czwartek, 28 lipca 2022

BONUS

 

 

Wesołe i jasne

(MERRY AND BRIGHT)

 

Bonus - Świąteczna opowieść Elviry

(An Elvira Christmas Story)

 

Kristen Ashley

Tłumaczenie: monique.1.b

 

 

 

Dedykacja

Ta drobiazg jest poświęcony moim dziewczynom, Beth Bullard i Michele Harrison, i wspomnieniu, kiedy wychodziłyśmy na zimę i śnieg w okresie świątecznym, spacerowałyśmy ulicami Denver i chłonęłyśmy wszystko, co było wesołe i jasne.

Jest również poświęcony wszystkim moim Rock Chicks, daleko i szeroko. Wdzięczność prosto z głębi serca za uczynienie 2015 roku kolejnym niesamowitym rokiem!

 


 

Elvira

 

- Obcięłam czeki premiowe dla sprzątaczy. Kupiłam te duże kubki popcornu, aby wysłać je do naszej firmy technologicznej, chłopców z ochrony budynku, innych z konserwacji budynków, a jeden wysłałam do Zipa w jego Emporium Broni.

Kiedy opisywałam swoje działania ze świątecznej listy w miejscu pracy, którą sam sobie zrobiłam do wykonania, bo mój szef nigdy nie pomyślałby o tym gównie, zauważyłam, że oczy wspomnianego szefa, Hawka Delgado[1], zaszkliły się.

Więc przestałam mówić na nanosekundę.

Potem zapytałam - Nie obchodzi cię to wszystko, prawda?

– Nie – odpowiedział.

– Racja – powiedziałam - Zatem przejdę do ważnych rzeczy. Wprowadziłam dodatki na liście płac. Premie dla chłopców są dobre. Odcinki płacowe są wydrukowane i gotowe do rozdania. Chcesz to zrobić na naszym corocznym przyjęciu bożonarodzeniowym?

Jego oczy zwęziły się podejrzliwie.

To dlatego, że mnie znał.

- Nie mamy corocznego przyjęcia bożonarodzeniowego - stwierdził stanowczo.

- Wiem – powiedziałem mu - Po prostu mówię, że jeśli zmienisz zdanie w tym roku, a to zrobisz, ja zgadzam się to planować… natychmiast.

– Elviro, jest dwudziesta sekunda grudnia.

Wyciągnęłam rękę do centrum dowodzenia przypominającego audytorium, które znajdowało się za biurem Hawka, odpowiadając - To komandosi. Nie chcą się wystroić i iść do jakiejś wymyślnej restauracji ze swoimi sukami. Chcą się nawalić, opcjonalnie ajerkoniakiem. Ja tylko wybiorę bar, który jest udekorowany na Boże Narodzenie, wyślę e-mail do całej firmy, aby spotkać się o określonej godzinie, bum! - Podniosłam obie ręce i wyrzuciłem je na boki podczas pstrykania - Natychmiastowe przyjęcie bożonarodzeniowe dla komandosów.

- Nie.

– Hawk – pochyliłam się do przodu - Jest Boże Narodzenie.

Wstał z siedzenia za biurkiem, gdzie stałam naprzeciwko niego.

– Tak, jest – odpowiedział - A dostaną to, czego chcą, w formie dodatkowej wypłaty.

Skrzyżowałam ręce na piersi, obracając się, by nie patrzeć na niego, gdy w tym samym czasie szedł wokół biurka

Mówiłam.

- Niektórzy z tych chłopców mają więcej ducha Bożego Narodzenia. Do diabła, Mo ma na swoim stanowisku pracy renifera z czerwonym nosem.

Hawk zatrzymał się za biurkiem, robiąc to zwrócił się do mnie - Mo ma renifera na swoim stanowisku pracy, bo jego kobieta pokazała się z tym na lunch, położyła to tam, a on ma lepsze rzeczy do zrobienia, więc nie był na swoim stanowisku pracy wystarczająco długo, aby wyrzucić to do śmieci.

To chyba była prawda.

Wciąż wpatrywałam się w Hawka.

- Żadnego przyjęcia bożonarodzeniowego, Vira - oznajmił Hawk ostrzegającym głosem.

- Gwen by je chciała - powiedziałam mu, odnosząc się do mojej dziewczyny, która była również jego żoną, kobietą, która całkowicie zajęłaby się minimalnym planowaniem, jakie musielibyśmy zrobić, by zrobić przyjęcie bożonarodzeniowe dla komandosów.

- Gwen jest gotowa na każdą imprezę – wymamrotał, znowu zaczynając się ruszać i tylko zerkając w moją stronę, kończąc dekret - Żadnej imprezy.

Przewróciłam oczami z - Jak-sobie-chcesz.

Hawk nie odpowiedział. Po prostu szerokim krokiem opuścił pokój.

Nie szłam szerokim krokiem. Taki krok w butach Jimmy’ego Choo na piętach centymetrowych obcasach był niemożliwy. Nawet bym nie próbowała.

Dumnie kroczyłam.

Kiedy wróciłam do swojego biurka, zobaczyłam stos kopert zawierających odcinki wypłaty premii i zdałam sobie sprawę, że mężczyzna nie powiedział mi, w jaki sposób chce je wypłacić.

Wyjrzałam przez moją jedną ścianę okien, tę z widokiem na centrum dowodzenia. W bazie Hawka nie było okien na świat zewnętrzny. Były, ale były zaciemnione, aby mężczyźni mogli oglądać ekrany i wpatrywać się w monitory swoich komputerów bez oślepiania. Aby tak było, zasłonięcie tych okien było ekstremalne, więc ledwo można było przez nie widzieć.

Zauważyłam również, że Hawka nie było nigdzie w tej okolicy, co oznaczało, że był w pracy, co oznaczało, że chwyciłam mój telefon komórkowy.

Nie powiedziałeś, jak chcesz wypłacić czeki bonusowe - wysłałam mu SMS-a.

Zajęło mu trochę czasu, zanim odpisał po prostu, Stacje robocze.

Jeszcze raz przewróciłam oczami. Mężczyzna nie mógł nawet wysłać porządnego SMS-a, takiego, który kończyłby się I dziękuję za wszystko, co robisz, nie wiem, jak bym bez ciebie kierował moimi komandosami.

To znaczy, zgodnie z dekretem Hawka, sporządziłam mój własny odcinek bonusu świątecznego.

Bonus był miły.

Ale poważnie.

Chwyciłam koperty i wyszłam do głównej przestrzeni, idąc wzdłuż poziomów i rozkładając koperty, które należały do danej stacji, obserwując, jak trzepoczą i lądują na każdym biurku. Na niektórych stacjach siedzieli mężczyźni, wpatrzeni na rząd ekranów przymocowanych do ściany z przodu pomieszczenia lub stukający w komputery, również w pracy.

Ledwo na mnie spojrzeli.

Wesołych cholernych Świąt - pomyślałam, walcząc z chęcią zrobienia kilku świątecznych klapsów w głowę, jak ten kręcony, zatkany brokatem Duch Świątecznego Prezentu ze Scrooged[2] (moja ulubiona postać w tym filmie), by wbić w nich trochę Ducha Bożego Narodzenia.

Robiłam też to, co często robiłam. To znaczy ponownie rozważałam moje zatrudnienie w miejscu wypełnionym wyłącznie testosteronem, kulami i materiałami wybuchowymi.

Wtedy przypomniałem sobie moje buty od Jimmy’ego Choo i fakt, że wynagrodzenie, które Hawk płacił mi za prowadzenie tego sklepiku, oznaczało, że mogłam mieć buty od Jimmy’ego Choo.

Więc zmieniłam zdanie.

Byłam po prostu w złym nastroju, a ten zły nastrój koncentrował się wokół faktu, że nie padał śnieg. Ani razu przez cały grudzień.

W październiku mieliśmy śnieżycę. Kolejną w listopadzie.

Ale żadnej w grudniu.

I to wtedy, kiedy to przeklęte miasto potrzebowało, żeby było wesoło i jasno na Boże Narodzenie, do cholery.

Godzinę później pakowałam się do domu, kiedy zadzwoniła moja komórka.

Spojrzałam na ekran, zobaczyłam, że dzwoniła Tracy i odebrałam.

– Co się dzieje, Tyczko? – zapytałam na powitanie.

- Pada śnieg! - wrzasnęła.

Moje serce podskakiwało w radosnym rytmie, a wzrokiem przeskoczyłam za ścianę okien, chociaż nic nie widziałam.

- Pada śnieg, śnieg, śnieg! – wrzasnęła Tracy.

Poczułam, że moje usta się wykrzywiły.

Alleluja!

- Wszystkie to świętujemy. Ty, ja, Gwen, Camille, Tess, Mara i Tyra[3]. Spotykamy się w Klubie dla gorących misiaczków. Chociaż nie jest gorąco i misiaczki będą w postaci martini lub cosmo, ale rozumiesz. Pomysł Gwen. Zmusiła Meredith do pilnowania dzieci, więc ruszamy! Spotkamy się tam, jak tylko każdy będzie mógł się tam dostać. Właśnie tam się kieruję, aby zająć nam miejsca.

Tak, Gwen zawsze była gotowa na przyjęcie.

Ale nie miałam spotkać się tam od razu.

Zamierzałam zrobić to, na co miałam ochotę od Święta Dziękczynienia. To, co musiałam zrobić, aby sezon świąteczny w mojej głowie oficjalnie się zaczął.

Potem trafiłabym do Klubu do moich dziewczyn.

- Będę tam trochę później - powiedziałam Tracy – Ale będę tam.

- Fajnie, Vira. Daj nam znać, kiedy będziesz w drodze – odparł Tracy.

- Zrobi się.

Odłożyła słuchawkę.

Przyspieszyłam zamykanie i pakowanie, żebym mogła tam wyjść.

Tam na śniegu.

Gdzie wszystko było wesołe i jasne.

*****

Na czoło naciągnęłam swoją szarobrązową czapkę z szerokim obszyciem ze sztucznego futra. Miałam zapięty na guziki ciemnoszary, wełniany płaszcz zimowy z klapami ze sztucznego futra, które zakrywały moją sukienkę, z klapami odwiniętymi, żeby było mi przyjemnie ciepło. I byłam z siebie zadowolona, ​​że ​​byłam na tyle sprytna, by potraktować zamsz moich czekoladowo-brązowych butów Choo na szpilkach środkiem przed przemoczeniem.

Wszystko to, gdy szłam chodnikami i obserwowałam, jak gęste podmuchy spadają szybko i wściekle, rozświetlając migoczącą Bożonarodzeniową Noc w mieście.

Robiłam to co roku po pierwszym śniegu, który miał miejsce w grudniu po wypuszczeniu ozdób choinkowych.

Uwielbiałam przebywać z moimi dziewczynami. Uwielbiałam przebywać z moją rodziną (kiedy nie działali mi na nerwy, więc ta miłość często robiła sobie przerwę od przebywanie w pobliżu nich). W dobry dzień uwielbiałam nawet przebywać z moimi komandosami (i nie kłamię, miałam więcej dobrych dni z moimi komandosami niż z rodziną, która nie działała mi na nerwy, a ci komandosi regularnie byli dla mnie wrzodem na dupie).

Ale byłam też tą kobietą, która mogła być sama i to był jeden z moich ulubionych momentów, żeby być właśnie takim.

Nawet przy przejeżdżających samochodach – z ludźmi spieszącymi się, by dokończyć świąteczne obowiązki, wrócić do domu i zrobić obiad, dotrzeć na imprezę – wędrując po ulicach ze śniegiem lekko padającym, z migającymi światłami bożonarodzeniowymi, Bóg i Jego ręka pracująca przez człowieka razem, aby uczynić piękne miasto magicznym, poczułam spokojną satysfakcję w mojej samotności. Skupienie. Przypomnienie, dlaczego wszyscy byliśmy na wspólnej planecie: by kochać, nieść radość, być hojnym i tworzyć piękno.

Kiedy, oczywiście, nikt nie działał nam na nerwy ani nie był wrzodem na dupie.

Nikt nie działał mi na nerwy wtedy, gdy zatrzymałam się, aby obejrzeć wystawę przed wieżowcem, gdzie każde drzewo, nagie bez liści, było ozdobione obfitą koronką bajkowych świateł, wysokim na pięć metrów, lśniącymi czerwonymi ornamentami w kształcie piramidy, która musiała wznosić się dwa piętra tuż za frontowymi drzwiami.

Jak dotąd mój ulubiony.

Ta lista robiła się długa.

To właśnie na tej myśli, która sprawiła, że ​​uśmiech wykrzywił mi usta, usłyszałam coś, co przeniknęło moje spokojne zadowolenie.

Tupot biegnących stóp.

Odwróciłam się i zobaczyłam, że miałam rację. Jakiś mężczyzna biegł po mokrych chodnikach, które dopiero zaczynały puchnąć w zaspy na krawędziach od śniegu, który już dawno zaczął przyklejać się do trawy, dachów samochodów i markiz.

Pół sekundy po tym, jak go zobaczyłam, zobaczyłam też dwóch innych biegnących mężczyzn.

Goniących go.

Gówno.

Podjęłam decyzję, by wyjść na ulicę za samochody, aby zejść z drogi temu, co się działo.

Ale w moich butach nie byłam w stanie wyjść daleko poza krawężnik, gdy próbowałam zrealizować ten plan, a wszyscy trzej mężczyźni biegli szybko.

Mimo to chodnik był szeroki i nikogo na nim nie było. Gdybym nie dotarła do końca najbliższego mi samochodu, bez obaw mogliby mnie minąć. Wtedy mógłabym wyrzucić ich z mojej głowy i wrócić do mojego wesołego i jasnego.

Problem polegał na tym, że ścigany mężczyzna nie przebiegł obok mnie.

Podbiegł prosto na mnie, zbijając mnie z tropu (bo po co, do cholery, miałby to robić?), łapiąc mnie silnym ramieniem wokół mojej szyi, obracając mnie twarzą do goniących go mężczyzn, z plecami do jego przodu.

Przez to moja kostka skręciła się na szpilce, ból przeszywał stopę i łydkę w tym samym czasie prawie upuściłam moją bajeczną kopertówkę Valentino na mokry chodnik.

Uch.

Do diabła, nie.

- Co do cholery! - Krzyknęłam.

Jego ramię nie wokół mnie uniosło się i zobaczyłam, jak wycelował broń w dwóch mężczyzn, którzy go ścigali.

- Chyba żartujesz - warknęłam.

- Zamknij się! - wrzasnął tak blisko mojego ucha, że ​​te dwa słowa rozbrzmiały boleśnie w mojej błonie bębenkowej, sprawiając, że się skrzywiłam - A wy - skinął pistoletem na dwóch mężczyzn, którzy zatrzymali się pięć kroków dalej - wycofajcie się!

- Racja, człowieku, uspokój się – powiedział jeden z nich.

Nie patrzyłam na tych mężczyzn.

Moje spokojne zadowolenie zostało zniszczone przez uzbrojonego mężczyznę, który wziął mnie jako zakładniczkę na chodniku w Denver, które zostało zaczarowane przez Boga i człowieka.

Więc byłam skupiona.

Co oznaczało, że byłam wkurzona.

– Puść mnie – zażądałam.

- Zamknij się! - wrzasnął mężczyzna, który mnie trzymał.

- Bracie, jestem na mojej corocznej inspekcji wesołości i jasności – wykrztusiłam, walcząc z jego uściskiem i przenosząc wzrok na bok, próbując go dostrzec - Nikt temu nie przeszkadza. Z jakiegokolwiek powodu. A na pewno jakaś cholera, co łapie mnie za szyję, zbliża się niebezpiecznie do złamania obcasa w moich cholernych Choo i upuszczenia mojego Valentino do zmoczenia na chodnik, cały czas wymachując cholernym pistoletem.

- Powiedziałem: Zamknij się! - wciąż krzyczał, popychając mnie brutalnie ramieniem – I przestań się wiercić.

– Nie przestanę się wiercić, skurwysynu – odpaliłam, a mój głos podniósł się wraz ze zdenerwowaniem - Jest Boże Narodzenie! Jest pierwszy grudniowy śnieg! A ty to psujesz!

Obrócił pistolet, by wycelować go w moją skroń, odsuwając nieco głowę, żeby łatwiej mógł złapać mój wzrok.

Jego były maniakalne.

– Powiedziałem – wyszeptał, jego ton był przerażająco sprzeczny z dzikością w jego oczach, wbijając broń w moją skroń - Zamknij się.

– Pieprzyć to – mruknęłam.

Podniosłam rękę, owinęłam ją wokół nadgarstka, w którym trzymał pistolet, w tym samym czasie podniosłam but i wbiłam go w dół, wbijając obcas w czubek jego stopy.

Krzyknął, jego uścisk na mojej szyi rozluźnił się.

Natychmiast wyszarpnęłam broń od swojej skroni i wyrwałam się z jego uchwytu. Puściłam go, odwróciłam się do niego, wyrzuciłam rękę i mocno uderzyłam go w nos.

Zatoczył się do tyłu, obie ręce przyłożyły do twarzy, nawet rękę z pistoletem.

Ponieważ stracił kontrolę, sięgnęłam po broń, wyrwałam mu ją z dłoni, wzięłam w swoją i skierowałam przeciwko niemu.

– To sezon na mnóstwo gówna, skurwysynu, ale nie to – syknęłam.

Poczułam, że coś ściska mi nadgarstek.

Obróciłam się w tę stronę, spojrzałam w piękne brązowe oczy w przystojnej brązowej twarzy i poczułam, że moje usta się rozluźniają, skoro w tej sytuacji nie mogłam powstrzymać się od całkowitego oszołomienia, gdy nagle zostałam zaatakowana przez widok najbardziej niesamowitego mężczyzny, jakiego kiedykolwiek widziałam.

Był to jeden z mężczyzn ścigających bandytę. Kiedy moja spokojna kontemplacja dobroci ludzkiego braterstwa została przerwana przez dupka z bronią, nie zauważyłam, jak niewiarygodnie był wspaniały.

Albo jak wysoki.

Albo, w tej chwili, jak bardzo wkurzony.

Słyszałam, co działo się z jego partnerem i bandytą za mną, w tym słowa - Jesteś aresztowany… - tak jak wysoki drink czekoladowej dobroci uniósł odznakę o kilka centymetrów od mojej twarzy i powiedział - Policja.

Był niesamowicie piękny.

Był gliną.

Ale żaden mężczyzna nie podsuwał niczego do mojej twarzy.

Mój kręgosłup wyprostował się i otworzyłam usta, żeby się rozluźnić.

Nie wydobyłam ani słowa, bo nagle coś innego było o kilka centymetrów od mojej twarzy i tym czymś innym była jego twarz.

Mm-hmmm.

Miałam rację.

Z bliska i osobiście był niesamowicie wspaniały.

- Jesteś cholernie szalona? - zapytał zirytowany.

Nawet zirytowany miał głos gładki jak ciepła melasa.

Gówno mnie obchodził jego gładki jak ciepły jak melasa głos.

– Odsuń się, bracie – zażądałem.

– Ten człowiek miał pistolet przy twojej przeklętej głowie – uciął.

– Teraz nie ma – zauważyłam ostro.

- Kiedy ty zaczęłaś to gówno, on mógł pociągnąć za spust i odstrzelić tą śliczną czapkę, ale co gorsza, odstrzelić tę ładną buzię - odparł ze złością.

Myślał, że moja buzia jest ładna?

Nie musiałam pytać o moją czapkę. Wiedziałam, że moja czapka była słodka.

– Nie odstrzelił – powiedziałam mu coś, co wiedział.

– Mógł – odpowiedział.

Zwiększyłam dwa centymetry przestrzeni, który dzielił nasze nosy, do dziesięciu – Nie odstrzelił.

- Malik, chcesz mi pomóc, bracie? - zawołał jego partner.

Odsunął swoją twarz od mojej twarzy, ale tylko po to, by wskazać palcem ten sam centymetr między moimi oczami.

Podczas tego manewru moja złość wzrosła i poczułam, że te oczy robią się tak szerokie, że myślałam, że wyskoczą mi gałki oczne.

- Ty. Ani cholernie drgnij – warknął, po czym odwrócił się i podsunął się do swojego partnera.

Odwróciłam się, żeby popatrzeć i stałam, z jedną nogą wysuniętą, z rękami skrzyżowanymi na piersi, z palcami jednej z dłoni owiniętymi ochronnie wokół krawędzi mojego Valentino, zbyt cholernie wkurzona, by w pełni pojąć, jak fajny był jego tyłek, kiedy zobaczyłam podjeżdżającą skórzaną kurtkę gdy schylił się, by podciągnąć bandytę. Bandytę, któremu jego partner zakuł ręce w kajdanki i który leżał brzuchem na chodniku.

Chociaż, to powiedziawszy, nie w pełni widziałam jego wspaniały tyłek.

Nadal oglądałam jego piękny tyłek.

Wyciągnęli tego dupka, obracając go. Jego partner miał telefon przy uchu, mężczyzna o imieniu Malik patrzył na mnie wciąż gniewnymi oczami.

- Powiedz im, żeby wysłali oddział po tego gościa – rozkazał Malik swojemu partnerowi, po czym skinął głową w moją stronę – Zabieramy ją ze sobą.

O nie, nie zabierali.

- Nie, nie zabieracie - oświadczyłam, podczas gdy partner rozmawiał przez telefon.

Obaj trzymali ręce wokół bicepsów napastnika i szarpnęli go, by zatrzymał się cztery kroki ode mnie.

– Tak, zabieramy.

- Robię moją coroczną trasę przez wesołe i jasne – podzieliłam się.

- Nie wiem, co to jest i nie obchodzi mnie to – odpowiedział – Jedziesz, żeby złożyć zeznania.

- Dobrze - zgodziłem się, po czym kontynuowałem - Kiedy skończę z trasą. A po tym, jak mam gorące misiaczki z dziewczynami, aby uczcić pierwszy grudniowy śnieg. Po tym wszystkim wejdę do was.

Jego brwi się złączyły.

- Mówisz poważnie? – zapytał.

- Tak - odpowiedziałam.

Potrząsnął gwałtownie głową - Racja. Właśnie złapaliśmy faceta, który jest poszukiwany za morderstwo, który złapał cię i trzymał na muszce, a ty myślisz, że wyjdziesz na drinka ze swoimi dziewczynami, zanim przyjdziesz złożyć zeznanie?

Hmmm.

Poszukiwany za morderstwo.

Nic dziwnego, że mężczyzna wyglądał na maniaka. Na pewno nie będzie miał wesołych świąt.

Nie wpuściłam Malika w ten tok myślenia.

Po prostu powiedziałam - Tak.

Usłyszałam syrenę dokładnie tak, jak usłyszałam jego słowa, ciepło wróciło w melasie w jego głosie - Twoje plany właśnie się zmieniły, śliczne maleństwo.

O Boże.

Czułam to śliczne maleństwo w bardzo dobrym miejscu.

Mimo to spojrzałam na niego.

I nagle oświetliły nas nie bożonarodzeniowe lampki, ale czerwone i niebieskie policyjne światła, które były jasne, ale nigdy nie wesołe.

Zaciągnęli faceta do radiowozu, a ja stałam tam z rękami na piersi, obserwując ich.

Kiedy już przekazali faceta i był zabezpieczony z tyłu radiowozu, porozmawiali krótko z oficerami. Potem umundurowany glina wsiadł do samochodu i odjechał, podczas gdy glina w cywilu, Malik i jego partner, podeszli do mnie.

– Pójdę po nasz pojazd, nie chcę, żeby ta pani szła całą tę drogę w tych szpilkach – mruknął partner, jego wzrok ostrożnie nie był skierowany ani na Malika ani na mnie, a na jego ustach flirtował uśmiech.

Zanim którekolwiek z nas zdążyło się odezwać, odwrócił się i odbiegł.

- Nawiasem mówiąc, jestem Elvira! - Krzyknęłam za nim - Miło mi cię poznać!

Wciąż biegając, skręcił się, zasalutował, teraz wyprostowany, uśmiechając się szeroko, odwrócił się i dalej biegł.

– Maniery – mruknęłam.

- Uderzyłaś uzbrojonego człowieka w nos - Malik nie mruknął.

Panie, wróciliśmy do tego?

– To było po tym, jak narzekałaś mu na swoje buty – ciągnął - Tą tyradą, która miała miejsce, gdy byłaś trzymana przez uzbrojonego mężczyznę.

– Uh, na wypadek, gdybyś to przegapił, Detektywie Przystojny – przesunęłam dłonią po swoim przodzie – Nic mi nie jest. To koniec. Zrobione. Ruszamy dalej.

- Nie kłócę się, że wszystko w porządku – odpowiedział, dając jasno do zrozumienia tonem swojego głosu, nawet wciąż z nutką wkurzenia, a ja to też poczułem w dobrym miejscu - Jesteś również wariatką.

Nie czułam tego w żadnym dobrym miejscu.

Poczułam, że moje oczy się zmrużyły.

- Flirtujesz ze mną w tym momencie, kiedy nazywasz mnie wariatką?

– Tak jest – potwierdził śmiało.

Śmiały. Czarny. Piękny.

Ocho.

Moje oczy pozostały zwężone, ale nawet zwężone, nie mogły nie zauważyć wszystkiego, co było nim.

Myślał, że ze mną wszystko w porządku.

Ja wiedziałam, że nic mu nie jest.

Czas zrobić najważniejsze podsumowanie, zanim gówno pójdzie na południe.

- Jesteś żonaty? - zapytałam.

- Nie - odpowiedział.

- Spotykasz się z kimś? - Trzymałam się go.

- Nie - odpowiedział.

- Tatuś jednego lub więcej dzieci?

- Nie, z tego co wiem.

– Niezbyt dobra odpowiedź – warknęłam.

– Może nie, ale to prawda – odparł.

Mogłam mu to oddać.

Szłam dalej.

- Czy masz problemy z zaangażowaniem? - Zapytałam.

- Mam trzydzieści sześć lat i jestem kawalerem, czy to się liczy jako problemy z zaangażowaniem? - zapytał w odpowiedzi.

- Tak - powiedziałam mu.

- Dziecinko, zdajesz sobie sprawę, że pytasz mnie, czy mam problemy z zaangażowaniem, a nawet nie zaprosiłem cię na randkę.

Zwróciłam uwagę na oczywiste - Nie będzie warto tego robić, jeśli nie spodoba mi się to, co usłyszę, ponieważ bez względu na to, jak bardzo podoba mi się widok, jeśli nie podoba mi się to, co usłyszę, odpowiedź będzie nie.

– Słusznie – mruknął, a gniew zniknął, teraz wydawał się rozbawiony.

Studiowałam cud, jakim był, kiedy już nie był wkurzony, ale rozbawiony i robiłam to posyłając słowo do niebios.

Panie, proszę wysłuchaj moich modlitw.

- Wiesz, że jeśli dowiem się w przyszłości, jeśli będzie jakaś przyszłość, że skłamałeś na którekolwiek z powyższych pytań, mam prawo spalić twój dom – poinformowałam go.

- Jesteś kobietą, która nie ma problemu z rozbrojeniem mężczyzny, który trzyma broń wycelowaną w twoją głowę, więc nie spodziewałbym się niczego innego. Ale tylko ci powiem, że to nie jedyny powód, dla którego w żadnym wypadku bym cię nie okłamał… - Przerwał, gdy te piękne brązowe oczy nabrały intensywności, zanim skończył - przenigdy.

To była dobra odpowiedź.

Nadal patrzyłam na niego zmrużonymi oczami.

Nagle uśmiechnął się.

Nie poczułam tego w jednym dobrym miejscu.

Poczułam to w pięciu.

- Jestem Malik – powiedział.

– Załapałam – powiedziałam.

– Ty jesteś Elvira – ciągnął.

– Niewiele przegapiasz, prawda? - spytałam.

Podszedł bliżej.

Chciałam, żeby się zbliżył bardziej, ale się tym nie podzieliłam. Po prostu stałam na swoim miejscu.

Jego głos obniżył się, rozgrzał jeszcze bardziej, pokrywając mnie lepką słodyczą. Byłam cholernie pewna, że nie przeszkadzałoby mi to, nawet jeśli utknęłabym tu na zawsze przyklejona moimi Valentino, kiedy powiedział - Wygląda na to, że masz plany na dzisiejszy wieczór, to znaczy po tym, jak złożysz swoje zeznania.

- Mam.

– Masz ochotę je zmienić? - zapytał.

Absolutnie to zrobiłabym to.

- Nie obrażam moich dziewczyn – podzieliłam się.

- Racja. Więc kolacja. Jutro. Ósma. Barolo Grill.

Całkowicie zamierzałam iść na kolację z tym bratem.

Jednak dałam mu przykrą prawdę.

- Kochanie, w tak krótkim czasie na dwa dni przed Bożym Narodzeniem nigdy nie dostaniesz rezerwacji w Barolo Grill.

- Tylko popatrz.

O rany.

Mm.

- Elvira - ponaglił, gdy nic nie powiedziałam.

Moje imię w jego głosie było najpiękniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek słyszałam.

I znów chciałam to usłyszeć.

Często.

– Niech będzie – powiedziałam.

Wtedy dostałam kolejny uśmiech.

Wtedy też zbliżył się jeszcze bardziej.

O wiele bliżej, musiałam odchylić głowę daleko do tyłu, żeby na niego spojrzeć.

Miło.

- Czym jest jasna i wesoła trasa? - zapytał cicho.

- Jest pierwszy śnieg grudnia – powiedziałam mu.

– Wspomniałaś o tym.

- A to oznacza, że jest pierwszy śnieg, kiedy wszystkie ozdoby świąteczne są już rozwieszone.

– Tak, to idzie w parze, kochanie.

Skinęłam głową - Tak więc każdego roku, w pierwszy śnieg grudnia, odbywam swoją jasną i wesołą trasę. Wędruję ulicami Denver. Przyglądam się migającym światłom, Bogu i człowiekowi pracującym razem, aby moje piękne miasto stało się magicznym miejscem. To przypomina mi, dlaczego wszyscy tu jesteśmy. By kochać, nieść radość, być hojnym i tworzyć piękno. I cieszyło mnie to wszystko, dopóki jakiś dupek mnie nie złapał i nie przystawił mi pistoletu do głowy.

Malik nic nie powiedział.

Poczułam, że moje oczy znowu się zwężają - Uważasz, że to głupie.

- Nie - Jego głos nie był już ciepły i płynny, ale gorący i płynny jak stopiona stal, i używał go, wyraźnie wypowiadając każde słowo – Nie uważam.

Nie czułam tego w tych dobrych miejscach.

Czułam to tylko w jednym miejscu. Miejscu, które tkwiło głęboko w mojej piersi.

Spojrzałam na niego.

- Robisz tę trasę sama co roku? – zapytał.

Przytaknęłam.

Podniósł rękę z wyciągniętym palcem, przesuwając ją wzdłuż dolnej krawędzi futra na mojej czapce od miejsca tuż nad lewym okiem i w poprzek. Kiedy dotarł do mojego ucha, pochylił się i dotknął diamentowego kolczyka.

O tak.

Mm-hmmm.

Czułam to również w pięciu miejscach.

– Myślę, że w przyszłym roku – mruknął, jakby do mnie nie mówił, a tak nie było, jego wzrok obserwował jego dłoń, więc mówił do mojego ucha – możesz mieć towarzystwo.

Walczyłam z słabnięciem kolan.

Jego spojrzenie padło na moje oczy.

- Mała, modlę się do Boga, żeby to ci się już nie przydarzyło, ale jeśli tak się stanie, obiecaj mi, że nigdy nie narazisz się na niebezpieczeństwo, tak jak dzisiaj.

- Po prostu szłam ulicą – przypomniałam mu.

– A potem trzymano cię na muszce – przypomniał mi.

– Tak, a to mi się nie podobało.

Pokiwał głową - Słyszę cię. Obiecaj mi tylko, że, skoro niemożliwe się zadzieje, a piorun uderzy drugi raz, nie zrobisz więcej tak pochopnie.

Nie znał mojej pracy, firmy, którą trzymałam, i to nie był tylko Hawk i jego komandosi. Moja praca była pracą biurową, ale Hawk czasami miał dla mnie inne zastosowania[4].

Nie, głównie chodziło o moje suki. Były magnesem na kłopoty.

Nie podzieliłam się tym w tamtym momencie, ponieważ było to pożywienie do rozmowy przy kolacji (nie) w Barolo Grill następnego wieczoru.

Powiedziałam tylko - Jak mnie poznasz, przystojniaku, nauczysz się, że potrafię o siebie zadbać.

Wszedł do mojej przestrzeni.

Mój oddech stał się nieregularny.

Panie, ładnie pachniał.

– Elviro – wyszeptał – obiecaj mi, że już nigdy nie narazisz się na niebezpieczeństwo, tak jak dziś wieczorem.

Nie mogłam tego obiecać.

Ale patrząc w jego piękne brązowe oczy w jego niesamowicie przystojną twarz, czując jego subtelną, ale atrakcyjną wodę kolońską, mogłam mu coś dać.

- Zrobię co w mojej mocy.

Jego twarz złagodniała, gdy się uśmiechnął.

O mój drogi Panie, Ty działasz w taki tajemniczy sposób.

- Najlepiej zadzwoń do swoich dziewczyn. Spóźnisz się na gorące misiaczki - poradził Malik.

– Dobrze – szepnęłam.

Nie wyprowadził się z mojej przestrzeni, gdy zadzwoniłam do moich dziewczyn. Wyszedł z mojej przestrzeni tylko po to, by chwycić mnie za łokieć i odprowadzić do nieoznakowanego samochodu policyjnego, który jego partner podjechał pięć minut później.

Pojechaliśmy na komisariat.

Malik wziął moje zeznanie.

Dowiedziałam się, że jego partner miał na imię Oscar.

Malik odwiózł mnie z powrotem do samochodu.

Nie pocałował mnie, co było rozczarowaniem.

Ale uśmiechnął się do mnie i jeśli się nie myliłam, ten uśmiech był obietnicą.

I obietnica tego uśmiechu rozgrzała mnie przez całą drogę do Club na drinki z moimi dziewczynami, przez cały czas podczas drinków i pogaduszki, aż do domu.

*****

Malik zdobył rezerwację do Barolo Grill.

*****

I Malik poszedł na moją trasę jasne i wesołe w następny grudzień.

*****

Zajęło mi to trochę czasu, ale dowiedziałam się, że mój mężczyzna nie miał problemów z zaangażowaniem.

Wiedziałam o tym, ponieważ teraz Malik i ja szliśmy cicho, trzymając się za ręce, ulicami Denver, gdy pierwszy grudniowy śnieg spadł lekko wokół nas.

Pod skórzaną rękawiczką z podszewką czułam na palcu złoto obrączki pierścionka z brylantem, który mi podarował.

Widzisz?

Żadnych problemów z zaangażowaniem.

Pobieraliśmy się.

Robiliśmy to w następne Święta Bożego Narodzenia.

A ja wędrowałam po ulicach, spokojna i zadowolona z normalnych powodów, jak i z nowych.

Powód: czując to połączenie, ciche zadowolenie Malika obok mnie, wiedząc, że pod koniec trasy pójdziemy do Barolo Grill na pyszny posiłek, a potem pójdziemy do wspólnego domu, ale przede wszystkim wiedząc, że zrobię to z tym mężczyzną - moim mężczyzną - u mojego boku przez całe życie. . . .

Wszystko zawsze będzie wesołe i jasne.

 

Koniec


 

 

#####

Zapraszam do lektury moich książek i tłumaczeń na moich blogach na blogspot.com

https://www.blogger.com/profile/07249619924983924212

i na https://doci.pl/Monique-1-b

 

dziękuję

Monique.1.b

https://www.paypal.com/paypalme/Monique1b?country.x=PL&locale.x=pl_PL

 


 



[2] Tytuł polski to Wigilijny show

[3] Losy tych kobiet znamy z innych książek: https://doci.pl/Monique-1-b/seria-mczyzna+dscenxe

3 komentarze: