Wesołe i jasne
(MERRY AND BRIGHT)
Bonus - Świąteczna opowieść Elviry
(An Elvira Christmas Story)
Kristen
Ashley
Tłumaczenie:
monique.1.b
Dedykacja
Ta drobiazg jest
poświęcony moim dziewczynom, Beth Bullard i Michele Harrison, i wspomnieniu,
kiedy wychodziłyśmy na zimę i śnieg w okresie świątecznym, spacerowałyśmy
ulicami Denver i chłonęłyśmy wszystko, co było wesołe i jasne.
Jest również poświęcony
wszystkim moim Rock Chicks, daleko i szeroko. Wdzięczność prosto z głębi serca
za uczynienie 2015 roku kolejnym niesamowitym rokiem!
Elvira
-
Obcięłam czeki premiowe dla sprzątaczy. Kupiłam te duże kubki popcornu, aby
wysłać je do naszej firmy technologicznej, chłopców z ochrony budynku, innych z
konserwacji budynków, a jeden wysłałam do Zipa w jego Emporium Broni.
Kiedy
opisywałam swoje działania ze świątecznej listy w miejscu pracy, którą sam
sobie zrobiłam do wykonania, bo mój szef nigdy nie pomyślałby o tym gównie,
zauważyłam, że oczy wspomnianego szefa, Hawka Delgado[1],
zaszkliły się.
Więc
przestałam mówić na nanosekundę.
Potem
zapytałam - Nie obchodzi cię to wszystko, prawda?
–
Nie – odpowiedział.
–
Racja – powiedziałam - Zatem przejdę do ważnych rzeczy. Wprowadziłam dodatki na
liście płac. Premie dla chłopców są dobre. Odcinki płacowe są wydrukowane i
gotowe do rozdania. Chcesz to zrobić na naszym corocznym przyjęciu
bożonarodzeniowym?
Jego
oczy zwęziły się podejrzliwie.
To
dlatego, że mnie znał.
-
Nie mamy corocznego przyjęcia bożonarodzeniowego - stwierdził stanowczo.
-
Wiem – powiedziałem mu - Po prostu mówię, że jeśli zmienisz zdanie w tym roku, a
to zrobisz, ja zgadzam się to planować… natychmiast.
–
Elviro, jest dwudziesta sekunda grudnia.
Wyciągnęłam
rękę do centrum dowodzenia przypominającego audytorium, które znajdowało się za
biurem Hawka, odpowiadając - To komandosi. Nie chcą się wystroić i iść do jakiejś
wymyślnej restauracji ze swoimi sukami. Chcą się nawalić, opcjonalnie ajerkoniakiem.
Ja tylko wybiorę bar, który jest udekorowany na Boże Narodzenie, wyślę e-mail
do całej firmy, aby spotkać się o określonej godzinie, bum! - Podniosłam obie ręce i wyrzuciłem je na boki podczas
pstrykania - Natychmiastowe przyjęcie bożonarodzeniowe dla komandosów.
-
Nie.
–
Hawk – pochyliłam się do przodu - Jest Boże
Narodzenie.
Wstał
z siedzenia za biurkiem, gdzie stałam naprzeciwko niego.
–
Tak, jest – odpowiedział - A dostaną to, czego chcą, w formie dodatkowej
wypłaty.
Skrzyżowałam
ręce na piersi, obracając się, by nie patrzeć na niego, gdy w tym samym czasie
szedł wokół biurka
Mówiłam.
-
Niektórzy z tych chłopców mają więcej ducha Bożego Narodzenia. Do diabła, Mo ma
na swoim stanowisku pracy renifera z czerwonym nosem.
Hawk
zatrzymał się za biurkiem, robiąc to zwrócił się do mnie - Mo ma renifera na
swoim stanowisku pracy, bo jego kobieta pokazała się z tym na lunch, położyła to
tam, a on ma lepsze rzeczy do zrobienia, więc nie był na swoim stanowisku pracy
wystarczająco długo, aby wyrzucić to do śmieci.
To
chyba była prawda.
Wciąż
wpatrywałam się w Hawka.
-
Żadnego przyjęcia bożonarodzeniowego, Vira - oznajmił Hawk ostrzegającym
głosem.
-
Gwen by je chciała - powiedziałam mu, odnosząc się do mojej dziewczyny, która
była również jego żoną, kobietą, która całkowicie zajęłaby się minimalnym
planowaniem, jakie musielibyśmy zrobić, by zrobić przyjęcie bożonarodzeniowe
dla komandosów.
-
Gwen jest gotowa na każdą imprezę – wymamrotał, znowu zaczynając się ruszać i
tylko zerkając w moją stronę, kończąc dekret - Żadnej imprezy.
Przewróciłam
oczami z - Jak-sobie-chcesz.
Hawk
nie odpowiedział. Po prostu szerokim krokiem opuścił pokój.
Nie
szłam szerokim krokiem. Taki krok w butach Jimmy’ego Choo na piętach
centymetrowych obcasach był niemożliwy. Nawet bym nie próbowała.
Dumnie
kroczyłam.
Kiedy
wróciłam do swojego biurka, zobaczyłam stos kopert zawierających odcinki
wypłaty premii i zdałam sobie sprawę, że mężczyzna nie powiedział mi, w jaki
sposób chce je wypłacić.
Wyjrzałam
przez moją jedną ścianę okien, tę z widokiem na centrum dowodzenia. W bazie
Hawka nie było okien na świat zewnętrzny. Były, ale były zaciemnione, aby
mężczyźni mogli oglądać ekrany i wpatrywać się w monitory swoich komputerów bez
oślepiania. Aby tak było, zasłonięcie tych okien było ekstremalne, więc ledwo
można było przez nie widzieć.
Zauważyłam
również, że Hawka nie było nigdzie w tej okolicy, co oznaczało, że był w pracy,
co oznaczało, że chwyciłam mój telefon komórkowy.
Nie powiedziałeś, jak chcesz
wypłacić czeki bonusowe - wysłałam mu SMS-a.
Zajęło
mu trochę czasu, zanim odpisał po prostu, Stacje
robocze.
Jeszcze
raz przewróciłam oczami. Mężczyzna nie mógł nawet wysłać porządnego SMS-a, takiego,
który kończyłby się I dziękuję za
wszystko, co robisz, nie wiem, jak bym bez ciebie kierował moimi komandosami.
To
znaczy, zgodnie z dekretem Hawka, sporządziłam mój własny odcinek bonusu świątecznego.
Bonus
był miły.
Ale
poważnie.
Chwyciłam
koperty i wyszłam do głównej przestrzeni, idąc wzdłuż poziomów i rozkładając
koperty, które należały do danej stacji, obserwując, jak trzepoczą i lądują na
każdym biurku. Na niektórych stacjach siedzieli mężczyźni, wpatrzeni na rząd
ekranów przymocowanych do ściany z przodu pomieszczenia lub stukający w
komputery, również w pracy.
Ledwo
na mnie spojrzeli.
Wesołych cholernych Świąt -
pomyślałam, walcząc z chęcią zrobienia kilku świątecznych klapsów w głowę, jak
ten kręcony, zatkany brokatem Duch Świątecznego Prezentu ze Scrooged[2] (moja
ulubiona postać w tym filmie), by wbić w nich trochę Ducha Bożego Narodzenia.
Robiłam
też to, co często robiłam. To znaczy ponownie rozważałam moje zatrudnienie w
miejscu wypełnionym wyłącznie testosteronem, kulami i materiałami wybuchowymi.
Wtedy
przypomniałem sobie moje buty od Jimmy’ego Choo i fakt, że wynagrodzenie, które
Hawk płacił mi za prowadzenie tego sklepiku, oznaczało, że mogłam mieć buty od
Jimmy’ego Choo.
Więc
zmieniłam zdanie.
Byłam
po prostu w złym nastroju, a ten zły nastrój koncentrował się wokół faktu, że
nie padał śnieg. Ani razu przez cały grudzień.
W
październiku mieliśmy śnieżycę. Kolejną w listopadzie.
Ale
żadnej w grudniu.
I
to wtedy, kiedy to przeklęte miasto potrzebowało, żeby było wesoło i jasno na
Boże Narodzenie, do cholery.
Godzinę
później pakowałam się do domu, kiedy zadzwoniła moja komórka.
Spojrzałam
na ekran, zobaczyłam, że dzwoniła Tracy i odebrałam.
–
Co się dzieje, Tyczko? – zapytałam na powitanie.
-
Pada śnieg! - wrzasnęła.
Moje
serce podskakiwało w radosnym rytmie, a wzrokiem przeskoczyłam za ścianę okien,
chociaż nic nie widziałam.
-
Pada śnieg, śnieg, śnieg! – wrzasnęła
Tracy.
Poczułam,
że moje usta się wykrzywiły.
Alleluja!
-
Wszystkie to świętujemy. Ty, ja, Gwen, Camille, Tess, Mara i Tyra[3].
Spotykamy się w Klubie dla gorących misiaczków. Chociaż nie jest gorąco i misiaczki
będą w postaci martini lub cosmo, ale rozumiesz. Pomysł Gwen. Zmusiła Meredith
do pilnowania dzieci, więc ruszamy! Spotkamy się tam, jak tylko każdy będzie
mógł się tam dostać. Właśnie tam się kieruję, aby zająć nam miejsca.
Tak,
Gwen zawsze była gotowa na przyjęcie.
Ale
nie miałam spotkać się tam od razu.
Zamierzałam
zrobić to, na co miałam ochotę od Święta Dziękczynienia. To, co musiałam
zrobić, aby sezon świąteczny w mojej głowie oficjalnie się zaczął.
Potem
trafiłabym do Klubu do moich dziewczyn.
-
Będę tam trochę później - powiedziałam Tracy – Ale będę tam.
-
Fajnie, Vira. Daj nam znać, kiedy będziesz w drodze – odparł Tracy.
-
Zrobi się.
Odłożyła
słuchawkę.
Przyspieszyłam
zamykanie i pakowanie, żebym mogła tam wyjść.
Tam
na śniegu.
Gdzie
wszystko było wesołe i jasne.
*****
Na
czoło naciągnęłam swoją szarobrązową czapkę z szerokim obszyciem ze sztucznego
futra. Miałam zapięty na guziki ciemnoszary, wełniany płaszcz zimowy z klapami
ze sztucznego futra, które zakrywały moją sukienkę, z klapami odwiniętymi, żeby
było mi przyjemnie ciepło. I byłam z siebie zadowolona, że byłam na tyle sprytna, by
potraktować
zamsz moich czekoladowo-brązowych butów Choo na szpilkach środkiem przed
przemoczeniem.
Wszystko
to, gdy szłam chodnikami i obserwowałam, jak gęste podmuchy spadają szybko i
wściekle, rozświetlając migoczącą Bożonarodzeniową Noc w mieście.
Robiłam
to co roku po pierwszym śniegu, który miał miejsce w grudniu po wypuszczeniu
ozdób choinkowych.
Uwielbiałam
przebywać z moimi dziewczynami. Uwielbiałam przebywać z moją rodziną (kiedy nie
działali mi na nerwy, więc ta miłość często robiła sobie przerwę od przebywanie
w pobliżu nich). W dobry dzień uwielbiałam nawet przebywać z moimi komandosami
(i nie kłamię, miałam więcej dobrych dni z moimi komandosami niż z rodziną,
która nie działała mi na nerwy, a ci komandosi regularnie byli dla mnie wrzodem
na dupie).
Ale
byłam też tą kobietą, która mogła być sama i to był jeden z moich ulubionych
momentów, żeby być właśnie takim.
Nawet
przy przejeżdżających samochodach – z ludźmi spieszącymi się, by dokończyć
świąteczne obowiązki, wrócić do domu i zrobić obiad, dotrzeć na imprezę –
wędrując po ulicach ze śniegiem lekko padającym, z migającymi światłami
bożonarodzeniowymi, Bóg i Jego ręka pracująca przez człowieka razem, aby
uczynić piękne miasto magicznym, poczułam spokojną satysfakcję w mojej
samotności. Skupienie. Przypomnienie, dlaczego wszyscy byliśmy na wspólnej
planecie: by kochać, nieść radość, być hojnym i tworzyć piękno.
Kiedy,
oczywiście, nikt nie działał nam na nerwy ani nie był wrzodem na dupie.
Nikt
nie działał mi na nerwy wtedy, gdy zatrzymałam się, aby obejrzeć wystawę przed
wieżowcem, gdzie każde drzewo, nagie bez liści, było ozdobione obfitą koronką
bajkowych świateł, wysokim na pięć metrów, lśniącymi czerwonymi ornamentami w kształcie
piramidy, która musiała wznosić się dwa piętra tuż za frontowymi drzwiami.
Jak
dotąd mój ulubiony.
Ta
lista robiła się długa.
To
właśnie na tej myśli, która sprawiła, że uśmiech wykrzywił mi usta, usłyszałam coś, co przeniknęło moje spokojne
zadowolenie.
Tupot
biegnących stóp.
Odwróciłam
się i zobaczyłam, że miałam rację. Jakiś mężczyzna biegł po mokrych chodnikach,
które dopiero zaczynały puchnąć w zaspy na krawędziach od śniegu, który już
dawno zaczął przyklejać się do trawy, dachów samochodów i markiz.
Pół
sekundy po tym, jak go zobaczyłam, zobaczyłam też dwóch innych biegnących
mężczyzn.
Goniących
go.
Gówno.
Podjęłam
decyzję, by wyjść na ulicę za samochody, aby zejść z drogi temu, co się działo.
Ale
w moich butach nie byłam w stanie wyjść daleko poza krawężnik, gdy próbowałam
zrealizować ten plan, a wszyscy trzej mężczyźni biegli szybko.
Mimo
to chodnik był szeroki i nikogo na nim nie było. Gdybym nie dotarła do końca
najbliższego mi samochodu, bez obaw mogliby mnie minąć. Wtedy mógłabym wyrzucić
ich z mojej głowy i wrócić do mojego wesołego i jasnego.
Problem
polegał na tym, że ścigany mężczyzna nie przebiegł obok mnie.
Podbiegł
prosto na mnie, zbijając mnie z tropu
(bo po co, do cholery, miałby to robić?), łapiąc mnie silnym ramieniem wokół
mojej szyi, obracając mnie twarzą do goniących go mężczyzn, z plecami do jego
przodu.
Przez
to moja kostka skręciła się na szpilce, ból przeszywał stopę i łydkę w tym
samym czasie prawie upuściłam moją bajeczną kopertówkę Valentino na mokry chodnik.
Uch.
Do
diabła, nie.
-
Co do cholery! - Krzyknęłam.
Jego
ramię nie wokół mnie uniosło się i zobaczyłam, jak wycelował broń w dwóch
mężczyzn, którzy go ścigali.
-
Chyba żartujesz - warknęłam.
-
Zamknij się! - wrzasnął tak blisko mojego ucha, że te
dwa słowa rozbrzmiały boleśnie w mojej błonie bębenkowej, sprawiając,
że się skrzywiłam - A wy - skinął pistoletem na dwóch mężczyzn, którzy
zatrzymali się pięć kroków dalej - wycofajcie się!
-
Racja, człowieku, uspokój się – powiedział jeden z nich.
Nie
patrzyłam na tych mężczyzn.
Moje
spokojne zadowolenie zostało zniszczone przez uzbrojonego mężczyznę, który
wziął mnie jako zakładniczkę na chodniku w Denver, które zostało zaczarowane
przez Boga i człowieka.
Więc
byłam skupiona.
Co
oznaczało, że byłam wkurzona.
–
Puść mnie – zażądałam.
-
Zamknij się! - wrzasnął mężczyzna, który mnie trzymał.
-
Bracie, jestem na mojej corocznej inspekcji wesołości i jasności –
wykrztusiłam, walcząc z jego uściskiem i przenosząc wzrok na bok, próbując go
dostrzec - Nikt temu nie przeszkadza. Z jakiegokolwiek powodu. A na pewno jakaś
cholera, co łapie mnie za szyję, zbliża się niebezpiecznie do złamania obcasa w
moich cholernych Choo i upuszczenia mojego Valentino do zmoczenia na chodnik,
cały czas wymachując cholernym pistoletem.
-
Powiedziałem: Zamknij się! - wciąż krzyczał, popychając mnie brutalnie
ramieniem – I przestań się wiercić.
–
Nie przestanę się wiercić, skurwysynu – odpaliłam, a mój głos podniósł się wraz
ze zdenerwowaniem - Jest Boże Narodzenie! Jest pierwszy grudniowy śnieg! A ty
to psujesz!
Obrócił
pistolet, by wycelować go w moją skroń, odsuwając nieco głowę, żeby łatwiej
mógł złapać mój wzrok.
Jego
były maniakalne.
–
Powiedziałem – wyszeptał, jego ton był przerażająco sprzeczny z dzikością w
jego oczach, wbijając broń w moją skroń - Zamknij się.
–
Pieprzyć to – mruknęłam.
Podniosłam
rękę, owinęłam ją wokół nadgarstka, w którym trzymał pistolet, w tym samym
czasie podniosłam but i wbiłam go w dół, wbijając obcas w czubek jego stopy.
Krzyknął,
jego uścisk na mojej szyi rozluźnił się.
Natychmiast
wyszarpnęłam broń od swojej skroni i wyrwałam się z jego uchwytu. Puściłam go,
odwróciłam się do niego, wyrzuciłam rękę i mocno uderzyłam go w nos.
Zatoczył
się do tyłu, obie ręce przyłożyły do twarzy, nawet rękę z pistoletem.
Ponieważ
stracił kontrolę, sięgnęłam po broń, wyrwałam mu ją z dłoni, wzięłam w swoją i
skierowałam przeciwko niemu.
–
To sezon na mnóstwo gówna, skurwysynu, ale nie to – syknęłam.
Poczułam,
że coś ściska mi nadgarstek.
Obróciłam
się w tę stronę, spojrzałam w piękne brązowe oczy w przystojnej brązowej twarzy
i poczułam, że moje usta się rozluźniają, skoro w tej sytuacji nie mogłam
powstrzymać się od całkowitego oszołomienia, gdy nagle zostałam zaatakowana
przez widok najbardziej niesamowitego mężczyzny, jakiego kiedykolwiek
widziałam.
Był
to jeden z mężczyzn ścigających bandytę. Kiedy moja spokojna kontemplacja
dobroci ludzkiego braterstwa została przerwana przez dupka z bronią, nie
zauważyłam, jak niewiarygodnie był wspaniały.
Albo
jak wysoki.
Albo,
w tej chwili, jak bardzo wkurzony.
Słyszałam,
co działo się z jego partnerem i bandytą za mną, w tym słowa - Jesteś
aresztowany… - tak jak wysoki drink czekoladowej dobroci uniósł odznakę o kilka
centymetrów od mojej twarzy i powiedział - Policja.
Był
niesamowicie piękny.
Był
gliną.
Ale
żaden mężczyzna nie podsuwał niczego do
mojej twarzy.
Mój
kręgosłup wyprostował się i otworzyłam usta, żeby się rozluźnić.
Nie
wydobyłam ani słowa, bo nagle coś innego było o kilka centymetrów od mojej
twarzy i tym czymś innym była jego twarz.
Mm-hmmm.
Miałam
rację.
Z
bliska i osobiście był niesamowicie wspaniały.
-
Jesteś cholernie szalona? - zapytał zirytowany.
Nawet
zirytowany miał głos gładki jak ciepła melasa.
Gówno
mnie obchodził jego gładki jak ciepły jak melasa głos.
–
Odsuń się, bracie – zażądałem.
–
Ten człowiek miał pistolet przy twojej przeklętej głowie – uciął.
–
Teraz nie ma – zauważyłam ostro.
-
Kiedy ty zaczęłaś to gówno, on mógł pociągnąć za spust i odstrzelić tą śliczną czapkę,
ale co gorsza, odstrzelić tę ładną buzię - odparł ze złością.
Myślał,
że moja buzia jest ładna?
Nie
musiałam pytać o moją czapkę. Wiedziałam, że moja czapka była słodka.
–
Nie odstrzelił – powiedziałam mu coś, co wiedział.
–
Mógł – odpowiedział.
Zwiększyłam
dwa centymetry przestrzeni, który dzielił nasze nosy, do dziesięciu – Nie odstrzelił.
-
Malik, chcesz mi pomóc, bracie? - zawołał jego partner.
Odsunął
swoją twarz od mojej twarzy, ale tylko po to, by wskazać palcem ten sam
centymetr między moimi oczami.
Podczas
tego manewru moja złość wzrosła i poczułam, że te oczy robią się tak szerokie,
że myślałam, że wyskoczą mi gałki oczne.
-
Ty. Ani cholernie drgnij – warknął, po czym odwrócił się i podsunął się do
swojego partnera.
Odwróciłam
się, żeby popatrzeć i stałam, z jedną nogą wysuniętą, z rękami skrzyżowanymi na
piersi, z palcami jednej z dłoni owiniętymi ochronnie wokół krawędzi mojego
Valentino, zbyt cholernie wkurzona, by w pełni pojąć, jak fajny był jego tyłek,
kiedy zobaczyłam podjeżdżającą skórzaną kurtkę gdy schylił się, by podciągnąć
bandytę. Bandytę, któremu jego partner zakuł ręce w kajdanki i który leżał
brzuchem na chodniku.
Chociaż,
to powiedziawszy, nie w pełni widziałam
jego wspaniały tyłek.
Nadal
oglądałam jego piękny tyłek.
Wyciągnęli
tego dupka, obracając go. Jego partner miał telefon przy uchu, mężczyzna o
imieniu Malik patrzył na mnie wciąż gniewnymi oczami.
-
Powiedz im, żeby wysłali oddział po tego gościa – rozkazał Malik swojemu
partnerowi, po czym skinął głową w moją stronę – Zabieramy ją ze sobą.
O
nie, nie zabierali.
-
Nie, nie zabieracie - oświadczyłam, podczas gdy partner rozmawiał przez
telefon.
Obaj
trzymali ręce wokół bicepsów napastnika i szarpnęli go, by zatrzymał się cztery
kroki ode mnie.
–
Tak, zabieramy.
-
Robię moją coroczną trasę przez wesołe i jasne – podzieliłam się.
-
Nie wiem, co to jest i nie obchodzi mnie to – odpowiedział – Jedziesz, żeby
złożyć zeznania.
-
Dobrze - zgodziłem się, po czym kontynuowałem - Kiedy skończę z trasą. A po
tym, jak mam gorące misiaczki z dziewczynami, aby uczcić pierwszy grudniowy
śnieg. Po tym wszystkim wejdę do was.
Jego
brwi się złączyły.
-
Mówisz poważnie? – zapytał.
-
Tak - odpowiedziałam.
Potrząsnął
gwałtownie głową - Racja. Właśnie złapaliśmy faceta, który jest poszukiwany za
morderstwo, który złapał cię i trzymał na muszce, a ty myślisz, że wyjdziesz na
drinka ze swoimi dziewczynami, zanim przyjdziesz złożyć zeznanie?
Hmmm.
Poszukiwany
za morderstwo.
Nic
dziwnego, że mężczyzna wyglądał na maniaka. Na pewno nie będzie miał wesołych
świąt.
Nie
wpuściłam Malika w ten tok myślenia.
Po
prostu powiedziałam - Tak.
Usłyszałam
syrenę dokładnie tak, jak usłyszałam jego słowa, ciepło wróciło w melasie w
jego głosie - Twoje plany właśnie się zmieniły, śliczne maleństwo.
O
Boże.
Czułam
to śliczne maleństwo w bardzo dobrym miejscu.
Mimo
to spojrzałam na niego.
I
nagle oświetliły nas nie bożonarodzeniowe lampki, ale czerwone i niebieskie
policyjne światła, które były jasne, ale nigdy nie wesołe.
Zaciągnęli
faceta do radiowozu, a ja stałam tam z rękami na piersi, obserwując ich.
Kiedy
już przekazali faceta i był zabezpieczony z tyłu radiowozu, porozmawiali krótko
z oficerami. Potem umundurowany glina wsiadł do samochodu i odjechał, podczas
gdy glina w cywilu, Malik i jego partner, podeszli do mnie.
–
Pójdę po nasz pojazd, nie chcę, żeby ta pani szła całą tę drogę w tych
szpilkach – mruknął partner, jego wzrok ostrożnie nie był skierowany ani na
Malika ani na mnie, a na jego ustach flirtował uśmiech.
Zanim
którekolwiek z nas zdążyło się odezwać, odwrócił się i odbiegł.
-
Nawiasem mówiąc, jestem Elvira! - Krzyknęłam za nim - Miło mi cię poznać!
Wciąż
biegając, skręcił się, zasalutował, teraz wyprostowany, uśmiechając się szeroko,
odwrócił się i dalej biegł.
–
Maniery – mruknęłam.
-
Uderzyłaś uzbrojonego człowieka w nos - Malik nie mruknął.
Panie,
wróciliśmy do tego?
–
To było po tym, jak narzekałaś mu na swoje buty – ciągnął - Tą tyradą, która
miała miejsce, gdy byłaś trzymana przez uzbrojonego mężczyznę.
–
Uh, na wypadek, gdybyś to przegapił, Detektywie Przystojny – przesunęłam dłonią
po swoim przodzie – Nic mi nie jest. To koniec. Zrobione. Ruszamy dalej.
-
Nie kłócę się, że wszystko w porządku – odpowiedział, dając jasno do
zrozumienia tonem swojego głosu, nawet wciąż z nutką wkurzenia, a ja to też poczułem
w dobrym miejscu - Jesteś również wariatką.
Nie
czułam tego w żadnym dobrym miejscu.
Poczułam,
że moje oczy się zmrużyły.
-
Flirtujesz ze mną w tym momencie, kiedy nazywasz mnie wariatką?
–
Tak jest – potwierdził śmiało.
Śmiały.
Czarny. Piękny.
Ocho.
Moje
oczy pozostały zwężone, ale nawet zwężone, nie mogły nie zauważyć wszystkiego,
co było nim.
Myślał,
że ze mną wszystko w porządku.
Ja wiedziałam, że nic mu nie jest.
Czas
zrobić najważniejsze podsumowanie, zanim gówno pójdzie na południe.
-
Jesteś żonaty? - zapytałam.
-
Nie - odpowiedział.
-
Spotykasz się z kimś? - Trzymałam się go.
-
Nie - odpowiedział.
-
Tatuś jednego lub więcej dzieci?
-
Nie, z tego co wiem.
–
Niezbyt dobra odpowiedź – warknęłam.
–
Może nie, ale to prawda – odparł.
Mogłam
mu to oddać.
Szłam
dalej.
-
Czy masz problemy z zaangażowaniem? - Zapytałam.
-
Mam trzydzieści sześć lat i jestem kawalerem, czy to się liczy jako problemy z
zaangażowaniem? - zapytał w odpowiedzi.
-
Tak - powiedziałam mu.
-
Dziecinko, zdajesz sobie sprawę, że pytasz mnie, czy mam problemy z
zaangażowaniem, a nawet nie zaprosiłem cię na randkę.
Zwróciłam
uwagę na oczywiste - Nie będzie warto tego robić, jeśli nie spodoba mi się to,
co usłyszę, ponieważ bez względu na to, jak bardzo podoba mi się widok, jeśli
nie podoba mi się to, co usłyszę, odpowiedź będzie nie.
–
Słusznie – mruknął, a gniew zniknął, teraz wydawał się rozbawiony.
Studiowałam
cud, jakim był, kiedy już nie był wkurzony, ale rozbawiony i robiłam to
posyłając słowo do niebios.
Panie,
proszę wysłuchaj moich modlitw.
-
Wiesz, że jeśli dowiem się w przyszłości, jeśli będzie jakaś przyszłość, że
skłamałeś na którekolwiek z powyższych pytań, mam prawo spalić twój dom –
poinformowałam go.
-
Jesteś kobietą, która nie ma problemu z rozbrojeniem mężczyzny, który trzyma
broń wycelowaną w twoją głowę, więc nie spodziewałbym się niczego innego. Ale tylko
ci powiem, że to nie jedyny powód, dla którego w żadnym wypadku bym cię nie
okłamał… - Przerwał, gdy te piękne brązowe oczy nabrały intensywności, zanim skończył
- przenigdy.
To
była dobra odpowiedź.
Nadal
patrzyłam na niego zmrużonymi oczami.
Nagle
uśmiechnął się.
Nie
poczułam tego w jednym dobrym miejscu.
Poczułam
to w pięciu.
-
Jestem Malik – powiedział.
–
Załapałam – powiedziałam.
–
Ty jesteś Elvira – ciągnął.
–
Niewiele przegapiasz, prawda? - spytałam.
Podszedł
bliżej.
Chciałam,
żeby się zbliżył bardziej, ale się tym nie podzieliłam. Po prostu stałam na
swoim miejscu.
Jego
głos obniżył się, rozgrzał jeszcze bardziej, pokrywając mnie lepką słodyczą. Byłam
cholernie pewna, że nie przeszkadzałoby mi to, nawet jeśli utknęłabym tu na
zawsze przyklejona moimi Valentino, kiedy powiedział - Wygląda na to, że masz
plany na dzisiejszy wieczór, to znaczy po tym, jak złożysz swoje zeznania.
-
Mam.
–
Masz ochotę je zmienić? - zapytał.
Absolutnie
to zrobiłabym to.
-
Nie obrażam moich dziewczyn – podzieliłam się.
-
Racja. Więc kolacja. Jutro. Ósma. Barolo Grill.
Całkowicie
zamierzałam iść na kolację z tym bratem.
Jednak
dałam mu przykrą prawdę.
-
Kochanie, w tak krótkim czasie na dwa dni przed Bożym Narodzeniem nigdy nie
dostaniesz rezerwacji w Barolo Grill.
-
Tylko popatrz.
O
rany.
Mm.
-
Elvira - ponaglił, gdy nic nie powiedziałam.
Moje
imię w jego głosie było najpiękniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek słyszałam.
I
znów chciałam to usłyszeć.
Często.
–
Niech będzie – powiedziałam.
Wtedy
dostałam kolejny uśmiech.
Wtedy
też zbliżył się jeszcze bardziej.
O
wiele bliżej, musiałam odchylić głowę daleko do tyłu, żeby na niego spojrzeć.
Miło.
-
Czym jest jasna i wesoła trasa? - zapytał cicho.
-
Jest pierwszy śnieg grudnia – powiedziałam mu.
–
Wspomniałaś o tym.
-
A to oznacza, że jest pierwszy śnieg, kiedy wszystkie ozdoby świąteczne są już rozwieszone.
–
Tak, to idzie w parze, kochanie.
Skinęłam
głową - Tak więc każdego roku, w pierwszy śnieg grudnia, odbywam swoją jasną i
wesołą trasę. Wędruję ulicami Denver. Przyglądam się migającym światłom, Bogu i
człowiekowi pracującym razem, aby moje piękne miasto stało się magicznym
miejscem. To przypomina mi, dlaczego wszyscy tu jesteśmy. By kochać, nieść
radość, być hojnym i tworzyć piękno. I cieszyło mnie to wszystko, dopóki jakiś
dupek mnie nie złapał i nie przystawił mi pistoletu do głowy.
Malik
nic nie powiedział.
Poczułam,
że moje oczy znowu się zwężają - Uważasz, że to głupie.
-
Nie - Jego głos nie był już ciepły i płynny, ale gorący i płynny jak stopiona
stal, i używał go, wyraźnie wypowiadając każde słowo – Nie uważam.
Nie
czułam tego w tych dobrych miejscach.
Czułam
to tylko w jednym miejscu. Miejscu, które tkwiło głęboko w mojej piersi.
Spojrzałam
na niego.
-
Robisz tę trasę sama co roku? – zapytał.
Przytaknęłam.
Podniósł
rękę z wyciągniętym palcem, przesuwając ją wzdłuż dolnej krawędzi futra na
mojej czapce od miejsca tuż nad lewym okiem i w poprzek. Kiedy dotarł do mojego
ucha, pochylił się i dotknął diamentowego kolczyka.
O
tak.
Mm-hmmm.
Czułam
to również w pięciu miejscach.
–
Myślę, że w przyszłym roku – mruknął, jakby do mnie nie mówił, a tak nie było,
jego wzrok obserwował jego dłoń, więc mówił do mojego ucha – możesz mieć
towarzystwo.
Walczyłam
z słabnięciem kolan.
Jego
spojrzenie padło na moje oczy.
-
Mała, modlę się do Boga, żeby to ci się już nie przydarzyło, ale jeśli tak się
stanie, obiecaj mi, że nigdy nie narazisz się na niebezpieczeństwo, tak jak
dzisiaj.
-
Po prostu szłam ulicą – przypomniałam mu.
–
A potem trzymano cię na muszce – przypomniał mi.
–
Tak, a to mi się nie podobało.
Pokiwał
głową - Słyszę cię. Obiecaj mi tylko, że, skoro niemożliwe się zadzieje, a
piorun uderzy drugi raz, nie zrobisz więcej tak pochopnie.
Nie
znał mojej pracy, firmy, którą trzymałam, i to nie był tylko Hawk i jego
komandosi. Moja praca była pracą biurową, ale Hawk czasami miał dla mnie inne
zastosowania[4].
Nie,
głównie chodziło o moje suki. Były magnesem na kłopoty.
Nie
podzieliłam się tym w tamtym momencie, ponieważ było to pożywienie do rozmowy
przy kolacji (nie) w Barolo Grill następnego wieczoru.
Powiedziałam
tylko - Jak mnie poznasz, przystojniaku, nauczysz się, że potrafię o siebie
zadbać.
Wszedł
do mojej przestrzeni.
Mój
oddech stał się nieregularny.
Panie,
ładnie pachniał.
–
Elviro – wyszeptał – obiecaj mi, że już nigdy nie narazisz się na
niebezpieczeństwo, tak jak dziś wieczorem.
Nie
mogłam tego obiecać.
Ale
patrząc w jego piękne brązowe oczy w jego niesamowicie przystojną twarz, czując
jego subtelną, ale atrakcyjną wodę kolońską, mogłam mu coś dać.
-
Zrobię co w mojej mocy.
Jego
twarz złagodniała, gdy się uśmiechnął.
O
mój drogi Panie, Ty działasz w taki tajemniczy sposób.
-
Najlepiej zadzwoń do swoich dziewczyn. Spóźnisz się na gorące misiaczki -
poradził Malik.
–
Dobrze – szepnęłam.
Nie
wyprowadził się z mojej przestrzeni, gdy zadzwoniłam do moich dziewczyn.
Wyszedł z mojej przestrzeni tylko po to, by chwycić mnie za łokieć i
odprowadzić do nieoznakowanego samochodu policyjnego, który jego partner
podjechał pięć minut później.
Pojechaliśmy
na komisariat.
Malik
wziął moje zeznanie.
Dowiedziałam
się, że jego partner miał na imię Oscar.
Malik
odwiózł mnie z powrotem do samochodu.
Nie
pocałował mnie, co było rozczarowaniem.
Ale
uśmiechnął się do mnie i jeśli się nie myliłam, ten uśmiech był obietnicą.
I
obietnica tego uśmiechu rozgrzała mnie przez całą drogę do Club na drinki z
moimi dziewczynami, przez cały czas podczas drinków i pogaduszki, aż do domu.
*****
Malik
zdobył rezerwację do Barolo Grill.
*****
I
Malik poszedł na moją trasę jasne i wesołe w następny grudzień.
*****
Zajęło
mi to trochę czasu, ale dowiedziałam się, że mój mężczyzna nie miał problemów z
zaangażowaniem.
Wiedziałam
o tym, ponieważ teraz Malik i ja szliśmy cicho, trzymając się za ręce, ulicami
Denver, gdy pierwszy grudniowy śnieg spadł lekko wokół nas.
Pod
skórzaną rękawiczką z podszewką czułam na palcu złoto obrączki pierścionka z
brylantem, który mi podarował.
Widzisz?
Żadnych
problemów z zaangażowaniem.
Pobieraliśmy
się.
Robiliśmy
to w następne Święta Bożego Narodzenia.
A
ja wędrowałam po ulicach, spokojna i zadowolona z normalnych powodów, jak i z
nowych.
Powód:
czując to połączenie, ciche zadowolenie Malika obok mnie, wiedząc, że pod
koniec trasy pójdziemy do Barolo Grill na pyszny posiłek, a potem pójdziemy do
wspólnego domu, ale przede wszystkim wiedząc, że zrobię to z tym mężczyzną - moim mężczyzną - u mojego boku przez
całe życie. . . .
Wszystko
zawsze będzie wesołe i jasne.
Koniec
#####
Zapraszam
do lektury moich książek i tłumaczeń na moich blogach na blogspot.com
https://www.blogger.com/profile/07249619924983924212
i
na https://doci.pl/Monique-1-b
dziękuję
Monique.1.b
https://www.paypal.com/paypalme/Monique1b?country.x=PL&locale.x=pl_PL
[1] Hawka
Delgado poznaliśmy w - https://doci.pl/Monique-1-b/mystery-man-kristen-ashley-mczyzna-marze-i+fv5e1ve
[2] Tytuł
polski to Wigilijny show
[3] Losy
tych kobiet znamy z innych książek: https://doci.pl/Monique-1-b/seria-mczyzna+dscenxe
[4] „inne
zastosowania” na przykład jak w https://doci.pl/Monique-1-b/na-skrzydlach-wiatru-kristen-ashley-chaos-1+f5exxxn
❤️❤️❤️
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńZawsze żałowałam, że Elvira nie dostała swojej książki :/
OdpowiedzUsuń