Prolog
Alba
Salt Lake City
Wychowałam
się na serii Ani Lucy Maud Montgomery,
a potem na książkach Jane Austen, więc tak, jestem Niepoprawną Romantyczką i
zawsze wierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia.
Ale
to nie była miłość.
Po
raz pierwszy zobaczyłam go w Boże Narodzenie, na ślubie mojego znajomego,
Davida Lichtwitz’a, i od razu mnie zafascynował.
Więc
fascynacja.
Zaraz
wam powiem dlaczego.
Stałam
przy ścianie udekorowanej na biało niebiesko sali, w której była naprawdę niewielka
grupka bliskich im osób, wśród których nie było ich rodzin i patrzyłam wraz ze
wszystkimi obecnymi na pannę młodą w błękitnej sukni z białym wykończeniem,
idącą samotnie przejściem między ławkami w stronę urzędnika, przy którym stał
jej wybranek, ubrany w ciemnoszary garnitur, białą koszulę i srebrny krawat w
niebieskie prążki, a przy nim jego drużbowie.
David
był tylko moim kumplem z pracy, nie przyjacielem i był raczej duży.
Zdecydowanie
dominował w tamtym miejscu.
Może
nie był super wysoki, ale był wyższy ode mnie o jakieś dziesięć, dwanaście
centymetrów, bo ja mam zaledwie metr sześćdziesiąt pięć.
Ważniejsze
było to, że był duży również wszerz, masywny
i ciemny, bo z brązowymi, krótko obciętymi włosami, brodą i wąsami, ciemną cerą
oraz ciemną oprawą brązowych oczu.
Był
również szeroki w barach i umięśniony, taki zbity w sobie.
Jak
Człowiek Skała.
Początkowo
bałam się go, ze względu na wyraz jego twarzy.
Twardy
i ponury.
Może
nie bałam się go tak, jakby mnie
przerażał, ale była ostrożna, bo na pewno zaliczałam go do grupy Niebezpiecznych
Facetów, przed którymi należy trzymać się na baczności.
Miałam
taką kategorię ludzi i nie byli to wyłącznie mężczyźni.
Ludzie, przed którymi
należało mieć się na baczności.
Ale
ostatnio David trochę się zmienił w obyciu i mimice, jakby złagodniał i
wypogodził się.
Przyczyna
jego zmiany, z tego, co usłyszałam od innych, właśnie wtedy, kiedy o tym
myślałam, zbliżyła się do niego i oddała swój bukiet z białych i niebieskich
jaskrów swojej pierwszej druhnie, żeby podać obie dłonie Davidowi i,
zadzierając głowę, spojrzeć mu prosto w oczy.
Maggie.
Wyglądali
razem niesamowicie, bo ona była
naprawdę malutka, nawet mniejsza ode mnie.
Miała
co najwyżej metr sześćdziesiąt wzrostu.
A
na dodatek była zgrabną blondynką i to bardzo słodką, delikatną i kruchą.
Jej
twarzyczka, właśnie podniesiona wysoko, kiedy patrzyła z czułym wyrazem w jego ciemne
oczy, też była blada, drobna, z wielkimi, niebieskimi oczami i dużymi, różowymi,
miękkimi ustami.
Absolutne
przeciwieństwo jej Już-Wkrótce-Męża.
Kiedy
później składali sobie przysięgę dozgonnej miłości i wierności przed
urzędnikiem i niezbyt licznie zgromadzonymi ludźmi, słuchałam ich jednym uchem
i jednocześnie rozglądałam się dyskretnie po całej sali.
Nawyk.
Wtedy
go zobaczyłam.
O, Matko!
Ten,
który zwrócił moją uwagę, był dość niski, jak na mężczyznę, bo tak na oko zaledwie
jakieś pięć, siedem centymetrów wyższy ode mnie i bardzo szczupły, wręcz chudy.
Bardzo
pociągająco intrygujący, może Niegrzeczny Chłopiec.
Zdecydowanie Niebezpieczny
Facet.
Typowy
NF!
Miał
brązowe, długie, lekko falujące włosy, które były związane w kucyk.
Nie
miał zarostu, ale nie był gładko ogolony nawet na taką uroczystość i na szczęce
było widać czarny, interesujący cień.
Nie
patrzył na nikogo wprost, ale tak jakoś ze skosu, z opuszczoną brodą, a zwrócił
moją uwagę, bo chował się z tyłu i z boku sali, pod ścianą.
Tak,
jak ja.
Był
na ślubie, ale nie miał na sobie garnituru, tylko czarną, skórzaną kurtkę,
która była rozpięta, więc było widać skrywany pod nią zwykły, czarny t-shirt, a
na nogach miał czarne sportowe buty i granatowe dżinsy.
Po
lekturze wielu książek, umiałam rozpoznać Niegrzecznego Chłopca, bo zawsze ich
szukałam w otoczeniu.
On
taki właśnie był.
Jakby
wyszedł z książki.
I
wyglądał, jakby mu nie zależało na nikim, na niczyjej opinii.
Tak,
jak mnie.
Ja
miałam na sobie prostą, codzienną, szarą, ołówkową sukienkę z długimi rękawami,
za kolana, prawie bez dekoltu, którą włożyłam wyłącznie po to, żeby nie
wyróżniać się z tłumu, bo nie nosiłam sukienek na co dzień.
Nie
miałam żadnej biżuterii, a i buty miałam czarne, bez obcasów.
Płaszcz
zostawiłam na wieszaku w szatni, chociaż wolałabym mieć go ze sobą, żeby móc
szybko wyjść.
Włosów
nie uczesałam jakoś specjalnie, ani nie miałam makijażu.
Bardzo
starałam się nie przyglądać temu NC, ale spojrzałam na niego chyba o sekundę za
długo, bo, odwracając wzrok, złapałam jego uważne spojrzenie, skierowane wprost na mnie.
Zwykle
nikt na mnie nie patrzył.
Umiałam
nie zwracać na siebie uwagi.
Ukrywać
się.
Ten
mężczyzna jednak mnie zauważył, co mnie dodatkowo zaniepokoiło, bo już
wcześniej zdenerwowało mnie coś nieokreślonego w jego wyglądzie, sposobie bycia,
postawie i wyrazie twarzy.
Było w nim coś
intrygującego.
Na
jego widok przez moją skórę przemknął dreszcz niczym słabe porażenie prądem
elektrycznym.
Nie
rozumiałam tego.
Ale
przez lata uciekania nauczyłam się odróżniać ludzi, przed którymi musiałam się
kryć od takich, którym mogłam trochę zaufać.
Tylko
trochę, bo nie ufałam nikomu.
Nie
mogłam.
Ten
mężczyzna tak bardzo należał do
kategorii NF, że, nie wiedząc co z tym zrobić, zaliczyłam go do takich, przed
którymi powinnam mieć się na baczności.
Musiałam
się ukryć.
Więc
zeszłam mu z drogi.
Tak
szybko, jak tylko mogłam.
*****
To
ja.
Alba
Rodriguez.
Od
pięciu lat podróżuję po całych Stanach.
Mam
dwadzieścia pięć lat, nie jestem bardzo wysoka, może średnia i jestem raczej szczupła.
Reszta
się zmienia.
Nowe
miejsce, nowa ja.
Taką
mam zasadę.
Przyjechałam
tu z północy.
Kiedy
tylko wjechałam do Salt Lake City, z miejsca, na pierwszy rzut oka, pomyślałam,
że mogłabym tu zostać przynajmniej przez rok.
Osiedlić
się.
Przy
okazji ukryć się.
Bo
było to duże miasto, dużo ludzi, którzy się nie znali, duża rotacja na
stanowiskach, na które mogłabym aplikować.
Nie
było to idealne miasto, ale nigdzie nie było idealnie.
Bezpiecznie.
Nie
na dłuższą metę.
Miałam
dyplom, odpowiednie certyfikaty ukończonych kursów i mogłam pracować w straży
lub innych służbach ratowniczych, więc, zanim jeszcze postanowiłam przyjechać
do Salt Lake City, poszukałam w Internecie informacji o wakatach w różnych
miejscach.
Tak
właściwie SLC było ślepym fartem, przypadkiem w mojej drodze z północy na
południe.
Szukali
strażaka na zastępstwo na czas określony w Fire Station 13.
Dla
mnie w sam raz.
Więc
prosto z drogi, jeszcze przed znalezieniem mieszkania, pojechałam tam, by
zapytać o możliwość zatrudnienia.
Drogę
do FS 13 również znalazłam na mapie w Internecie.
Ta
remiza mieściła się w niewielkim budynku, który miał wygląd nawet bardziej
klasyczny niż znane mi z innych miast.
Może
widywałam takie w małych miasteczkach.
Był
to oddzielny, piętrowy budynek.
Miał
ściany w kolorze ceglasto czerwonym, z szarymi wykończeniami, spadzisty dach i
duże, brązowe wrota do garażu.
Ich
nieduży, starannie utrzymany parking był otoczony zielenią, mieścił się na
tyłach i nie był widoczny z ulicy, co uznałam za plus.
Od
razu tam właśnie podjechałam i uznałam, że mogłam tam zaparkować, skoro
chciałam tam pracować.
Zamknęłam
mojego brudnego, ciemnozielonego, starego, poobijanego i rdzewiejącego Dodge’a
Charger’a z 1999 roku na klucz, bo może nie zależało mi na tym wraku, ale
miałam w nim cały mój niewielki dobytek.
Przeszłam
dookoła budynku na front, gdzie było wejście, przyglądając się dyskretnie
okolicy zza tanich okularów przeciwsłonecznych, które włożyłam na nos, kiedy
tylko wysiadłam z samochodu.
Weszłam
przez otwarte szeroko drzwi garażowe, przesuwając do przodu torebkę, którą
przewiesiłam na prawym ramieniu, skosem przez klatkę piersiową i na lewe
biodro, a potem schowałam do niej kluczyki od auta, nie patrząc na to, co
robiłam.
Rozglądałam
się.
Jak
w większości remiz, również i w tej na parterze znajdował się garaż z dwoma czerwonymi
wozami strażackimi i mniejszym, nowszym samochodem ratunkowym, a wewnątrz
garażu, z tyłu, były proste schody prowadzące na piętro.
Kiedy
weszłam to, chociaż kręciło się tam kilku zapracowanych facetów, nikt się mną
nie zainteresował, co również uznałam za plus, chociaż to mogło świadczyć o
słabych zabezpieczeniach.
Znalazłam
w środku kogoś, kogo zapytałam o drogę, weszłam na piętro, zobaczyłam pustą,
dużą salę wspólną ze stołem, kanapą, aneksem kuchennym oraz piłkarzykami i
drzwi do kilku pokoi i/lub łazienek po bokach, a potem znalazłam odpowiedni
gabinet, kapitana i porozmawiałam z nim.
Kapitan
nazywał się Olgierd Smith i był szczupłym, nieco starszym, wysokim i
wysportowanym facetem z siwiejącymi na skroniach, blond włosami i szarymi, badawczo
przyglądającymi mi się oczami, które były otoczone drobnymi zmarszczkami.
Biła
od niego powaga, surowość i dyscyplina.
Pomimo
tej badawczości podobał mi się, bo wzbudzał zaufanie.
A
poza tym nie zapytał mnie o nic osobistego, a jedynie o moje doświadczenie zawodowe
i umiejętności.
Zostałam
przyjęta tego dnia od ręki, po krótkiej rozmowie (szczęśliwie miałam przy sobie
wszystkie niezbędne dokumenty), na okres próbny trzech tygodni, zapoznałam się
z ich grafikiem pracy w systemie dwanaście na dwadzieścia cztery i tak to się
zaczęło.
Jedyny
problem miałam z podaniem mu numeru mojego telefonu do akt.
To
był mój problem, więc się spięłam.
Ale
opanowałam się, postarałam rozluźnić i podałam go.
Było
oczywiste, że kapitan musiał go mieć zapisanego, gdybym była potrzebna w
nagłych przypadkach.
To
było prawie dziewięć miesięcy temu.
Od
razu na początku dowiedziałam się, że od jakiegoś miesiąca pracowali w
niepełnym składzie, bo jeden z nich miał poważny wypadek.
Od
tego czasu pracowałam z nimi, poznałam zespół, który jeździł jednym wozem, ale
czasem pracowałam z innymi zespołami.
Przyjęli
mnie bardzo ciepło, chociaż obserwowali, co umiałam.
Było
to zrozumiałe i nie czułam, żeby to było dlatego, że byłam kobietą.
Może
musieli nieco dostosować remizę, bo wydzielili tylko dla mnie małą łazienkę z
prysznicem, którą można było zamknąć, kiedy kąpałam się po akcjach, a także jeden
pokój rekreacyjny z łóżkiem, na którym mogłam odespać, jeśli byłaby konieczność
wzięcia dłuższego dyżuru, ale to były jedyne problemy.
Logistyczne.
Nie
miałam problemów z ich akceptacją.
Po
okresie próbnym stałam się jedną z nich, zwłaszcza, kiedy przekonali się, że
nie jestem słaba i nie trzeba było mnie niańczyć.
Poczułam
to i osiedliłam się.
Co
było niebezpieczne.
Powinnam
zachować czujność i nie powinnam się przyzwyczajać.
Ale
było mi dobrze.
Moje
dni zajmowała mi praca w straży, mieszkanie, a właściwie nocowanie w nim i
jedzenie, a także książki.
To
była moja słabość.
Kochałam
książki i iluzje, jakie z nich miałam.
Ułudne
wrażenie możliwości zdobycia szczęścia, rodziny, bezpieczeństwa.
Może
nawet miłości.
Więc
czytałam książki namiętnie w każdej wolnej chwili.
Chociaż
nie mogłam ich mieć na własność.
Przenosiłam
się z miejsca na miejsce często i zwykle szybko, bardzo szybko, więc nie mogłabym zabierać ich ze sobą.
Dlatego
zwykle korzystałam z bibliotek miejskich.
Znalazłam
taką w Salt Lake City od razu na drugi dzień po znalezieniu pracy i mieszkania.
Była
wspaniała.
Biblioteka
Publiczna Salt Lake City mieściła się w wielkim, modernistycznym budynku, który
miał duży parking podziemny i był otoczony przez wspaniały, chociaż nie
rozległy, park miejski z licznymi barami, fastfoodami i kawiarenkami.
Spędzałam
tam dużo czasu przez te wszystkie miesiące: w letnie dni na dworze, a zimą w
budynku.
Było
mi tam lepiej niż w mieszkaniu.
Bowiem
wynajmowane przeze mnie mieszkanie było maleńką, duszną i ciemną klitką z jedną
mini-sypialnią, aneksem kuchennym w salonie/jadalni, bez porządnej łazienki, z
wejściem z brudnego, smrodliwego korytarza wspólnego i bez garażu pod
budynkiem.
Co
prawda akurat na garażu mi nie zależało, bo szybciej można było wyjechać, jeśli
samochód stał na ulicy, a i tak mój samochód nie był wart więcej niż porządne
ubranie.
Oczywiście,
nie to, żebym miała jakieś porządne
ubranie.
Więc
tym bardziej lubiłam spędzać czas w bibliotece lub niedaleko niej.
Raz
na miesiąc, a może trochę rzadziej, jechałam swoim rozklekotanym Charger’em w daleką,
kilkusetkilometrową wycieczkę, żeby skontaktować się ze swoim starym życiem, a
raczej jego pozostałościami.
Życie,
jakie tutaj toczyłam, spodobało mi się na tyle, że zaczęłam się rozglądać,
osiedlać i oswajać.
Może,
jak wiedziałam z doświadczenia, nie powinnam.
Ale
wszyscy: faceci w pracy i ich kobiety, byli sympatyczni.
Ciekawi.
James
Spark, czyli Jimmy był nieco starszy od pozostałych, przystojny, ciemnowłosy,
niebieskooki i bardzo wysoki.
Był
może w wieku Oli’ego, naszego kapitana, może niewiele młodszy.
Jego
żona, Eva, czasem przyjeżdżała do remizy, a czasem po prostu czekała na
Jimmy’ego na parkingu, kiedy mieli razem jechać na przykład na imprezę do
szkoły któregoś z ich dzieci.
Eva
była chyba w jego wieku, może nieco młodsza, mniej więcej mojego wzrostu, a
może trochę wyższa oraz bardzo ciepła i opiekuńcza w stosunku do wszystkich,
nie tylko wobec jej męża i dzieci.
Eva
również bardzo rzucała się w oczy, bo była rudowłosa, a kolor jej włosów był płomiennie rudy, jak świeża, nietknięta
rdzą miedź w pełnym słońcu.
Słyszałam
trochę o gronie jej przyjaciół i o tym, jak sobie pomagali, a z tych opowieści
wynikało jedno.
Eva
zebrała ich wszystkich wokół siebie.
I
wszyscy oni pomagali sobie wzajemnie.
W
ciągu tych miesięcy poznałam również z widzenia ich dzieci.
Ciemnowłosego
Matta, który był tak podobny do Jimmy’ego jakby był ich rodzonym synem, a
wiedziałam, że był wnukiem Jimmy’ego i ich córkę, Marię, której uroda
wskazywała na Latynosów w rodzinie.
Podobało
mi się to, jak ciepło oni wszyscy odnosili się do siebie.
Potem
usłyszałam jeszcze o jej starszym synu, który mieszkał z żoną i pracował jako
informatyk w San Jose.
W
pracy najczęściej siedziałam w sali wspólnej i pracowałam przy naszym wozie
strażackim z Samem i Billym, którzy byli najmłodsi, chociaż słyszałam, że
najmłodszym był ten, za którego pracowałam na zastępstwo po tym, jak został
poparzony.
Był
to Josh, na którego wołali Dzieciak.
A
Sam i Billy lubili plotkować.
Bardzo.
Obaj
wyglądali młodo, młodziej ode mnie, a Billy przez brązowe, lekko kręcone,
niesforne włosy i dołeczki w policzkach miał wygląd chochlika.
Później
się przekonałam, że tak naprawdę nie był żartownisiem, a jego wygląd był
złudzeniem.
Nie
zaczepiali mnie, nie podrywali, ale przy mnie stawali się bardziej rozmowni, wręcz
gadatliwi.
Mówili
bardzo dużo i o wszystkim, a ja miałam czasem wrażenie, że próbowali mi
zaimponować swoją wiedzą i byciem „równiachami”.
Bo
David, o którym wam wspomniałam, Jimmy i trzeci z nich, Alex, trzymali się
razem i stanowili jakby elitę tej jednostki.
Imponowali
Samowi i Billy’emu.
Mogłam
im powiedzieć, że nie imponowała mi ich wiedza.
Mogłam
im powiedzieć, że nie chciałam wiedzieć.
Ale
po prostu się nie odzywałam.
Czasami
udawałam, że słucham, ale czasami słuchałam naprawdę, bo przecież słuchając
można czasem nauczyć się i dowiedzieć czegoś pożytecznego.
Dlatego
wiedziałam trochę o problemach, jakie mieli tamci trzej ze swoimi kobietami i
jak potrafili je rozwiązać.
Zwłaszcza
David.
Kiedy
zaczęłam z nimi pracować, David już mieszkał z Maggie, a raczej ona mieszkała z
nim, bo żyli razem w małym domu w starszej części SLC, który to on odziedziczył
po swoich dziadkach.
Jednak
ich wcześniejsze niezwykłe perypetie były istną legendą, zwłaszcza, że były
owiane mglistą, pociągającą tajemnicą, której, bez najmniejszego cienia
wątpliwości, ani Jimmy, ani Alex, nie zdradziliby, a już na pewno nigdy nie zrobiłby tego David.
Bo
od Davida usłyszeć więcej niż tekst, jaki zwykle słyszeliśmy przy pracy, w
czasie akcji, było istną niemożliwością.
A
pozostali dwaj byli lojalni.
A
to jeszcze bardziej skłaniało tych dwóch Największych Plotkarzy Świata, Sama i
Billy’ego, do wymyślania fantastycznych historii.
W
ich ponawianych opowieściach David wyglądał na Mrocznego Bohatera
Romantycznego, co było doprawdy bardzo
pociągające.
A
ja byłam Niepoprawną Romantyczką, wychowaną na powieściach romantycznych lub
raczej wykarmioną nimi.
Z
mojego, nawet niezbyt bogatego w tej dziedzinie, doświadczenia wiedziałam
jednak, że taki NF jak David, byłby w stanie przekroczyć swoimi niezwykłymi,
bohaterskimi lub nie, działaniami najbardziej fantastyczne historie, jakie
mogli wymyśleć ci dwaj.
Ja
sama mogłam im podpowiedzieć coś takiego i to nie z książek.
Ale
teraz miałam nowe życie.
Jak
na razie spokojne.
Miałam
nowe miejsce do mieszkania.
Ciche.
Nie
chciałam tego wszystkiego narażać na zepsucie przez innego NF, jaki pojawił się
na ślubie tego NF, którego zdążyłam polubić.
Nawet,
jeśli miałam straszną ochotę podejść do Alexa i z nim porozmawiać.
Bo
Alex zaledwie dwa tygodnie wcześniej przyjął na siebie kulę, którą ktoś
wystrzelił do jego kobiety, Sophie.
Alex
z wyglądu nadawał się na Bohatera Romantycznego nawet bardziej niż David, bo
był przystojnym, seksownym, szczupłym, wysokim blondynem, z wysportowanym
ciałem, szerokimi ramionami i szczupłymi biodrami.
Istne
ciacho, jak mówiły niektóre bohaterki
moich książek.
Jego wybranka, Sophie, była ciemnowłosa,
energiczna i zapatrzona w niego, jakby mógł przenosić góry i był jedyną siłą na
Całym Bożym Świecie podtrzymującą życie.
I
jej życie podtrzymał.
Alex
był interesująco blady, ledwo oddychał po tym postrzale i było bardzo wyraźnie widać
na tym ślubie, że nie doszedł jeszcze do siebie.
I
to było fascynujące.
Z
różnych względów.
Najbardziej
dla NR (Niepoprawna Romantyczka, C'est
moi).
Ale
musiałam wyjść, zanim zaczęło się przyjęcie, kiedy wszyscy byli zajęci
składaniem życzeń młodej parze.
Żeby
uniknąć bardzo NF.
Nawet
tak fascynującego, jakby wyszedł z powieści romantycznej i wyglądającego
pociągająco, jak każdy Niegrzeczny Chłopiec.
I
nawet nie złożyłam życzeń.
Co
było niegrzeczne.
Trudno.
*****
Filip
Filip
nie lubił cip.
Gardził
nimi.
Wszystkie
kobiety, jakie spotkał na swojej drodze były kurwami, które cholernie nie były
warte jego jednej pieprzonej myśli, a na pewno nie uczucia.
Maggie
była wyjątkowa.
Ale
ona przecież nie stanęła na jego
cholernej drodze, tylko na drodze jego kumpla, Davida.
Dlatego
Filip właśnie teraz stał z tyłu pieprzonej sali, w której jego kumpel oficjalnie
ogłaszał swoją kobietę swoją przed pieprzonym
tłumkiem ludzi i nie był ni chuja zdziwiony, że zarówno on, jak i ona kurewsko
szczerze i głośno mówili sobie wobec wszystkich Należę do ciebie.
Filip
naprawdę cholernie cieszył się, że David to miał.
Że
mu się udało.
Wreszcie, do kurwy nędzy.
Dlatego
był cholernie zaniepokojony, kiedy zauważył na tej pieprzonej sali kobietę,
która diabelnie wyglądała jak ktoś, kto mógłby temu zagrozić.
Zniszczyć
bezpieczeństwo tej pary, która zasługiwała na pieprzone szczęście i cholerny spokój.
Stała
z tyłu, jak on, pod samą ścianą, ale z przeciwnego boku sali.
Wśród
tych wszystkich kolorowych kobiet, ona jedna jedyna była ubrana nijako, jak
szara myszka, co powodowało, że Filip pomyślał, że cholernie chciała się
schować.
Coś
pierdolenie ukrywała.
Nie
była wysoka, ale też nie tak bardzo niska, jak Maggie.
Mogła
być o pięć, góra siedem centymetrów niższa od Filipa.
Miała
ciemne, krótkie włosy, które mocno kręciły jej się na końcach, więc całą jej
głowę pokrywały loczki.
I
miała cholernie intrygujący typ
urody.
Filip
nazwałby ją piękną, gdyby ktoś go spytał.
Jej
twarz była prawie tak drobna, jak Maggie, ale usta miała mniejsze, zarysowane
wyraźniej, z ostrą górną wargą.
Filipa
aż korciło, by przeciągnąć tam językiem.
I
nienawidził tego uczucia.
Jej
nos był prosty, a oprawa oczu, których koloru nie udało się Filipowi zauważyć z
dużej odległości, podkreślała pewien rys marzycielskości, głównie przez
pieprzenie długie rzęsy.
Ale
wzrok miała bystry.
A
czoło inteligentne.
A
potem, w czasie przysięgi Davida i Maggie, nie patrzyła zasłuchana w cholerę na
pieprzoną młodą parę, jak wszystkie obecne tam jebane kobiety, które roniły łzy
i ocierały kąciki oczu cholernymi chusteczkami, tylko rozejrzała się ukradkiem.
Jak
Filip.
I
dlatego ich wzrok się spotkał.
Filip
zauważył, jak jej ciało stało się zaalarmowane, jakby wyczuła jego
umiejętności, co było kurewsko niemożliwe.
A
potem ani razu nie spojrzała w jego stronę.
Przynajmniej
nie tak, żeby dało się ją na tym przyłapać.
Kark
piekł go od pieprzonego napięcia, a stopy i dłonie cholernie go swędziały, żeby
coś zrobić.
Do
kurwy nędzy, cokolwiek: biec, łapać, unieszkodliwić.
Filip
chciał ją śledzić, obserwować, a może nawet pieprzenie wypytać, ale zniknęła mu
z oczu, kiedy odszedł od Maggie po złożeniu życzeń obojgu młodym.
Wyrolowała
go.
To
było niespodziewane.
Nigdy mu się nie
zdarzyło.
Więc
Filip niedługo po tym, jak David i Maggie pokroili swój pieprzony tort, a
później pocałowali się tak, że wszyscy kurewsko dosłownie poczuli żar ich namiętności, wyszedł z cholernej sali i zastanawiał
się, jak mógłby dowiedzieć się, kim była pieprzona tajemnicza nieznajoma.
Zdecydowanie
niebezpieczna.
*****
Alba
Pół roku później
Przeprowadzałam
się.
Znowu.
Tym
razem bez zwykłego dla mnie pośpiechu, ale i tak nie miałam wiele rzeczy do
spakowania i przewiezienia.
Dwa
miesiące temu byłam na grillu z kumplami z pracy.
Do
tego czasu minął ponad miesiąc, od kiedy po raz pierwszy zostałam zaproszona na
rocznicową imprezę w kompleksie mieszkaniowym, w którym kiedyś mieszkały
zarówno Eva, jak i Sophie.
Zaproszenie
ponawiano tak często, że uznałam, że moja obecność była obowiązkowa.
Ta
cała impreza była dzień po tym, kiedy również minął rok, odkąd zaczęłam
pracować w FS 13.
Wtedy
to Oli zaprosił mnie na rozmowę do swojego gabinetu i zaproponował przedłużenie
umowy na następny rok, bo Josh mógł co prawda wrócić do pracy, ale nie chciał,
a ja, chociaż nie myślałam o tym wcześniej, zgodziłam się na pracę przez
następny rok.
Nie
powinnam.
Już
byłam w SLC o dwa, trzy miesiące za długo.
Ale
nie mogłam się opanować.
Po
prostu usłyszałam, jak moje usta wypowiadają tak, zanim do mojego mózgu dotarło, o co w ogóle Oli mnie zapytał.
Ale
nie wycofałam się.
Nie
wiedziałam, co mnie trzymało w tym miejscu.
Nie
mogłam zrozumieć również tego, dlaczego wybrałam się na tego integracyjnego
grilla, a nie wymigałam się z niego, co umiałam robić.
Ale,
skoro tam poszłam poznałam Alice, Soniję, Aleka i Sama, czyli grono przyjaciół
Evy i Jimmy’ego oraz Sophie i Alexa.
Alice
była spokojna, zrównoważona, mówiła niezbyt głośno i niekoniecznie dużo, ale prosto
i chyba szczerze.
Była
bardzo zgrabną blondynką, która zaledwie miesiąc wcześniej urodziła swoją
pierwszą córeczkę, a jej syn, Bert, skończył już jedenaście lat i zachowywał
się, jakby znał wszystkich.
Sonija
natomiast była bardzo żywiołowa, rozgadana, ale nie wścibska.
Czułam
od niej dobro, podszyte czystą Radością Życia.
Co
było zabawne, ale również bardzo zwracające na nią uwagę, tym bardziej, że
Sonija była bardzo wyjątkowa w ubiorze.
Lubiła
bowiem bardzo krótkie szorty i bardzo
wydekoltowane topy, pokazujące jej duże piersi.
Nawet
późną jesienią i wczesną wiosną.
Poznałam
także Eddiego, męża Alice, który był detektywem policyjnym i Benji’ego,
partnera Soniji, który był dziennikarzem.
Z
nimi nie miałam ochoty poznawać się
bliżej.
A
zwłaszcza, żeby oni poznawali bliżej mnie.
Ale
sam kompleks mieszkaniowy mi się spodobał.
Było
w nim kilku nowych mieszkańców, którzy nie znali się z tą grupką przyjaciół,
jaką stanowiły między innymi Maggie, Eva i Sophie.
Rozpoznałam
ich po tym, że trzymali się przy oddzielnych stołach w czasie tego grilla,
który przecież z założenia był integracyjny.
Można
było nie spotykać się z sąsiadami w
tym kompleksie przez wiele dni, albo widzieć się tylko przelotnie, jeśli
wychodziło się do pracy tak, jak ja, czyli na szóstą rano lub szóstą po
południu.
Co
było wręcz fantastyczne.
Wejścia
do mieszkań były z ukwieconej galerii, która otaczała równie ukwiecone patio i
były z niej dwie klatki schodowe, jedna prowadząca na parking dla mieszkańców,
a druga prowadząca na teren wypoczynkowy z basenem i boiskiem.
Właśnie
na tym terenie byliśmy na grillu.
Rozejrzałam
się, poczekałam te kilka dni, aż skończyła mi się umowa najmu mojego
poprzedniego mieszkania, w tym czasie umówiłam się z właścicielem tego
kondominium, Dominikiem, dogadaliśmy się, podpisałam umowę na rok najmu i…
Przeprowadzałam
się.
Mieszkanie,
które wynajęłam, było nieco większe od poprzedniego, chociaż w tej samej cenie,
a zwłaszcza większa była sypialnia i łazienka.
Kuchnia
też nie była tylko aneksem kuchennym, ale pełnoprawną kuchnią otwartą,
oddzieloną od salonu/jadalni wyspą.
Moje
nowe miejsce do życia było trochę bardziej oddalone od Biblioteki Publicznej SLC,
czyli mojego ulubionego miejsca na spędzanie czasu po pracy, ale było o wiele
bardziej ładne, czyste i spokojne, bo w poprzednim zbyt często zaczęła się
pojawiać obyczajówka.
Czego
chciałam uniknąć.
Policji
w ogóle.
Nie
zamierzałam kupować mebli ani malować ścian, ale, na szczęście dla mnie,
poprzedni właściciel kilka miesięcy wcześniej pomalował wszystkie pokoje
niezłymi farbami w fantastycznych kolorach i zostawił część mebli.
Najważniejsze
było to, że miałam duże łóżko.
I
wyposażoną kuchnię.
Mogłam
udawać, że mieszkałam na swoim i miałam stabilne życie.
To
nie było mądre z mojej strony ani bezpieczne, ale po kilku latach tułaczki
tęskniłam za odrobiną normalności.
Domem.
Po
zlikwidowaniu wszelkich śladów mojej bytności w poprzednim mieszkaniu, czyli po
czymś, czego nie robiłam, wyprowadzając się na szybko z wcześniejszych miejsc,
bo nie musiałam i po spakowaniu całego mojego skromnego dobytku w torbach i
pudłach do Charger’a, odjechałam stamtąd, nie pozostawiając adresu ani numeru
telefonu poprzedniemu wynajmującemu mi mieszkanie.
Nie
miał czego przekierowywać dla mnie.
Żadnej
poczty ani rachunków.
Żadnych
znajomych, których zechciałabym poinformować.
Zajechałam
do mojego nowego mieszkania w porze lunchu pewnego gorącego, słonecznego, czerwcowego
dnia i wysiadłam, zabierając dwie torby na ramiona a jedną do ręki.
Wszystkie
moje ubrania, pościel i buty.
Było
gorące lato w Utah, więc miałam na sobie tylko gołębio szary t-shirt i
granatowe, bawełniane szorty, a na nogach czarne tenisówki.
Zamknęłam
samochód, skierowałam się na schody i po drodze wyjęłam z torebki klucze, które
dzień wcześniej dostałam od Dominika.
Na
górze podeszłam do drzwi, otworzyłam je, weszłam do korytarzyka, zapaliłam
światło, bo nie dochodziło tam słońce, a potem zamknęłam za sobą drzwi na klucz
i spojrzałam na nie.
Powinnam
zamontować dodatkową zasuwę i, być może, łańcuch.
Weszłam
głębiej do mieszkania, położyłam torby na podłodze w salonie i weszłam do
kuchni.
Włączyłam
lodówkę, przekonałam się, że była pusta, czysta, świeżo umyta i rozejrzałam się
po pomieszczeniu.
Puste
półki w czystych szafkach.
Pusta
spiżarnia w pomieszczeniu gospodarczym, które było właściwie szafą wnękową za
kuchnią, ale mieściło pralkę z suszarką.
Musiałam
zrobić drobne lub nieco większe zakupy.
Zabrałam
torebkę, wzięłam klucze do ręki i ponownie wyszłam na galerię.
Przeszłam
jeszcze raz z samochodu do mieszkania po schodach i galerii, tym razem z dwoma
pudłami z pościelą i rzeczami do kuchni i łazienki, żeby opróżnić bagażnik, a
potem, po zostawieniu ich tuż za progiem mieszkania, wyszłam ponownie.
Zeszłam
na parking, wsiadłam do samochodu i wyjechałam stamtąd.
Pojechałam
Charger’em do pierwszego lepszego większego napotkanego sklepu spożywczo
przemysłowego, obiecując sobie na przyszłość sprawdzenie w Internecie, gdzie są
sklepy najbliższe dla mnie po drodze z pracy i najbardziej dla mnie opłacalne.
Najtańsze.
Musiałam
trochę oszczędzać.
Normalka.
Zawsze
oszczędzałam, żeby mieć gotówkę na ewentualną ucieczkę.
Był
to jeden z powodów, dla których zwykle gotowałam sobie sama, czasem na dwa dni
do przodu i nigdy nie wyrzucałam jedzenia.
Oczywiście,
po zatrudnieniu się w FS 13, musiałam założyć sobie jakieś konto w jakimś banku.
Taki
był wymóg większości pracodawców.
Otrzymywałam
wynagrodzenie co tydzień przelewem na oszczędnościowe konto bankowe.
Ale
zawsze wypłacałam je następnego dnia i trzymałam w jakiejś skrytce na tyle
niedaleko, żeby były łatwo dostępne, w formie gotówki.
Co
przypomniało mi, że musiałam znaleźć dla siebie nową skrytkę.
Nie
nosiłam wszystkiego do pracy.
Nie
korzystałam z kart kredytowych ani żadnych innych.
Taka
słabostka.
Drobny
bzik.
Zakupy,
które tym razem zrobiłam, były duże.
Kupiłam
sobie również na lunch pudełko sałatki, czego zwykle nie robiłam, ale nie
miałam wyjścia, skoro byłam tyle godzin poza mieszkaniem.
Zjadłam
to na miejscu, na parkingu przy sklepie, rozglądając się leniwie i
przysłuchując się ludziom, jak to zwykle robiłam.
A
potem wypchanym wózkiem zajechałam do Charger’a i przełożyłam wszystko do
bagażnika i na tylne siedzenie.
Później
wróciłam do mojego nowego kompleksu mieszkalnego.
Rozpakowanie
wszystkiego nie było możliwe na jeden raz, więc od razu zastanowiłam się, co
potrzebowało lodówki, a co mogło pobyć w nagrzanym samochodzie i zabrałam tylko
kilka toreb ze sobą na górę.
Kiedy
wychodziłam z mieszkania na galerię, żeby zejść na parking do Charger’a po resztę
zakupów, na schodach usłyszałam miauczenie.
Cichutkie,
słabe, wysilone miauczenie małego kotka.
Zamarłam.
Rozejrzałam
się.
Obok
skrzynki z kwiatami siedziało biało-szaro-rude kociątko.
Tycie,
tyciutkie.
Przykucnęłam.
Zamiauczało
jeszcze raz, a potem, ośmielone moimi łagodnymi ruchami, zakołysało się w moją
stronę.
Nadstawiłam
dłoń, a ono weszło na nią niezdarnie.
Jakie słodkie.
Nie
wiedziałam nic o opiece nad kotkami.
Nie
wiedziałam również, do kogo mogłabym się zwrócić o pomoc.
Ale
nie chciałam, nie mogłam zostawić go
samego.
Był
taki bezbronny.
O, Matko!
Z
kociątkiem na ręku zeszłam po schodach, żeby znaleźć zarządcę lub właściciela
kompleksu.
Na
dole zobaczyłam starszą, ale nie starą kobietę w długiej sukience, która
siedziała przed drzwiami jednego z mieszkań i patrzyła z łagodnym wyrazem twarzy
na… kotki!
-
Dzień dobry - powiedziałam, a wtedy ona podniosła głowę i spojrzała na kociątko
trzymane przeze mnie na ręku.
-
O, hej - powiedziała cicho, uśmiechając się łagodnie - Tu jesteś, ty mały
uciekinierze.
Wyciągnęła
rękę, a ja niechętnie podałam jej kociątko.
-
Dziękuję, kochanie - powiedziała do mnie kobieta - Jestem Eliza. Nie gniewaj
się, że go zabieram.
Mruknęłam
coś w rodzaju nic nie szkodzi i
zaczęłam się odwracać, żeby zająć się swoimi sprawami.
Kobieta
nie przejęła się tym, że się nie przedstawiłam.
-
Jest za mały, żeby przeżyć bez mamy - mówiła Eliza, jakbym nic nie zrobiła -
Potrzebuje mamy - powtórzyła.
-
Ale ten tam… - wskazała brodą na innego, nieśmiało wyglądającego przez drzwi
jej mieszkania - tego mogłabyś zabrać. Zaopiekować się nim.
Zatrzymałam
się i, odwracając w tamtą stronę tylko głowę, popatrzyłam uważniej na tamtego
kotka.
Był
wyraźnie starszy od maluszka.
Jego
ruchy były ostrożne, ale pewne.
Chodził
blisko ścian i krył się w cieniu.
Znałam
to i rozumiałam.
-
Ktoś go bardzo skrzywdził - mówiła kobieta, potwierdzając moje obserwacje -
Miał spalone futerko na grzbiecie. Zagoiło się - wyciągnęła dłoń łagodnym
ruchem, a kotek nieufnie podszedł do niej - Potrzebuje dobrego domu, bo ja nie
mogę się opiekować nimi wszystkimi.
Biedactwo.
Przykucnęłam,
a kotek niespodziewanie podszedł wprost do moich nagich kolan i wyciągnął
nosek, żeby mnie powąchać.
Nie
poruszyłam się.
Cofnął
się odrobinę, zawahał się, a potem zrobił kolejny krok w moją stronę, po czym
nagle wszedł pod moje zgięte nogi i zaczął się o mnie ocierać.
-
Widzisz - mruknęła Eliza - Lubi cię.
Poruszając
się powoli i ostrożnie, wzięłam kotka na ręce.
-
Jak ma na imię? - spytałam i wyprostowałam się.
-
Nie ma jeszcze imienia - odparła Eliza.
Podniosłam
dłoń z kotkiem, drugą ręką podtrzymując jego tyłek i popatrzyłam w jego stronę,
tylko trochę zezując na kobietę.
Myślałam
przez kilka sekund.
Spojrzałam
uważniej na kotka.
Był
czarno biały.
Łaty
na jego pyszczku powodowały, że wyglądał, jakby miał zeza.
Kiedy
podniosłam go wyżej i przysunęłam do swojej twarzy, wyciągnął szyję i trącił
nosem mój nos.
Roześmiałam
się cicho, a potem przytuliłam go do swojej piersi.
Nie
powinnam, ale był taki słodki i pokrzywdzony.
Przestałam
się wahać.
-
Wezmę go - powiedziałam - Co muszę…?
-
Nic nie musisz - powiedział kobieta z dziwnym błyskiem w oku - Tylko go kochaj.
Może dzisiaj jeść to, co mu dasz, ale najlepiej kup jutro kocie puszki. Ma rok,
więc nie potrzebuje specjalnego jedzenia.
-
A… - zawahałam się - spacery?
-
Och - Eliza zrozumiała, o co pytałam - Ona jest bardzo czysta, a nie lubi
wychodzić. Załatwia się do piasku w mieszkaniu. Wstaw pudełko do łazienki, a
sama sobie poradzi.
-
Ona? - spytałam jeszcze.
-
Tak, ona - przytaknęła Eliza - Bądźcie szczęśliwe, kochanie.
-
Dziękuję - odparłam i odwróciłam się do parkingu, żeby pójść do samochodu po
resztę swoich rzeczy.
Z
kotkiem na rękach.
*****
Trzy godziny
później
Leżałam
w ubraniu na swoim łóżku, na świeżo powleczonej pościeli z kotkiem na klatce
piersiowej i słuchałam jej mruczenia.
Rolety
miałam szczelnie zasunięte, ale i tak zapaliłam tylko małą lampkę na stoliku
nocnym.
Wcześniej
kotka trochę się przede mną chowała po kątach mieszkania, podczas gdy ja byłam
zajęta.
Rozpakowałam
zakupy i część przywiezionych rzeczy.
Wyszłam
z mieszkania, znalazłam obok śmietnika pokrywkę z pudełka od butów i wstawiłam
je do łazienki.
Z
boku budynku odkryłam górkę pozostałego po zimowym posypywaniu piasku, z której
mogłam kopać po trochu i nasypywać sobie w foliową lub papierową torebkę, żeby
przynosić go do mieszkania i wymieniać w razie potrzeby.
Potem przygotowałam dla siebie na kolację
kanapkę z kurczakiem, kiedy kotka zwiedzała moje nowe mieszkanie.
Kroiłam
mięso i wrzucałam je na patelnię, kiedy jeden kawałek upadł mi na podłogę i
wtedy odkryłam, że kotek lubi surowe mięsko.
Przybiegła
i złapała je z podłogi, a potem uciekła z nim do kąta.
Potem
wróciła.
Jedząc,
zaczęłam dawać jej kawałki, które skubałam ze swojej kanapki.
Zbliżyła
się.
Aż
w końcu…
Jadłam
przy blacie kuchennym, a ona siedziała na nim i bardzo grzecznie czekała, aż
podam jej kawalątek mięsa palcami.
Nie
byłam pewna na ile to było dla niej zdrowe, więc postanowiłam rozejrzeć się
następnego dnia w sklepie za prawdziwym jedzeniem dla kotków.
Potem
nie pojechałam do biblioteki, tylko położyłam się na łóżku, żeby zastanowić się
nad imieniem dla niej.
Łaziła
po całej pościeli, po mnie, a potem położyła się na mojej klatce piersiowej z łapkami
wyciągniętymi z stronę mojej twarzy.
Wylizywała
co chwilę jedną, a potem drugą łapkę, co wydawało mi się trochę nerwowe i
nagle, tak trochę dziwnie, prawie
kichnęła - Nis-se - wstrząsając
śmiesznie łebkiem.
Zaśmiałam
się cicho, żeby jej nie przestraszyć.
-
Niezła próba - mruknęłam.
Och!
Tak!
To
było to.
Idealne
imię dla małej, skrzywdzonej przez ludzi kociczki, która próbowała mnie sobie
oswoić i którą ja próbowałam sobie oswoić.
Nessie.
Wiedziałam,
że to znaczy próba.
Czytałam
o tym.
-
Witaj, Nessie - powiedziałam do niej cicho i delikatnie pogłaskałam ją jednym
palcem między uszami.
Następnego
dnia rano musiałam wstać o piątej, by pójść do pracy, więc położyłyśmy się
spać.
To
znaczy ja się położyłam, a kotek nadal zwiedzał.
To
była próba życia z kimś pod jednym dachem.
Miałam
nie być sama tej nocy w mieszkaniu.
Miałam
być w ciągu kolejnych dni, a może tygodni odpowiedzialna nie tylko za swoje
życie i zdrowie.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń