Rozdział 7
Alba
/ Anna
Dwa tygodnie
później
Było
Boże Narodzenie.
Jechaliśmy
Rubicon’em po raz drugi z Filipem na świąteczny obiad do rodziny Filipa, tym
razem w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, a ja się denerwowałam.
Bardzo.
Chociaż
nie miało to żadnego, najmniejszego, racjonalnego uzasadnienia.
Przynajmniej
nie takie, które mogłabym wyjawić.
Komukolwiek.
Poznałam
się ze wszystkimi dzieciakami i cioteczką Thelmą nieco bliżej i polubiliśmy się.
Bardzo.
Dwa
tygodnie przed Świętami dowiedzieliśmy się, że Johnny od pewnego czasu miał
kłopoty z jakimiś starszymi kolegami, którzy wymuszali od niego pieniądze i nie
przyznał się nikomu do tego, nie poskarżył się.
Ponieważ
nie miał tych pieniędzy, więc je kradł.
Było
to tak:
Tego
dnia, kiedy zadzwoniła cioteczka Thelma, pojechaliśmy Rubicon’em pod szkołę i
Filip zaparkował przecznicę dalej.
Wysiedliśmy,
przeszliśmy wzdłuż ogrodzenia boiska szkoły, a Filip szedł niczym tropiciel,
patrząc trochę w ziemię, a trochę dookoła, od szkoły wprost na miejsce, gdzie
dzieciaki chowały się przed dorosłymi.
Jakby
umiał znaleźć, albo znał takie
miejsca.
Był
to opuszczony, nie ogrzewany, z powybijanymi oknami budynek przy niedalekim, dawnym
boisku miejskim, które nie było używane.
Rudera.
Znaleźliśmy
tam w jednym z pomieszczeń Johnny’ego samego, skulonego z zimna w kącie,
trzęsącego się na całym ciele tak, że wyglądało jakby miał febrę.
Filip
rozmawiał z nim nieco ostro, ale jednocześnie widziałam, że martwił się o jego
stan, a i Johnny to zobaczył, kiedy Filip go okrył kurtką, którą z siebie
zdjął, kiedy zobaczyliśmy, w jakim był stanie.
Ukucnęłam
blisko, ale nie dotykałam go.
Musieli
porozmawiać.
W
końcu, po kilku cichych i cierpliwych pytaniach Filipa, Johnny niechętnie, ale
szczerze przyznał nam się do tego, że byli w jego szkole starsi od niego chłopcy,
jego koledzy ze starszych klas, którzy wymuszali od innych, młodszych dzieci
pieniądze, a Johnny nie miał ich, więc zdarzyło mu się kraść.
I
bał się.
Bał
się przyznać.
Poszliśmy
wszyscy razem do Rubicon’a i, kiedy wszyscy wsiedliśmy: Filip za kierownicą, ja
obok niego, a Johnny za mną, Filip natychmiast uruchomił silnik, żeby zaczęło
działać ogrzewanie, ale później wysiadł i przyciszonym głosem rozmawiał z kimś przez
telefon, stojąc obok Rubicon’a na chodniku.
Ja
siedziałam z Johnny’m w aucie i przez chwilę milczeliśmy.
Niedługo.
Zaczęłam
go lekko zagadywać o codzienne sprawy, o lekcje i inne zajęcia, o lunch, o
szafkę, a kiedy porozmawiałam trochę dłużej z Johnny’m, dowiedziałam się, że te
niewielkie pieniądze, które dostawał od cioteczki dla siebie na kieszonkowe i
które zarabiał czasem za wyprowadzanie psów sąsiadki, oddawał koledze z klasy,
który miewał inne kłopoty.
Nie
naciskałam.
Rozmawialiśmy
o przyziemnych, codziennych sprawach, czekając wciąż na to, żeby Filip skończył
rozmawiać.
-
Johnny - zagadnęłam, wyglądając przez szybę w oknie po mojej stronie - …tam
jest sklep, nie jesteś głodny?
Odwróciłam
do niego głowę i zauważyłam, że chłopiec jakby skurczył się w sobie i zezował w
stronę tamtego sklepu z obawą.
-
Co jest? - spytałam szeptem, pochylając się lekko w jego stronę - Możesz mi
powiedzieć. Ktoś cię tam skrzywdził?
Johnny
pokręcił głową.
Zaczęłam
się poważnie martwić, już miałam wysiąść i pójść do tego sklepu, kiedy złapał
mnie za przedramię, więc odwróciłam się z powrotem do niego.
Wtedy
dzieciak się wygadał.
Ten
jego kolega z klasy, któremu Johnny pomagał, czasami zasypiał na lekcjach po
lunchu, był otyły i się z niego śmiali, nie mógł się opanować, więc, kiedy
widział u kogokolwiek coś słodkiego do jedzenia, żebrał o to.
Johnny
go lubił, więc go krył, a czasem mu kupował coś w sklepiku i dawał mu to, żeby
nie robił z siebie pośmiewiska.
O,
Matko, jakie to było dobre dziecko!
W
tym sklepie, do którego chciałam wejść, Johnny ukradł kilka razy batonik,
dolara, albo paczkę cukierków i się tego wstydził.
Musiałam
mu pomóc.
-
Chodź - zdecydowałam się na rozwiązanie problemu i nauczenie czegoś chłopca
przy tej okazji - Pójdziemy tam, przeprosisz i oddamy pieniądze.
Nie
czekałam na jego reakcję.
Wysiadłam,
a Filip natychmiast do mnie podszedł, odsuwając telefon od ucha i przerywając
rozmowę, kiedy zakrył telefon drugą ręką.
-
Aniu - powiedział, przysuwając do mnie twarz i zerkając w stronę SUV’a -
Jeszcze chwileczkę i pójdziemy do szkoły.
-
Dobrze - odparłam, opierając się dłońmi o jego brzuch i podnosząc lekko głowę,
żeby spojrzeć mu w oczy - Wejdziemy z Johnny’m tutaj na chwilę i kupimy jakieś
jedzenie, napoje. Chcesz coś?
-
Kanapkę i colę - zamówił Filip, pocałował lekko mój policzek i puścił mnie, by
wrócić do swojej rozmowy telefonicznej.
Johnny
niemrawo wysiadł w tym czasie przez swoje drzwi i widziałam ulgę na jego
twarzy, gdy przekonał się, że nie wygadałam Filipowi, po co mieliśmy wejść do sklepu.
Uśmiechnęłam
się do niego, żeby mu dodać odwagi i wyciągnęłam w jego stronę rękę.
-
Aniu - zawołał Filip, kiedy Johnny podszedł do mnie i ruszyliśmy w stronę drzwi
sklepu - Masz - i wyciągnął do mnie rękę z portfelem.
-
Mam pieniądze - powiedziałam.
-
Masz - powtórzył Filip, potrząsając
portfelem.
Westchnęłam
zawróciłam do niego, wywróciłam oczami do nieba i wzięłam ten głupi portfel.
Znałam
to.
Mężczyźni,
którzy dbali o kobiety, uważali, że nie mogły one same płacić.
Ale
tym razem nie było czasu, ani to nie było miejsce, żebym o tym dyskutowała z
Filipem.
Może
nigdy nie byłoby.
Chociaż
miałam przeczucie, że Filip był inny od większości znanych mi mężczyzn również
pod tym względem.
Po
prostu był wyjątkowy.
Poszliśmy
z Johnny’m do sklepu, a kiedy tam wchodziliśmy, nad naszymi głowami rozległ się
dzwoneczek.
Za
ladą z kasą siedziała na wysokim stołku młoda, ciemnowłosa, szczupła
dziewczyna, która czytała książkę, ale odłożyła ją, uśmiechnęła się do mnie, a
zaraz potem spoważniała, kiedy spojrzała na Johnny’ego.
-
Dzień dobry - przywitałam się - Chcieliśmy kupić kilka kanapek, batoników,
napoje i uregulować dług.
Wyrzuciłam
to jednym ciągiem, z miłym uśmiechem, więc dziewczyna słuchała, zsunęła się ze
stołka i naszykowała się do podania mi tego, czego bym zażądała, a później
zamarła w pół kroku.
-
Tato - zawołała nagle, odginając tułów i częściowo wykręcając głowę w stronę
drzwi na zaplecze, kiedy ucichłam.
Patrzyła
ciągle na mnie i Johnny’ego.
Stałam,
patrzyłam na nią i czekałam na rozwój wypadków, pewna, że Filip szybko by tu
wszedł, jeśli zobaczyłby przez szybę, że tego byśmy potrzebowali.
Czułam
Johnny’ego nieco z boku i za sobą.
-
Tak? - usłyszałam tubalny głos, a później pojawił się tęgawy jegomość o
sympatycznej twarzy.
-
Witam - powiedział na mój widok - Czym mogę…
Wtedy
zobaczył Johnny’ego.
Patrzył
na niego, a jego twarz wyrażała zaskoczenie, rozterkę, ale nie złość i przez
kilka sekund nie odzywał się.
-
Pani powiedziała, że chciała uregulować dług - wyjaśniła cichym głosem
dziewczyna.
-
Johnny - powiedziałam cicho i łagodnie, odwracając lekko głowę w stronę
chłopca.
-
Ja… - Johnny zająknął się - Przepraszam.
I
zamilkł.
-
Wie pani - zaczął jegomość - Myśleliśmy, że bywa głodny. Więc…
-
Przepraszam - przerwałam mu stanowczo, ale delikatnie, podnosząc dłoń do
wysokości pasa - Proszę mu pozwolić.
Facet
zamilkł i wszyscy spojrzeliśmy na Johnny’ego.
Wiedziałam,
że to nie było dla niego łatwe, ale musiał się nauczyć sam załatwiać takie
sprawy.
-
Ja musiałem… - zająknął się znowu Johnny - Ja nie będę… Przepraszam - to ostatnie wyszeptał i opuścił głowę.
-
Proszę mi powiedzieć ile jesteśmy winni - powiedziałam łagodnie, przerywając „przemowę”
Johnny’ego i spojrzałam znowu na właścicieli.
-
Och - jegomość spojrzał na córkę - Może z pięć dolarów - wzruszył ramionami -
Wie pani, skoro myśleliśmy, że dziecko bywa głodne, to nie liczyliśmy tego.
Przecież nie zubożejemy, a gdyby on potrzebował...
Uśmiechnęłam
się z wdzięcznością.
O, Matko Jedyna!
Tak,
na tym Dobrym Bożym Świecie bywali dobrzy
ludzie.
-
Johnny - zwróciłam się cicho do chłopca - …wybierz kilka batoników i napoje.
Dla mnie i Filipa cola, dla mnie light. I poprosimy trzy kanapki - zwróciłam
się do dziewczyny z lekkim uśmiechem - Po jednej z indykiem, tuńczykiem i z szynką.
Kiedy
Johnny poszedł między półki po batony, zwróciłam się do obojga właścicieli.
-
Bardzo państwu dziękuję - powiedziałam szeptem, nachylając się w ich kierunku -
To dobry chłopiec, ale starsi koledzy kradli mu kieszonkowe.
Zobaczyłam,
że oboje wyprostowali się i wciągnęli powietrze.
-
Postaramy się, żeby częściej z nami rozmawiał, ale gdyby państwo zobaczyli
jeszcze raz, jak coś takiego się dzieje… - zawahałam się, obejrzałam na Filipa
i wyjęłam swój telefon - proszę zadzwonić pod ten numer.
I
bez pytania go o zgodę, podałam numer Filipa.
Musiałam
to później jakoś z nim załatwić.
Właściciele
zgodnie skinęli głowami, a dziewczyna schowała kartkę z zapisanym numerem
Filipa pod kasę.
Johnny
wrócił z zakupami, zapłaciłam i dorzuciłam te pięć dolarów, które powiedzieli,
że Johnny był im winien i pożegnaliśmy się serdecznie.
Wyszliśmy
ze sklepu i szliśmy chodnikiem obok siebie, a ja widziałam, że Johnny’emu
ulżyło.
Prawie
się uśmiechnął.
Kiedy
doszliśmy do Rubicon’a, Filip skończył już rozmowę.
Stał
tam i badawczo patrzył w naszą stronę.
Wsiedliśmy
do Rubicon’a, tam zjedliśmy kanapki i wypiliśmy napoje, a ja przypominałam
sobie, co mówił Johnny o swoim koledze i jego zachowaniu.
A
później poszliśmy do szkoły.
Zastanowiłam
się nad słowami chłopca, a kiedy odprowadziliśmy go na lekcje, wstąpiliśmy na
rozmowę z dyrektorem.
Wyjaśniliśmy
tyle, ile mogliśmy, bez wydawania sekretów Johnny’ego, ale opowiedzieliśmy o
problemie z wymuszeniami pieniędzy i powiedzieliśmy, że dzieci się boją.
Wtedy
powiedziałam dyrektorowi szkoły również o tamtym chłopcu, koledze Johnny’ego, i
o moich podejrzeniach występowania u niego insulinooporności.
Po
prostu musiałam.
Dyrektor,
patrząc na mnie uważnie, ale, nie pytając skąd
to wiedziałam, skąd się wzięły moje podejrzenia, obiecał przekazać tę
informację rodzicom lub opiekunom chłopca, żeby zwrócili się o poradę do
lekarza.
A
ja ponownie stwierdziłam, że nie zastanowiłam się nad moimi odruchami i
odsłoniłam się przed Filipem.
Albo
odsłoniłam się trochę bardziej.
A
nie powinnam.
Wyraz
twarzy Filipa, kiedy zobaczył moje serdeczne pożegnanie z Johnny’m i potem,
kiedy rozmawialiśmy z dyrektorem o tamtym chłopcu, powiedział mi, że bardzo
lubił to, jak troszczyłam się o te dzieciaki.
Filip
rozmawiał potem o tym wszystkim z cioteczką Thelmą i chyba ją uspokoił, ale wciąż
nie rozmawiał ze mną.
Czekałam
na to, kiedy stwierdziłby, że miał dość moich tajemnic.
A
ja poznawałam go coraz bardziej i nie byłam pewna, czy nie miałam dość
poznawania coraz lepiej Filipa.
Bo
był coraz to bardziej i bardziej
wspaniały.
Wręcz
cudowny.
Na
przykład byliśmy ostatnio również razem z Filipem na dużych zakupach prezentów
gwiazdkowych dla wszystkich dzieciaków.
A
to dlatego, że powiedziałam mu o moim spotkaniu z kobietami, z Alekiem i Samem
i opowiedziałam o ich podpowiedziach co do pomysłów na obdarowanie dzieci.
Zrobiliśmy
zakupy zgodnie z ich sugestiami, komponując naprawdę duże paczki dla każdego dziecka osobno.
Filip
był bardzo hojny i, ostatecznie, kupiliśmy wszystko, co podpowiadali
przyjaciele z tego grona, które tak łatwo by mnie wciągnęło.
Stwierdziłam,
że pokochałabym ich wszystkich bez problemów, a może nawet już ich kochałam.
Każde
z nich było inne, a jednocześnie tak wspaniale się uzupełniali.
Chociaż
nikogo nie kochałam tak bardzo, jak Filipa.
Za
bardzo.
*****
Filip
Ania
była zdenerwowana.
Widział
to.
Jechali
z Anną do domu cioteczki Thelmy i Filip zauważył, że po raz kolejny właściwie
nie rozmawiali.
Ich
milczenie było bezpieczne i wygodne, ale…
Poznawał
ją tylko przy różnych okazjach, kiedy zapominała o tym, że miała mu nie
wyjawiać swoich sekretów albo wtedy, kiedy coś ją fascynowało za bardzo i nie
mogła się powstrzymać.
Jak
ta sprawa z prawdopodobnie chorym kolegą Johnny’ego.
Kiedy
usłyszała, o co chodziło, przejęła się, zmartwiła i po prostu musiała powiedzieć dyrektorowi, że
chłopiec może być poważnie chory.
Żeby
rodzice wiedzieli, na co zwrócić uwagę lekarzowi.
A
kiedy kupowali rzeczy dla dzieciaków z rodziny cioteczki, uśmiechała się coraz
szerzej, cieplej i radośniej, kiedy po prostu kupował to, co sugerowała,
chociaż mówiła o tym z wahaniem.
Dlatego
to robił.
Żeby
widzieć ten jej śliczny uśmiech, kupiłby każdemu z dzieciaków po zestawie gier komputerowych,
hulajnodze i Bóg wie czym jeszcze.
Cóż,
lubił również widzieć radosne uśmiechy tych dzieciaków.
Był
ciekaw, czy dobrze wybrał prezent dla Anny, czy jej nim nie wypłoszy.
Ale
na tę reakcję musiał poczekać.
Tak
samo, jak na zobaczenie jej w tej cholernej sukience.
Tym
razem celowo ubrała się w sypialni i powiedziała mu, że nie może jej zobaczyć
wcześniej, niż w domu cioteczki.
Stwierdziła,
że to była część niespodzianki dla niego na ten wieczór.
Jego
Gwiazdka.
Pamiętając
ją w poprzedniej sukience, czuł rosnące podniecenie, ale nadal czuł niezwykłe zdenerwowanie
Ani i cholernie nie mógł go
zrozumieć.
Nie
miała być tam z wizytą po raz pierwszy, a nadal nie była z tym oswojona, by spokojnie
przyjmować to, co chyba ją cieszyło.
Filip
nie mógł zrozumieć, czego się bała.
Kiedy
zatrzymał Rubicon’a przy krawężniku przed domem cioteczki Thelmy, wyłączył
silnik i spojrzał krótko na Anię.
Chciał
nakazać jej wzrokiem pozostanie na miejscu, ale wydawało mu się, że sama to już
zrozumiała.
Patrzyła
na dom cioteczki, ale przeniosła wzrok na Filipa, kiedy poczuła, że patrzył na
nią.
I
uśmiechnęła się.
Była
już rozpogodzona, jakby to, że dotarli na miejsce, było tym, czego
potrzebowała, żeby osiągnąć spokój.
Filip
wysiadł, obszedł maskę Rubicon’a i otworzył drzwi Ani.
Podała
mu obie ręce, patrzyła w jego oczy i przesunęła kolana w jego stronę, by po
chwili zsunąć się z siedzenia na chodnik i stanąć obok niego z oczami
utkwionymi w jego oczach.
Objął
ją w talii i przycisnął krótko usta do jej warg, ale bez ich otwierania, a
dopiero później odwrócił ich oboje do tylnych drzwi Rubicon’a i wyciągnął torby
z prezentami, podając jedną Ani.
Kiedy
trzymał resztę toreb w jednej ręce, drugą zamknął drzwi samochodu, zapikał w
zamki i złapał dłoń Ani, by pociągnąć ich do drzwi domu.
Ponownie
cioteczka Thelma wyszła na próg, żeby ich przywitać, ale tym razem zaczęła
powitanie od Ani.
Polubiła
ją i zamierzała to okazać.
Chwyciła
ją za szyję po obu stronach głowy, ucałowała ją w oba policzki, a potem
puściła, by schwycić i ucałować tak samo Filipa.
Dopiero
po tym powitaniu wpuściła ich za próg.
Wiedziała,
co zrobiła, bo zaraz za progiem Filipa napadły z piskiem młodsze dziewczyny, a
Ania natychmiast została pociągnięta przez Johnny’ego do kącika pod schodami,
by usłyszeć najnowsze nowiny, które, najwyraźniej, nie mogły poczekać nawet na
to, żeby zdjęli z siebie płaszcz i kurtkę.
Dopiero
po kilku minutach rozgardiaszu cioteczka opanowała towarzystwo na tyle, żeby
Filip mógł pomóc Ani zdjąć płaszcz.
Zrobił
to z chęcią i z ciekawością.
I
zajęło mu chwilę i mnóstwo siły woli, opanowanie reakcji jego organizmu na
widok, jaki widok pojawił mu się przed oczami.
Jezu
Chryste, dopomóż!
Ania
miała na sobie sukienkę, a właściwie obcisły sweter, który był tak długi, że
sięgał do jej kolan, a wokół szyi miał szeroki golf.
Zrobiony
był z ciemno niebieskiej włóczki w formie ściągacza w talii i tkanych warkoczy
na piersiach, przez co figura Ani była jeszcze bardziej wyeksponowana, chociaż
całkowicie okryta.
Wzrok
Ani powiedział Filipowi, że zauważyła jego reakcję.
I
podnieciło ją to.
Chryste!
Jej
oczy wyglądały jak niebo nad oceanem w czasie burzy, kiedy nad lądem świeciło
słońce.
Promienne,
ale granatowe i iskrzące.
To
będą pieprzone długie godziny cholernie słodkich
tortur, ale Filip nie zamierzał żałować nigdy, ani sekundy.
Później
dostanie najlepszą nagrodę.
Jego
prezent.
Jego Gwiazdka.
-
Siadamy do stołu - zawołała z kuchni cioteczka Thelma, a dzieciaki zaczęły
nosić parujące półmiski z niesamowicie pachnącymi potrawami, więc Filip musiał
odłożyć swoje myśli na bok.
Złapał
Anię za rękę i pociągnął ze sobą do jadalni, gdzie stół był już rozciągnięty,
nakryty i częściowo zastawiony.
Usiedli,
zjedli obiad, porozmawiali wesoło ze wszystkimi, a później przenieśli się do
salonu na kawę i tam rozdali dzieciakom prezenty.
Mieli
również drobny podarunek dla cioteczki.
I
przez tą godzinę Filip miał kolejną okazję, by zobaczyć to gorące, słodkie
spojrzenie Ani.
Pieprzyć
go!
Jakby
był pieprzonym bohaterem, który spełniał najskrytsze marzenia.
Ale
Filip wiedział, że te zakupy, te wszystkie prezenty, to była jej cholerna zasługa,
bo on mógł dawać cioteczce pieniądze, ale nigdy nie przyszło mu nawet do głowy,
żeby kupić coś komukolwiek od siebie.
A
tym bardziej, żeby każdy z dzieciaków dostał coś trochę innego, pasującego do
niego, jak chociażby te fantazyjne, wymyślne, kolorowe T-shirty z zabawnymi napisami
dla wszystkich, albo dla dziewczynek wisiorki w kształcie pierwszych literek
imienia.
Filip
zobaczył nagle, jak bardzo dziewczynkom to się podobało, że miały coś dla
siebie, coś tylko swojego.
Jak
Johnny zapatrzył się na książeczkę z labiryntami, która wydawała się takim nieistotnym,
drobnym gówienkiem.
Jak
Betsy od razu zaczytała się w opowiadaniach, które Ania wybierała dla niej
przez piętnaście minut w księgarni.
Jak
cioteczka zanurzył z lubością twarz w miękkim, amarantowym szalu.
To
była prawdziwa Gwiazdka.
*****
Godzinę później
Filip
wprowadził Rubicon’a do swojego garażu, nacisnął przycisk zamykania wrót,
wyłączył silnik i sekundę poczekał, a potem spojrzał na Anię i powolny,
porozumiewawczy uśmiech wypłynął mu na usta.
Czekała, aż wysiądzie i
otworzy jej drzwi.
I
patrzyła na niego z uśmiechem.
Wysiadł,
obszedł maską Rubicon’a, otworzył jej drzwi i podał jej obie ręce.
Podała
mu swoje i odwróciła kolana w jego stronę, żeby mógł wyciągnąć ją i postawić na
nogi przy samochodzie.
Była
bardzo blisko niego, więc podniosła głowę tę odrobinę, którą musiała, żeby
widzieć jego oczy.
I
wtedy Filip to zobaczył.
Głód.
Jego
Ania była głodna jego.
Pragnęła
go.
I,
pieprzyć go, on jej też pragnął.
-
Czas rozpakować mój prezent - powiedział do niej i usłyszał, że jego głos chrypką
i szorstkością zdradził jego podniecenie.
Przechyliła
głowę i jej uśmieszek stał się, pieprzyć go, kokieteryjny.
Widział
taki uśmieszek u niej pierwszy raz i musiał stwierdzić, żadna niespodzianka, że
była jeszcze piękniejsza.
-
Jak ty pierwszy rozpakujesz ten ode
mnie, to i ja dostanę prezent -
powiedziała, a w jej głosie było słychać zarówno podniecenie jak i obietnicę.
-
Okej - mruknął i pochylił się, żeby ją pocałować.
Dała
mu usta, a już sekundę później oddawała mu pocałunek z takim żarem, że Filip
obawiał się, że skończą na masce samochodu, bo nie będzie w stanie zaprowadzić
Ani do salonu, a co dopiero do sypialni.
Odsunęła
się odrobinę i patrzyła mu w oczy dysząc ciężko.
-
Muszę zdjąć ten płaszcz - powiedziała i domyślił się, że działała według
jakiegoś planu.
Nie
przeszkadzało mu to.
Puścił
jej talię jedną ręką, a drugą objął jej ramiona, zabrał torby i poprowadził ich
do domu, po drodze wyłączając i przełączając alarm.
Kiedy
weszli do pomieszczenia gospodarczego, Ania zdjęła płaszcz, powiesiła go na
wieszaku i schyliła się by zdjąć buty.
Filip
odłożył więc torby, by zdjąć swoją kurtkę i ją powiesić, a potem zdjął buty i
odstawił je tam obok butów Ani.
A
potem szedł za nią do salonu i patrzył na jej tyłek kołyszący się lekko i
nieświadomie, kiedy stawiała nogę za nogą, jakby wędrowała na parkiet taneczny
w rytm muzyki.
Nie
wytrzymał i schwycił ją oburącz na biodra, a później przyciągnął do siebie
tyłem, by wtulić twarz w jej włosy na boku szyi.
Cieszył
się, że nie obcinała włosów.
Urosły
na tyle, że zakrywały jej szyję i mógł zanurzać w nie nos, kiedy uspokajał
oddech po orgazmie lub kiedy wtulał się w nią od tyłu podczas snu.
Lubił
to.
Czuł
wtedy jej zapach.
Pachniała
świeżością, jabłkiem, mydłem, niczym konkretnym.
Sobą.
Ale
właśnie wtedy Filip pożałował, że nie pomyślał o tym wcześniej.
Dopasowana
do niej woda toaletowa byłaby lepszym prezentem niż ten, który dla niej
wymyślił.
Nadal
bał się, że jego prezent ją spłoszy.
Tak
długo i cierpliwie czekał na to, żeby wyjawiła mu swoje tajemnice, że nie
powinien jej ujawniać, ile się dowiedział, dając jej to.
Może
powinien to schować?
Kiedy
ją schwycił, Ania pisnęła cichutko, ale odwróciła się do niego bokiem,
wykręcając w jego ramionach tułów, więc miał przy ustach jej policzek, a potem
usta i wykorzystał to na mocny, łapczywy pocałunek.
Nie
uciekała.
Zarzuciła
na jego ramiona swoje ręce i przylgnęła do niego całym ciałem.
-
A może teraz pozwolisz mi zrobić to, na co ja
mam ochotę - zaczęła głosem drżącym z podniecenia - a potem pokażę ci mój
prezent dla ciebie i pozwolę ci zrobić to, na co ty będziesz miał ochotę?
Jezu Chryste
Wszechmogący!
Czy
mówiła to, co on sądził, że mówiła?
Odsunął
się na krok i spojrzał na nią wyczekująco.
-
To znaczy tak? - spytała cicho, a on
był w stanie tylko skinąć głową.
Nie
mógł doczekać się, żeby zdjąć z niej tę sukienkę, ale jej propozycja brzmiała
tak dobrze, że był w stanie obiecać jej
wszystko.
-
Usiądź - szepnęła i popchnęła go lekko w stronę kanapy.
Potem
podeszła do stolika z telewizorem i sprzętem grającym, włączyła go i majstrowała
tam przez chwilę w skupieniu.
Minutę
później Filip usłyszał łagodną muzykę, a potem Ania zgasiła górne światło,
zostawiając tylko świecącą się lampkę, stojącą przy kanapie.
Stała
przed nim, a później zaczęła się kołysać w rytm delikatnych dźwięków piosenki,
którą Filip rozpoznał jako motyw z ostatniej interpretacji „Legendy Tarzana” - Better Love Hoziera[1].
Pieprzyć
go!
Taka
gorąca.
Przesunęła
dłońmi po swoich biodrach, a potem wzniosła je na swoją szyję i wierzchem
przesunęła po włosach i nad głowę, wyginając całe ciało i wykręcając się tyłem
do Filipa.
Odwrócona
do niego plecami, przesuwała po swoich bokach rękoma skrzyżowanymi z przodu, aż
dosięgnęła do dołu sukienki akurat wtedy, kiedy rytm melodii wzmocnił się i
zaczęła poruszać się żwawiej.
Szarpnęła
czubkami palców za brzeg materiału, podciągnęła go do bioder, a potem jej palce
ześlizgnęły się i Filip jęknął mimowolnie, kiedy nie odsłoniła nic więcej.
I
tak zdążył zobaczyć, że miała na sobie pończochy zamiast rajstop, więc jego
penis pulsował boleśnie, bo twardy zrobił się od samego jej dotyku, zanim
jeszcze zaproponowała mu ten układ.
Jezu
Chryste!
Tańczyła
teraz, falując całym ciałem tak namiętnie, że Filip musiał trzymać się całą swoją siłą woli, żeby nie rzucić się w jej kierunku, żeby porwać ją w ramiona.
A
potem odwróciła się w tańcu przodem do niego, schyliła się, skrzyżowała ramiona
przed sobą i przeciągnęła dłońmi po swoich bokach, ponownie zabierając brzeg
sukienki do góry.
I
nareszcie podciągnęła ją raz z prawej strony, raz z lewej, więc Filip zaczął
widzieć jej bieliznę, a później Ania przeciągnęła sukienkę przez głowę jednym
zdecydowanym ruchem i odrzuciła ją na bok, na podłogę.
Jezu!
Wtedy
podeszła do kanapy krokami przypominającymi baletowe i schyliła się ustami do
ust Filipa, wypinając przy tym tyłek i opierając się palcami obu rąk na jego
kolanach.
I
pocałowała go szybko, delikatnie, więc mu to nie wystarczyło.
Odsunęła
głowę, a on miał ochotę podążyć za
nią jak zahipnotyzowany.
Wspięła
się na kanapę okrakiem tak, że usiadła na kolanach Filipa, ujęła jego głowę z
obu stron i pocałowała go mocniej.
Jezu
Chryste!
Jak ona go
pocałowała.
I
dopiero wtedy wzięła go sobie,
najpierw rozbierając go powolnymi pociągnięciami dłoni po jego nagiej skórze,
które paliły go żądzą tak silną, że myślał, że jej nie powstrzyma.
Podniosła
jego koszulę, bez rozpinania jej przeciągnęła ją przez jego głowę, a potem
rozpięła jego spodnie i wyciągnęła je spod niego, tylko na tyle unosząc swoje
biodra, żeby móc to zrobić.
Wyprostowała
jedną nogę, odgięła się i już jego spodnie wraz z bielizną wylądowały na
podłodze.
Jezu
Chryste, czysty seks!
Taka
gorąca.
A
potem Ania ujęła jego kutasa i wsunęła go w siebie bez zdejmowania majtek,
tylko lekko je uchyliwszy na bok, przez co Filip dowiedział się jak bardzo była
mokra i gotowa na niego.
I
jechała na nim, trzymając się jego ramion i zagryzając wargi, aż wybuchła w
rozkoszy tak wielkiej, że zacisnęła się na nim wszystkim, co miała i krzyczała
na cały dom.
Filip
nie zwlekał z tym, żeby do niej dołączyć, ale zrobił to po przewróceniu jej na
plecy na kanapę i pompując w nią między jej rozłożonymi nogami.
Kiedy
wybuchł, dziękował Chrystusowi, że zaczęła brać tabletki i mógł skończyć w niej
bez gumki.
Potem
oparł się czołem o jej ramię i uspakajał swój oddech, czując, że Ania pod nim
robiła to samo, a następnie wysunął się z
niej i przeniósł swój ciężar na bok, by położyć się na kanapie wzdłuż
Ani.
- Hej - mruknęła - Pójdziemy pod prysznic?
Podniósł
głowę na te słowa i spojrzał na nią.
Uśmiechnął
się lekko na widok jej spokojnej, spełnionej twarzy i zaczął się podnosić, by
pomóc jej pozbierać się, rozpiąć jej stanik, zdjąć majtki, patrzeć jak
zdejmowała pończochy i, wreszcie, zaprowadzić ją do łazienki.
Kiedy
brali prysznic, namydlał ją, a ona namydlała jego.
Potem
spłukiwali z siebie pianę i całowali się w strumieniach wody.
Filip
wyszedł pierwszy, owinął biodra ręcznikiem i powiedział - Czekam w sypialni -
ale najpierw poszedł do kuchni, by napić się wody, a przy okazji nałożyć Nessie
karmy do miski.
-
Smacznego, kiciu - mruknął i poszedł do sypialni, by poczekać na Anię w łóżku, nie myśląc o tym, żeby dać jej prezent
tego dnia.
Wolał
prezenty, które wymyśliła Ania.
To
była prawdziwa Gwiazdka.
*****
Alba
/ Anna
Nie
planowałam tego.
Ale
wyszło fantastycznie.
Kiedy
wróciliśmy do domu i zobaczyłam głód w oczach Filipa, a potem poczułam ten sam
głód w sobie, wiedziałam, że nie dam rady przebrać się i zrobić mu
niespodziankę, jaką planowałam zrobić.
Dlatego
właśnie najpierw zatańczyłam pod przypadkowo znalezioną melodię i wzięłam go
sobie tak, jak oboje polubiliśmy.
O,
Matko, jak fantastycznie!
Dopiero
po prysznicu przebrałam się w łazience w koszulkę nocną, którą kupiłam i tam
schowałam jakiś czas temu, by sprawić prezent Filipowi i sobie.
Kiedy
jedliśmy obiad z jego rodziną, zauważyłam, że było już za późno.
Pokochałam
ich, a oni pokochali mnie.
Powinnam
była uciec kilka miesięcy wcześniej.
Spowodowałam
to, że było na świecie o kilka osób więcej, którzy będą cierpieli z mojego
powodu.
Musiałam
uciekać.
Nie
miałam szansy na ucieczkę w najbliższych dniach, więc postanowiłam wziąć
najwięcej, jak mogłam.
Najeść
się.
Dać
przy tym Filipowi najwięcej, jak tylko dałabym radę.
Tak
myślałam, kiedy wchodziłam do sypialni ubrana wyłącznie w granatową, satynową
koszulkę nocną, która podniecająco ocierała się o moje ciało, a potem
spojrzałam na szczupłe ciało Filipa, rozciągniętego na kołdrze, nagiego,
gorącego, ze zgiętymi rękoma położonymi pod głową.
O,
Matko!
Jaki
on był piękny.
Podeszłam
do łóżka, a on tylko patrzył na mnie i nie poruszył się.
-
Jesteś pewna, że mogę zrobić wszystko, na co mam ochotę? - zapytał, a ja
poczułam spazm między nogami.
-
Tak - szepnęłam, ale zdziwiłam się, że nie wyjęczałam tego, bo miałam na to ochotę.
I
to jaką!
-
Dobrze - szepnął, ale nadal się nie poruszył.
Po
kilku sekundach przyglądania mi się, kiedy prawie przebierałam nogami, patrząc
na niego, Filip mruknął wreszcie:
-
Wejdź tu.
Więc
zaczęłam wchodzić na łóżko na kolanach, czołgając się powoli w górę jego ciała
na czworaka i czując tylko coraz większe i większe
podniecenie.
Pełzłam
tak, aż dotarłam do penisa, który leżał tam dumny i twardy, prężąc się w całej
okazałości.
O,
Matko!
Cudny!
Spojrzałam
na niego, a potem szybko podniosłam wzrok na twarz Filipa, więc zobaczyłam, że
przyglądał mi się z rozchylonymi ustami, przekrzywioną głową i pożądaniem wypisanym na twarzy.
Wyciągnął
rękę, ujął go i rozkazał mi szorstkim, niskim głosem:
-
Dotknij go.
Och!
Tak!
Dokładnie
tego chciałam.
Przysiadłam
na piętach i ujęłam go w dłoń, a potem objęłam go również drugą ręką i
pieściłam od dołu i od góry, przesuwając ręką w tę i z powrotem, aż
przypomniałam sobie, jak Filip zacisnął moje palce, kiedy robiłam to za
pierwszym razem.
I
ścisnęłam.
Filip
zajęczał.
Spojrzałam
z przestrachem na jego twarz, więc zobaczyłam, że miał zamknięte oczy, a na
twarzy wyraz najwyższej rozkoszy, co dodało mi odwagi do ponawiania tego ruchu
dokładnie w ten sposób.
Udało
mi się to dwa razy.
Reakcja
Filipa była natychmiastowa.
Podniósł
się do siadu, aż odskoczyłam w przestrachu, złapał mnie za ramiona i rzucił na
plecy.
Straciłam
przy tym penisa z dłoni, ale natychmiast zyskałam,
a były to usta Filipa na swoich ustach, a jego dłonie na moich bokach, brzuchu
i piersiach, okrytych koszulką.
Przerwał
pocałunek, podniósł głowę i spojrzał mi w oczy.
-
Nie tak szybko - wydyszał - Chcę, żebyś go pocałowała i polizała.
Ojej, nigdy tego nie
robiłam.
Ale
właśnie w tej chwili to było coś, czego pragnęłam najbardziej, więc do ust
napłynęła mi ślina, która spowodowała, że oblizałam się i przełknęłam.
Filip
popatrzył na to i na jego ustach pojawił się uśmieszek pełen zadowolenia, jeszcze
większego pożądania i satysfakcji.
Niegrzeczny
Chłopiec.
-
Ale najpierw ja pocałuję i poliżę ciebie - dokończył, a ja zamarłam.
Ale… jak to?
Tam?
-
Powiedziałaś… - zaczął Filip sugestywnie, kiedy zobaczył zmianę wyrazu mojej
twarzy, ale ja już zaczęłam na nowo płonąć z pożądania, z chęci oddania mu się na wszelkie możliwe
sposoby.
Złapałam
rękoma za jego ramiona, przerywając mu.
-
Dobrze - wyszeptałam przy tym - Chcę.
Filip
przesunął dłonią po moim brzuchu, a później między nogi i podniósł brzeg mojej
koszulki tak, że jego palce znalazły drogę do mojej wilgoci, a wkrótce
poczułam, że rozchylił mi płatki i przesuwał palec po moim najwrażliwszym
miejscu.
Zaskomliłam.
A
potem przesunął się w dół po moim ciele i nie byłam w stanie nic kontrolować,
tylko rozkładałam nogi, jak mogłam najszerzej, żeby mógł tam wsunąć nos, usta i
język.
I
to było wspaniałe, genialne,
najlepsze uczucie, jakiego kiedykolwiek mogłabym się spodziewać.
Bez
porównania.
Objęłam
jego głowę całymi dłońmi i przycisnęłam ją do swojego czułego miejsca, a moja
głowa wygięła się w poduszkę, kiedy jęczałam głośno z rozkoszy.
Nie
doprowadził mnie do spełnienia.
O,
nie.
Odsunął
się, otarł wierzchem dłoni brodę, na co patrzyłam półprzytomnie i położył się
na plecach, ujmując penisa w dłoń.
-
Zajmij się nim - rozkazał, a ja nie zawahałam się ani sekundy.
O,
tak!
Rzuciłam
się na niego, jakbym była wygłodniała.
Dokładnie
tak, jak się czułam.
Pocałowałam
go, polizałam, później wsunęłam go sobie
do ust.
O,
Matko Jedyna!
Jakie
to było fantastyczne!
Brałam
go do ust, przesuwając nim wgłąb po swoim języku, bawiąc się, a moja rozkosz, to
wszystko, co mi dał chwilę wcześniej, spowodowała, że pękły moje wszelkie
wcześniejsze hamulce.
Pochłaniałam go.
Nie
pozwolił mi dokończyć w ten sposób.
Wyrwał
się, aż jęknęłam z żalu, przewrócił mnie, bym leżała obok niego, natychmiast przeturlał
mnie na brzuch, a potem uklęknął między moimi nogami i szarpnął za moje biodra,
więc uklękłam tyłem do niego.
Z
wypiętą do niego pupą!
Pochylił się nad moimi plecami, sięgnął pod moim
brzuchem, znalazł moje mokre wargi i rozchylił je dwoma palcami.
A
później się wsunął.
Odgięłam
głowę w jego stronę, wygięłam mocno kręgosłup, by przysunąć mocniej biodra do
jego bioder i zajęczałam przeciągle - Tak!
I
zaczął pompować, trzymając mnie oburącz za boki lub sięgając dookoła mnie do
mojego czułego miejsca.
I
to było jeszcze lepsze.
A
potem stało się szalone.
Dzikie.
Namiętne.
Filip
gnał aż do spełnienia.
Oboje
krzyczeliśmy z rozkoszy.
Genialnej!
Oboje
później jednocześnie osłabliśmy i nasze kolana się ugięły, więc przewróciliśmy
się na boki.
Ja
tyłem do niego.
Filip
przycisnął mnie plecami do swojego brzucha, przesunął jedną rękę po moich
piersiach w górę i do mojej szczęki, odchylił
i głowę i pocałował mnie.
Poczułam
swój zapach.
Nie
przeszkadzało mi to.
-
Nigdy nie lizałem tam żadnej kobiety - wyznał mi Filip do ucha, a ja zamarłam -
Brzydziłem się ich. Ale ty jesteś taka czysta. Tylko moja. Więc chciałem cię
spróbować.
Wtuliłam
się w jego ciepłe ciało, podczas gdy on wyszarpnął spod nas kołdrę i nas
przykrył, więc byliśmy w przytulnym kokonie.
Zasypiałam
i starałam się nie myśleć o tym, że zrobiłam bardzo źle dając mu więcej, bo to spowodowało, że miał więcej nadziei.
A
ja musiałam uciekać.
O,
Matko, pomóż mi!
*****
Filip
Filip
pomyślał, jak cholernie fantastyczne, dokładnie zajebiste, było to, że Ania nie myślała już o pieprzonym uciekaniu.
Wolałby,
żeby powiedziała mu, przed czym lub przed kim uciekała, by mógł ją obronić, ale
tak jak było, również było fantastycznie.
Czuł,
że oddała mu się w pełni.
Miał
ją całą, nawet jeśli nadal nie znał jej prawdziwego nazwiska i nie wiedział
skąd pochodziła.
Wiedział,
czuł z jej reakcji, że kochała dzieci, wiedziała dużo o chorobach, lubiła
przebywać w rodzinie.
Mogliby
kiedyś stworzyć swoją rodzinę.
Może
poszłaby na studia medyczne lub jakieś podobne.
Nie
chciał tego.
Bał
się.
Ale
nie mógł się powstrzymać.
Gwiazdka
spowodowała, że zaczął planować przyszłość.
Ich
wspólną przyszłość.
*****
Gdzieś daleko
następnego dnia
Był
zły.
Gorzej.
Był
wściekły.
Jak
to było możliwe, że jemu, który miał wszystko,
ta jedna wciąż umykała?
Stał
przodem do dużego okna, za którym było widać kwiaty, rozbuchaną, wilgotną zieleń
i pracujących przy niej licznych ogrodników.
Za
jego plecami cicho wsunął się do gabinetu mężczyzna i przystanął wyczekująco.
-
Miałem dostać prezent na Gwiazdkę - powiedział cicho mężczyzna przy oknie.
-
Zniknęła - mruknął sługa.
Ten,
który uważał się za Króla powoli odwrócił się tyłem do okna, by spojrzeć na
swojego poddanego.
Tamten
schylił niżej głowę, bo było oczywiste, że zawsze ten, który przynosi złe
wieści, jest najbardziej winien.
-
Zniknęło również trzech zaufanych mężczyzn Toco - powiedział szybko sługus,
mając nadzieję, że ominie go kara - …i ich samochód. Prawdopodobnie była w Salt Lake City, ale już stamtąd
odjechała.
-
Nie - mruknął Król, spoglądając z powrotem na ogród - Została tam, czuje się
pewnie.
-
To tylko kobieta - wyrwało się
sługusowi zaskoczonym, pogardliwym prychnięciem, ale natychmiast umilkł i
skulił się z głową przygiętą uniżenie do piersi.
Ten,
którego się bał, odwrócił się bowiem do niego szybko i z błyskiem w oku,
którego bali się wszyscy, którzy przebywali w jego otoczeniu wystarczająco
często.
-
Nie doceniasz jej. To kobieta - powiedział wolno pani i władca - Piękna
kobieta, która jest w stanie uwieść każdego mężczyznę. Spójrz na Jasona. Był mi
wierny przez tyle lat. Jestem pewien, że ona kogoś ma.
Sługa
nie miał nic do powiedzenia, jego pan zawsze miał rację.
Milczał,
a jego władca również się nie odzywał przez kilka minut.
-
Przyprowadź go - powiedział w końcu Król.
Sługa
wyszedł z gabinetu, cicho zamykając za sobą drzwi i wręcz pobiegł po więźnia,
szczęśliwy, że złość pana nie skupiła się na nim.
Król
wiedział w jakim stanie był ten, którego mieli przyprowadzić, więc nie
zamierzał pozwolić na brudzenie podłogi w jego pałacu.
Zabrał
dokumenty ze swojego biurka do sejfu, zamknął i zabezpieczył go, a potem
opuścił gabinet.
Wyszedł
na spotkanie więźnia aż do korytarza.
-
Dostałem od ciebie zadośćuczynienie. Nie jesteś mi już potrzebny - mruknął Król,
patrząc z namysłem z góry na zwieszoną głowę, pokrytą ciemnymi, krótko obciętymi
włosami, które zaczęły nieco siwieć na skroniach - Niczego więcej się od ciebie
nie dowiem.
Więzień
był wysoki i szczupły, ale barczysty, chociaż miesiące niewoli i tortury
spowodowały, ze stał się przygarbiony i chudy.
Miał
na sobie łachmany i nie miał siły nawet siedzieć prosto, ale nadal ręce miał
spięte za plecami.
Odrobinę
podniósł swoją zakrwawioną głowę i jego podbite, jasno niebieskie oczy błysnęły
z dumą.
-
Nie masz jej - stwierdził szeptem, ale w jego słabym głosie zabrzmiało wręcz
szczęście - Nigdy jej nie zdobędziesz.
-
Nie martw się - mruknął Król - Zdobędę
ją i wykorzystam, jak planowałem lub ukarzę, jeśli nie jest już czysta.
Więzień
roześmiał się jak wariat, a Król patrzył na niego z pogardą.
Westchnął
cicho, bo uważał to za marnotrawstwo.
-
Nakarmcie nim zwierzątka - powiedział do sługusów i odwrócił się, by pójść do
swojej rodziny na świąteczny obiad.
Śmiech
więźnia ucichł, ale nie protestował.
Powlekli
go po podłodze na zewnątrz, a on wiedział doskonale dokąd.
Już
kilka tygodni temu próbował odebrać sobie życie, żeby za pomocą narkotyków nie
mogli z niego wydobyć informacji o tym, jak znaleźć tę, której pragnął Król.
Nie
udało mu się.
Teraz
miał znaleźć spokój.
Nareszcie.
Siostra
Anna miała być bezpieczna.
To
była jego Gwiazdka.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń