Rozdział 9
Filip
W
środku nocy Filip siedział w swoim pieprzonym
salonie swojego pieprzonego domu na swojej
pieprzonej kanapie po ciemku, trzymał
w ręku otwartą cholerną butelkę piwa, ale go nie pił.
Nie
mógł podnieść ręki.
W
swojej pieprzonej głowie miał pustkę.
Cholerną pustkę.
Kurwa!
Wydawało
mu się, że każdy najmniejszy jebany ruch wymagał tak cholernie dużo pieprzonego
wysiłku, że nie był w stanie go wykonać.
Nic
nie miało sensu.
Całe
jego jebane życie.
Właściwie
tego się spodziewał.
Cholernie
wszystkiego tego, co się właśnie
stało.
Kiedy
wrócił cholernie późnym wieczorem tego dnia do swojego pieprzonego domu, jak
zwykle, zdjął pieprzone zaśnieżone buty, pieprzoną zimową kurtkę i zostawił je
w pieprzonym pomieszczeniu gospodarczym, wszedł do swojego pieprzonego salonu
tylko po to, żeby przekonać się, że cały
jego pieprzony dom jest pusty i
cichy.
Tak
cholernie pusty i cichy, jak nigdy w życiu nie bywał.
Nigdy
przed Anną.
A
na pewno nie po niej.
Przekonał
się, że Ani w nim nie było i, mając jeszcze odrobinę
pieprzonej nadziei, zadzwonił na numer jej cholernej komórki.
Nie
odebrała.
Dopiero
dużo później, kiedy nie odebrała trzech
pieprzonych połączeń i zaczął się martwić,
wszedł do kuchni.
I
zamarł.
Na
blacie leżała mała kartka papieru z trzema słowami.
Nie szukaj mnie
A.
Jaszcze
nie pojmował, chociaż już to do niego przebijało.
Kurwa mać!
Ania
odeszła.
Na
podłodze siedziała Nessie i patrzyła na niego cholernie wyczekująco, jakby mógł
sprawić pieprzony cud i cofnąć czas, ale on nie reagował, nawet się nie wkurwiał,
był całkowicie zrezygnowany.
Wypieprzony.
To
było całe jego popieprzone, chujowe życie.
Powinien
wiedzieć lepiej.
Wiedział,
zawsze to wiedział, że Ania była o
wiele, cholernie wiele więcej warta
od niego.
Była
zarówno dobra, czysta, mądra i piękna.
A
on…
On
był brudny, uwikłany w nielegalne interesy i głupi, więc nawet nie skończył
porządnej szkoły.
Więc
odeszła, żeby mieć kogoś lepszego, kto by do niej pasował, dałby jej więcej:
tak, jak na to zasługiwała.
Mógł się tego
spodziewać.
Dlatego Ania odeszła.
A
poza tym zawsze wszyscy go zostawiali,
nikt nigdy go nie chciał.
Zwłaszcza
kobiety.
Jedyną,
która wytrwała przy nim była cioteczka Thelma, ale nawet jego własna matka go
porzuciła.
Wyrzuciła
go na śmietnik.
Tyle
był wart.
Co
śmieci.
Z
tego powodu dokładnie tego, co się stało tego dnia, mógł się spodziewać, bo to przydarzyłoby się wcześniej czy później.
To
musiało się stać.
Ania
odeszła.
Więc
nie wiedział, dlaczego ogarnęła go taka niemoc, taka słabość, że czuł tylko
narastające w piersiach uczucie dławienia, uścisku, a w brzuchu rozrywanie.
Jakby
ktoś wbił mu tam tępe ostrze i powoli przekręcał.
Nawet
nie bolało.
Tylko
dusiło.
Nawet
nie mógł jęczeć.
Przeszedł
powoli i ociężale przez cały swój pierdolony dom, dom, który kupił dawno temu,
ale nie umiał uczynić prawdziwym domem i nie miał dla kogo, zapalając, a
później gasząc, kolejne pieprzone światła w kolejnych jebanych pomieszczeniach,
ale nie wiedział po jaką cholerę to
robił.
Chyba
tylko po to, żeby udowodnić sobie, że jej tam nie było.
I
przekręcać to ostrze w brzuchu.
Zobaczył,
że jej rzeczy były na miejscu.
Nietknięte.
Jakby
to był tylko zły sen.
Koszmar,
z którego może mógł się obudzić.
Tak.
Filip
obudziłby się i przytulił do niej w tym łóżku, które jeszcze na pewno miało jej
zapach, usłyszałby jej westchnienie i szept - Hej - jakim go witała nawet tylko po obudzeniu się obok niego.
Ale
nie.
Wszystko
tam było, tylko jej nie było.
Ania
odeszła.
Odeszła!
To
nie był sen.
Więc
wrócił do salonu.
Potem
usiadł na kanapie i spędził tak nieruchomo kilka godzin.
Z
pustym umysłem.
Potem
poszedł do kuchni i wyciągnął z lodówki piwo.
Nie
wiedział po co.
A
potem wrócił na kanapę i tak siedział aż do teraz.
Nie
myślał.
Nie
był w stanie.
Ania
odeszła.
Zaskakujący
przecież, zgrzyt klucza w zamku drzwi wejściowych, a później ciche otwarcie, następnie
ich trzaśnięcie i pikanie przycisków alarmu, które ktoś naciskał bez wahania,
jakby je znał, przyjął tak samo obojętnie, jak wcześniejsze odgłosy awantury u
sąsiadów i huk śnieżycy za oknem.
Ania
weszła do salonu, ale nie zapaliła światła.
Widział
ją niewyraźnie w słabej poświacie lamp ulicznych, która wpadała przez okno w
kuchni, ale był zbyt otępiały, żeby zareagować.
Nawet
nie podniósł głowy.
Ania
była cała pokryta mokrym śniegiem, a na ramieniu miała przewieszoną torbę
podróżną i torebkę.
Filip
usłyszał stukot rzeczy, które upuściła na podłogę, brzęk kluczy o blat komody,
przy której stała, ale nie widział wyraźnie w tym półmroku wyrazu twarzy Ani,
jej oczu.
Nie
podeszła do niego.
Została
tam, gdzie była.
Gówno.
Oparła
się plecami o niewielki fragment ściany między salonem a kuchnią i patrzyła na
niego przez cienie słabych świateł, wpadających z ulicy przez niezasłonięte
okna kuchni.
Widział
jej błyskające okulary.
-
Filip - szepnęła drżącym głosem i przerwała.
Nie
mógł, po prostu nie mógł się poruszyć
ani wydusić słowa.
-
Ja… - zaczęła i znowu przerwała.
Przez
sekundę wyglądało tak, jakby chciała odwrócić się i wyjść, ale ostatecznie
została przy tej pieprzonej ścianie.
Filip
wyjęczał w duchu Wypierdalaj, ale nie
odezwał się.
Nie
mógł.
-
Nazywam się… Anna Madison Philision - powiedziała głosem bardzo cichym, jakby
słabym, zmęczonym i przerwała.
Filip
uniósł lekko brodę, zmarszczył brwi, ale nie wstał, tylko słuchał i próbował
się skupić.
Nie
wiedział, czemu, po jaką cholerę, mu
to mówiła.
Dlaczego
wróciła i czego… ona… jeszcze… kurwa… od niego… chciała.
Więc
tylko słuchał.
-
Pochodzę z Luizjany - podjęła swoją opowieść, zawahała się i dodała - A właściwie
z Teksasu. Ale przez ostatnie kilka lat, zanim musiałam uciekać, mieszkałam w
Luizjanie.
Było
słychać, jak z trudem przełknęła ślinę.
-
Moi dziadkowie, rodzice mojej mamy, mieli rancho w Teksasie - mówiła dalej
cicho i niepewnie - Spore. Hodowali konie i krowy. Rodzice przeprowadzili się
do Luizjany jakieś piętnaście lat temu. Mój tata tam pracował. Spędzałam dużo
czasu na ranchu, zwłaszcza latem, w czasie wakacji. Ale my, nasza rodzina, mieszkaliśmy
głównie w mieście. W Waco w Teksasie. W Alexandrii w Luizjanie. Miałam dużą
rodzinę.
Znowu
przerwała na chwilę i Filip czekał.
Nie
wiedział, czemu to mówiła, nie interesowało go to, ale to była ona, więc
słuchał, chociaż już nie wiedział, czy powinien to wiedzieć.
-
To, co ci opowiadałam… - przerwała, przełknęła z trudem i podjęła opowiadanie
cichym głosem - Mój najmłodszy brat wplątał się w brzydkie historie i w głupie długi
z Królem Przestępców z Luizjany. Powiedziałam ci, jak to się stało, że wpadłam
mu w oko. Przez moją głupotę… pychę… A potem, rok później… Hmmm… - przerwała,
chrząknęła dziwnie i kontynuowała - Moi dziadkowie mieli rocznicę ślubu. Pięćdziesiątą.
Urządzali duże przyjęcie.
Ania
wciągnęła wdech, który był słyszalny, ale drżący.
-
Cała moja rodzina się tam zjechała - ciągnęła dalej na wydechu - Moi rodzice, moi
czterej starsi bracia, dwaj z kobietami, przybyli tam wcześniej, a ja zdawałam
ostatnie testy w college’u, więc miałam dojechać następnego dnia, podobnie jak
moja siostra, która miesiąc wcześniej wyszła za mąż i była u jego rodziny w
Alabamie, w Montgomery. Nie było tylko tego najmłodszego brata, Andrew.
Zamilkła.
Cisza,
która zapadła, spowodowała, że Filip zaczął zauważać, że się zainteresował tym
opowiadaniem.
Miała
dużą rodzinę!
Przejął
się.
Więc
był na granicy powiedzenia - Mów -
kiedy nic nie mówiła przez dłuższą chwilę, ale wtedy podjęła opowieść.
Jej
głos zabrzmiał bólem, jaki musiała czuć.
-
Nie pojechałam tam - szepnęła - Tego dnia, kiedy miałam mieć lot z Nowego
Jorku, bo mieszkałam w kampusie na NYU School of Medicine, kończąc kurs
przygotowawczy na medycynę w college’u Grossmana, rozszalał się Harvey. Byłam
taka zła, że odwołano loty.
Ania
wciągnęła kolejny słyszalny, drżący wdech.
O,
kurwa!
Filip
pamiętał popieprzone obrazy z telewizji, które pokazywali po tym, jak cyklon
Harvey
przeszedł nad Teksasem i Luizjaną.
To
nie brzmiało dobrze.
-
Później… jakiś czas później dowiedziałam się, że zginęli wszyscy - szepnęła - Do tej pory nie wiem dlaczego - prawie jęknęła - Mieli schron, wiedzieli, co robić na
wypadek huraganu. Przecież żyli od wielu lat w Alei Tornad, nawet jeśli tylko
na jej skraju.
Wciągnęła
jeszcze jeden słyszalny, przerywany wdech.
Filip
miał ochotę zerwać się i pobiec do Ani, ale jego ciało było zesztywniałe, a
płuca nadal nie funkcjonowały prawidłowo.
Więc
siedział niczym posąg, patrzył i słuchał.
-
Kiedy po wszystkim, po uporządkowaniu z siostrą najpilniejszych spraw, po pogrzebie… i po powrocie na uczelnię,
żeby odebrać dyplom, na którym mi już
wtedy nawet nie zależało - Ania
zająknęła się przy niektórych słowach, ale nie płakała - …pojechałam do Nowego
Orleanu - ciągnęła dalej - Ja… mojego brata nigdzie
nie było. Szukałam go przez dwa dni. W
jego mieszkaniu, gdzie się zatrzymałam, bo miałam klucz, naszedł mnie Król
Przestępców. Po prostu się pojawił. Nie zapraszany. Powiedział, że mój brat nie
żyje. Chełpił się tym, że go zabił. Nie
wiem skąd to wiedział, ale powiedział mi, że zostałam sama na świecie i muszę się na niego zdać.
Filip
wyprostował się na kanapie, wciągnął nagle powietrze do płuc, dużo, i
stwierdził, że to nie było takie trudne.
Może
jego ciało mogło go jeszcze trochę słuchać.
-
Zaproponował mi - Ania mówiła, nie zwracając na niego uwagi i przełknęła ślinę ponownie,
jakby z trudem, jakby to też ją bolało - …żebym została jego utrzymanką… a ja… poszłam z nim. Nie
miałam nikogo, kto by mi doradził. Kto by mnie bronił. Więc się poddałam.
Filip
nagle poczuł, że nie mógł tego dłużej słuchać.
Ani
sekundy dłużej.
-
Aniu - powiedział nagląco.
-
Mieszkałam u niego prawie przez tydzień… - mówiła Ania, jakby nic nie
powiedział, a jej głos stał się suchy, bezosobowy i Filip poczuł, że odwróciła
wzrok, by nie patrzeć na niego - kiedy jego zaufany człowiek, Jason, powiedział
mi, że on nie chciał mnie na kochankę, utrzymankę. Chciał mojej krwi.
Dosłownie.
-
Co? - to głośne słowo wyrwało się
Filipowi w niekontrolowany, agresywny sposób.
Wściekłym
warknięciem.
Kurwa mać!
-
Wymyślił sobie, że weźmie całą moją krew, bo była czysta i wykąpie się w niej, żeby się oczyścić - wyjaśniła Ania
takim tonem, jakby to nie dotyczyło jej, a nawet, jakby sama idea, ten
pieprzony pomysł, nie był odrażający, tylko stanowił pewnego rodzaju
ciekawostkę - Taki rytuał.
Kurwa
pierdolona mać!
-
Jason mi pomógł uciec - ciągnęła dalej Ania - Od tej chwili był dla mnie
Nieznajomym, a ja dla niego siostrą Anną. To był nasz taki żarcik, bo
polubiliśmy się i często rozmawialiśmy. Kupił mi nowe tożsamości. Nauczył mnie,
jak przetrwać. Jak być niewidzialną.
Nagle
Ania poruszyła się, pochyliła się lub zrobiła krok w jego stronę, wyrzucając na
boki i do tyłu obie dłonie zaciśnięte w pięści i Filip się napiął, ale nadal
siedział skamieniały na kanapie.
-
Nieznajomy nie żyje - powiedziała
stanowczo - Nie wiem skąd to wiem. Ale wiem.
Nie ma nikogo, kto mógłby mnie uchronić, zasłonić przed wzrokiem Króla Przestępców.
A on mnie znajdzie - syknęła.
-
Aniu… - Filip znowu chciał jej przerwać.
-
Nie mogę was wszystkich narażać! - Ania
prawie krzyknęła te słowa z rozpaczą i uniosła obie dłonie do skroni, a Filip
zrozumiał.
-
Uch - stęknął głucho, kiedy go to
przeniknęło.
Jezu
Chryste!
Egoistycznie
myślał tylko o tym, że ona odepchnęła go, że go porzuciła.
A
ona chciała go chronić.
Chronić ich wszystkich.
-
Ale nie mogłam odejść - szepnęła Ania, opuszczając ręce i Filip mógł przysiąc,
że z jej oczu leciały łzy, chociaż tego nie widział.
-
Aniu, chodź do mnie - nalegał warczącym głosem.
-
Jestem taka mała, słaba… - szeptała, ale się nie poruszyła od tej cholernej
ściany - Nie mogę bez ciebie żyć… Kocham cię.
Jezu
pierdolony Chryste!
Kocham cię.
Najpiękniejsze
słowa, jakie Filip mógł usłyszeć.
I
to po godzinach męki, bo myślał, że go porzuciła.
Jego
ciało nagle całkiem odmarzło, więc poruszył się i zrobił to szybko.
Znalazł
się przy niej w ciągu ułamka sekundy, schwycił ją w ramiona.
-
Aniu - szepnął w jej ucho.
Poczuł,
jak jej nogi ugięły się, więc schylił się, złapał ją jedną ręką pod kolanami, a
drugą w talii, a później podniósł ją, by natychmiast wrócić na kanapę i
posadzić ją sobie na kolanach.
Zdjął
jej okulary i rzucił je niecierpliwie na stolik do kawy.
Wtedy
poczuł, że jej całe ubranie było przemoczone i zimne, a ciało dygotało, jakby
się miała rozpaść.
Miał
ochotę ją tak po prostu trzymać, ale musiał ją ogrzać, więc zaczął ją rozbierać
z mokrych ubrań, a ona nie protestowała.
Właściwie
w ogóle nie reagowała.
Chryste!
Czapkę
i szalik zsunął właściwie bez trudu, ale rozpięcie przemoczonej, zmarzniętej
kurtki doprowadziło go prawie do szału.
Ania
uniosła ręce, żeby mu pomóc, ale jej palce były nieporadne, słabe jak u dziecka
i niezdarne.
Trzęsły
się.
Kiedy
wreszcie zdjął kurtkę z jej ramion, zauważył, że to nie koniec.
Musiał
rozebrać ją ze wszystkiego.
Całe jej ubranie było
zimne i przemoczone.
Jezu
Chryste!
Ile
godzin ona spędziła na tym śniegu?
Musiał
ją ogrzać.
I
znał tylko jeden skuteczny sposób.
Najlepszy.
*****
Alba
/ Anna
Było
mi zimno.
Nie.
Nie
zimno.
Byłam
przemarznięta do szpiku kości.
Jakby
nigdy już nie miało mi być ciepło.
Stałam
tam przy ścianie w salonie Filipa i mówiłam, absolutnie nie kontrolując tego,
co wypływało z moich ust, bo całkiem przemarzłam i, po wejściu do ciepłego
wnętrza, poczułam to.
Kręciło
mi się w głowie.
Cały
świat wirował, a żołądek podchodził mi do gardła.
Kiedy
mówiłam, przed moimi oczami pojawiali się ci, których kochałam, a którzy odeszli,
uśmiechając się do mnie i wspierając, jakbym robiła dobrze.
Ale
nie byłam tego pewna.
Nieznajomy
powiedział mi, że powinnam uciekać, powinnam postarać się przeżyć, żeby moja
siostra nie cierpiała.
Mówił
mi, że byłam jej jedyną pozostałą rodziną, ostatnią ze wszystkich i bała się, martwiła
się o mnie, więc powinnam dla niej żyć, a potem, kiedyś w końcu Król zapomni o
mnie i będziemy mogły mieszkać gdzieś niedaleko od siebie i cieszyć się swoimi
rodzinami.
Wierzyłam
w to.
A
przynajmniej bardzo chciałam w to wierzyć.
Moja
mama, taka kochana i dobra, zawsze powtarzała mi, że wiara pomaga przetrwać
wszystko to, co może nas spotkać najgorszego w życiu.
Więc
wierzyłam.
Dawniej
wierzyłam w Boga.
W
dobrą Matkę Bożą, która czuwała zawsze nad swoimi dziećmi, a dla której wszyscy
zawsze byliśmy dziećmi.
Ale
moja mama odeszła.
Razem
z tatą, który wspierał nas wszystkich i był taki dumny ze swoich pięciu synów i
dwóch córek.
Oni
też odeszli.
Mój
tata i jego synowie.
Moja
wiara wtedy umarła, więc poddałam się Złemu, zrezygnowałam z walki o dobro, bo
zło wygrało, ale Nieznajomy mnie obudził.
Obudził
moją wiarę.
A
teraz on także odszedł.
Potrzebowałam
kogoś, kto dałby mi powód do wiary.
I
kochałam Filipa.
Kiedy
Filip wziął mnie na swoje kolana, a potem zaczął mnie rozbierać z tych
przemoczonych, zimnych ubrań, które miałam na sobie przez wiele godzin wędrówki
po mieście i jazdy zepsutym samochodem, poddałam się temu.
Bo
byłam mała.
Ale
wciąż myślałam o tym, jaka byłam słaba i egoistyczna.
Wolałam
mieć ich wszystkich, być blisko nich, niż chronić ich przed zranieniem, na
które narażałam ich ze strony Króla Przestępców.
Kiedy
byłam naga, Filip zaniósł mnie do łóżka i opatulił kołdrą, a potem rozebrał się
i położył się tam ze mną, przytulając cały swój przód do mojego przodu i
splatając nasze nogi.
Taki
ciepły.
Czułam
ciepło jego ciała, wtuliłam się w nie, ale nadal myślałam o tym, jaka byłam
mała i słaba.
Mój
dygot powoli osłabł.
Nie
byłam w stanie się opanować.
Poczułam
się bezpieczna.
Zmęczenie,
przemarznięcie i osłabienie głodem spowodowały to, czego mogłam się spodziewać,
kiedy siedziałam na mrozie w samochodzie.
Zasnęłam.
*****
Dwie godziny
później
Obudziłam
się nagłym szarpnięciem całego ciała, więc poczułam, że Filip obudził się ze
mną.
I
przyciągnął mnie bardziej do siebie.
Bliżej.
Leżałam
częściowo na nim brzuchem, piersiami na jego klatce piersiowej, z udem
przerzuconym przez jego uda, a dłonią na jego mostku.
Pod
policzkiem czułam jego krótkie, szorstkie włoski.
Idealnie.
Spięłam
się.
Było
mi ciepło i przytulnie, ale czułam się bardzo źle.
Nie
powinnam była tego robić.
Nie
powinnam była wracać.
-
Aniu - zawołał cicho Filip - Nie myśl o tym.
Zdumiałam
się, bo nie wiedziałam skąd on wiedział, jak poznał, że coś mnie dręczyło.
-
Nie waż się myśleć o odejściu stąd - dopowiedział, a ja zassałam obie wargi
między zęby, bo zgadł.
Domyślił
się, albo powiedziałam mu wcześniej za dużo.
-
Nie odejdziesz! - powiedział cicho, zdecydowanie, a ja starałam się oddychać
spokojnie, ale myślałam o tym, że on nie
rozumiał.
Leżeliśmy
tak przez pół minuty, ja obejmowałam go jedną ręką pod żebrami i wtulałam
policzek w jego klatkę piersiową tak, żeby czuć ustami jego skórę, a on głaskał
delikatnie moje plecy, ale później pochylił się i odciągnął moją głowę dłonią w
moich włosach, by spojrzeć w moje oczy.
-
Głodna? - spytał, a ja znowu zassałam obie wargi.
Skąd
wiedział?
Jakim
cudem dałam mu się tak dobrze poznać?
Leżałam
przy nim cicho, z napiętymi wszystkimi mięśniami.
-
Aniu - wymamrotał, a potem wyjaśnił cicho - Założę się, że po pracy byłaś
zajęta pakowaniem i planowaniem ucieczki. A potem wędrowałaś taksówką lub
autobusem po mieście i cholera wie gdzie jeszcze. Nie miałaś czasu, żeby myśleć
o jedzeniu.
Odwróciłam
wzrok, bo miał rację.
-
Pieszo - powiedziałam cicho.
-
Co? - nie zrozumiał mnie.
-
Nie brałam taksówki, a autobusy kiepsko kursowały, więc dużą część drogi
przebyłam pieszo - wyjaśniłam.
Zobaczyłam,
jak rozszerzyła mu się klatka piersiowa, kiedy dotarło do niego, że wędrowałam w
śniegu po mieście pieszo przez kilka godzin, zanim wróciłam do niego.
-
Kupiłam samochód - przyznałam mu się - ale nie ma ogrzewania.
-
Aniu! - Filip brzmiał teraz jakby był na mnie zły.
-
Nie mogę… - zaczęłam.
Filip
nagle przetoczył się, więc leżałam na plecach, a on był na mnie.
Oparł
się na przedramionach, a obie dłonie położył po bokach mojej głowy i patrzył
uważnie w moje oczy.
-
Nie możesz ode mnie odchodzić -
powiedział stanowczo.
Zamknęłam
oczy, a oddech mi zamarł w płucach.
Filip
potrząsnął mną delikatnie.
-
Kochasz mnie? - zapytał cicho.
Otworzyłam
oczy i spojrzałam na niego, chociaż niewiele widziałam.
Mój
wzrok był nieostry i zamglony, bo nagromadziły się tam łzy.
-
Więc mnie nie zostawiaj - powiedział
tonem, który mówił mi, że miał na myśli coś więcej niż tylko wyjeżdżanie z SLC.
-
Filip - szepnęłam.
-
Nie porzucaj mnie - mówił takim jakimś gardłowym tonem, a ja skupiłam się na
nim, bo to było coś bardzo ważnego - Nigdy mnie nie porzucaj.
-
Filip - szepnęłam znowu, kiedy umilkł na kilka sekund, a ja wiedziałam, czułam
to, że coś go zraniło w moim odejściu bardziej niż mogłam się spodziewać.
Miałam
rację, a dowiedziałam się o tym, kiedy znowu przemówił.
-
Zawsze wszyscy mnie porzucali - mówił z goryczą w głosie - Tylko cioteczka
Thelma była ze mną. Nawet moja matka…
Przerwał,
a ja poczułam, jak serce ścisnęła mi żelazna obręcz i zrobiła to tak mocno, że
prawie się dusiłam.
Z
trudem wyciągnęłam ręce, które miałam zaklinowane między naszymi ciałami,
podniosłam je na szyję Filipa, przesuwając po jego piersi i, dotykając palcami
brzegu jego włosów, pogłaskałam z obu stron kciukami jego szczękę.
-
Filip - szepnęłam - Kocham cię.
Spojrzał
mi w oczy, a wyraz jego twarzy złagodniał w taki sposób, który mi się podobał.
Zawsze
mogłabym na to patrzeć, ale musiałam wiedzieć.
-
Opowiedz mi - poprosiłam.
Przez
jego twarz przesunęło się coś ciemnego, ale nie wycofał się, nie skrył za tą maską
pustki, którą zwykle nosił na twarzy.
Jego
wzrok uciekł na poduszkę za moją głową.
-
Moja matka mnie wyrzuciła. Zaleziono mnie na śmietniku jako noworodka - wyznał
w końcu, a ja poczułam pieczenie oczu, ale nie mrugałam, a nawet starałam się
nie oddychać - Miałem kilka promili alkoholu we krwi, bo moja biologiczna matka - te słowa Filip wręcz
wysyczał - nie dbała o mnie i piła w
ciąży. Dlatego nigdy nie trafiłem do adopcji, a z kilku domów zastępczych
wyrzucono mnie, bo bali się FAS. Do kobiet też nie miałem szczęścia -
uśmiechnął się strasznie gorzko, ale wciąż nie
patrzył mi w oczy - Rzucała mnie jedna za drugą. Jakoś nigdy nie trafiłem
na dobrą, czystą i niewinną, która by mnie chciała takiego, jakim byłem i
jestem.
O,
Matko Jedyna!
-
Filip - w moim szepcie było słychać ból, który czułam i wiedziałam o tym, bo
natychmiast spojrzał na mnie i podniósł dłoń do mojej twarzy.
-
Nie płacz - mruknął - Nie żałuj mnie. Jeśli będziesz
ze mną, to wszystko będzie przeszłością. Nieważną, małą przeszłością. Tylko
mnie nie porzucaj. Nigdy ode mnie nie odchodź.
-
Jesteś wspaniały - powiedziałam mu to, co, najwyraźniej, mu umknęło - Dobry,
hojny, mądry i czuły. To ich strata, że cię nie doceniły.
Zamarł,
a później pochylił się ustami do moich ust i pocałował mnie delikatnie, czule,
długo i, na koniec, bardzo namiętnie.
-
Jezu - mruknął, kiedy się odsunął - Jak ja cię kocham.
O,
Matko!
Otworzyłam
usta i oczy równie szeroko, kiedy mój oddech całkiem zamarł i ciało
zesztywniało.
-
Aniu - Filip zawołał zaniepokojony - Oddychaj.
Zatrzasnęłam
usta i wciągnęłam powietrze, żeby natychmiast je wypuścić z pytaniem:
-
Kochasz mnie?
-
Tak - mruknął Filip, uśmiechając się, jakby sądził, że byłam małym głuptaskiem,
który nic nie rozumiał - Jak myślisz, co tu się niby dzieje?
Zamrugałam
i poczułam pojedynczą łzę, która zsunęła mi się z kącika oka.
Leżałam
i patrzyłam na niego, ale musiałam zmienić temat.
Już
nie chodziło wyłącznie o mnie, bo uświadomiłam sobie, że to co mówił o
jedzeniu, dotyczyło również jego.
Mówił
tak, bo on sam też nie jadł.
Wrócił
z pracy, a mnie nie było, więc siedział tak przez te wszystkie godziny, zanim
wróciłam.
Więc
uśmiechnęłam się do niego niepewnym, drżącym uśmiechem i zapytałam:
-
To nakarmisz mnie, czy co?
Filip
zaśmiał się krótko, odrzucając głowę do tyłu, przeturlał się na bok łóżka,
ściągając ze mnie kołdrę, a potem wyciągnął do mnie rękę i posadził mnie na tej
stronie łóżka, gdzie była komoda.
Zadrżałam
z nagłego chłodu, bo nadal byłam naga.
Przykucnął
przy komodzie, otworzył jedną z szuflad i wyszarpnął z niej swoją koszulkę.
-
Nie wiem w czym chciałaś spać - powiedział, podając mi ją - Nie wzięłaś ani
jednej ze sobą.
-
Wzięłam - wymamrotałam i zaczerwieniłam się, kiedy naciągałam koszulkę Filipa
przez głowę na swoje ramiona i plecy.
Filip
również naciągał spodnie i koszulkę, którą rzucił obok łóżka, ale na to moje
słowo zamarł i spojrzał na mnie.
-
Co? - spytał z wesołością w głosie Filip, który wydawał się być zachwycony moją
odpowiedzią, bo uśmiechnął się do mnie szeroko.
Zawstydziłam
się.
Nie
wiedziałam, czemu podobało mu się to, że ukradłam mu koszulkę, żeby mieć w czym
spać.
Nogi
miałam nadal jakieś słabe, ale Filip podniósł mnie i poszliśmy do kuchni we
dwójkę, chociaż mogłabym powiedzieć, że Filip częściowo mnie tam zaniósł, kiedy
Nessie dreptała nam po piętach.
Filip
posadził mnie na stołku i zaczął szykować dla nas jedzenie.
Nessie
usiadł na podłodze i patrzyła na niego z zadowoleniem, oblizując się co chwilę,
chociaż widziałam, że w jej misce był jeszcze resztka chrupek.
A
ja byłam słaba.
Zmęczona.
Nie
mogłam utrzymać głowy w górze, więc położyłam ją bokiem na blacie i
przyglądałam się krzątaninie Filipa.
Zagotowała
się woda w czajniku, więc zrobił nam kawę.
Położył
na patelni łyżkę masła i na niej kawałki chleba, które umoczył w rozmieszanym
jajku, a na to wyłożył plasterki pieczeni i ser.
Przykrył
patelnię pokrywką, a ja zamknęłam oczy, bo powieki zrobiły mi się bardzo
ciężkie.
-
Aniu, Skarbie - usłyszałam głos Filipa dochodzący jakby zza waty lub z innego
pomieszczenia - Obudź się. Jedzenie gotowe.
Otworzyłam
oczy i podniosłam głowę, a przy tym szarpnęłam całym ciałem, więc prawie
spadłam ze stołka.
Zasnęłam
na siedząco.
Filip
patrzył na mnie z bliska, więc widziałam jego piękne, piwne oczy, w których był
spokój i zaspokojenie, a na jego ustach błąkał się lekki uśmiech.
Przede
mną stał talerz z parującą, gorącą kanapką.
Chciałam
wyciągnąć do niej rękę, ale nie mogłam.
Wtedy
spostrzegłam z przerażeniem, że obie moje ręce były mocno przywiązane grubą
liną do żelaznego kółka, które było zamocowane do blatu stołu, twarz Filipa
zmieniła się w twarz Złego, a uśmiech na niej nie był już spokojny i
zadowolony, tylko szyderczy, zły.
-
Myślałaś, że możesz mi uciec? - zasyczał - Mam twojego kochasia. Mam ich wszystkich. Będziesz patrzyła, jak ich zabiję, a potem zajmę
się tobą.
-
Aniu, Skarbie - usłyszałam głos Filipa i obudziłam się.
Podniosłam
głowę, a Filip patrzył na mnie z bliska zatroskanym wzrokiem.
-
Co się stało? - zapytał mnie Filip, a ja poczułam, że z kącików moich oczu płynęły
łzy.
Podszedł
jeszcze bliżej, objął mnie, więc rozsunęłam nogi, wszedł między nie, wcisnęłam
się, a w końcu zapadłam się w jego
ciepłe, silne ciało i pozwoliłam sobie na jeszcze jedną chwilę słabości.
-
Tak się boję - przyznałam, szlochając w klatkę piersiową Filipa i, nie
kontrolując się, nie chcąc dłużej niczego przed nim ukrywać, opowiedziałam mu
ten sen.
Trzymał
mnie mocno i czułam napięcie jego mięśni.
-
Obronię cię - powiedział cicho, a ja zaczęłam się odsuwać.
Zacisnął
ramiona wokół mnie.
-
Nie - powiedział zdecydowanie - Nigdy nie odchodź ode mnie. Nie możesz odejść.
Niespodziewanie
dla siebie odprężyłam się.
Oparłam
się o niego mocniej, łzy przestały mi płynąć i pomyślałam, że Filip może dać
sobie radę z każdym.
Nawet
z kimś, kto uważa się za Króla Przestępców.
Najważniejsze
było, żebyśmy byli razem.
Więc
nie odrywając od niego głowy, powiedziałam cicho i błagalnie, powtarzając to,
co już kiedyś mu powiedziałam:
-
Więc nie pozwól mi odejść.
Filip
przesunął jedną dłoń na moje włosy i przycisnął moją głowę do swojej klatki
piersiowej, a potem pocałował mnie w czubek głowy.
-
Nigdy nie pozwolę ci odejść - obiecał równie cicho, ale zabrzmiało to jak
uroczysta przysięga.
Pociągnęłam
nosem, ale nie chciałam płakać.
Musiałam
wyprowadzić nas z tego nastoju.
-
Jak znajdziesz jeszcze kiedyś taką kartkę - postanowiłam trochę zażartować - to
będzie znaczyło, że nie ja ją napisałam.
Myślałam
o tym, że ktoś inny we mnie mógłby to
zrobić, ale Filip, najwyraźniej, pomyślał coś innego, bo nie roześmiał się.
-
Dobrze - powiedział - Jak znajdę taką kartkę, to pomyślę, że cię porwali.
-
Filip - żachnęłam się i poderwałam głowę, żeby na niego spojrzeć - Ja tylko
żartowałam.
-
A ja nie, Skarbie - Filip patrzył na mnie bardzo poważnie.
Nie
wiedziałam, na czym polegała jego praca, ale uznałam, że może moje żarty były
dla niego mało śmieszne, bo kiedyś się zetknął z porwaniem lub czymś takim.
Postanowiłam
jednak odpuścić ten temat na ten wieczór, czy też raczej na tę noc, a może na
zawsze.
Filip
odsunął się i podszedł do patelni.
Nasze
kanapki zapiekły się, więc je zjedliśmy.
Wypiliśmy
również naszą kawę, która już nie była gorąca.
Potem
sprzątaliśmy razem w kuchni, myjąc i wycierając naczynia, sztućce, kubki i
patelnię, a potem chowając wszystko do szafek.
Potem
poszliśmy do łazienki, żeby zrobić swoje, umyć zęby i przygotować się do snu.
Kiedy
doszliśmy do łóżka, pomyślałam o tym, że Filip, nawet wiedząc, że go nie
zamierzałam opuścić, nie pozwolił mi odejść od siebie nawet na krok.
Ale
wcale mi to nie przeszkadzało.
Ani
trochę.
A
nawet to lubiłam.
*****
Kilkanaście godzin
później
Filip
odwiózł mnie właśnie do pracy i przekazał w ręce Davida, któremu surowo
przykazał wzrokiem, żeby się mną opiekował.
Kiedy
obudziliśmy się rano, już nie było wcześnie rano.
Dochodziło
południe.
W
nocy mieliśmy jedną przerwę na mocniejsze przytulenie się, które zaczęło się od
tego, że rozmawialiśmy po obudzeniu się i Filip powiedział mi, że jestem jego
Skarbem.
-
Tak, kochanie - powiedziałam - Słyszałam to.
-
Nie, Aniu - powiedział i oparł się na przedramionach, żeby zawisnąć nad moim
ciałem i twarzą nad twarzą, jak robił coraz częściej.
Lubiłam
to zwłaszcza, kiedy miał rozpuszczone włosy, co właśnie wtedy miał i ich
kosmyki opadały dookoła, tworząc zasłonę, która chowała nas przed światem.
Trzymałam
ręce na jego ramionach, a palcami jednej dłoni sięgałam do jego skroni i
oglądałam to.
Prowadziłam
je po brwiach Filipa i po jego kości policzkowej, a on intensywnie patrzył mi w
oczy.
-
Jesteś moim cudownym Skarbem, który znalazłem i nie zamierzam zgubić -
powiedział zdecydowanym, cichym, ale bardzo poważnym głosem.
-
Filip - mruknęłam, nadal sądząc, że się trochę przekomarzał, powtarzając to
czułe słówko.
-
Jesteś dobra - wyjaśnił, a ja skupiłam się na nim, bo nagle zaczęło do mnie
docierać, że chodziło mu o coś więcej, niż czułe słówko - Świetnie sobie
radzisz z dziećmi. Masz bardzo dużą wiedzę, a nawet większą intuicję, jeśli
chodzi o choroby dzieci. I przejmujesz się.
Och,
to ostatnie, według znanych mi pediatrów, nie było zaletą.
Jeśli
miałabym zarabiać pieniądze, nie powinnam się przejmować, zwłaszcza dziećmi,
których rodzice nie mogli zapłacić.
Ale
słyszałam, co Filip do mnie mówił.
I
rozumiałam to.
Nawet,
jeśli nadal nie do końca mu wierzyłam, lubiłam, że tak myślał.
-
Okej - szepnęłam i przesunęłam dłoń z jego skroni na kark, żeby przyciągnąć
jego usta do moich.
-
Jeszcze cię przekonam - mruknął Filip, który wyczuł, że mu nie wierzyłam, a
potem pochylił się i wziął moje usta swoimi we wcale nie delikatnym, bardzo
głębokim i mokrym pocałunku.
O,
Matko!
Robił
tak czasami i to uwielbiałam, ale też oznaczało to, że rozpaliłam się bardzo
szybko, a i Filip rozpalił się, więc wziął mnie całą.
Gładził
mnie dłońmi, wsuwając je pod koszulkę, którą miałam na sobie, a potem… nie
miałam jej.
Pieścił
mnie coraz bardziej intensywnie, a i ja jego pieściłam.
Kochaliśmy
się, a właściwie robiliśmy coś o wiele bardziej namiętnego i gwałtownego, więc
może się p…
No,
wiecie…
A
po osiągnięciu naszych szczytów i po złapaniu oddechu, poszłam się trochę umyć,
żebyśmy mogli położyć się spać.
I
Filip poszedł za mną do łazienki.
Nie
pozwolił mi odejść nawet na krok.
Znowu.
Dlatego
po obudzeniu się, kiedy razem z Filipem przygotowaliśmy się na nasz dzień i razem
zrobiliśmy, a potem razem zjedliśmy jajecznicę na śniadanie, siedząc obok
siebie na stołkach w kuchni i wreszcie razem zabraliśmy się za sprzątanie,
zapytałam go, czy pamiętał, że tego dnia, a raczej tej nocy, miałam pracować od
szóstej wieczorem do szóstej rano.
Zapomniał.
Zamarł
na krótką chwilę, a później zadzwonił do Davida i poprosił go o przyjazd do swojego
domu na rozmowę.
Dziesięć
minut później, kiedy sprzątnęliśmy w kuchni po śniadaniu i usiedliśmy na chwilę
w salonie, usłyszeliśmy podjeżdżający samochód, a przez okno zobaczyłam szarego
Grand Cherokee, z którego wysiadł David.
Zobaczyłam
go, bo Filip tam podszedł, a nie wypuścił mnie z ramion nawet wtedy, kiedy
wstał z kanapy, żeby sprawdzić, kto przyjechał.
-
Yo - przywitał Filip Davida, a ten spojrzał na mnie z dziwnie radosną miną,
kiedy zobaczył, że Filip trzymał mnie przyciśniętą do swojego boku, chociaż
ustawił się przede mną, kiedy otwierał drzwi.
-
Yo - przywitał go David.
Kiedy
David pochylił się w moją stronę, żeby złapać mnie za ramię i przysunąć swój
brodaty policzek do mojego, poczułam dziwne napięcie ze strony Filipa.
David
też je poczuł, więc spojrzeliśmy oboje w jego stronę.
Tylko
David zrobił to z nieco rozbawioną
miną.
-
Co tam? - spytał David, wchodząc wgłąb salonu Filipa.
-
Mamy problem - rzucił Filip.
Puścił
mnie, ale złapał mnie za dłoń i pociągnął w stronę kanapy, gdzie kazał mi
usiąść, popychając mnie lekko.
Zauważyłam,
że mina Davida, który nadal stał między fotelem a kanapą, przestała być
rozbawiona, a stała się skupiona i badawcza.
Popatrzył
na mnie z góry bardzo uważnie, a potem przeniósł wzrok na Filipa, który opadł
na kanapę obok mnie.
-
Poznaj Annę Madison Philision - powiedział Filip, a ja zassałam obie wargi
między zębami i patrzyłam na Davida ze skruchą, bo tak długo kłamałam.
David
patrzył na mnie, a potem, nie odrywając ode mnie wzroku, usiadł w fotelu,
pochylił się w moją stronę i skupił na mnie całą uwagę.
-
Mów - warknął niskim, nieszczęśliwym głosem.
Nie
zawahałam się.
-
Pochodzę z Luizjany… - zaczęłam cichym głosem.
A
potem mówiłam długo.
Powiedziałam
mu wszystko to, co powiedziałam wcześniej Filipowi, dodając do wiadomości ich
obu nazwisko moich dziadków, żeby Filip mógł znaleźć informacje o ich ranchu.
Już
wiedziałam, że będzie chciał wiedzieć jak najwięcej.
Zobaczyłam
również spojrzenia, jakie Filip z Davidem wymienili, kiedy im powiedziałam, że
ten, który się uważał za Króla Przestępców, nazywał się Carlos Nebuenitto i
dlaczego mnie ścigał.
Kiedy
skończyłam, byłam zmęczona i miałam nadzieję, że nie będziemy o tym więcej mówili.
Ale
najpierw David chciał wiedzieć coś jeszcze.
-
Skąd wiesz, że ten Jason nie żyje - spytał, a ja wzruszyłam ramionami.
-
Nie wiem - odparłam - Przeczucie.
-
A jak Nebuenitto miałby się dowiedzieć, że to on ci pomagał? - dopytywał się
David, ale na to pytanie też nie miałam odpowiedzi.
Kiedy
dałam im o tym znać, wzruszając bezradnie ramionami, obaj popatrzyli znacząco na
siebie, więc poczułam, że chcieli omówić coś bez informowania mnie, coś
sekretnego.
-
Zrobię kawy - zaproponowałam, a Filip, o dziwo, nie zareagował.
Nie
drgnął.
-
Okej - mruknął David, a dopiero wtedy Filip poruszył się, objął mnie ramieniem,
pocałował mnie w skroń i puścił mnie.
-
Zrób - mruknął.
Poszłam
do kuchni, a oni mruczeli coś do siebie, kiedy ja gotowałam wodę, wyjmowałam
kubki, nasypywałam kawę instant i szykowałam cukier i śmietankę.
Starałam
się to wszystko robić wolno i niezbyt cicho.
Dawałam
im czas i przestrzeń na męską rozmowę, którą musieli odbyć.
Nie
dowiedziałam się, co ustalili.
Chociaż
byłam ciekawa.
Ale
postanowiłam ich nie wypytywać.
Kiedy
poszłam do nich z kawą, pytając Davida jaką kawę pija, żeby ją dla niego
dorobić, skończyli już swoją rozmowę, a David był sztucznie rozpogodzony.
-
Gówno, Filip - powiedział po spróbowaniu kawy - Mógłbyś w końcu kupić sobie pieprzony
ekspres.
Filip
poderwał głowę i zobaczyłam jego zmartwione oczy, a potem wyraz zdziwienia,
który ostatecznie przekształcił się w uśmiech.
-
Aniu, chcesz ekspres do kawy? - zapytał mnie, zaskakując mnie tym.
-
No, wiesz… - zająknęłam się - Nie przeszkadza mi…
-
Nie pytałem, czy ci przeszkadza - przerwał mi Filip stanowczo, chociaż
delikatnie - Tylko, czy kupujemy ekspres do kawy.
Kupujemy?
My?
O,
Matko!
Byłam
pewna, że zagapiłam się na niego z otwartymi ustami, kiedy usłyszałam, jak
David zaczął się śmiać.
Ryczeć ze śmiechu.
-
Pewnie, że kupujecie - huknął w trakcie tego.
Zawstydziłam
się, ale Filipowi to nie przeszkadzało, co zauważyłam, kiedy się lekko
uśmiechnął.
Przysunął
mnie do siebie nagłym szarpnięciem, objął mnie, a potem pocałował mnie w bok
głowy i szepnął:
-
Przecież powiedziałem, że nie pozwolę ci odejść. Więc muszę ci zapewnić dobrą
kawę na co dzień.
Ojej!
Dziękuję
OdpowiedzUsuń