał myśleć Alba, jak tylko wyznała swoje prawdziwe imię, ale już wiedział to o niej, więc nie był zaskoczony.

Nie lubiła być w centrum zainteresowania, peszyło ją to.

Więc podszedł do niej i objął ją w pasie, by ją wspierać.

- Hej, Anno - jako pierwsza ocknęła się Betsy - Jestem Betsy.

Podeszła do Anny z wyciągniętą ręką i uśmiechem.

Na nią Filip zawsze mógł liczyć.

Betsy mieszkała tam najdłużej z nich, była grzeczna, spokojna i zrównoważona i bardzo pomagała cioteczce.

Cioteczka przedstawiała Ani wszystkie dzieciaki po kolei, kiedy Betsy przesunęła do Filipa by przywitać się z nim pocałunkiem w policzek.

Miała trzynaście lat i była wysoką, jak na swój wiek, szczupłą Mulatką.

Ze słów cioteczki wynikało, że dużo przeżyła.

- Johnny strzela fochy w swoim pokoju - wymamrotała do Filipa, więc ten westchnął i poruszył się, żeby iść na górę i załatwić sprawę.

- O, nie! - zawołała nagle do niego cioteczka, która, oczywiście, wszystko usłyszała i zauważyła - Potrzebuję, żebyście we dwójkę z Betsy rozsunęli stół i nakryli do kolacji, bo zaraz będę podawała.

- Może ja pójdę - powiedziała cicho Ania, jakby również doskonale zorientowała się w sytuacji.

Filip poczuł ciepło w piersiach.

- Och, nie, kochanie - zaczęła cioteczka - to nie…

- Pozwól jej, cioteczko - przerwał jej Filip - Anna świetnie sobie radzi z dziećmi, wszystkimi.

Spojrzała w jego stronę i jej wzrok powiedział mu, jak bardzo doceniła to, co powiedział, ale jednocześnie zaczerwieniła się.

- Och, doprawdy - wybąkała.

Filip zdziwił się, bo musiała przecież wiedzieć, że dobrze się dogadywała z dzieciakami, że miała do tego rękę.

Pomyślał więc, że chodziło o coś innego.

- Widziałem - przyznał się cicho, a ona rzuciła mu zaskoczone spojrzenie, ale już nic więcej nie powiedziała.

Filip domyślił się, że nie chciała tego roztrząsać w obecności cioteczki i dzieci, ale nie zdawał sobie sprawy z tego, że Anna nie sądziła, żeby z czymkolwiek kiedykolwiek świetnie sobie radziła.

- No, dobrze, kochana - powiedziała cioteczka z westchnieniem - Więc idź tam. Może ty dasz sobie z nim radę. Trzecie drzwi na prawo od schodów.

Anna poszła na schody, a Filip poszedł z Betsy do jadalni, żeby rozsunąć stół o jedną deskę, dostawić do niego krzesła i nakryć go żółtym obrusem w brązowe liście, który Betsy wyciągnęła z szuflady w komodzie.

Dzieciaki przyniosły z kuchni sztućce i rozkładały je na stole, a cioteczka przyniosła pierwszy półmisek, kiedy usłyszeli głosy na schodach.

Anna mówiła cicho, łagodnie, ale ze słyszalnym uśmiechem w głosie, a Johnny śmiał się w głos i opowiadał jej coś z zapałem, głośno i radośnie.

- Jak słowo daję, nie mógł… - Johnny urwał nagle, kiedy dotarli na dół schodów i zobaczył, że wszyscy zwrócili się w ich stronę i patrzyli wyczekująco.

Johnny był szczupły, nerwowy, zwykle milczący i miał wyraźne wpływy genów Afroamerykańskich, chociaż nie miał całkiem ciemnej skóry.

Dołączyli do nich w wejściu do kuchni, gdzie Anna się zatrzymała.

Johnny natomiast podszedł do cioteczki, objął ją w pasie, przycisnął twarz do jej brzucha i wyszeptał - Przepraszam i dziękuję.

To było tak szokujące dla tych, którzy go znali, dla nich wszystkich, że dzieciaki patrzyły na niego z otwartymi buziami, a Betsy spojrzała na Annę z jawną wdzięcznością.

Cioteczka miała lśniące oczy, ale tylko popatrzyła na Annę i uścisnęła chłopca, kiedy szepnęła - Już dobrze, kochanie.

Filip wiedział, że Johnny miał jedenaście lat i mieszkał w tym domu tylko o dwa miesiące krócej niż Betsy.

Buntował się co jakieś dwa, trzy tygodnie i zwykle to Filip doprowadzał go do porządku.

Rugał go i napominał, ale nigdy nie osiągnął takiego efektu, jaki Anna osiągnęła jedną, jedyną rozmową.

Zanosili kolejne potrawy na stół.

Filip patrzył na tę skrytą, skromną kobietę, którą ktoś chciał skrzywdzić i czuł ciepło, rozchodzące się z jego klatki piersiowej na całe ciało.

Tak.

Wreszcie znalazł brylant, prawdziwy skarb.

Czy mógł być tak egoistyczny, żeby spróbować zatrzymać ją przy sobie?

Czy dałby radę zatrzymać ją przy sobie?

Czy był na tyle dobry?

Usiedli przy stole i złapali się za ręce.

Cioteczka, jak zwykle, zaczęła podziękowania.

A następna dziękowała Anna.

- Dziękuję Ci, dobry Boże, że mogłam poznać takich wspaniałych ludzi. Dziękuję, że postawiłeś na mojej drodze Filipa, który mnie przyprowadził do tego wspaniałego domu… - dziękowała, a wszystko skupiało się wokół niego, ale Filip czuł się coraz to bardziej mały i nic nie znaczący.

Była taka cudowna, a tak potrafiła podkreślić jego zasługi.

Zasługi, których on nie miał, bo nawet, jeśli nie spotkałaby jego, to była jaka cudowna, że znalazłby się ktoś, kto by ją obronił.

Poczuł, że nie był jej wart.

Ale podziękował za to, że była.

*****

Dwie godziny później

Żegnali się ze wszystkimi, ale dziewczyny poprosiły jeszcze Annę, żeby poszła z nimi na górę, do ich sypialni, bo chciały jej coś pokazać.

Johnny uciekł wcześniej.

Więc tylko Filip razem z Betsy pomagali cioteczce sprzątać ze stołu, a potem Betsy poszła do siebie, a Filip z cioteczką stali w kuchni i wycierali i chowali naczynia do szafek.

- Anna to prawdziwy skarb - powiedziała cioteczka.

- Tak - odparł Filip, bo to była prawda i nie było co do tego dopowiadać.

- Dbaj o nią - powiedziała cioteczka, a Filip zdziwił się, bo nie sądził, żeby potrzebował takiego przypominania - Jak cię znam, spróbujesz ją odepchnąć, bo uznasz, że nie jesteś jej godzien, albo jakieś inne bzdury - dodała cioteczka ostro.

- Cioteczko - wymamrotał Filip.

- Jesteś za skromny - cioteczka rzuciła ściereczkę do naczyń na blat, podeszła do niego bardzo blisko i ujęła jego dłoń.

Nigdy go nie obejmowała, nie przytulała, nie odkąd skończył kilkanaście lat i według prawa stało się to niemożliwe.

Ale nadal czuł jej miłość.

- Ona też jest skromna, więc też może spróbować cię odepchnąć - mówiła - Pamiętaj, że musisz z nią rozmawiać o swoich uczuciach.

Filip odwrócił wzrok.

Skupił się na poznaniu tajemnicy Alby, teraz Anny, więc nigdy nie rozmawiali o ich pierwszym spotkaniu.

- Byłem dla niej niezbyt… - przerwał, ale potrzebował się poradzić.

Tylko nie chciał, naprawdę nie chciał wyjawiać cioteczce, jak bardzo popieprzone było to, co zrobił.

- Widzę, jak na ciebie patrzy - powiedziała cioteczka cicho - A to znaczy, że ci wybaczyła, jeśli nawet było to coś złego. Albo to ty uważasz, że to było coś złego, a tak naprawdę nie było.

Było.

Filip to wiedział.

Ale nie zamierzał się tym dzielić.

Cioteczka miała rację.

Musiał o tym porozmawiać z Anną.

Patrzył, jak schodziła ze schodów uśmiechnięta łagodnie i żegnana wesołymi okrzykami dzieciaków, a potem naszykował się, by zabrać ją do domu.

Do swojego domu.


 

3 komentarze: