poniedziałek, 25 lipca 2022

17 - Niech go zlikwiduje

 

Rozdział 17

Niech go zlikwiduje

Anna

 

 

Trzy dni później

Poprzednie dni spędziliśmy z Cichym bardzo spokojnie i głównie we dwoje, będąc zwykle razem.

Tak razem razem.

Bo Cichy nie odstępował mnie na krok.

Co oznaczało, że na przykład wczoraj wstaliśmy razem, wzięliśmy razem prysznic, zrobiliśmy i zjedliśmy razem na śniadanie jajka w koszulkach na hash browns, posprzątaliśmy razem kuchnię i wróciliśmy do sypialni, żeby tam też razem posprzątać.

Oczywiście to miało w większości swoje plusy, a tylko jeden minus.

Minusem było to, jak dużo wszystko zajmowało nam czasu, bo przy okazji, no i właśnie to był plus, obejmowaliśmy się, całowaliśmy, kochaliśmy się i pieprzyliśmy w różnych miejscach, pozycjach i na rozmaitych powierzchniach.

Oczywiście, nie spieszyło nam się.

Mieliśmy dla siebie cały dzień.

Ale, zanim minęło południe, nasza sypialnia wciąż nie była sprzątnięta, za to ja miałam cztery orgazmy, a Cichy dwa.

Wspaniałe.

Nadal wydawało mi się, że oboje tym razem robiliśmy to jednak trochę ze strachu i z desperacyjnego szukania bliskości.

Rozumiałam to, ale potrzebowałam zmiany.

Musieliśmy zacząć po prostu żyć.

Normalnie.

Więc, kiedy wyszliśmy w końcu z sypialni, a właściwie ja wyszłam pierwsza, udając się do kuchni, by przygotować lunch, kiedy Cichy kończył ścielić łóżko, postanowiłam nas zająć trochę bardziej zwykłymi, codziennymi sprawami.

Zrobiłam to w najprostszy ze znanych mi sposobów, przez domowe zajęcia.

Na lunch zaczęłam szykować nieco pracochłonne ślimaki cynamonowe, które Cichy bardzo lubił, ale trzeba ich było zrobić od razu całą blachę, więc podejrzewałam, że Cichy zareaguje na to, że było ich za dużo dla nas dwojga.

Oboje nie lubiliśmy marnować jedzenia.

Tak się stało, kiedy dołączył do mnie w kuchni, a ja już je układałam na blasze do pieczenia.

Popatrzył na to przez chwilę w milczeniu.

- Wybierasz się do kogoś w odwiedziny, czy zaprosiłaś kogoś do nas? - zapytał potem, ale jego głos był zabójczo spokojny.

Wręcz niebezpiecznie.

A całe ciało miał napięte.

O, Matko!

Podniecało mi się to.

Jak to było możliwe?

Ale… musiałam wyjaśnić.

- Nie - przyznałam - ale może moglibyśmy gdzieś się z kimś spotkać… wiesz, po prostu żyć. Tak normalnie.

- Skarbie… - mruknął Filip, a ja patrzyłam, jak nagle odpłynęła z niego złość, którą chyba zaczął czuć na ślad myśli o tym, że mogłabym bezmyślnie chcieć narazić na niebezpieczeństwo siebie, albo którąś z moich przyjaciółek.

Chyba dotarło do niego, że nigdy nikogo nie naraziłabym na niebezpieczeństwo, a zwłaszcza nie moje przyjaciółki.

Raczej sama siebie odsunęłabym gdzieś na ubocze, ale to teraz też nie wchodziło w grę, skoro wiedziałam, ile to znaczyło dla niego.

Ale chciałam przestać się bać i podporządkowywać temu każdy mój ruch w ciągu dnia, a tym bardziej dzień po dniu.

I musiałam dać mu o tym znać.

Podeszłam do niego blisko, oparłam obie dłonie na jego brzuchu i spojrzałam mu prosto w oczy, kiedy objął mnie dłońmi za żebra i zaczął palcami gładzić moje plecy.

- Chciałabym porozmawiać z kimś - przyznałam cicho.

Otworzył usta.

- Nie, Cichy - powiedziałam szybko, kiedy zobaczyłam, że chciał protestować - nie spotkać się. Po prostu porozmawiać. Może z Jenny przez Skype’a. Ale nie wiem, czy to tu jest bezpieczne.

Zrozumiał.

- Dobrze - mruknął Filip - Pojedziemy do moich komputerów. Ale uprzedzam, że może tam do nas dołączyć któryś z chłopaków.

- To dobrze, że zrobiłam całą blachę ślimaków cynamonowych - powiedziałam żartobliwie i moje wargi ułożyły się w szeroki uśmiech.

Przesunęłam dłońmi po jego koszulce w górę i na jego szyję.

Filip pokręcił głową, lekko mnie pocałował i odszedł do tyłu na pół kroku.

Spojrzał w dół na swoją koszulkę i spostrzegł, co tam narobiłam brudnymi od ciasta dłońmi.

- No i znowu muszę się przebrać - mruknął pod nosem bez złości, jakby trochę zrezygnowany i odwrócił się, by wyjść z kuchni.

Zachichotałam, ale patrzyłam wciąż na niego.

Pierwszy powód do przebrania miał, kiedy sprzątaliśmy w sypialni i wziął mnie od tyłu i w tej pozycji ja miałam orgazm, ale on sam doszedł na mój brzuch po tym, jak posadził mnie tyłkiem na tej komodzie, na której mnie doprowadził, a ja tak osłabłam po swoim szczytowaniu, że musiał mnie przytulić, żeby położyć na łóżku, abym odpoczęła.

Ponieważ zrobił to wszystko nie do końca rozebrany, w koszulce, więc większość z tego, co zostawił na moim brzuchu, wylądowała na niej.

I dlatego musiał się przebrać.

Z tego, co wiedziałam, koszulka numer jeden namaczała się właśnie w misce w zimnej wodzie w pomieszczeniu gospodarczym.

- Włóż ją do tamtej do miski - powiedziałam do Cichego i kiwnęłam brodą w tamtą stronę, a potem w stronę blachy ze ślimakami - Zaraz skończę to, to nastawię pranie.

- Skarbie… - powiedział Cichy, zdejmując przez głowę koszulkę i pokazując mi przy tym swój szczupły, cudnie umięśniony brzuch - Umiem nastawić pranie.

Kochałam to.

Spojrzałam na niego, a on odczytał prawidłowo wyraz mojej twarzy, kiedy zagapiłam się na jego kaloryfer, więc odwrócił się do mnie nagimi, umięśnionymi plecami, żebym miała jeszcze lepszy widok - na jego ramiona.

Wiedział, jak mi się to podobało.

Całkiem zaschło mi w ustach, bo cała wilgoć spłynęła mi między nogi.

Znowu.

O, Matko Jedyna!

Podobało mi się również i to, że umiał i chciał sam włączyć pranie, co znaczyło, że nasze partnerstwo nie skończyło się wraz ze zmianą statusu naszego związku.

Wiedziałam, że czasem pary, które były partnerami w życiu przed zaręczynami, traciły to po zaręczynach, a definitywnie kończyło się to po ślubie.

Wyglądało na to, że my tacy nie byliśmy.

Najwidoczniej Filip, nie mając wzorca rodziny, sam sobie stworzył taki, który mi bardzo odpowiadał.

Partnerski.

Myśląc o tym, żeby nie myśleć o kuszących ramionach i kaloryferze mojego Niegrzecznego Chłopca, odwróciłam się do blatu, żeby dokończyć ślimaki, a Cichy wyszedł z kuchni, śmiejąc się cicho pod nosem.

Zakładałam, że kręcił przy tym głową, bo często to robił.

Kończyłam szykowanie blachy ślimaków do pieczenia i nie liczyłam na to, że szybko zrealizuje moją wizję spędzenia dnia.

Ale kiedy zjedliśmy gorące ślimaki cynamonowe i popiliśmy je kawą americano z mlekiem, którą Cichy zrobił z ekspresu tuż po tym, jak włączył pralkę, Cichy zaproponował, żebyśmy od razu pojechali do jego mieszkania i później zadzwonił do Davida, żeby zaprosić go, by tam przyjechał do nas razem z Maggie i ich dziećmi.

Chyba zrozumiał, co miałam na myśli, mówiąc mu, że musiałam z kimś porozmawiać.

Normalność.

Uznałam przy tym, że miałam dobry pomysł dwa tygodnie wcześniej, kiedy zamówiłam mu do tego mieszkania narożną, rozkładaną kanapę i duży, prostokątny stolik do kawy, dzięki czemu mogliśmy usiąść tam z naszymi gośćmi przy kawie i ślimakach.

Chociaż byłaby to kawa rozpuszczalna, bo Cichy nie miał tam ekspresu.

Chociaż miał tam kuchnię, a w niej kuchenkę, lodówkę i zlew.

Pojechaliśmy tam jego Rubicon’em, chociaż początkowo Filip zaproponował mi, żebyśmy pojechali moim Audi.

To było dla mnie trochę dziwne, bo dobrze wiedziałam, że nie lubił, kiedy ja prowadziłam, a on jechał na miejscu pasażera, a z drugiej strony nie lubił prowadzić mojego SUV’a.

Wycofał się z tej propozycji, kiedy zobaczył moje zdziwienie.

Jednak nie zapytałam o to, a i mój Cichy nic nie powiedział na ten temat.

Może jednak powinnam nauczyć się zadawać mu pytania?

Maggie i David mieli dojechać do mieszkania ponad pół godziny później niż my tam dotarliśmy, więc najpierw połączyłam się przez Skype’a z Jenny.

Miałam szczęście, że była osiągalna, bo nie umawiałyśmy się na rozmowę, a ona była kobietą towarzyską i zawsze bardzo zajętą.

Bałam się, że mogła wyjść gdzieś do szkoły któregoś z dzieci, do sąsiadów lub znajomych, lub po prostu do sklepu.

Ale złapałam ją w domu.

I odebrała.

Rozmawiałyśmy o wielu normalnych rzeczach, przy czym dowiedziałam się, że miałam za cztery miesiące zostać ciocią po raz piąty tak, jak to moja rodzinna siostra sobie zaplanowała.

Dlatego czekała na rozmowę ze mną.

Powiedziała mi, że to ostatnie jej dziecko, więc teraz ja mam się postarać.

O, Matko!

Wiedziałam, że to była reakcja na moją wiadomość o naszych zaręczynach, ale do tej pory Jenny nie nalegała nawet na ślub.

Opowiedziałam więc mojej starszej siostrze o mojej tymczasowej pracy na zastępstwo, o planach dotyczących studiów, a potem utknęłam.

Bo Jenny zaczęła nas zapraszać do odwiedzenia ich przed spodziewanym terminem rozwiązania, a ja nie byłam pewna, czy mogę cokolwiek planować, a nie chciałam mojej starszej, nadopiekuńczej siostrze tłumaczyć dlaczego.

O, Matko!

Nie chciałam kłamać.

Naprawdę nie chciałam.

Ale tym razem musiałam.

Zrobiłam to z uśmiechem i w miarę przekonująco mówiąc jej, że Filip był bardzo zajęty i nie mieliśmy na to czasu, w czym pomógł mi fakt, że właśnie do mieszkania wchodzili Maggie i David z dziećmi.

Więc musiałyśmy się rozłączyć.

Pożegnałam się z nią wylewnie, obiecując sobie, że następnym razem porozmawiam z nią po rozwiązaniu naszych problemów.

Resztę tego dnia spędziliśmy z moim Cichym również razem, ale nie całkiem sami.

Tylko tak, jak to bywa w normalnym życiu.

Najpierw byliśmy przez kilka godzin z przyjaciółmi i rozmawialiśmy dość swobodnie, w czym pomagał fakt, że David mówił wszystko Maggie, więc wiedziała z czym się zmagaliśmy, a Maggie wierzyła bardzo mocno w możliwości Davida i Cichego, więc pomogła mi się uspokoić.

Samą rozmową, bez przekonywania.

Po prostu po tym, jak obserwowałam jej spokój.

O, rany!

Jak dobrze było mieć taką przyjaciółkę.

Niedługo po wyjściu Maggie i Davida, pojawili się As i Big Ben, którzy podobno wrócili z jakiegoś zgrupowania wojskowego, o co nie pytałam, bo nie chciałam, żeby kłamali.

Nie musiałam wiedzieć.

Cichy wprowadził ich krótko w najnowsze wydarzenia i zagrożenie, zdradzając mi przy okazji to, że Król nie pragnął mnie i mojego życia, ale dążył do zemsty na Cichym.

Co oznaczało, że chciał mnie skrzywdzić tak, żeby Filip cierpiał, ale mogło też oznaczać to, że skrzywdziłby Filipa, jeśli nie mógłby dostać mnie.

O, Matko!

Prawie żałowałam, że Zły przeżył poprzednie starcie.

Prawie.

Kiedy oni nadal rozmawiali, ale robili to nieco ściszonymi głosami w drugim kącie pokoju, ja, żeby im nie przeszkadzać, usiadłam przy komputerze, który wskazał mi Cichy, otworzyłam na nim i sprawdziłam moją pocztę e-mail, na której nie pojawiło się nic ciekawego, a potem zaczęłam czytać o kampusie uniwersytetu Utah.

Nie zamierzałam na nim mieszkać, ale opis brzmiał interesująco.

Dlatego nawet nie zauważyłam, kiedy chłopaki zaczęli wychodzić i rzuciłam im tylko z daleka roztargnione Cześć.

A potem Cichy usiadł do swojej pracy, albo, jak powiedział, żeby przyjrzeć się nowinkom.

Więc czytałam więcej o tej uczelni, na której miałam zacząć studia już od października.

A potem odebrałam SMS’a od Giselle.

Doktor Curandero pytał, czy podjęłabyś się wolontariatu na oddziale pediatrycznym szpitala w Utah we wrześniu. To u jego znajomego ze studiów.

Ojej!

To brzmiało naprawdę fantastycznie, ale nie wiedziałam, co miałabym jej odpisać, czy poprosić o szczegóły w ramach zwlekania, czy nic nie pisać, a może od razu odmówić.

Podniosłam głowę, żeby spojrzeć na Cichego i zobaczyłam, że patrzył na mnie uważnie, więc zassałam wargi między zęby.

Oczywiście.

Nic mu nie umykało.

Wstałam, podeszłam do niego, oparłam się jedną ręką na jego ramieniu i pokazałam mu swój telefon z otwartym tekstem, patrząc mu w oczy.

Spojrzał na to ze zmarszczonymi brwiami.

- I? - zapytał po przeczytaniu, ale po jego minie wiedziałam, że wiedział, czego dotyczyły moje rozterki.

Opuściłam rękę z telefonem i wepchnęłam się na jego kolana.

Położyłam czoło na jego ramieniu, drugie objęłam wolną ręką, a tę z telefonem trzymałam na swoich kolanach, podczas gdy Cichy obejmował ramieniem moje plecy, żebym nie spadła.

Wiedział, że bałam się i wiedział czego.

- Nie wiem… - zaczęłam niepewnie.

- Skarbie… - delikatnie i cicho przerwał mi Cichy - nie bój się planować i marzyć. Jak będziesz się bała, on wygra.

Wciągnęłam powietrze, wyprostowałam się i spojrzałam na niego z otwartymi ustami i szeroko otwartymi oczami.

O, Matko Jedyna!

Nie pomyślałam o tym w ten sposób.

- Jeśli chcesz tego - kontynuował Cichy, który faktycznie przestał być taki cichy, jak był kiedyś - to się zgłoś. Zapisz się, a wycofać się zawsze zdążysz. Ale tylko wtedy, jeśli tego naprawdę chcesz.

- Chcę - szepnęłam natychmiast, a potem uśmiechnęłam się do niego i oparłam wierzch mojej dłoni z telefonem na jego klatce piersiowej i przysunęłam twarz do jego twarzy - Jak to dobrze, że mam takiego mądrego narzeczonego - powiedziałam, a jego oczy zrobiły się ciepłe i łagodne w taki sposób, jaki bardzo lubiłam.

Pocałowałam go delikatnie, ale on nie miał zamiaru tak mnie puścić.

Chwycił mój kark, zacisnął delikatnie palce na moich włosach i wziął moje usta w mocnym, głębokim pocałunku, a ja mu je dałam.

Kochałam to.

Potem puścił mnie, mówiąc - Napisz do niej - i zeszłam z jego kolan, żeby mógł dokończyć to, cokolwiek robił.

Nie powiedziałam - Tak jest, kapitanie - na co miałam ochotę.

Po prostu poszłam z powrotem na wygodny fotel naprzeciwko komputera, przy który wcześniej czytałam.

Napisałam SMS-a do Giselle, ona odpisała mi w odpowiedzi, a ja znowu coś jej odpowiedziałam.

To właśnie było normalne, zwykłe życie.

Kiedy wpatrywałam się z uśmiechem w ostatni jej tekst z pożegnaniem i emoji całuska, usłyszałam brzęczyk.

Podniosłam głowę, żeby zobaczyć, że Cichy wpatruje się ze zmarszczonymi brwiami z jeden z monitorów.

Był ustawiony tak, że go widziałam, więc zobaczyłam na nim Strzałę, który wchodził po schodach z kilkoma dużymi torbami.

Były w nich styropianowe pojemniki, jakich używają w restauracjach do przenoszenia jedzenia.

O, Matko!

Naprawdę?

Strzała przyniósł nam kolację ze swojej restauracji?

Kiedy wreszcie się doczekałam na informacje od nich, bo Filip przywitał Chrisa w progu swojego mieszkania i tam przez chwilę mamrotali coś do siebie, wziął od niego jedną z toreb, coś tam sobie jeszcze pogadali, dowiedziałam się, że faktycznie tak było.

Po przywitaniu się ze Strzałą krótkim Hej patrzyłam ze zdumieniem, jak na stoliku do kawy wylądowały styropianowe pojemniki z jedzeniem, talerze, żebyśmy mogli to przełożyć, sztućce, podkładki, serwetki, butelka wina, korkociąg i kieliszki.

Tak, prawdziwe kieliszki do wina.

- To jako przeprosiny - zwrócił się do mnie Strzała - że cię wtedy nie upilnowałem, tylko wystraszyłem. Dałem ciała.

- Nie musiałeś… - zaczęłam, ale mi przerwał.

- Ale chciałem - uciął krótko.

Uśmiechnęłam się i poczułam, że twarz mi złagodniała.

O, Matko!

On też się wystraszył!

Wszyscy oni bali się, że coś mi się stanie po tamtych wydarzeniach w Nowym Orleanie.

To byli dobrzy faceci i dobrzy przyjaciele.

Uśmiechnął się do mnie tym uśmieszkiem Niegrzecznego Chłopca, jakim uśmiechali się oni trzej: Cichy, Strzała i Driver.

A potem zajęliśmy się kolacją.

Rozłożyliśmy wszystko na trzy talerze, usiedliśmy i zjedliśmy, przy czym porozmawialiśmy o drobiazgach, które mówiły trochę więcej o normalności.

Kolacja była naprawdę pyszna.

Towarzystwo było wspaniałe.

Ale każdy dzień kiedyś się kończy.

Strzała musiał wrócić do pracy, do swojej restauracji, która przeżywała oblężenie zwiększone przez napływ turystów, którzy nie mieli rezerwacji, a próbowali się wcisnąć.

A my wróciliśmy do naszego domu.

By przeżyć jeszcze jedną spokojną noc.

Jeszcze trochę normalnego życia.

*****

To miała być moja ostatnia zmiana przed powrotem Alexa z wakacji.

Budzik zadzwonił jak zwykle o piątej rano, bym zdążyła się przygotować do pracy, a właściwie, żebyśmy razem z Filipem przygotowali się, bo znowu odwoził mnie do pracy.

Było widać po nim, ze nie mógł się doczekać, żeby się to już skończyło.

Zjedliśmy razem śniadanie, na które Cichy przygotował tym razem owsiankę i zrobił to wtedy, kiedy ja brałam prysznic.

Potem on poszedł pod prysznic wtedy, kiedy ja sprzątałam kuchnię.

Tak, zrobiliśmy to oddzielnie.

Dokończyliśmy się szykować by dotrzeć na czas do remizy, kiedy nie mogłam się zdecydować, czy założyć długie spodnie na poranną niższą temperaturę, czy od razu wyjść z domu w szortach, bo w ciągu dnia miało być ponownie bardzo gorąco.

Cichy przyszedł na to do sypialni i uciął moje rozważania, zabierając mi z rąk spodnie i podając mi robocze, czarne, bawełniane spodenki do kolan.

Więc ubrałam się tylko w nie i w szary t-shirt.

Tym razem pojechaliśmy tam moim Audi i Cichy prowadził, a ja znowu nie zapytałam go o co chodziło z tymi naszymi samochodami, ale czułam, że coś było na rzeczy.

Coś więcej niż elektronika.

Kiedy Cichy kupował mi Audi, czekaliśmy na nie cały tydzień i nie wyjechaliśmy od dealera takim, który tam stał, chociaż był biały, na jaki oboje się zgodziliśmy.

Najwyraźniej coś w nim zamontował lub kazał zainstalować coś, o czym mi nie powiedział, a to sprawiło, że uważał ten samochód za bardziej bezpieczny od jego terenówki teraz, kiedy byliśmy w zagrożeniu.

Stanowczo musiałam go w końcu zapytać.

W pracy, tuż za progiem remizy, przejął mnie David i na zmianę z Jimmy’m obserwowali każdy mój ruch, co w końcu zauważyli Billy i Sam, więc i oni, nawet nie wiedząc o co chodziło, plątali się  blisko mnie.

Co w końcu zaczął robić także i Tom.

Byłam bezpieczna.

Było bardzo ciepło w ten sierpniowy poranek i to tłumaczyło szczelnie pozamykane drzwi i wrota garażu, bo Oli włączył klimatyzację.

Mieliśmy co robić.

Sprzątaliśmy i uzupełnialiśmy dokumentację, kiedy zabrzmiał alarm.

Zebraliśmy się błyskawicznie, wskoczyliśmy do wozu, podczas gdy Oli wyłączył klimatyzację i otworzyły się wrota garażu, a już pięć minut później byliśmy na miejscu pożaru roślinności wkoło domów jednorodzinnych niedaleko zboczy gór Wasatch.

Oli został sam w remizie na dyżurze przy radiu.

Akcja była dość długa i wyczerpująca, chociaż o tyle mniej niebezpieczna, że nie mieliśmy się zbliżać do źródła ognia, a na dodatek była to akcja innej jednostki, a my tylko ich wspieraliśmy.

Nadal było to uciążliwe i męczące, zwłaszcza w ten gorący, letni dzień.

Kiedy wróciliśmy, podzieliliśmy się na grupki, w jakich szliśmy pod prysznic i chłopaki wypchnęli mnie pierwszą.

Stwierdzili, że potem oni mogliby kąpać się w kilku i byłoby to szybciej, bo po moim odejściu z pracy zmienili prysznice i łazienka, z której wcześniej korzystałam, stała się dwuosobowa.

Z oddzielnymi kabinami prysznicowymi, ale ja musiałabym zająć całą.

Więc uległam im i poszłam się wykąpać.

Do drugiej łazienki w tym czasie poszedł Billy, ale Sam jeszcze coś kończył, więc okazało się, że wyszliśmy z łazienek we dwójkę jako pierwsi.

Ja i Billy.

Pod prysznic poszli David i Jimmy, Sam jeszcze nie wyszedł z łazienki, a Tom właśnie tam wchodził, kiedy zeszliśmy z Billym do garażu, by uprzątnąć sprzęt używany w czasie akcji.

Oli siedział w swoim gabinecie.

David coś tam pohukiwał o poczekaniu na niego, ale czułam się bezpieczna, więc tylko zapewniłam go, że zamkniemy wrota.

Oczywiście David i Jimmy już się częściowo zajęli porządkowaniem sprzętu, więc zostało nam niewiele do zrobienia.

Nie musieliśmy rozmawiać o tym, co zostało, a zresztą sprawdzone kilka razy przez różnych z nas było pewniejsze.

Przeszłam na tył wozu, w głąb garażu, kiedy Billy krzyknął - Zamknę wrota - i przeszedł na przód wozu, gdzie przy wrotach był przycisk ich zamykania.

- Okej - odkrzyknęłam mu i prawie natychmiast usłyszałam, że zaczął warczeć mechanizm zamykający.

Telefon, który miałam w tylnej kieszeni moich bawełnianych szortów zawibrował przychodzącym SMS’em, więc zatrzymałam się, by go przeczytać.

Jak tam?

To było od Filipa.

Uśmiechnęłam się  i odpisałam:

Okej

Wróciliśmy

Wykąpana

Cichy natychmiast przysłał mi:

Okej

Kocham cię

Nadal patrzyłam w ekran telefonu, słyszałam domykanie się wrót i prysznice na górze, mój uśmiech się poszerzył, bo pomyślałam, że taka była nasza normalność.

Mogłabym z tym żyć.

Ale wtedy usłyszałam okrzyk Billy’ego - Hej. A to co…

Krzyk się urwał, a w tej samej chwili usłyszałam strzał.

Wystrzał z pistoletu.

Rozpoznałam to.

O, Matko!

Nie, nie, nie!

Nie znowu!

Skuliłam się odruchowo, plecami przylgnęłam do zderzaka naszego wozu strażackiego, a potem, przykucnięta, ostrożnie wyjrzałam zza wozu, żeby zobaczyć nogi Billy’ego leżącego nieruchomo na podłodze.

O, nie!

Billy!

- Gdzie jesteś dziwko? - usłyszałam ciche nawoływanie, które dochodziło z drugiej strony wozu i zdrętwiałam, bo poznałam ten głos.

Carlos Nebuenitto.

O, Matko Jedyna!

Szedł w moją stronę.

- Cip, cip, cip, cipeczko - zawołał, a ja odwróciłam się, żeby poszukać schronienia, ale nie mogłam się ruszyć od wozu.

Każda możliwa kryjówka była oddalona o kilka kroków, więc nie zdążyłabym donikąd dobiec.

Zauważyłby mnie.

Prysznice na górze nadal chodziły, ale i tak musiałam być bardzo cicho.

Wyprostowałam się, schowałam telefon do tylnej kieszeni spodni i, brzuchem ocierając się o tył wozu, złapałam ostrożnie za jeden z wystających elementów drabiny, a następnie podciągnęłam, starając się zachować jak największą ciszę.

Nie opierałam się o nic nogami, chociaż uznałam, że nie zrobiłabym nimi hałasu, skoro włożyłam po prysznicu tenisówki na gumowej, miękkiej podeszwie.

Szczęśliwie były też antypoślizgowe.

Usłyszałam, że na górze ucichł prysznic, a potem drugi, rozległy się tam kroki facetów i wiedziałam, że musiałam ich ostrzec.

Kiedy byłam na wozie, położyłam się jak najbardziej płasko, wyjęłam telefon z kieszeni, uaktywniłam go i wstukałam kciukiem  do Cichego, którego ciąg tekstowy miałam otwarty SMS’a - SOS.

Ciesząc się, że wcześniej wyciszyłam wszystkie powiadomienia.

A potem przeszłam do innych kontaktów i zaczęłam szukać Davida.

Znalazłam go, wpisałam - Atak - i wcisnęłam „wyślij”.

W tym czasie Carlos obszedł wóz dookoła, zaglądając pod niego i stukając o różne elementy, a ja zastanawiałam się, co jeszcze mogłabym zrobić.

Kroki na górze ucichły.

Mój telefon zawibrował mi w dłoni, więc spojrzałam na niego, żeby zobaczyć przychodzącą wiadomość.

Gdzie jesteś? - przyszło pytanie od Davida.

Na wozie - odpisałam i wcisnęłam „wyślij” w tym samym czasie, kiedy Zły zaczął wspinać się na wóz z przeciwnej strony, niż ja byłam, więc przycisnęłam telefon do piersi i skuliłam się za wystającymi elementami.

Byłam zwinięta w kulkę między metalowymi elementami na dachu wozu strażackiego twarzą skierowaną w stronę schodów, prowadzących na górę remizy.

Zobaczyłam na tych schodach nogi Davida i wstrzymałam oddech, modląc się, by miał pistolet.

Miał.

Bogu dzięki.

David skulił się i wychylił, więc zobaczyłam pistolet w jego dłoni i  jego głowę koło jego kolan.

Rozglądał się uważnie, trzymając pistolet blisko siebie.

Wtedy Carlos też go zobaczył i nagle tuż nad moją głową, przy moim lewym uchu rozległ się strzał, oddany przez niego w stronę Davida.

Bardzo głośny strzał.

O, Matko!

Skuliłam się mocniej ze strachu, ale nawet nie pisnęłam.

Zadziałały długo ćwiczone odruchy.

Oczy trzymałam przez cały czas szeroko otwarte.

Czułam, jakby mi rozerwało bębenki w uszach.

Tak strasznie się bałam.

Zacisnęłam oczy, wstrzymałam oddech, skuliłam się, ale wtedy zawibrował mój telefon, więc otworzyłam oczy i przeczytałam:

Nie patrz, Skarbie

David musi go zlikwidować.

Te dwa SMS-y od Filipa spowodowały, że miałam ochotę się rozpłakać.

Mój Cichy martwił się, że nie zechcę, żeby Zły zginął.

Martwił się o mnie.

Martwił się tym, że mogłabym zechcieć bronić tego życia.

Musiałam dać mu zapewnienie, że tego chciałam.

Bo chciałam.

Chciałam, żeby to się skończyło na zawsze.

A to było możliwe wyłącznie po śmierci Złego.

Niech go zlikwiduje

Odpisałam Cichemu.

David przez ten czas stoczył się lub skoczył na podłogę ze schodów, a ja miałam nadzieję na to drugie, bo nie widziałam go, ale wierzyłam w jego umiejętności.

Poczułam tylko, że Król zza moich pleców zniknął i zeskoczył z wozu.

Poczułam to przez ruch wozu, bo słyszałam tylko dzwonienie w uszach.

Nie ruszałam się.

Dyszałam płytko przez uchylone usta i czekałam.

Niczego nie słyszałam.

O, Matko!

Ogłuchłam!

Widziałam tylko ruch cieni wokół siebie w garażu i poczułam zapach prochu.

Nagle mój telefon zawibrował przychodzącym SMS-em.

Możesz już zejść, mała

To było od Davida, więc uwierzyłam, wyprostowałam się i ostrożnie, rozglądając się na boki, zaczęłam schodzić po drabince z boku wozu.

Nagle ktoś złapał mnie w talii, więc podskoczyłam i krzyknęłam cicho.

Nie usłyszałam tego.

Nie słyszałam również, co mówił do mnie Cichy, który właśnie znalazł się obok mnie, przyciągał mnie do siebie i poruszał ustami.

Stałam nieruchomo.

Patrzyłam na niego przez chwilę, a potem odezwałam się, czując się strasznie dziwnie, bo nie słyszałam własnego głosu:

- Nic nie słyszę - powiedziałam i zobaczyłam, jak przez jego twarz przepłynęło zrozumienie.

Cichy skierował mnie ramieniem, którym otoczył moje plecy, w stronę wrót garażowych, a tam po drodze zobaczyłam martwe ciało Carlosa Nebuenitto w kałuży krwi, ale nie przyglądałam mu się, więc nie wiedziałam dlaczego był martwy.

Z tego, że on nie żył, po prostu się ucieszyłam.

Ale dalej leżał Billy, któremu krew leciała z rany pod lewym obojczykiem, czego nie lubiłam.

O, Matko!

Nie!

Billy!

Poruszyłam się w tamtą stronę, ale natychmiast przestałam i poddałam się temu, co Cichy nakazywał mi gestami i naciskiem na moje ciało.

Chciałam pomóc Billy’emu, ale był przy nim Jimmy, a wiedziałam, że był wykwalifikowanym ratownikiem, a ja nic nie słyszałam.

Nie mogłabym lepiej pomóc.

Cichy zaprowadził mnie przed remizę i nie zdążyłam się zdziwić, że wrota były otwarte, kiedy posadził na niskim murku, który okalał główne wejście do remizy i ukucnął przede mną.

Za jego plecami kręcili się Strzała i Driver, którzy rozglądali się, jakby sprawdzając, czy nie było jeszcze jakiegoś zagrożenia.

Cichy rozmawiał o czymś z Davidem, co widziałam, bo poruszali ustami i Filip odwracał się co chwilę w stronę przyjaciela, ale patrzyłam na to nieruchomo.

Widziałam kątem oka, że przyjeżdżały kolejne samochody.

Nie zwracałam uwagi na powiększający się tłum ludzi, bo przyjechała wreszcie karetka i ratownicy pobiegli do Billy’ego, a z dużego, dziwnego wozu, który wyglądał jak bojowy, a na boku miał napis SWAT, wysiadł Taylor.

Potem przyjechał ktoś jeszcze, ale nie widziałam kto.

Widziałam tylko, że Cichy był zdenerwowany.

Więc, żeby go uspokoić, wyciągnęłam rękę i dotknęłam włosów Filipa, zebranych jak zwykle w kitkę.

Miałam ochotę je rozpuścić i przeczesać je palcami.

- Kocham cię - powiedziałam - Już jest dobrze.

Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.

A potem podniósł się lekko, chociaż wciąż był przykucnięty naprzeciwko mnie, wychylił się i pocałował moje usta.

*****

Filip

Filip sprawdzał ustawienia na serwerze firmy, której zabezpieczenia konfigurował w ostatnich dniach, ale myślami był przy Ani.

Potrzebowała normalności.

Właściwie oboje tego potrzebowali.

Zwykłego życia, które byłby wypełnione pracą i problemami związanymi z codziennością.

Jak „co przygotować na kolację” albo „czy trzeba zrobić zakupy”.

Ponad dwa tygodnie wcześniej skontaktował się z nim syn Evy i zaprosił go do ich firmy w San Jose, mówiąc o tym, że mieliby tam dla niego pracę.

Filip od razu zapowiedział, że nie wyjedzie tam na stałe.

Więc ich propozycja zamieniła się w propozycję pracy na zlecenia, ale ciągłe lub powtarzające się.

I nieźle płatne.

Kiedy to całe gówno by się wreszcie uspokoiło, Filip porozmawiałby o tym z Anią, bo ta praca wydawała się niezwykle intratna.

I pewna, czysta.

Ale wiązałaby się z ciągłymi podróżami do San Jose.

A Ania miała wkrótce podjąć studia w University of Utah, miała tu przyjaciółki i osiedliła się w SLC.

Kiedy Filip o tym myślał, dostał informację o wyjeździe jednostki Ani do pożaru tak, jak ustalili wcześniej, że będzie dostawał wiadomość o każdym ich wyjściu z remizy.

Potem dostał SMS-a od Davida, że wracają.

Potem napisał do Ani, żeby dowiedzieć się czy wszystko było w porządku.

Było.

Kiedy wysłał jej kocham cię, nie oczekiwał odpowiedzi, tylko od razu zabrał się do pracy, żeby jak najszybciej skończyć to, co musiał zrobić poza swoim mieszkaniem, a potem wrócić do Ani.

Dlatego zaskoczył go sygnał SMS-a zwrotnego, który przyszedł kilka minut później, ale nadal z uśmiechem wziął telefon do ręki.

Jego uśmiech umarł, a ciało zesztywniało na sekundę, kiedy przeczytał SOS, które Ania wysłała mu najwyraźniej w zagrożeniu, którego przecież się spodziewali.

A potem Filip zaczął się szybko poruszać.

Powinien tam być David.

Kurwa!

Gdzie był cholerny David, kiedy Ania była zagrożona?

Filip wyłączył systemy, ale nie czekał na ich pełne zamknięcie, kiedy porwał ze stolika obok swoje rzeczy i skierował się do drzwi.

Kończył zapinać cienką teczkę z informacjami, których pilnował, kiedy przebiegał obok ochroniarza, któremu niecierpliwie podał kartę dostępu z chipem.

Wypadł z pomieszczenia, a potem opuścił budynek firmy niczym piorun, gnając na parking do swojego Rubicon’a i próbując się połączyć z kimś z jego przyjaciół.

Kurwa!

David nie odpowiadał na SMS-y Filipa, ale to powinno być zrozumiałe, skoro kumpel działał, bo był na miejscu.

Driver i Strzała odpowiedzieli od razu W drodze.

Tak samo Taylor.

Pieprzone dzięki Chrystusowi.

Filip nie modlił się.

Mimo namawiania cioteczki Theresy, nie potrafił wzbudzić w sobie wiary i potrzeby modlitwy; aż do teraz.

Jechał swoją terenówką ulicami SLC i modlił się.

Chryste!

O zielone, o mniejszy ruch, o to, żeby zdążyć.

I żeby David dał radę.

Jezu Chryste!

Wtedy dostał od kumpla pytanie

Mogę zlikwidować.

Mam zielone?

Filip wiedział, o co przyjaciel go pytał, bo sam zastanawiał się nad tym, jak Ania przyjęłaby zabicie tego pierdolonego sukinsyna, który niszczył jej życie.

Wiedzieli obaj, że Ania wierzyła, a i David miał w sobie zakodowany od dzieciństwa szacunek do wszelkiego życia, co pieprzyło go, kiedy musiał jako snajper zabijać popierdolców, których wskazywano mu jako cele do zlikwidowania.

Więc natychmiast, używając kciuka prawej ręki i zerkając tylko na drogę przed sobą, która była na szczęście pusta, napisał do Ani, a ona odpowiedziała prawie w tej samej sekundzie, jakby była zdziwiona lub nawet zła, że ją pytał, zamiast działać.

Niech go zlikwiduje

Kurwa, tak!

To się zgadzało z odczuciami i pragnieniami Filipa, więc wysłał do Davida krótkie Idź, a kumpel bez wątpienia wiedział, co miał z tym zrobić.

Trzy minuty później Filip był na podjeździe remizy i nie pofatygował się, by zajechać na ich parking, kiedy wyjął pistolet ze schowka, wyskoczył z Rubicon’a ze swoim Glock’iem w dłoni i pobiegł, schylony, napięty i naszykowany do walki w stronę drzwi wejściowych do remizy.

W tej samej chwili zaczęły się otwierać wrota garażu, więc zawrócił.

Otwierały się do góry, powoli ukazując wnętrze, kiedy Filip przysunął się do boku wejścia i zajrzał do środka, widząc jednocześnie podjeżdżającą Toyotę Strzały.

Z drugiej strony zaryczał sinik Mustanga Drivera, a potem obaj jego kumple zostawili auta przy krawężniku i wyskoczyli z samochodów z naszykowaną bronią.

Wtedy Filip zobaczył ciało Billy’ego, leżące w kałuży krwi między dwoma wozami strażackimi, a nieco dalej ciało Carlosa Nebuenitto.

Skinął lekko lewą dłonią, dając znak kumplom, skradającym się za jego plecami, że niebezpieczeństwo zostało zneutralizowane.

Poczuł, że się rozproszyli na boki.

Zobaczył również, że Jimmy zbiegał po schodach z góry razem z Samem, podbiegli do Billy’ego i zaczęli sprawdzać jego stan.

- Żyje - rzucił Jimmy, który dopadł go pierwszy - Apteczka.

Sam poderwał się i pobiegł za wozy, do tylnej ściany garażu, gdzie trzymali różne takie gówna, a Filip wreszcie wtedy wypatrzył Anię, schodzącą po drabinie z ich wozu strażackiego.

Całą i zdrową.

Podszedł do Davida, a wtedy zauważył, że kumpel dziwnie marszczy brwi i kręci głową.

Coś było nie tak.

- Aniu - powiedział Filip.

Nie zareagowała.

David i Filip wymienili szybkie spojrzenie, po czym David złapał Anię w talii i dopiero wtedy odwróciła się do nich, ale zrobiła to podskakując i krzycząc z przestrachem.

Nie słyszała?

- Aniu, Skarbie - zapytał Filip, patrząc w jej nic nie rozumiejące, szeroko otwarte oczy - Dobrze się czujesz? Już po wszystkim.

- Nic nie słyszę - powiedziała, a w tej samej chwili odezwał się David.

- Ten pieprzony sukinsyn strzelił jej tuż nad uchem - wyjaśnił.

Filip nagle zrozumiał.

Widywali już to.

Kurwa!

Ania miała uraz spowodowany hałasem z wystrzału z broni ze zbyt małej odległości bez zabezpieczenia uszu.

Prawdopodobnie z zaskoczenia, więc nawet nie zasłoniła uszu rękoma.

Kurwa.

Należało tylko mieć nadzieję, że było to przejściowe i krótkotrwałe.

Filip objął ją ramieniem i poprowadził do wyjścia, ale po drodze poczuł, jak wzdrygnęła się na widok ciała Nebuenitto, więc ścisnął mocniej jej ramiona.

Tylko się wzdrygnęła i miała pójść dalej, kiedy zauważyła Billy’ego, który leżał nadal w kałuży krwi, ale Jimmy opatrywał mu już prowizorycznie ranę w lewej części klatki piersiowej.

To, co robił Jimmy wskazywało na to, że Billy przeżył.

Pieprzone dzięki Chrystusowi.

Ania opierała się jego popychaniu w stronę drzwi tylko przez sekundę, a potem poddała się i wyszli przed remizę, gdzie Filip znalazł trochę cienia, żeby posadzić swoją kobietę z dala od zjeżdżających się wozów.

Najpierw podjechał SWAT, potem karetka, a potem policja.

Ostatnim, którego absolutnie Filip się nie spodziewał i nie powitał z radością, był czarny Ford Mondeo, z którego wysiadł facet w czarnym garniturze.

W gorące, letnie popołudnie facet miał na sobie czarny garnitur.

FBI.

Kurwa.

 

1 komentarz: