Rozdział 18
Anna
Dwa miesiące później
Pół
godziny wcześniej skończyłam zajęcia.
Jechałam
moim Audi na pilnie zwołane przez Sophie spotkanie z przyjaciółkami, ale cieszyłam
się na nie wyjątkowo mocno, bo mogła to być dla mnie ostatnia taka swobodna
okazja do spotkania się w większym gronie.
Chociaż,
oczywiście, zawsze cieszyłam się na spotkanie z moimi przyjaciółmi, nie tylko z
przyjaciółkami, bo wliczałam w to Aleka i Sama.
Zaczynał
się drugi tydzień października.
Właśnie
zaczęłam studia i mój plan dnia robił się coraz napięty.
Albo
może bardziej napięty.
Przez
ostatnie tygodnie września pracowałam bowiem jako wolontariuszka w pobliskim szpitalu na
oddziale pediatrycznym, co pozwoliło mi zdobyć doświadczenie, punkty na studia
i bardzo dużo zadowolenia.
Poznałam
mnóstwo ciekawych osób.
Brałam
udział w wypisywaniu kart chorych, a doktor Forkiddies pozwolił mi na oglądanie
chorych i omawiał przy mnie niektóre przypadki.
Bardzo
nie chciałam z tego rezygnować.
Niestety,
miałam przez to zajęte po trzy do czterech godzin codziennie w tygodniu, tylko
niedziele zawsze zostawiałam wolne.
Dla
Cichego.
Ale
kochałam pracę z dzieciakami, nawet jeśli to były chore dzieci z humorkami, a
ich rodzice nie zawsze potrafili poradzić sobie z emocjami.
Przy
okazji dowiedziałam się, że doktor Curandero bardzo chwalił moje podejście do
małych pacjentów, intuicję i chęć do pracy.
O,
Matko!
Nie
byłam pewna, czy na to zasłużyłam, ale skoro tak mówił, to widocznie coś w tym
musiało być.
Takiego
podejścia do słów innych, do komplementów,
uczył mnie Cichy.
Ufałam
mu, więc starałam się taka być.
Chciałam,
żeby on również bardziej wierzył w dobre rzeczy, jakie mówili o nim inni, więc starałam się.
Chciałam,
żeby wiedział, jaki był wspaniały.
Cichy
pracował z synem i synową Evy w San Jose, co wiązało się z jego częstymi
wyjazdami, ale, ponieważ został uznany za cenionego
specjalistę, z czego on się śmiał, ale ja podkreślałam to z dumą podczas rozmów
z przyjaciółkami i nie tylko, więc za każdym razem płacili mu za przelot
samolotem, a nawet raz zdarzyło się, że poleciał tam prywatnym odrzutowcem szefa
w chwili jakiejś „awarii” ich systemów.
Na
pilne wezwanie.
Nie
pytałam, o co chodziło, ale musiało to być coś dotyczącego ochrony ich danych, lub
innych zabezpieczeń firmowej sieci, bo Cichy nie zmienił specjalizacji.
Tyle
tylko, że zarejestrował swoją działalność, jako firmę z biurem mieszczącym się
w znanym mi mieszkaniu, więc jego działalność była w stu procentach prawnie właściwa.
Bo
to, że była dobra, wiedziałam już wcześniej.
Ponieważ
Cichy był dobrym człowiekiem.
Cichy,
z pomocą firmy Sophie, wprowadził w swoim mieszkaniu, które teraz było jego
biurem, drobne zmiany, które polegały głównie na oddzieleniu ścianką kartonowo
gipsową przestrzeni, w której mógł spotykać się z ludźmi, którzy niekoniecznie
powinni widzieć jego sprzęt i znać jego możliwości.
Takiej
„recepcji”.
Wstawił
tam biurko i tam mieściła się kanapa narożna i stolik do kawy, które kupiłam mu
wcześniej.
Było
to teraz miejsce na spotkania biznesowe.
Pewnego
razu nawet w ramach jego pracy dla firmy Micka i Dory, polecieliśmy razem do
San Jose i spędziliśmy we dwójkę jeden dzień wakacji na plaży, kiedy Cichy
zrobił, co miał zrobić i zostało mu kilkanaście godzin „wolnego”.
Sądziłam,
że to zaplanował, ale nie skomentowałam.
Lubiłam
to.
W
San Jose trochę zaszaleliśmy.
Spacerując
plażą oglądaliśmy domy, które wyglądały na letniskowe i w danej chwili były w
większości opuszczone.
Opowiedziałam
więc Cichemu z lekkim wstydem, że włamywałam się do takich domków podczas mojej
podróży po Stanach, żeby mieć dostęp do niezależnego Internetu.
Cichy
zaśmiał się i stwierdził:
-
Cud, że cię nie przyłapali.
Uniosłam
się honorem.
-
Umiem wchodzić do takich domków nie
zauważona - powiedziałam mu, wydymając nieco usta i prostując się, co było
lekkim naciągnięciem faktów, bo nigdy nie wchodziłam do takich domków.
Domki,
które zwykle wybierałam do moich „odwiedzin”, były małe, uboższe, więc miały
słabsze zabezpieczenia.
Nadal…
-
Okej - powiedział mój Cichy z tym swoim łobuzerskim uśmieszkiem Niegrzecznego
Chłopca - więc pójdziemy do tamtego.
Wskazał
brodą jeden z domów, które stały trochę oddalone od plaży, za wydmą i wyglądały
na opuszczone dość dawno.
Zawahałam
się.
-
Nie zrobiliśmy rozpoznania - stwierdziłam nerwowo.
-
Tchórzysz? - Cichy powiedział to takim tonem i spojrzał przy tym na mnie w taki
sposób, że uznałam, że najwyraźniej rzucał mi wyzwanie.
Poczułam
podrażnienie mojej ambicji.
Wyprostowałam
plecy, rozejrzałam się, a potem ruszyłam ścieżką, która omijała posesję, więc
mogliśmy udawać, że po prostu schodziliśmy z plaży.
Cichy
ruszył za mną, najwyraźniej świetnie się bawiąc.
Kiedy
mijaliśmy ogród, znalazłam przypadkowo dziurę w siatce, która otaczała
niewielki ogród, zasypany pieskiem i porośnięty nadmorską trawą.
Prześlizgnęłam
się przez nią i podbiegłam do ściany werandy, by przylgnąć do niej plecami i
udawać, że szukałam schronienia przed wiatrem, niosącym piasek.
Okazało
się, że Cichy był tuż za mną.
Nie
słyszałam go.
Poruszał
się bezszelestnie.
O,
Matko!
Wślizgnęliśmy
się jedno po drugim na werandę i podeszliśmy do drzwi kuchennych, a wtedy
uświadomiłam sobie, że nie możemy tam wejść.
Nie
miałam ze sobą mojego zestawu do wybierania zamków.
-
Widzisz - powiedziałam szeptem do Cichego - mogłabym tam wejść, jakbym miała…
Przerwałam,
bo właśnie w tej chwili Cichy wyjął z tylnej kieszeni spodni zestaw do wybierania zamków!
O,
Matko!
Był
przygotowany!
Wzięłam
go od niego, zaciskając przy tym wargi, kiedy jego oczy świeciły się z
rozbawienia, a potem przykucnęłam przy drzwiach i zaczęłam pracować.
Otwarcie
zamka zajęło mi aż trzydzieści
sekund.
Nigdy
nie robiłam tego tak długo, ale z Cichym za moimi plecami byłam roztrzęsiona,
więc musiałam się dodatkowo koncentrować.
Weszliśmy,
zamknęliśmy drzwi i podeszłam od razu do panelu alarmu, żeby się przekonać, że
miałam rację.
Był
zbyt skomplikowany.
Nie
było mowy, żebym dała radę go rozbroić.
I
tak spróbowałam.
No
cóż, powiem tylko, że dobrze, że Cichy był ze mną, bo mielibyśmy firmę
ochroniarską, a być może i policję na karku, gdyby nie przejął tego i nie
rozbroił alarmu, jak zobaczył, że sobie nie radziłam.
Patrzyłam
z oczami otwartymi szeroko, a kiedy się wyprostował, zarzuciłam mu ręce na
ramiona i pocałowałam go gwałtownie, mocno i mokro.
Oddał
mi pocałunek równie namiętnie.
-
Okej, Skarbie - mruknął, przyciskając mnie do ściany, kiedy skończył to robić i
oboje ciężko dyszeliśmy - Wierzę ci. Ale to oznacza, że jesteś Niegrzeczną
Dziewczynką i musisz ponieść karę.
Zaczęłam
dyszeć.
-
Tu? - szepnęłam z niedowierzaniem, ale też z odrobiną nadziei.
-
Nie - mruknął Cichy i odsunął się, by mnie wypuścić - Myślę, że wolę mieć na to
nieco więcej czasu. Załatwimy to po powrocie do hotelu.
Więc
mogę wam powiedzieć, ze Cichy dotrzymał słowa, a mnie bardzo podobała się ta
„kara”, więc pod znakiem zapytania było, czy to nadal była kara.
Mogłabym
jemu, Niegrzecznemu Chłopcu, częściej pokazywać taką mnie, Niegrzeczną
Dziewczynkę, jeśli to by oznaczało, że miałabym częściej taką „karę”.
Mhm.
Mieszkaliśmy
w SLC nadal w małym domku, w którym Cichy nie miał wszystkiego, czego
potrzebowałaby rodzina, ale też nadal nie mieliśmy rodziny.
Byliśmy
we dwójkę i było nam tak dobrze.
Nessie
przyzwyczaiła się do przebywania z nami, a czasem „odwiedzania” na kilka dni
którejś z moich przyjaciółek.
Tylko
u Aleka i Sama nigdy nie bywała, bo oni mieli psa.
Właściwie
było nam z Cichym całkiem dobrze
dopiero od miesiąca, kiedy uszkodzenie słuchu, spowodowane u mnie hukiem
wystrzału z pistoletu Nebuenitto, zaczęło się cofać.
I
Cichy mógł się zrelaksować.
Przez
tydzień po ataku Nebuenitto byłam w szpitalu, gdzie robiono mi ciągle jakieś
badania i podawano mi przez kroplówki krótko sterydy, a zapobiegawczo nieco
dłużej leki przeciwzapalne.
Cichy
nie odstępował mnie tam ani na krok, nawet na godzinę.
Na
szczęście okazało się, że było to tylko podrażnienie błony bębenkowej i narządu
Cortiego, nic innego nie zostało uszkodzone, a podrażnienie po tygodniu zaczęło
się cofać.
Z
prawego ucha dzwonienie i głuchota ustąpiły całkowicie już ósmego dnia, a z lewego,
przy którym Nebuenitto strzelił do Davida, po dziesięciu dniach częściowo, a
niedawno prawie całkowicie.
Nie
słyszałam tylko niektórych tonów.
Jak
byłam w szpitalu, ciągle dowiadywałam się o stan Billy’ego i mogłam go nawet
raz odwiedzić, kiedy już był przytomny.
Stracił
trochę krwi, ale, na szczęście, jego rana nie była groźna, chociaż kula
przeszła przez płuco.
Przez
jego szczyt.
Byłam
szczęśliwa, widząc go powracającego do zdrowia.
Przekomarzaliśmy
się.
-
I jak się czujesz, jako członek Elity? - zapytałam go żartem, nawiązując do
naszych wcześniejszych rozmów, kiedy to on i Sam uważali, że David, Jimmy i
Alex stanowili elitę naszej jednostki w straży.
-
Wiesz co - powiedział Billy, również żartobliwym tonem - Weź wypchaj się taką Elitą.
Spojrzałam
wtedy na niego poważniej.
-
Mogłam ci to powiedzieć dawno temu - wyznałam mu cicho.
Billy
patrzył na mnie przez chwilę bez cienia jego dawnego uśmieszku.
-
Chyba byśmy ci z Samem nie uwierzyli - przyznał się cicho.
Westchnęłam.
Tak.
Wiedziałam
to.
Nie
uwierzyli mi również, kiedy mówiłam im, że pasowali do tej ekipy.
Lubiłam
ich obu i było mi przykro, że tak to się skończyło.
Chociaż,
może Billy dołączyłby dzięki temu do grona naszych przyjaciół?
I
wciągnąłby Sama.
A
teraz doszedł jeszcze Tom, który też przyglądał się i przysłuchiwał temu
wszystkiemu przez plotki Sama i Billy’ego z namysłem i niedowierzaniem.
No
bo, jakim cudem w jednej jednostce było tyle osób z takimi problemami.
Cóż…
Z
innymi sprawami było dobrze.
Nebuenitto
nie żył, David ani Cichy nie mieli z tego tytułu problemów, a my wreszcie
mogliśmy swobodniej zacząć planować przyszłość.
Naszą
przyszłość.
Kilka
dni wcześniej byliśmy razem ze wszystkimi przyjaciółmi na trzecich urodzinach
Davie’go u Evy i Jimmy’ego w ich domu, gdzie miałam okazję pozwiedzać dom Evy,
który był ciepłym Domem Rodziny i obejrzeć inny z obrazów, jaki namalował dla
przyjaciół Alex.
Był
to mały obrazek, na którym były „dzieci” Evy.
Może
nie dosłownie.
Alex
przedstawił jej wielki brzuch w
ostatnim miesiącu jej ciąży z Davie’m i przytulone do niego twarzyczki Marii i
Matta, ale to nie samo odtworzenie tego było najpiękniejsze.
Nie
wiedziałam, jak on to robił, ale również z tego obrazu wręcz „biło” uczucie, a
w tym przypadku była to miłość połączona ze szczęściem.
Obraz
wyraźnie mówił „rodzina”.
Alex
miał naprawdę ogromny talent.
Przy
okazji tego spotkania z okazji urodzin Davie’go dowiedziałam się również, że było
coś takiego jak Imprezy u Sparków.
Podobno
zarówno Eva jak i Jimmy organizowali najlepsze, najbardziej warte uczestnictwa
imprezy rocznicowe ze wszystkich radosnych okazji, jakie nadarzyło się im
obchodzić.
Lubili
przypominać o nich sobie i innym, a przy okazji bawić się w towarzystwie
rodziny i przyjaciół.
Celebrowali
szczęście.
Więc
jadąc na spotkanie tego dnia byłam bardzo ciekawa, co takiego przydarzyło się
Sophie, że nagle zapragnęła zabrać nas wszystkie i co takiego ważnego miała nam
do powiedzenia.
Miałam
nadzieję na same dobre wiadomości.
Należało
nam się trochę dobrego po ostatnich przejściach.
Zaparkowałam
swoje białe Audi, o którym już wiedziałam, że miało specjalne kuloodporne szyby,
na parkingu naprzeciwko baru, w którym odbywało się owo nadzwyczajne zebranie.
Dwa
miejsca parkingowe dalej stało Audi Evy, które krzyczało z daleka swoją
czerwienią, a obok niego bardzo niebieski Compass Maggie, mała, srebrna Honda
Civic Alice i wielki, czarny, lśniący Raptor Sophie.
Moje
przyjaciółki dominowały już na parkingu, więc uśmiechnęłam się na myśli o tym,
co mogły wyprawiać w barze.
Miałam
rację.
Już
od progu baru przywitała mnie istna kakofonia ich okrzyków skierowanych w moją
stronę, więc szybko zatkałam rękoma uszy.
-
Chcecie, żebym znowu ogłuchła? - zapytałam retorycznie i opuściłam ręce, kiedy
na chwilę przestały.
Oczywiście,
że nie chciały.
Widziałam
poirytowane miny niektórych gości baru, więc uśmiechnęłam się do nich przepraszająco
i wzruszyłam ramieniem.
Kelnerka,
która przechodziła między stolikami z dzbankiem kawy, tylko przewróciła oczami
do sufitu i uśmiechnęła się do mnie w odpowiedzi.
-
Sophie jest w ciąży! - krzyknęła na
moje protesty Maggie.
To
była wieść godna krzyku, ale krzycząca Maggie.
O,
Matko!
-
Jestem w ciąży! - jednocześnie z nią wrzasnęła
Sophie, jakby była zdeterminowana, żeby nikt jej nie ubiegł w osobistym
ogłoszeniu tego cudu.
-
Jezu, kobieto! - wrzasnął facet dwa
stoliki dalej - Nie jesteś pierwsza i nie ostatnia, a krzyczysz to już tutaj po
raz trzeci, jakby zdarzył się jakiś cud.
Nie
wiedział, co mówił.
-
Bo zdarzył się! - wrzasnęła Sophie.
No
właśnie.
W
tym czasie doszłam już do ich stolika, który był jak zwykle w samym końcu baru
i pochyliłam się do niej, by wziąć ją w ramiona.
-
Tak się cieszę - szepnęłam jej do ucha.
-
Ja też - Sophie wyjawiła mi ten „sekret” i natychmiast zalała się łzami.
Dosłownie.
-
No, nie - westchnęła Eva - Znowu ryczy.
Do
Waszej Wiadomości: Eva bardzo często
płakała.
Z
byle powodu.
-
Ja nie ryczę - powiedziała Sophie, łkając i pociągając nosem - To alergia.
-
Ta - mruknęła Maggie - na pewno.
-
Hormony - mruknęła Alice, która zapewne wiedziała, co mówiła.
Ostatecznie:
kilka ciąż już przeszła.
Tak
sobie dokuczały, ale wiedziałam, że się cieszyły.
Sophie
bardzo chciała mieć dzieci, a od prawie roku byli z Alex’em małżeństwem i nie
udawało im się zajść w ciążę.
Zostawiłam
je tak.
Podeszłam
do lady, kiedy się tam przekomarzały i podawały Sophie chusteczki, nie
zapytawszy Sophie, czy nie zechciałaby jeszcze jednego ciastka.
To
był mój błąd.
Zamówiłam
ciastko i dużą latte, zapłaciłam, a wracając usłyszałam, że chciała największą
mufinkę marchewkową, więc wywróciłam oczami do sufitu, wróciłam do lady,
zamówiłam mufinkę dla Sophie, zapłaciłam, a potem wreszcie dotarłam do wolnego krzesełka i usiadłam z nimi przy
stoliku.
Po
jednym spojrzeniu oceniłam, że kobiety bardzo się postarały, bo były wszystkie,
a nie było żadnych dzieci.
Znalazły
niezależne opiekunki.
Zobaczyłam
również bardzo zadowoloną z siebie minę Evy, jakby ciąża Sophie była jej
zasługą.
O,
Matko!
Nie
byłam pewna, czy chciałam wiedzieć.
Okazało
się, że Sophie wiedziała o ciąży zaledwie od dwóch dni, więc była dopiero w
drugim miesiącu, ale taka była szczęśliwa z tego powodu, że nie chciała czekać
nawet jednego dnia dłużej, żeby wszystkim o tym powiedzieć.
Wierzyłam.
Na
razie nie miała nic więcej do powiedzenia na ten temat, więc, rozczarowana,
przestała o tym mówić.
Chyba
żałowała, że nie było kogoś, komu jeszcze mogłaby wykrzyczeć na całe gardło tę radosną
nowinę.
-
Opowiedz nam, co u maluszków - Eva zarządziła zmianę tematu, dopytując mnie o
szczegóły mojej pracy, o czym wszystkie uwielbiały słuchać.
Opowiedziałam.
Rozmawiałyśmy
tak przez godzinę, wypiłyśmy kawę i zjadłyśmy pół cukierni ciastek, a przy
okazji Maggie powiedziała mi, że Sophie zgodziła się zrobić projekt domu dla
niej i Davida, bo mieli nadzieję na kolejne dziecko.
Tak
się wyraziła.
Mieli
nadzieję.
Więc
Sophie miała okazję opowiedzieć nam o tym projekcie, co było jej drugim
ulubionym tematem dnia.
Miał
to być Dom Babci.
Cokolwiek
by to oznaczało.
*****
Dwa miesiące później
Spędzaliśmy
wieczór przed Bożym Narodzeniem na kolacji w domu cioteczki Thelmy i dzieciaków,
bo na kolejne dwa dni Świąt mieliśmy jechać do Lafayette, do mojej siostry.
Dzień
wcześniej Sophie poinformowała nas wszystkich, że jej ciąża była mnoga, ale nie
bliźniacza.
Bardziej
mnoga.
Miała
mieć trojaczki!
O,
Matko!
Jak
już zaczęła, poszła na całość.
W
mojej rodzinie nie bywało bliźniaków, a co dopiero trojaczków, ale wiedziałam,
że zaburzenia hormonalne po odstawieniu tabletek antykoncepcyjnych mogły to
rozregulować.
Może
jednak ja miałabym szansę na uniknięcie w przyszłości takiego szaleństwa?
Ojej,
uświadomiłam sobie, że zaczęłam myśleć o dziecku.
Naszym
dziecku.
Moim
i Cichego.
Byłam
kompletnie oszołomiona, ale cieszyłam się szczęściem Sophie i Alexa, więc,
natychmiast kiedy mnie o to poprosiła, obiecałam jej, że będę w szpitalu, kiedy
będzie rodziła, żeby przyjrzeć się jej dzieciom, jak tylko pojawią się na tym
świecie.
Oczywiście
wiedziała już równie dobrze jak ja, że ciąża mnoga powinna być zakończona
wcześniej niż pojedyncza, a w przypadku trojaczków wskazane było cesarskie
cięcie.
Nadal
prosiła mnie o towarzyszenie jej przy rozwiązaniu.
Chociaż
nie byłabym jeszcze lekarzem.
Przez
cały październik, listopad i grudzień bardzo dużo się uczyłam, ale nie
narzekałam, bo lubiłam to i wreszcie mogłam
to robić.
U
cioteczki Thelmy byliśmy również na Thanksgiving, a później spędziliśmy aż trzy
dni u mojej siostry w Lafayette.
Musieliśmy
jej obiecać, że w kolejnym roku zrobimy to odwrotnie, czyli na obiad w
Thanksgiving polecimy do niej, a potem
pójdziemy do cioteczki.
Cudownie
było móc planować.
Mieć
pewność, że będzie następny rok.
W
Wigilię Bożego Narodzenia jedliśmy kolację świąteczną w domu cioteczki, ale
zrobiłam moją pieczeń wieprzową i ciasto dyniowe z imbirem, więc można
powiedzieć, że była to kolacja składkowa.
Ubrałam
się w tę samą sukienkę swetrową, którą miałam na sobie rok wcześniej i
zobaczyłam błysk w oczach Cichego, kiedy wychodziliśmy z domu i mnie w niej
zobaczył, zanim założyłam na siebie płaszcz.
Ten
błysk spowodował u mnie wilgoć między nogami.
Pomyślałam,
że mogłabym mu dać prezent podobny do tego, co rok wcześniej, a on nie tylko by
się nie pogniewał, ale lubiłby to.
Tak
samo jak ja.
Prezenty
dla każdego, zarówno dzieciaków, cioteczki, jak i dla mojej rodziny,
indywidualne do upodobań i charakterów stały się naszą tradycją, a Cichy nadal
był hojny i wydawał się być szczęśliwy, że mógł je kupować razem ze mną, a może
naprawdę był.
Ostatecznie
lubiliśmy być razem i oboje lubiliśmy uszczęśliwiać te dzieci.
Rozdaliśmy
prezenty dzieciakom po kolacji, kiedy siedzieliśmy w salonie cioteczki Thelmy i
piliśmy kawę, zajadając się przy tym słodkościami.
Potem
dzieci szybko powędrowały do swoich pokoi, bez wątpienia, by nacieszyć się
podarunkami, a my zostaliśmy w salonie.
Wtedy
cioteczka w tajemnicy przed dziewczętami opowiedziała nam o rodzinach, które
starały się o adopcję Elli i Vivi, ale był to początek drogi urzędniczej, więc
na razie nic im nie powiedziała.
Jej
zmartwieniem było to, że każda z rodzin chciała adoptować tylko jedną z
dziewcząt, więc zostałyby rozdzielone, a bardzo się zżyły ze sobą przez te
miesiące mieszkania razem.
Wierzyłam
w to!
Z
cioteczką zostałby Johnny, który był na tyle młody, że musiał być w rodzinie
zastępczej i Betsy, która kończyła w następnym roku szesnaście lat, więc
mogłaby pozostać na stałe z cioteczką Thelmą, pod jej czasową opieką, lub nawet
po adopcji.
Nie
wiedzieliśmy, dlaczego cioteczka o tym w ogóle mówiła.
Ale
dowiedzieliśmy się w następnej minucie.
Otóż
cioteczka Thelma chciała od następnego roku przejść na emeryturę.
Ta
wiadomość nas zaskoczyła, chociaż nie powinna być zaskakująca.
Cioteczka
nie była młoda, a wiedzieliśmy oboje doskonale, że lata życia bez wsparcia po
śmierci jej męża były dla niej wyczerpujące.
Bez
Cichego nie dałaby rady.
Po
tamtym pierwszym wieczorze już nigdy o tym nie wspominali, ani cioteczka, ani
Cichy, ale wiedziałam to.
Wiedziałam
też coś innego.
Jeśli
my we dwójkę planowaliśmy założenie rodziny, stało się oczywiste, że cioteczka nie
chciała przerzucać na nas odpowiedzialności za dzieci, którymi się opiekowała i
za dom, który prowadziła.
Nawet,
jeśli lubiliśmy jej w tym pomagać.
Nie
rozmawialiśmy więcej o tym tamtego dnia ani z cioteczką, ani między sobą, ale
ta myśl czaiła się gdzieś w umyśle moim, a potem dowiedziałam się, że również
Cichego.
Następnego
dnia z samego rana polecieliśmy do Luizjany i spędziliśmy dwie doby w pełnej,
hałaśliwej rodzinie mojej siostry.
Wtedy
coś w nas „przeskoczyło”.
Chociaż,
być może, zrobiło to wcześniej, ale nie przyznawaliśmy się do tego samymi przed
sobą ani nawzajem.
Zaczęło
się od tego, że moja starsza siostra naciskała na to, żebyśmy określili datę
ślubu, a najlepiej, żebym szybko zaszła w ciążę.
Nawet
bez ślubu.
-
Aniu, kochanie… - mówiła do mnie, kiedy jej najmłodsze podskakiwało beztrosko
na moich kolanach, a Cichy się temu przyglądał z lekkim uśmiechem - nie będziesz
młodsza. Najwyższy czas pomyśleć o rodzeniu, bo potem będzie trudniej.
Miała
rację.
Nadal.
-
Jenny - odparłam, nie patrząc na nią - Studiuję, pracuję, Cichy pracuje w
rozjazdach, nie mamy czasu na dzieci. Za rok się zastanowimy.
-
Jak będziesz to tak odkładała - prychnęła niecierpliwie Jenny - to zawsze
znajdziesz jakąś wymówkę.
Popatrzyła
na mnie, a potem na Cichego z jakąś uwagą i ze zmarszczonymi brwiami.
-
No chyba, że… - zaczęła, ale potem urwała i zajęła się jakiś nieistniejącym
brudem na stoliku do kawy.
Spojrzałam
na Cichego, pokręciłam głową, uśmiechnęłam się i wywróciłam oczami do sufitu.
-
Widziałam to - warknęła moje siostra - Już nic
nie powiem.
Wstała,
podniosła dumnie głowę i odwróciła się w stronę kuchni.
-
Pamiętaj tylko, że cię ostrzegałam - powiedziała na odchodne - Młodsza nie
będziesz, a nie wiesz jak zareagował twój organizm na te wszystkie wasze
przeżycia.
O,
Matko!
Ona
się o mnie bała!
Zamknęłam
usta, spoważniałam, popatrzyłam na Cichego prawie z rozpaczą i pochyliłam się w
jego stronę.
Nie
pomyślałam o tym.
Nie
wiedziałam również, czy on chciałby już mieć dzieci.
Od
czasu jego oświadczyn nigdy o tym tak naprawdę nie rozmawialiśmy.
Przyszedł
Raphael i zabrał z moich kolan ich najmłodsze dziecko, które już marudziło i
domagało się położenia na popołudniową drzemkę, a ja się podniosłam i poszłam
za Jenny do kuchni, po drodze całując Cichego delikatnie w usta.
W
kuchni Jenny zaczęła już szykować dla nas wszystkich zapiekanych kanapek na lunch,
więc zabrałam się za pomaganie jej.
-
Aniu - zwróciła się do mnie siostra, najwyraźniej odpuszczając poprzedni temat
- Dlaczego ty zawsze mówisz do Filipa Cichy?
Spojrzałam
na moją starszą siostrę z zaskoczeniem.
Nie
zauważyłam tego, że całkiem przestałam mówić do Filipa Filip, a myślałam o nim
i mówiłam do niego Cichy.
Ale
miałam wyjaśnienie.
-
Filip jest znajdą… - powiedziałam Jenny i zobaczyłam, jak jej oczy stały się
ciepłe i łagodne dokładnie tak samo, jak bez wątpienia moje stały się, kiedy
opowiadał mi to samo.
Powiedziałam
jej więc, dlaczego Cichy nie lubił swojego nazwiska, a nawet imienia i skąd
wzięło się jego przezwisko.
Powiedziałam
jej również o naszych planach, o tym, że chcieliśmy, żebym po ślubie zachowała
swoje nazwisko i żeby Cichy je przyjął.
Chciałam
jej powiedzieć, jakie to było cudowne i jak ważne dla każdego z nas, przekonać
ją.
-
Pamiętasz, jak Cichy był w śpiączce? - spytałam, ale nie musiałam.
Wiedziałam,
że Jenny nie zapomniała ani minuty z tamtych strasznych dla nas wszystkich dni.
-
Giselle zawołała wtedy moje pełne imię i nazwisko… - kontynuowałam coraz ciszej
- i to było to, co obudziło Cichego. Więc powiedział mi, że kocha brzmienie tego nazwiska. Możemy
sprawić, by miało kontynuację -
dokończyłam szeptem i podeszłam bliżej do mojej kochanej, jedynej siostry, by
ją objąć, kiedy obie odczułyśmy to samo, ten sam skurcz serca na myśl, że nasi
bracia nie zrobią już nigdy tego dla naszego taty.
Oparłyśmy
nasze czoła o siebie i trwałyśmy tak przez minutę lub dwie.
-
Więc nie zwlekaj zbytnio, żeby była
ta kontynuacja - powiedziała nagle Jenny pełnym głosem, a jednocześnie
wyprostowała się i energicznie otarła te kilka łez, które spłynęły po jej
twarzy.
Odrzuciłam głowę do tyłu i zaśmiałam się
serdecznie, widząc, że nie zamierzała tak łatwo odpuścić.
Udawała
tylko kapitulację.
Kochałam
ją.
*****
Miesiąc później
Siedziałam
w barze przy stoliku, a naprzeciwko mnie siedziała Sophie.
Patrzyłam
na nią z przerażeniem.
Bowiem
moja ciężarna przyjaciółka jadła dosłownie
za czworo, jakby była wygłodzona od tygodnia.
Rzuciła się
na burgera, frytki, zapiekany ekstra ser i ciastka.
Aż
się bałam, że pęknie.
Tym
razem spotkanie przyjaciół było na moją prośbę i zwołałam je w znanym nam barze
obok butiku Aleka i Sama, a zrobiłam to z premedytacją.
Koniecznie
chciałam, żeby Alek i Sam w nim uczestniczyli, bo miałam do nich prośbę, a
dopiero kończyli pracę.
Dzień
wcześniej zdałam ostatni egzamin w tej sesji, przestałam chwilowo pracować jako
wolontariuszka w szpitalu już miesiąc wcześniej, przed Bożym Narodzeniem i
sprawy się nieco uspokoiły.
Ale
po Świętach rozmawialiśmy z Cichym o naszych marzeniach i przemyśleniach
dotyczących rodziny, dzieci i przyszłości.
Ja
zaczęłam.
-
Cichy - powiedziałam pewnego dnia wieczorem, kiedy się kochaliśmy czule i
delikatnie, a potem poszliśmy na kanapę niby oglądać film, ale ja usiadłam biodrem
do niego, a podgiętymi kolanami przodem do oparcia kanapy i odwrócona przodem
jego tułowia, by widzieć jego oczy - Nie sądzisz, że szkoda by było, żeby
Johnny trafił do jakiejś obcej rodziny?
Cichy
natychmiast przestał patrzeć w telewizor i skupił wzrok na mnie.
Podniósł
rękę, by sięgnąć po pilota i wyciszyć telewizor, a potem odgarnął nią moje
długie już i całkiem ciemnoblond włosy za ucho, a drugą rękę wsunął wyżej na
moje plecy, by przyciągać mnie do siebie naciskiem rozłożonej dłoni między
moimi łopatkami.
Opierałam
się dłońmi o jego brzuch i klatkę piersiową, a jeden z łokci trzymałam na jego
kolanie.
Nie
były nam znane jeszcze wtedy możliwe losy obu dziewczynek, ale gdyby się udało
umieścić je w rodzinach adopcyjnych, to Johnny byłby tym najbardziej
pokrzywdzonym.
A
oboje polubiliśmy bardzo tego chłopca i wydawało nam się, że z wzajemnością.
-
Skarbie - powiedział Cichy - Żebyśmy mogli mu pomóc, musielibyśmy być
małżeństwem, a i tak nie byłoby pewności, że daliby nam go do adopcji.
Zassałam
wargi, opuściłam brodę, zaczęłam się bawić krótkimi włoskami na jego klatce
piersiowej, wystającymi z rozpiętej koszuli, której nie zdjął po wizycie u
klienta nawet na czas naszego seksu i zapytałam szeptem:
-
A ty widzisz jakieś przeciw? - nadal
niepewna co do tego, czy Cichy
chciałby mieć kiedyś dzieci i dlaczego nie namawiał
mnie na szybki ślub.
-
Skarbie… - Cichy podniósł brwi wysoko, a potem wysunął palce pod moją brodę i
podniósł mi ją, by patrzeć wprost w moje oczy - obiecałaś, że za mnie
wyjdziesz. Możemy się pobrać w każdej chwili. Ale sądziłem, że chcesz spokojnie
skończyć studia, zanim zrobimy następny krok.
-
Wiesz… - nadal mówiłam cicho i niepewnie, więc spojrzałam w bok, chociaż wciąż mnie
trzymał - mogę skończyć studia i
jednocześnie mieć rodzinę. Wiele osób tak robi. Dam radę.
Wtedy
nagle twarz Cichego całkowicie się zmieniła.
O,
Matko Jedyna!
Puścił
moją brodę, ale tylko po to, żeby złapać moje biodra oburącz i wciągnąć mnie
okrakiem na swoje kolana.
-
Więc pogadaj z przyjaciółmi - rozkazał jasnym, wyraźnym, dźwięcznym głosem -
Wyznaczcie termin, niech Alek wszystko zaplanuje, gówno mnie to obchodzi -
Cichy nie zważał nawet na moje wzdrygnięcie, tylko kontynuował - Pobierzemy się
kiedy tylko zechcesz i jak zechcesz. A potem adoptujemy
Johnny’ego, a dopiero potem zastanowimy się, czy już chcemy mieć dzieci.
Ucieszył się!
Poczułam
takie cudowne ciepło, rozchodzące się
od mojego serca po całym ciele, ale nadal chciałam coś wyjaśnić.
-
A ty… - zawahałam się - Ty chcesz mieć dzieci?
-
Skarbie - Cichy przyciągnął mnie bliżej, żeby dokończyć przy moich ustach - tak
dużo i tak szybko, jak tylko będziesz gotowa. Pamiętaj, że zaplanowaliśmy
kontynuację twojego nazwiska.
O,
Matko!
Był
taki wspaniały.
No
i doigrał się.
Łzy
rzuciły mi się do oczu i były niepohamowane i obfite.
Kochałam
go.
Na
szczęście Cichy miał doskonały pomysł, jak zmienić tok moich myśli i
wykorzystać moje nie-takie-ciche szczęście.
Jak
zawsze.
Tydzień
temu dowiedzieliśmy się, że Ella i Vivi zdecydowanie miały trafić do dwóch różnych rodzin, ale na szczęście, były to
rodziny, które rozumiały, że dziewczynki się przyjaźniły i nie zamierzały ich
rozdzielać.
Ella
miała trafić do rodziny Latynosów, a Vivi Włochów, co zgadzało się z cechami ich
fizjonomii, więc mogłyby się szybciej zasymilować.
Nie
byłam pewna, czy miały wpojone jakieś pojęcie o tradycjach i kulturze każdej
rodziny, ale tego mogły się nauczyć.
Pomału.
Obie
rodziny mieszkały w zasięgu rejonu tej samej szkoły, więc przede wszystkim
dziewczynki mogły chodzić na wspólne zajęcia.
Po
drugie dowiedzieliśmy się, że obie rodziny ustaliły odwiedziny dziewczynek
wzajemnie u siebie, więc ich więź mogła być podtrzymana, a na dodatek żadna z
rodzin nie miała nic przeciwko naszym
spotkaniom z dziewczynkami.
Zapowiadało
się to wspaniale!
Zaczęliśmy
starania o adopcję Johnny’ego, w czym pomagał mi lekarz, u którego pracowałam w
ramach mojego wolontariatu, doktor Forkiddies, i ktoś z przyjaciół Cichego, ale
o to nie zapytałam.
Cichy
zawsze miał swoje tajemnice, a jeśli uważałby, że powinnam coś wiedzieć,
powiedziałby mi.
Ufałam
mu.
Nadal
było oczywiste, że powinniśmy dość wziąć ślub albo przynajmniej zacząć go
planować.
Więc
teraz spotykałam się z przyjaciółmi, żeby poprosić ich o pomoc, której, jak
wiedziałam, by nam nie odmówili.
Miałam
rację.
Kiedy
powiedziałam, że się pobieramy, wszyscy zaczęli mówić jednocześnie i głośno,
jak miewali to w zwyczaju, więc naprawdę dobrze było, że zamawialiśmy zawsze
dużo jedzenia i picia w tym barze, bo już dawno byśmy tu mieli zakaz wstępu.
Zrobiłam
dwie rzeczy, które sobie zaplanowałam.
Po
pierwsze Alek był zachwycony, że poprosiłam go o pomoc w organizacji ślubu i
przyjęcia, chociaż, kiedy wybuchł entuzjazmem, zaczęłam trochę tego żałować.
Bo
jego entuzjazm był wybuchowy.
I
bardzo głośny!
Eva
powiedziała mi wtedy szeptem, że Alek był bardzo rozczarowany, kiedy mama
Eddiego wtrącała się w organizację jego ślubu z Alice, a potem prawie obraził
się na nich wszystkich, kiedy Jimmy zorganizował bez jego wiedzy pierwszą
rocznicę ich ślubu, która wyglądała jak przyjęcie weselne włącznie z
powtórzeniem przysięgi.
O,
Matko!
Jak
romantycznie!
Alek
uwielbiał organizowanie ślubów, więc zorganizował ten Maggie i Davida, ale
Sophie miała ślub, w organizacji którego większy udział miała mama Alexa i
dawna gosposia Sophie, Maria.
-
Więc - powiedziała na koniec Eva - poddaj się i płyń z falą. Żywiołu nie
powstrzymasz, a będziesz miała najpiękniejszy ślub, jaki sobie możesz wymarzyć.
Tylko podaj mu ograniczenia finansowe - szepnęła mi na ucho tak, żeby nikt inny
nie usłyszał.
Westchnęłam,
ale potem się uśmiechnęłam.
Właściwie
czemu nie.
To
miał być mój jedyny ślub, a miałam go
wziąć z moim ukochanym, Cichym Mężczyzną, który też nie miał nic przeciwko
temu.
A
śluby Maggie i Davida oraz Sophie i Alexa widziałam, brałam w nich udział, więc
wiedziałam, że były wspaniałe i dopasowane do każdej z par.
-
Alek… - powiedziałam więc, przerywając mu potok pomysłów, którym już zaczął nas
zasypywać, by przedstawić jeden z moich warunków - ślub musi być za mniej niż
pół roku.
-
Co? - Alek dosłownie zaczął
hiperwentylować i wachlować się dłońmi na tak krótki termin - Nie ma mowy, nie
zdążymy.
-
Alek! - przerwałam mu i sięgnęłam ręką, by złapać jego dłoń nad stoikiem -
Johnny zostanie sam, jeśli będziemy zwlekać. Musimy być po ślubie, zanim będzie ostateczna rozprawa adopcyjna.
Możemy mieć go w planach na okresie próbnym, ale sam wiesz…
Zobaczyłam,
jak wyraz jego twarzy się zmienił, ale nie analizowałam tego.
Tak
samo, jak pozwoliłam, żeby umknęło mi chwilowe wyciszenie się reszty moich
przyjaciółek.
Chociaż
na to po pewnym czasie zmarszczyłam się i zapytałam głupio:
-
Co?
Jakoś
wszystkie pokręciły tylko głowami, uśmiechnęły się, a Maggie i Eva, które
siedziały najbliżej mnie uścisnęły moje dłonie.
Musiałam
zająć się drugą sprawą, więc westchnęłam i odpuściłam.
-
Sophie - odwróciłam się do obżartucha - Potrzebujemy domu. Ten Cichego jest za
mały. Nie ma dodatkowej sypialni.
Sophie
przestała na chwilę jeść i spojrzała na mnie.
-
Nie zbuduję wam domu w parę miesięcy
z niczego - wyrzuciła oburzona, ale na szczęście zdążyła najpierw przełknąć -
Nie macie nawet działki.
-
Wiem - powiedziałam jej, bo tego nie
oczekiwałam - Ale może znasz kogoś, kto ma dom na sprzedaż lub zechciałby się
zamienić na taki mały z jedną sypialnią.
Popatrzyła
na mnie, ale jakby mnie nie widziała.
Było
oczywiste, że myślała intensywnie.
Trwało
to kilka minut, aż zaczęłam się niecierpliwić.
Nie
zdążyłam jej pogonić, kiedy się ocknęła.
-
Okej - mruknęła wreszcie - Chyba mam kogoś, kogo mogłabym zapytać. Ale nic nie obiecuję - dodała głośniej,
kiedy zobaczyła mój szeroki uśmiech.
-
Okej - mruknęłam, ale już wiedziałam, ze Sophie się postara.
Miała
szerokie kontakty, była naprawdę kreatywna, a ludzie z branży ją kochali
głównie dlatego, że nie zabierała im pracy, bo robiła wyjątkowe domy, którymi
oni się nie zajmowali, a za to pożyczała czasami od nich sprzęt za całkiem
niezłe pieniądze, a czasem dała zarobić ich pracownikom.
A
do tego była towarzyska.
Więc
mogła nam pomóc.
Tymczasem
Alek się rozkręcił.
Nie
kontrolowałam go, więc popuścił wodze fantazji.
-
Już cię widzę - piszczał podniecony - Przybrany na biało kościół. Dziewczynki z
kwiatami. Biała suknia księżniczki…
-
Nie! - przerwałam mu spanikowanym okrzykiem.
-
C-co? - Alek zająknął się i spojrzał na mnie przestraszony.
-
Hej - mruknęła obok mnie Alice - No co ty.
-
Aniu - powiedziała niskim, napiętym głosem Maggie - to przesąd. Nie musisz być
dziewicą, żeby…
-
Nie o to chodzi - powiedziałam, czując, że jednocześnie na moje policzki
wypłynął rumieniec - Ja…
Było
oczywiste, że wiedzieli, że nie byłam dziewicą, ale, chociaż mnie to krępowało,
ważniejsze było to, że nie wiedzieli o nas innych rzeczy.
Nie
znali przyczyny, dla której naprawdę
nie mogłam mieć białej sukienki.
Nigdy.
Rozejrzałam
się po ich twarzach, na których nagle znalazł się ten sam wyraz troski,
zassałam wargi między zębami i zebrałam się na odwagę.
Musieli
wiedzieć.
To
byli nasi przyjaciele i znali naszą przeszłość, więc wiedziałam, że
zrozumieliby wszystkie nasze lęki, a nie chciałam, żeby się martwili.
Patrzyli
na mnie w milczeniu, ze skupieniem obserwując moje zachowanie.
-
Pamiętacie, jak ja i Cichy zostaliśmy postrzeleni? - spytałam ich cichym,
napiętym głosem i zobaczyłam kiwające głowy.
Oczywiście,
że pamiętali.
Każde
z nas pamiętało, co przydarzyło się innym i głęboko to odczuwaliśmy, bo
dbaliśmy o siebie wzajemnie.
Przyjaciele.
O,
Matko!
Jak
ja ich wszystkich kochałam.
Wzięłam
głęboki wdech, złapałam za rękę Maggie i Evę, które były najbliżej, ale
wiedziałam, że każde z nich dałoby mi to wsparcie.
-
Zostałam wtedy na rozkaz Nebuenitto ubrana w białą, prostą, bawełnianą sukienkę
- wyjaśniłam im i patrzyłam, jak przez ich twarze przebiegały uczucia.
Zrozumienie,
współczucie, ból.
Tak.
Kochałam
ich.
Opuściłam
ręce, złapałam swój kubek, napiłam się kawy i spojrzałam znowu na nich wszystkich,
trzymając go oburącz, a potem odstawiłam go.
Wypuściłam
z płuc nagromadzone powietrze.
-
Kiedy mnie wywozili, wyskoczyłam z ich samochodu, biegłam w niej i Cichy biegł
naprzeciwko mnie. Kiedy trafili mnie w bok, moja krew rozlała się na tej sukience i Cichy to widział. Potem mu się
to śniło. Długo miał o tym koszmary,
z których budził się gwałtownie w środku nocy - kontynuowałam napiętym, cichym
głosem i widziałam, jak to przeżywali ze mną.
Alek
i Sam mieli duże oczy, ale milczeli.
-
Ojej - szepnęła Alice.
-
O, kurwa - mruknęła Sophie.
-
Aniu - szepnęła Eva.
-
Tim… - Maggie zaczęła, ale przerwała i zagryzła wargę.
-
Pomógł nam - powiedziałam do niej łagodnie, znowu ujęłam jej dłoń i uścisnęłam
znacząco - Ale może powinnam pomóc
Cichemu, ułatwić mu to i nie zakładać białej
sukienki w dniu, który powinien kojarzyć nam się wyłącznie ze szczęściem? -
popatrzyłam pytająco na Aleka.
-
Tak - szepnęła Maggie.
Alek
nagle wyprostował się i rozejrzał po wszystkich, jakby było oczywiste, że
zmieniał całą koncepcję ślubu.
-
Więc jaki kolor? - zapytał - Może niebieski?
-
Maggie miała niebieski - wymamrotała Sophie, pewna, że nigdy w życiu nie
założyłabym jej koloru, bo nosiła czerwony i wróciła do jedzenia.
-
A pamiętasz sukienkę, no tamtą, pierwszą - zapytała Maggie - Którą założyłaś na
Thanksgiving rok temu?
-
Ponad rok - uściśliłam, ale wiedziałam, o czym mówiła.
Odwróciłam
się do Aleka.
-
Miała taki kolor… - zaczęłam.
-
Szaro niebieski - dodała Maggie.
-
Bardziej szary niż niebieski -
poprawiłam ją, kiedy spojrzałam w jej stronę i uśmiechnęłyśmy się do siebie
porozumiewawczo.
Alek
wyprostował się i oczy mu rozbłysły.
-
Szara przełamana lekko błękitem - wymamrotał niby do siebie - Tak, tak, tak.
Widzę to. Twoim kwiatem będzie biało niebieski orlik błękitny. Ślub w plenerze.
Spojrzał
na mnie pytająco.
-
Może koło kompleksu? - zapytał.
Nie
byłam pewna, czy robiłam dobrze, ale skinęłam głową, zgadzając się na to,
jakkolwiek to brzmiało, a on rozpromienił się na ten widok.
Nagle
zerwał się z krzesełka i machnął ręką na Sama.
-
Kochanie, musimy natychmiast jechać do domu - powiedział rozkazująco - Mam
wizję i muszę to narysować.
Alice
i Maggie popatrzyły na mnie i jednocześnie szepnęły - To będzie coś.
Widziałam,
że Eva pokiwała z uśmiechem głową.
Miałam
ochotę się śmiać ze szczęścia, ale jednocześnie poczułam, że moje oczy zrobiły
się mokre.
Też
ze szczęścia.
Tak.
Wspaniale
było mieć przyjaciół.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń