niedziela, 17 lipca 2022

9 - Nie pozwól mi odejść

 

Rozdział 9

Nie pozwól mi odejść

Filip

 

 

W środku nocy Filip siedział w swoim pieprzonym salonie swojego pieprzonego domu na swojej pieprzonej kanapie po ciemku, trzymał w ręku otwartą cholerną butelkę piwa, ale go nie pił.

Nie mógł podnieść ręki.

W swojej pieprzonej głowie miał pustkę.

Cholerną pustkę.

Kurwa!

Wydawało mu się, że każdy najmniejszy jebany ruch wymagał tak cholernie dużo pieprzonego wysiłku, że nie był w stanie go wykonać.

Nic nie miało sensu.

Całe jego jebane życie.

Właściwie tego się spodziewał.

Cholernie wszystkiego tego, co się właśnie stało.

Kiedy wrócił cholernie późnym wieczorem tego dnia do swojego pieprzonego domu, jak zwykle, zdjął pieprzone zaśnieżone buty, pieprzoną zimową kurtkę i zostawił je w pieprzonym pomieszczeniu gospodarczym, wszedł do swojego pieprzonego salonu tylko po to, żeby przekonać się, że cały jego pieprzony dom jest pusty i cichy.

Tak cholernie pusty i cichy, jak nigdy w życiu nie bywał.

Nigdy przed Anną.

A na pewno nie po niej.

Przekonał się, że Ani w nim nie było i, mając jeszcze odrobinę pieprzonej nadziei, zadzwonił na numer jej cholernej komórki.

Nie odebrała.

Dopiero dużo później, kiedy nie odebrała trzech pieprzonych połączeń i zaczął się martwić, wszedł do kuchni.

I zamarł.

Na blacie leżała mała kartka papieru z trzema słowami.

Nie szukaj mnie

A.

Jaszcze nie pojmował, chociaż już to do niego przebijało.

Kurwa mać!

Ania odeszła.

Na podłodze siedziała Nessie i patrzyła na niego cholernie wyczekująco, jakby mógł sprawić pieprzony cud i cofnąć czas, ale on nie reagował, nawet się nie wkurwiał, był całkowicie zrezygnowany.

Wypieprzony.

To było całe jego popieprzone, chujowe życie.

Powinien wiedzieć lepiej.

Wiedział, zawsze to wiedział, że Ania była o wiele, cholernie wiele więcej warta od niego.

Była zarówno dobra, czysta, mądra i piękna.

A on…

On był brudny, uwikłany w nielegalne interesy i głupi, więc nawet nie skończył porządnej szkoły.

Więc odeszła, żeby mieć kogoś lepszego, kto by do niej pasował, dałby jej więcej: tak, jak na to zasługiwała.

Mógł się tego spodziewać.

Dlatego Ania odeszła.

A poza tym zawsze wszyscy go zostawiali, nikt nigdy go nie chciał.

Zwłaszcza kobiety.

Jedyną, która wytrwała przy nim była cioteczka Thelma, ale nawet jego własna matka go porzuciła.

Wyrzuciła go na śmietnik.

Tyle był wart.

Co śmieci.

Z tego powodu dokładnie tego, co się stało tego dnia, mógł się spodziewać, bo to przydarzyłoby się wcześniej czy później.

To musiało się stać.

Ania odeszła.

Więc nie wiedział, dlaczego ogarnęła go taka niemoc, taka słabość, że czuł tylko narastające w piersiach uczucie dławienia, uścisku, a w brzuchu rozrywanie.

Jakby ktoś wbił mu tam tępe ostrze i powoli przekręcał.

Nawet nie bolało.

Tylko dusiło.

Nawet nie mógł jęczeć.

Przeszedł powoli i ociężale przez cały swój pierdolony dom, dom, który kupił dawno temu, ale nie umiał uczynić prawdziwym domem i nie miał dla kogo, zapalając, a później gasząc, kolejne pieprzone światła w kolejnych jebanych pomieszczeniach, ale nie wiedział po jaką cholerę to robił.

Chyba tylko po to, żeby udowodnić sobie, że jej tam nie było.

I przekręcać to ostrze w brzuchu.

Zobaczył, że jej rzeczy były na miejscu.

Nietknięte.

Jakby to był tylko zły sen.

Koszmar, z którego może mógł się obudzić.

Tak.

Filip obudziłby się i przytulił do niej w tym łóżku, które jeszcze na pewno miało jej zapach, usłyszałby jej westchnienie i szept - Hej - jakim go witała nawet tylko po obudzeniu się obok niego.

Ale nie.

Wszystko tam było, tylko jej nie było.

Ania odeszła.

Odeszła!

To nie był sen.

Więc wrócił do salonu.

Potem usiadł na kanapie i spędził tak nieruchomo kilka godzin.

Z pustym umysłem.

Potem poszedł do kuchni i wyciągnął z lodówki piwo.

Nie wiedział po co.

A potem wrócił na kanapę i tak siedział aż do teraz.

Nie myślał.

Nie był w stanie.

Ania odeszła.

Zaskakujący przecież, zgrzyt klucza w zamku drzwi wejściowych, a później ciche otwarcie, następnie ich trzaśnięcie i pikanie przycisków alarmu, które ktoś naciskał bez wahania, jakby je znał, przyjął tak samo obojętnie, jak wcześniejsze odgłosy awantury u sąsiadów i huk śnieżycy za oknem.

Ania weszła do salonu, ale nie zapaliła światła.

Widział ją niewyraźnie w słabej poświacie lamp ulicznych, która wpadała przez okno w kuchni, ale był zbyt otępiały, żeby zareagować.

Nawet nie podniósł głowy.

Ania była cała pokryta mokrym śniegiem, a na ramieniu miała przewieszoną torbę podróżną i torebkę.

Filip usłyszał stukot rzeczy, które upuściła na podłogę, brzęk kluczy o blat komody, przy której stała, ale nie widział wyraźnie w tym półmroku wyrazu twarzy Ani, jej oczu.

Nie podeszła do niego.

Została tam, gdzie była.

Gówno.

Oparła się plecami o niewielki fragment ściany między salonem a kuchnią i patrzyła na niego przez cienie słabych świateł, wpadających z ulicy przez niezasłonięte okna kuchni.

Widział jej błyskające okulary.

- Filip - szepnęła drżącym głosem i przerwała.

Nie mógł, po prostu nie mógł się poruszyć ani wydusić słowa.

- Ja… - zaczęła i znowu przerwała.

Przez sekundę wyglądało tak, jakby chciała odwrócić się i wyjść, ale ostatecznie została przy tej pieprzonej ścianie.

Filip wyjęczał w duchu Wypierdalaj, ale nie odezwał się.

Nie mógł.

- Nazywam się… Anna Madison Philision - powiedziała głosem bardzo cichym, jakby słabym, zmęczonym i przerwała.

Filip uniósł lekko brodę, zmarszczył brwi, ale nie wstał, tylko słuchał i próbował się skupić.

Nie wiedział, czemu, po jaką cholerę, mu to mówiła.

Dlaczego wróciła i czego… ona… jeszcze… kurwa… od niego… chciała.

Więc tylko słuchał.

- Pochodzę z Luizjany - podjęła swoją opowieść, zawahała się i dodała - A właściwie z Teksasu. Ale przez ostatnie kilka lat, zanim musiałam uciekać, mieszkałam w Luizjanie.

Było słychać, jak z trudem przełknęła ślinę.

- Moi dziadkowie, rodzice mojej mamy, mieli rancho w Teksasie - mówiła dalej cicho i niepewnie - Spore. Hodowali konie i krowy. Rodzice przeprowadzili się do Luizjany jakieś piętnaście lat temu. Mój tata tam pracował. Spędzałam dużo czasu na ranchu, zwłaszcza latem, w czasie wakacji. Ale my, nasza rodzina, mieszkaliśmy głównie w mieście. W Waco w Teksasie. W Alexandrii w Luizjanie. Miałam dużą rodzinę.

Znowu przerwała na chwilę i Filip czekał.

Nie wiedział, czemu to mówiła, nie interesowało go to, ale to była ona, więc słuchał, chociaż już nie wiedział, czy powinien to wiedzieć.

- To, co ci opowiadałam… - przerwała, przełknęła z trudem i podjęła opowiadanie cichym głosem - Mój najmłodszy brat wplątał się w brzydkie historie i w głupie długi z Królem Przestępców z Luizjany. Powiedziałam ci, jak to się stało, że wpadłam mu w oko. Przez moją głupotę… pychę… A potem, rok później… Hmmm… - przerwała, chrząknęła dziwnie i kontynuowała - Moi dziadkowie mieli rocznicę ślubu. Pięćdziesiątą. Urządzali duże przyjęcie.

Ania wciągnęła wdech, który był słyszalny, ale drżący.

- Cała moja rodzina się tam zjechała - ciągnęła dalej na wydechu - Moi rodzice, moi czterej starsi bracia, dwaj z kobietami, przybyli tam wcześniej, a ja zdawałam ostatnie testy w college’u, więc miałam dojechać następnego dnia, podobnie jak moja siostra, która miesiąc wcześniej wyszła za mąż i była u jego rodziny w Alabamie, w Montgomery. Nie było tylko tego najmłodszego brata, Andrew.

Zamilkła.

Cisza, która zapadła, spowodowała, że Filip zaczął zauważać, że się zainteresował tym opowiadaniem.

Miała dużą rodzinę!

Przejął się.

Więc był na granicy powiedzenia - Mów - kiedy nic nie mówiła przez dłuższą chwilę, ale wtedy podjęła opowieść.

Jej głos zabrzmiał bólem, jaki musiała czuć.

- Nie pojechałam tam - szepnęła - Tego dnia, kiedy miałam mieć lot z Nowego Jorku, bo mieszkałam w kampusie na NYU School of Medicine, kończąc kurs przygotowawczy na medycynę w college’u Grossmana, rozszalał się Harvey. Byłam taka zła, że odwołano loty.

Ania wciągnęła kolejny słyszalny, drżący wdech.

O, kurwa!

Filip pamiętał popieprzone obrazy z telewizji, które pokazywali po tym, jak cyklon Harvey przeszedł nad Teksasem i Luizjaną.

To nie brzmiało dobrze.

- Później… jakiś czas później dowiedziałam się, że zginęli wszyscy - szepnęła - Do tej pory nie wiem dlaczego - prawie jęknęła - Mieli schron, wiedzieli, co robić na wypadek huraganu. Przecież żyli od wielu lat w Alei Tornad, nawet jeśli tylko na jej skraju.

Wciągnęła jeszcze jeden słyszalny, przerywany wdech.

Filip miał ochotę zerwać się i pobiec do Ani, ale jego ciało było zesztywniałe, a płuca nadal nie funkcjonowały prawidłowo.

Więc siedział niczym posąg, patrzył i słuchał.

- Kiedy po wszystkim, po uporządkowaniu z siostrą najpilniejszych spraw, po pogrzebie… i po powrocie na uczelnię, żeby odebrać dyplom, na którym mi już wtedy nawet nie zależało - Ania zająknęła się przy niektórych słowach, ale nie płakała - …pojechałam do Nowego Orleanu - ciągnęła dalej - Ja… mojego brata nigdzie nie było. Szukałam go przez dwa dni. W jego mieszkaniu, gdzie się zatrzymałam, bo miałam klucz, naszedł mnie Król Przestępców. Po prostu się pojawił. Nie zapraszany. Powiedział, że mój brat nie żyje. Chełpił się tym, że go zabił. Nie wiem skąd to wiedział, ale powiedział mi, że zostałam sama na świecie i muszę się na niego zdać.

Filip wyprostował się na kanapie, wciągnął nagle powietrze do płuc, dużo, i stwierdził, że to nie było takie trudne.

Może jego ciało mogło go jeszcze trochę słuchać.

- Zaproponował mi - Ania mówiła, nie zwracając na niego uwagi i przełknęła ślinę ponownie, jakby z trudem, jakby to też ją bolało - …żebym została jego utrzymanką… a ja… poszłam z nim. Nie miałam nikogo, kto by mi doradził. Kto by mnie bronił. Więc się poddałam.

Filip nagle poczuł, że nie mógł tego dłużej słuchać.

Ani sekundy dłużej.

- Aniu - powiedział nagląco.

- Mieszkałam u niego prawie przez tydzień… - mówiła Ania, jakby nic nie powiedział, a jej głos stał się suchy, bezosobowy i Filip poczuł, że odwróciła wzrok, by nie patrzeć na niego - kiedy jego zaufany człowiek, Jason, powiedział mi, że on nie chciał mnie na kochankę, utrzymankę. Chciał mojej krwi. Dosłownie.

- Co? - to głośne słowo wyrwało się Filipowi w niekontrolowany, agresywny sposób.

Wściekłym warknięciem.

Kurwa mać!

- Wymyślił sobie, że weźmie całą moją krew, bo była czysta i wykąpie się w niej, żeby się oczyścić - wyjaśniła Ania takim tonem, jakby to nie dotyczyło jej, a nawet, jakby sama idea, ten pieprzony pomysł, nie był odrażający, tylko stanowił pewnego rodzaju ciekawostkę - Taki rytuał.

Kurwa pierdolona mać!

- Jason mi pomógł uciec - ciągnęła dalej Ania - Od tej chwili był dla mnie Nieznajomym, a ja dla niego siostrą Anną. To był nasz taki żarcik, bo polubiliśmy się i często rozmawialiśmy. Kupił mi nowe tożsamości. Nauczył mnie, jak przetrwać. Jak być niewidzialną.

Nagle Ania poruszyła się, pochyliła się lub zrobiła krok w jego stronę, wyrzucając na boki i do tyłu obie dłonie zaciśnięte w pięści i Filip się napiął, ale nadal siedział skamieniały na kanapie.

- Nieznajomy nie żyje - powiedziała stanowczo - Nie wiem skąd to wiem. Ale wiem. Nie ma nikogo, kto mógłby mnie uchronić, zasłonić przed wzrokiem Króla Przestępców. A on mnie znajdzie - syknęła.

- Aniu… - Filip znowu chciał jej przerwać.

- Nie mogę was wszystkich narażać! - Ania prawie krzyknęła te słowa z rozpaczą i uniosła obie dłonie do skroni, a Filip zrozumiał.

- Uch - stęknął głucho, kiedy go to przeniknęło.

Jezu Chryste!

Egoistycznie myślał tylko o tym, że ona odepchnęła go, że go porzuciła.

A ona chciała go chronić.

Chronić ich wszystkich.

- Ale nie mogłam odejść - szepnęła Ania, opuszczając ręce i Filip mógł przysiąc, że z jej oczu leciały łzy, chociaż tego nie widział.

- Aniu, chodź do mnie - nalegał warczącym głosem.

- Jestem taka mała, słaba… - szeptała, ale się nie poruszyła od tej cholernej ściany - Nie mogę bez ciebie żyć… Kocham cię.

Jezu pierdolony Chryste!

Kocham cię.

Najpiękniejsze słowa, jakie Filip mógł usłyszeć.

I to po godzinach męki, bo myślał, że go porzuciła.

Jego ciało nagle całkiem odmarzło, więc poruszył się i zrobił to szybko.

Znalazł się przy niej w ciągu ułamka sekundy, schwycił ją w ramiona.

- Aniu - szepnął w jej ucho.

Poczuł, jak jej nogi ugięły się, więc schylił się, złapał ją jedną ręką pod kolanami, a drugą w talii, a później podniósł ją, by natychmiast wrócić na kanapę i posadzić ją sobie na kolanach.

Zdjął jej okulary i rzucił je niecierpliwie na stolik do kawy.

Wtedy poczuł, że jej całe ubranie było przemoczone i zimne, a ciało dygotało, jakby się miała rozpaść.

Miał ochotę ją tak po prostu trzymać, ale musiał ją ogrzać, więc zaczął ją rozbierać z mokrych ubrań, a ona nie protestowała.

Właściwie w ogóle nie reagowała.

Chryste!

Czapkę i szalik zsunął właściwie bez trudu, ale rozpięcie przemoczonej, zmarzniętej kurtki doprowadziło go prawie do szału.

Ania uniosła ręce, żeby mu pomóc, ale jej palce były nieporadne, słabe jak u dziecka i niezdarne.

Trzęsły się.

Kiedy wreszcie zdjął kurtkę z jej ramion, zauważył, że to nie koniec.

Musiał rozebrać ją ze wszystkiego.

Całe jej ubranie było zimne i przemoczone.

Jezu Chryste!

Ile godzin ona spędziła na tym śniegu?

Musiał ją ogrzać.

I znał tylko jeden skuteczny sposób.

Najlepszy.

*****

Alba / Anna

Było mi zimno.

Nie.

Nie zimno.

Byłam przemarznięta do szpiku kości.

Jakby nigdy już nie miało mi być ciepło.

Stałam tam przy ścianie w salonie Filipa i mówiłam, absolutnie nie kontrolując tego, co wypływało z moich ust, bo całkiem przemarzłam i, po wejściu do ciepłego wnętrza, poczułam to.

Kręciło mi się w głowie.

Cały świat wirował, a żołądek podchodził mi do gardła.

Kiedy mówiłam, przed moimi oczami pojawiali się ci, których kochałam, a którzy odeszli, uśmiechając się do mnie i wspierając, jakbym robiła dobrze.

Ale nie byłam tego pewna.

Nieznajomy powiedział mi, że powinnam uciekać, powinnam postarać się przeżyć, żeby moja siostra nie cierpiała.

Mówił mi, że byłam jej jedyną pozostałą rodziną, ostatnią ze wszystkich i bała się, martwiła się o mnie, więc powinnam dla niej żyć, a potem, kiedyś w końcu Król zapomni o mnie i będziemy mogły mieszkać gdzieś niedaleko od siebie i cieszyć się swoimi rodzinami.

Wierzyłam w to.

A przynajmniej bardzo chciałam w to wierzyć.

Moja mama, taka kochana i dobra, zawsze powtarzała mi, że wiara pomaga przetrwać wszystko to, co może nas spotkać najgorszego w życiu.

Więc wierzyłam.

Dawniej wierzyłam w Boga.

W dobrą Matkę Bożą, która czuwała zawsze nad swoimi dziećmi, a dla której wszyscy zawsze byliśmy dziećmi.

Ale moja mama odeszła.

Razem z tatą, który wspierał nas wszystkich i był taki dumny ze swoich pięciu synów i dwóch córek.

Oni też odeszli.

Mój tata i jego synowie.

Moja wiara wtedy umarła, więc poddałam się Złemu, zrezygnowałam z walki o dobro, bo zło wygrało, ale Nieznajomy mnie obudził.

Obudził moją wiarę.

A teraz on także odszedł.

Potrzebowałam kogoś, kto dałby mi powód do wiary.

I kochałam Filipa.

Kiedy Filip wziął mnie na swoje kolana, a potem zaczął mnie rozbierać z tych przemoczonych, zimnych ubrań, które miałam na sobie przez wiele godzin wędrówki po mieście i jazdy zepsutym samochodem, poddałam się temu.

Bo byłam mała.

Ale wciąż myślałam o tym, jaka byłam słaba i egoistyczna.

Wolałam mieć ich wszystkich, być blisko nich, niż chronić ich przed zranieniem, na które narażałam ich ze strony Króla Przestępców.

Kiedy byłam naga, Filip zaniósł mnie do łóżka i opatulił kołdrą, a potem rozebrał się i położył się tam ze mną, przytulając cały swój przód do mojego przodu i splatając nasze nogi.

Taki ciepły.

Czułam ciepło jego ciała, wtuliłam się w nie, ale nadal myślałam o tym, jaka byłam mała i słaba.

Mój dygot powoli osłabł.

Nie byłam w stanie się opanować.

Poczułam się bezpieczna.

Zmęczenie, przemarznięcie i osłabienie głodem spowodowały to, czego mogłam się spodziewać, kiedy siedziałam na mrozie w samochodzie.

Zasnęłam.

*****

Dwie godziny później

Obudziłam się nagłym szarpnięciem całego ciała, więc poczułam, że Filip obudził się ze mną.

I przyciągnął mnie bardziej do siebie.

Bliżej.

Leżałam częściowo na nim brzuchem, piersiami na jego klatce piersiowej, z udem przerzuconym przez jego uda, a dłonią na jego mostku.

Pod policzkiem czułam jego krótkie, szorstkie włoski.

Idealnie.

Spięłam się.

Było mi ciepło i przytulnie, ale czułam się bardzo źle.

Nie powinnam była tego robić.

Nie powinnam była wracać.

- Aniu - zawołał cicho Filip - Nie myśl o tym.

Zdumiałam się, bo nie wiedziałam skąd on wiedział, jak poznał, że coś mnie dręczyło.

- Nie waż się myśleć o odejściu stąd - dopowiedział, a ja zassałam obie wargi między zęby, bo zgadł.

Domyślił się, albo powiedziałam mu wcześniej za dużo.

- Nie odejdziesz! - powiedział cicho, zdecydowanie, a ja starałam się oddychać spokojnie, ale myślałam o tym, że on nie rozumiał.

Leżeliśmy tak przez pół minuty, ja obejmowałam go jedną ręką pod żebrami i wtulałam policzek w jego klatkę piersiową tak, żeby czuć ustami jego skórę, a on głaskał delikatnie moje plecy, ale później pochylił się i odciągnął moją głowę dłonią w moich włosach, by spojrzeć w moje oczy.

- Głodna? - spytał, a ja znowu zassałam obie wargi.

Skąd wiedział?

Jakim cudem dałam mu się tak dobrze poznać?

Leżałam przy nim cicho, z napiętymi wszystkimi mięśniami.

- Aniu - wymamrotał, a potem wyjaśnił cicho - Założę się, że po pracy byłaś zajęta pakowaniem i planowaniem ucieczki. A potem wędrowałaś taksówką lub autobusem po mieście i cholera wie gdzie jeszcze. Nie miałaś czasu, żeby myśleć o jedzeniu.

Odwróciłam wzrok, bo miał rację.

- Pieszo - powiedziałam cicho.

- Co? - nie zrozumiał mnie.

- Nie brałam taksówki, a autobusy kiepsko kursowały, więc dużą część drogi przebyłam pieszo - wyjaśniłam.

Zobaczyłam, jak rozszerzyła mu się klatka piersiowa, kiedy dotarło do niego, że wędrowałam w śniegu po mieście pieszo przez kilka godzin, zanim wróciłam do niego.

- Kupiłam samochód - przyznałam mu się - ale nie ma ogrzewania.

- Aniu! - Filip brzmiał teraz jakby był na mnie zły.

- Nie mogę… - zaczęłam.

Filip nagle przetoczył się, więc leżałam na plecach, a on był na mnie.

Oparł się na przedramionach, a obie dłonie położył po bokach mojej głowy i patrzył uważnie w moje oczy.

- Nie możesz ode mnie odchodzić - powiedział stanowczo.

Zamknęłam oczy, a oddech mi zamarł w płucach.

Filip potrząsnął mną delikatnie.

- Kochasz mnie? - zapytał cicho.

Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego, chociaż niewiele widziałam.

Mój wzrok był nieostry i zamglony, bo nagromadziły się tam łzy.

- Więc mnie nie zostawiaj - powiedział tonem, który mówił mi, że miał na myśli coś więcej niż tylko wyjeżdżanie z SLC.

- Filip - szepnęłam.

- Nie porzucaj mnie - mówił takim jakimś gardłowym tonem, a ja skupiłam się na nim, bo to było coś bardzo ważnego - Nigdy mnie nie porzucaj.

- Filip - szepnęłam znowu, kiedy umilkł na kilka sekund, a ja wiedziałam, czułam to, że coś go zraniło w moim odejściu bardziej niż mogłam się spodziewać.

Miałam rację, a dowiedziałam się o tym, kiedy znowu przemówił.

- Zawsze wszyscy mnie porzucali - mówił z goryczą w głosie - Tylko cioteczka Thelma była ze mną. Nawet moja matka…

Przerwał, a ja poczułam, jak serce ścisnęła mi żelazna obręcz i zrobiła to tak mocno, że prawie się dusiłam.

Z trudem wyciągnęłam ręce, które miałam zaklinowane między naszymi ciałami, podniosłam je na szyję Filipa, przesuwając po jego piersi i, dotykając palcami brzegu jego włosów, pogłaskałam z obu stron kciukami jego szczękę.

- Filip - szepnęłam - Kocham cię.

Spojrzał mi w oczy, a wyraz jego twarzy złagodniał w taki sposób, który mi się podobał.

Zawsze mogłabym na to patrzeć, ale musiałam wiedzieć.

- Opowiedz mi - poprosiłam.

Przez jego twarz przesunęło się coś ciemnego, ale nie wycofał się, nie skrył za tą maską pustki, którą zwykle nosił na twarzy.

Jego wzrok uciekł na poduszkę za moją głową.

- Moja matka mnie wyrzuciła. Zaleziono mnie na śmietniku jako noworodka - wyznał w końcu, a ja poczułam pieczenie oczu, ale nie mrugałam, a nawet starałam się nie oddychać - Miałem kilka promili alkoholu we krwi, bo moja biologiczna matka - te słowa Filip wręcz wysyczał - nie dbała o mnie i piła w ciąży. Dlatego nigdy nie trafiłem do adopcji, a z kilku domów zastępczych wyrzucono mnie, bo bali się FAS. Do kobiet też nie miałem szczęścia - uśmiechnął się strasznie gorzko, ale wciąż nie patrzył mi w oczy - Rzucała mnie jedna za drugą. Jakoś nigdy nie trafiłem na dobrą, czystą i niewinną, która by mnie chciała takiego, jakim byłem i jestem.

O, Matko Jedyna!

- Filip - w moim szepcie było słychać ból, który czułam i wiedziałam o tym, bo natychmiast spojrzał na mnie i podniósł dłoń do mojej twarzy.

- Nie płacz - mruknął - Nie żałuj mnie. Jeśli będziesz ze mną, to wszystko będzie przeszłością. Nieważną, małą przeszłością. Tylko mnie nie porzucaj. Nigdy ode mnie nie odchodź.

- Jesteś wspaniały - powiedziałam mu to, co, najwyraźniej, mu umknęło - Dobry, hojny, mądry i czuły. To ich strata, że cię nie doceniły.

Zamarł, a później pochylił się ustami do moich ust i pocałował mnie delikatnie, czule, długo i, na koniec, bardzo namiętnie.

- Jezu - mruknął, kiedy się odsunął - Jak ja cię kocham.

O, Matko!

Otworzyłam usta i oczy równie szeroko, kiedy mój oddech całkiem zamarł i ciało zesztywniało.

- Aniu - Filip zawołał zaniepokojony - Oddychaj.

Zatrzasnęłam usta i wciągnęłam powietrze, żeby natychmiast je wypuścić z pytaniem:

- Kochasz mnie?

- Tak - mruknął Filip, uśmiechając się, jakby sądził, że byłam małym głuptaskiem, który nic nie rozumiał - Jak myślisz, co tu się niby dzieje?

Zamrugałam i poczułam pojedynczą łzę, która zsunęła mi się z kącika oka.

Leżałam i patrzyłam na niego, ale musiałam zmienić temat.

Już nie chodziło wyłącznie o mnie, bo uświadomiłam sobie, że to co mówił o jedzeniu, dotyczyło również jego.

Mówił tak, bo on sam też nie jadł.

Wrócił z pracy, a mnie nie było, więc siedział tak przez te wszystkie godziny, zanim wróciłam.

Więc uśmiechnęłam się do niego niepewnym, drżącym uśmiechem i zapytałam:

- To nakarmisz mnie, czy co?

Filip zaśmiał się krótko, odrzucając głowę do tyłu, przeturlał się na bok łóżka, ściągając ze mnie kołdrę, a potem wyciągnął do mnie rękę i posadził mnie na tej stronie łóżka, gdzie była komoda.

Zadrżałam z nagłego chłodu, bo nadal byłam naga.

Przykucnął przy komodzie, otworzył jedną z szuflad i wyszarpnął z niej swoją koszulkę.

- Nie wiem w czym chciałaś spać - powiedział, podając mi ją - Nie wzięłaś ani jednej ze sobą.

- Wzięłam - wymamrotałam i zaczerwieniłam się, kiedy naciągałam koszulkę Filipa przez głowę na swoje ramiona i plecy.

Filip również naciągał spodnie i koszulkę, którą rzucił obok łóżka, ale na to moje słowo zamarł i spojrzał na mnie.

- Co? - spytał z wesołością w głosie Filip, który wydawał się być zachwycony moją odpowiedzią, bo uśmiechnął się do mnie szeroko.

Zawstydziłam się.

Nie wiedziałam, czemu podobało mu się to, że ukradłam mu koszulkę, żeby mieć w czym spać.

Nogi miałam nadal jakieś słabe, ale Filip podniósł mnie i poszliśmy do kuchni we dwójkę, chociaż mogłabym powiedzieć, że Filip częściowo mnie tam zaniósł, kiedy Nessie dreptała nam po piętach.

Filip posadził mnie na stołku i zaczął szykować dla nas jedzenie.

Nessie usiadł na podłodze i patrzyła na niego z zadowoleniem, oblizując się co chwilę, chociaż widziałam, że w jej misce był jeszcze resztka chrupek.

A ja byłam słaba.

Zmęczona.

Nie mogłam utrzymać głowy w górze, więc położyłam ją bokiem na blacie i przyglądałam się krzątaninie Filipa.

Zagotowała się woda w czajniku, więc zrobił nam kawę.

Położył na patelni łyżkę masła i na niej kawałki chleba, które umoczył w rozmieszanym jajku, a na to wyłożył plasterki pieczeni i ser.

Przykrył patelnię pokrywką, a ja zamknęłam oczy, bo powieki zrobiły mi się bardzo ciężkie.

- Aniu, Skarbie - usłyszałam głos Filipa dochodzący jakby zza waty lub z innego pomieszczenia - Obudź się. Jedzenie gotowe.

Otworzyłam oczy i podniosłam głowę, a przy tym szarpnęłam całym ciałem, więc prawie spadłam ze stołka.

Zasnęłam na siedząco.

Filip patrzył na mnie z bliska, więc widziałam jego piękne, piwne oczy, w których był spokój i zaspokojenie, a na jego ustach błąkał się lekki uśmiech.

Przede mną stał talerz z parującą, gorącą kanapką.

Chciałam wyciągnąć do niej rękę, ale nie mogłam.

Wtedy spostrzegłam z przerażeniem, że obie moje ręce były mocno przywiązane grubą liną do żelaznego kółka, które było zamocowane do blatu stołu, twarz Filipa zmieniła się w twarz Złego, a uśmiech na niej nie był już spokojny i zadowolony, tylko szyderczy, zły.

- Myślałaś, że możesz mi uciec? - zasyczał - Mam twojego kochasia. Mam ich wszystkich. Będziesz patrzyła, jak ich zabiję, a potem zajmę się tobą.

- Aniu, Skarbie - usłyszałam głos Filipa i obudziłam się.

Podniosłam głowę, a Filip patrzył na mnie z bliska zatroskanym wzrokiem.

- Co się stało? - zapytał mnie Filip, a ja poczułam, że z kącików moich oczu płynęły łzy.

Podszedł jeszcze bliżej, objął mnie, więc rozsunęłam nogi, wszedł między nie, wcisnęłam się, a w końcu zapadłam się w jego ciepłe, silne ciało i pozwoliłam sobie na jeszcze jedną chwilę słabości.

- Tak się boję - przyznałam, szlochając w klatkę piersiową Filipa i, nie kontrolując się, nie chcąc dłużej niczego przed nim ukrywać, opowiedziałam mu ten sen.

Trzymał mnie mocno i czułam napięcie jego mięśni.

- Obronię cię - powiedział cicho, a ja zaczęłam się odsuwać.

Zacisnął ramiona wokół mnie.

- Nie - powiedział zdecydowanie - Nigdy nie odchodź ode mnie. Nie możesz odejść.

Niespodziewanie dla siebie odprężyłam się.

Oparłam się o niego mocniej, łzy przestały mi płynąć i pomyślałam, że Filip może dać sobie radę z każdym.

Nawet z kimś, kto uważa się za Króla Przestępców.

Najważniejsze było, żebyśmy byli razem.

Więc nie odrywając od niego głowy, powiedziałam cicho i błagalnie, powtarzając to, co już kiedyś mu powiedziałam:

- Więc nie pozwól mi odejść.

Filip przesunął jedną dłoń na moje włosy i przycisnął moją głowę do swojej klatki piersiowej, a potem pocałował mnie w czubek głowy.

- Nigdy nie pozwolę ci odejść - obiecał równie cicho, ale zabrzmiało to jak uroczysta przysięga.

Pociągnęłam nosem, ale nie chciałam płakać.

Musiałam wyprowadzić nas z tego nastoju.

- Jak znajdziesz jeszcze kiedyś taką kartkę - postanowiłam trochę zażartować - to będzie znaczyło, że nie ja ją napisałam.

Myślałam o tym, że ktoś inny we mnie mógłby to zrobić, ale Filip, najwyraźniej, pomyślał coś innego, bo nie roześmiał się.

- Dobrze - powiedział - Jak znajdę taką kartkę, to pomyślę, że cię porwali.

- Filip - żachnęłam się i poderwałam głowę, żeby na niego spojrzeć - Ja tylko żartowałam.

- A ja nie, Skarbie - Filip patrzył na mnie bardzo poważnie.

Nie wiedziałam, na czym polegała jego praca, ale uznałam, że może moje żarty były dla niego mało śmieszne, bo kiedyś się zetknął z porwaniem lub czymś takim.

Postanowiłam jednak odpuścić ten temat na ten wieczór, czy też raczej na tę noc, a może na zawsze.

Filip odsunął się i podszedł do patelni.

Nasze kanapki zapiekły się, więc je zjedliśmy.

Wypiliśmy również naszą kawę, która już nie była gorąca.

Potem sprzątaliśmy razem w kuchni, myjąc i wycierając naczynia, sztućce, kubki i patelnię, a potem chowając wszystko do szafek.

Potem poszliśmy do łazienki, żeby zrobić swoje, umyć zęby i przygotować się do snu.

Kiedy doszliśmy do łóżka, pomyślałam o tym, że Filip, nawet wiedząc, że go nie zamierzałam opuścić, nie pozwolił mi odejść od siebie nawet na krok.

Ale wcale mi to nie przeszkadzało.

Ani trochę.

A nawet to lubiłam.

*****

Kilkanaście godzin później

Filip odwiózł mnie właśnie do pracy i przekazał w ręce Davida, któremu surowo przykazał wzrokiem, żeby się mną opiekował.

Kiedy obudziliśmy się rano, już nie było wcześnie rano.

Dochodziło południe.

W nocy mieliśmy jedną przerwę na mocniejsze przytulenie się, które zaczęło się od tego, że rozmawialiśmy po obudzeniu się i Filip powiedział mi, że jestem jego Skarbem.

- Tak, kochanie - powiedziałam - Słyszałam to.

- Nie, Aniu - powiedział i oparł się na przedramionach, żeby zawisnąć nad moim ciałem i twarzą nad twarzą, jak robił coraz częściej.

Lubiłam to zwłaszcza, kiedy miał rozpuszczone włosy, co właśnie wtedy miał i ich kosmyki opadały dookoła, tworząc zasłonę, która chowała nas przed światem.

Trzymałam ręce na jego ramionach, a palcami jednej dłoni sięgałam do jego skroni i oglądałam to.

Prowadziłam je po brwiach Filipa i po jego kości policzkowej, a on intensywnie patrzył mi w oczy.

- Jesteś moim cudownym Skarbem, który znalazłem i nie zamierzam zgubić - powiedział zdecydowanym, cichym, ale bardzo poważnym głosem.

- Filip - mruknęłam, nadal sądząc, że się trochę przekomarzał, powtarzając to czułe słówko.

- Jesteś dobra - wyjaśnił, a ja skupiłam się na nim, bo nagle zaczęło do mnie docierać, że chodziło mu o coś więcej, niż czułe słówko - Świetnie sobie radzisz z dziećmi. Masz bardzo dużą wiedzę, a nawet większą intuicję, jeśli chodzi o choroby dzieci. I przejmujesz się.

Och, to ostatnie, według znanych mi pediatrów, nie było zaletą.

Jeśli miałabym zarabiać pieniądze, nie powinnam się przejmować, zwłaszcza dziećmi, których rodzice nie mogli zapłacić.

Ale słyszałam, co Filip do mnie mówił.

I rozumiałam to.

Nawet, jeśli nadal nie do końca mu wierzyłam, lubiłam, że tak myślał.

- Okej - szepnęłam i przesunęłam dłoń z jego skroni na kark, żeby przyciągnąć jego usta do moich.

- Jeszcze cię przekonam - mruknął Filip, który wyczuł, że mu nie wierzyłam, a potem pochylił się i wziął moje usta swoimi we wcale nie delikatnym, bardzo głębokim i mokrym pocałunku.

O, Matko!

Robił tak czasami i to uwielbiałam, ale też oznaczało to, że rozpaliłam się bardzo szybko, a i Filip rozpalił się, więc wziął mnie całą.

Gładził mnie dłońmi, wsuwając je pod koszulkę, którą miałam na sobie, a potem… nie miałam jej.

Pieścił mnie coraz bardziej intensywnie, a i ja jego pieściłam.

Kochaliśmy się, a właściwie robiliśmy coś o wiele bardziej namiętnego i gwałtownego, więc może się p…

No, wiecie

A po osiągnięciu naszych szczytów i po złapaniu oddechu, poszłam się trochę umyć, żebyśmy mogli położyć się spać.

I Filip poszedł za mną do łazienki.

Nie pozwolił mi odejść nawet na krok.

Znowu.

Dlatego po obudzeniu się, kiedy razem z Filipem przygotowaliśmy się na nasz dzień i razem zrobiliśmy, a potem razem zjedliśmy jajecznicę na śniadanie, siedząc obok siebie na stołkach w kuchni i wreszcie razem zabraliśmy się za sprzątanie, zapytałam go, czy pamiętał, że tego dnia, a raczej tej nocy, miałam pracować od szóstej wieczorem do szóstej rano.

Zapomniał.

Zamarł na krótką chwilę, a później zadzwonił do Davida i poprosił go o przyjazd do swojego domu na rozmowę.

Dziesięć minut później, kiedy sprzątnęliśmy w kuchni po śniadaniu i usiedliśmy na chwilę w salonie, usłyszeliśmy podjeżdżający samochód, a przez okno zobaczyłam szarego Grand Cherokee, z którego wysiadł David.

Zobaczyłam go, bo Filip tam podszedł, a nie wypuścił mnie z ramion nawet wtedy, kiedy wstał z kanapy, żeby sprawdzić, kto przyjechał.

- Yo - przywitał Filip Davida, a ten spojrzał na mnie z dziwnie radosną miną, kiedy zobaczył, że Filip trzymał mnie przyciśniętą do swojego boku, chociaż ustawił się przede mną, kiedy otwierał drzwi.

- Yo - przywitał go David.

Kiedy David pochylił się w moją stronę, żeby złapać mnie za ramię i przysunąć swój brodaty policzek do mojego, poczułam dziwne napięcie ze strony Filipa.

David też je poczuł, więc spojrzeliśmy oboje w jego stronę.

Tylko David zrobił to z nieco rozbawioną miną.

- Co tam? - spytał David, wchodząc wgłąb salonu Filipa.

- Mamy problem - rzucił Filip.

Puścił mnie, ale złapał mnie za dłoń i pociągnął w stronę kanapy, gdzie kazał mi usiąść, popychając mnie lekko.

Zauważyłam, że mina Davida, który nadal stał między fotelem a kanapą, przestała być rozbawiona, a stała się skupiona i badawcza.

Popatrzył na mnie z góry bardzo uważnie, a potem przeniósł wzrok na Filipa, który opadł na kanapę obok mnie.

- Poznaj Annę Madison Philision - powiedział Filip, a ja zassałam obie wargi między zębami i patrzyłam na Davida ze skruchą, bo tak długo kłamałam.

David patrzył na mnie, a potem, nie odrywając ode mnie wzroku, usiadł w fotelu, pochylił się w moją stronę i skupił na mnie całą uwagę.

- Mów - warknął niskim, nieszczęśliwym głosem.

Nie zawahałam się.

- Pochodzę z Luizjany… - zaczęłam cichym głosem.

A potem mówiłam długo.

Powiedziałam mu wszystko to, co powiedziałam wcześniej Filipowi, dodając do wiadomości ich obu nazwisko moich dziadków, żeby Filip mógł znaleźć informacje o ich ranchu.

Już wiedziałam, że będzie chciał wiedzieć jak najwięcej.

Zobaczyłam również spojrzenia, jakie Filip z Davidem wymienili, kiedy im powiedziałam, że ten, który się uważał za Króla Przestępców, nazywał się Carlos Nebuenitto i dlaczego mnie ścigał.

Kiedy skończyłam, byłam zmęczona i miałam nadzieję, że nie będziemy o tym więcej mówili.

Ale najpierw David chciał wiedzieć coś jeszcze.

- Skąd wiesz, że ten Jason nie żyje - spytał, a ja wzruszyłam ramionami.

- Nie wiem - odparłam - Przeczucie.

- A jak Nebuenitto miałby się dowiedzieć, że to on ci pomagał? - dopytywał się David, ale na to pytanie też nie miałam odpowiedzi.

Kiedy dałam im o tym znać, wzruszając bezradnie ramionami, obaj popatrzyli znacząco na siebie, więc poczułam, że chcieli omówić coś bez informowania mnie, coś sekretnego.

- Zrobię kawy - zaproponowałam, a Filip, o dziwo, nie zareagował.

Nie drgnął.

- Okej - mruknął David, a dopiero wtedy Filip poruszył się, objął mnie ramieniem, pocałował mnie w skroń i puścił mnie.

- Zrób - mruknął.

Poszłam do kuchni, a oni mruczeli coś do siebie, kiedy ja gotowałam wodę, wyjmowałam kubki, nasypywałam kawę instant i szykowałam cukier i śmietankę.

Starałam się to wszystko robić wolno i niezbyt cicho.

Dawałam im czas i przestrzeń na męską rozmowę, którą musieli odbyć.

Nie dowiedziałam się, co ustalili.

Chociaż byłam ciekawa.

Ale postanowiłam ich nie wypytywać.

Kiedy poszłam do nich z kawą, pytając Davida jaką kawę pija, żeby ją dla niego dorobić, skończyli już swoją rozmowę, a David był sztucznie rozpogodzony.

- Gówno, Filip - powiedział po spróbowaniu kawy - Mógłbyś w końcu kupić sobie pieprzony ekspres.

Filip poderwał głowę i zobaczyłam jego zmartwione oczy, a potem wyraz zdziwienia, który ostatecznie przekształcił się w uśmiech.

- Aniu, chcesz ekspres do kawy? - zapytał mnie, zaskakując mnie tym.

- No, wiesz… - zająknęłam się - Nie przeszkadza mi…

- Nie pytałem, czy ci przeszkadza - przerwał mi Filip stanowczo, chociaż delikatnie - Tylko, czy kupujemy ekspres do kawy.

Kupujemy?

My?

O, Matko!

Byłam pewna, że zagapiłam się na niego z otwartymi ustami, kiedy usłyszałam, jak David zaczął się śmiać.

Ryczeć ze śmiechu.

- Pewnie, że kupujecie - huknął w trakcie tego.

Zawstydziłam się, ale Filipowi to nie przeszkadzało, co zauważyłam, kiedy się lekko uśmiechnął.

Przysunął mnie do siebie nagłym szarpnięciem, objął mnie, a potem pocałował mnie w bok głowy i szepnął:

- Przecież powiedziałem, że nie pozwolę ci odejść. Więc muszę ci zapewnić dobrą kawę na co dzień.

Ojej!

 


 

1 komentarz: