Rozdział 17
Anna
Trzy dni później
Poprzednie
dni spędziliśmy z Cichym bardzo spokojnie i głównie we dwoje, będąc zwykle razem.
Tak
razem razem.
Bo
Cichy nie odstępował mnie na krok.
Co
oznaczało, że na przykład wczoraj wstaliśmy razem, wzięliśmy razem prysznic,
zrobiliśmy i zjedliśmy razem na śniadanie jajka w koszulkach na hash browns,
posprzątaliśmy razem kuchnię i wróciliśmy do sypialni, żeby tam też razem posprzątać.
Oczywiście
to miało w większości swoje plusy, a tylko jeden minus.
Minusem
było to, jak dużo wszystko zajmowało nam czasu, bo przy okazji, no i właśnie to
był plus, obejmowaliśmy się, całowaliśmy, kochaliśmy się i pieprzyliśmy w różnych miejscach, pozycjach i na rozmaitych
powierzchniach.
Oczywiście,
nie spieszyło nam się.
Mieliśmy
dla siebie cały dzień.
Ale,
zanim minęło południe, nasza sypialnia wciąż nie była sprzątnięta, za to ja
miałam cztery orgazmy, a Cichy dwa.
Wspaniałe.
Nadal
wydawało mi się, że oboje tym razem robiliśmy to jednak trochę ze strachu i z
desperacyjnego szukania bliskości.
Rozumiałam
to, ale potrzebowałam zmiany.
Musieliśmy
zacząć po prostu żyć.
Normalnie.
Więc,
kiedy wyszliśmy w końcu z sypialni, a właściwie ja wyszłam pierwsza, udając się
do kuchni, by przygotować lunch, kiedy Cichy kończył ścielić łóżko,
postanowiłam nas zająć trochę bardziej zwykłymi, codziennymi sprawami.
Zrobiłam
to w najprostszy ze znanych mi sposobów, przez domowe zajęcia.
Na
lunch zaczęłam szykować nieco pracochłonne ślimaki cynamonowe, które Cichy
bardzo lubił, ale trzeba ich było zrobić od razu całą blachę, więc
podejrzewałam, że Cichy zareaguje na to, że było ich za dużo dla nas dwojga.
Oboje
nie lubiliśmy marnować jedzenia.
Tak
się stało, kiedy dołączył do mnie w kuchni, a ja już je układałam na blasze do
pieczenia.
Popatrzył
na to przez chwilę w milczeniu.
-
Wybierasz się do kogoś w odwiedziny, czy zaprosiłaś kogoś do nas? - zapytał
potem, ale jego głos był zabójczo spokojny.
Wręcz
niebezpiecznie.
A
całe ciało miał napięte.
O,
Matko!
Podniecało mi
się to.
Jak
to było możliwe?
Ale…
musiałam wyjaśnić.
-
Nie - przyznałam - ale może moglibyśmy gdzieś się z kimś spotkać… wiesz, po
prostu żyć. Tak normalnie.
-
Skarbie… - mruknął Filip, a ja patrzyłam, jak nagle odpłynęła z niego złość,
którą chyba zaczął czuć na ślad myśli o tym, że mogłabym bezmyślnie chcieć
narazić na niebezpieczeństwo siebie, albo którąś z moich przyjaciółek.
Chyba
dotarło do niego, że nigdy nikogo nie naraziłabym na niebezpieczeństwo, a
zwłaszcza nie moje przyjaciółki.
Raczej
sama siebie odsunęłabym gdzieś na ubocze, ale to teraz też nie wchodziło w grę,
skoro wiedziałam, ile to znaczyło dla niego.
Ale
chciałam przestać się bać i podporządkowywać temu każdy mój ruch w ciągu dnia,
a tym bardziej dzień po dniu.
I
musiałam dać mu o tym znać.
Podeszłam
do niego blisko, oparłam obie dłonie na jego brzuchu i spojrzałam mu prosto w
oczy, kiedy objął mnie dłońmi za żebra i zaczął palcami gładzić moje plecy.
-
Chciałabym porozmawiać z kimś - przyznałam cicho.
Otworzył
usta.
-
Nie, Cichy - powiedziałam szybko, kiedy zobaczyłam, że chciał protestować - nie
spotkać się. Po prostu porozmawiać.
Może z Jenny przez Skype’a. Ale nie wiem, czy to tu jest bezpieczne.
Zrozumiał.
-
Dobrze - mruknął Filip - Pojedziemy do moich komputerów. Ale uprzedzam, że może
tam do nas dołączyć któryś z chłopaków.
-
To dobrze, że zrobiłam całą blachę ślimaków cynamonowych - powiedziałam
żartobliwie i moje wargi ułożyły się w szeroki uśmiech.
Przesunęłam
dłońmi po jego koszulce w górę i na jego szyję.
Filip
pokręcił głową, lekko mnie pocałował i odszedł do tyłu na pół kroku.
Spojrzał
w dół na swoją koszulkę i spostrzegł, co tam narobiłam brudnymi od ciasta
dłońmi.
-
No i znowu muszę się przebrać - mruknął pod nosem bez złości, jakby trochę
zrezygnowany i odwrócił się, by wyjść z kuchni.
Zachichotałam,
ale patrzyłam wciąż na niego.
Pierwszy
powód do przebrania miał, kiedy sprzątaliśmy w sypialni i wziął mnie od tyłu i
w tej pozycji ja miałam orgazm, ale on sam doszedł na mój brzuch po tym, jak
posadził mnie tyłkiem na tej komodzie, na której mnie doprowadził, a ja tak osłabłam
po swoim szczytowaniu, że musiał mnie przytulić, żeby położyć na łóżku, abym
odpoczęła.
Ponieważ
zrobił to wszystko nie do końca rozebrany, w koszulce, więc większość z tego,
co zostawił na moim brzuchu, wylądowała na niej.
I
dlatego musiał się przebrać.
Z
tego, co wiedziałam, koszulka numer jeden namaczała się właśnie w misce w
zimnej wodzie w pomieszczeniu gospodarczym.
-
Włóż ją do tamtej do miski - powiedziałam do Cichego i kiwnęłam brodą w tamtą
stronę, a potem w stronę blachy ze ślimakami - Zaraz skończę to, to nastawię
pranie.
-
Skarbie… - powiedział Cichy, zdejmując przez głowę koszulkę i pokazując mi przy
tym swój szczupły, cudnie umięśniony brzuch - Umiem nastawić pranie.
Kochałam
to.
Spojrzałam
na niego, a on odczytał prawidłowo wyraz mojej twarzy, kiedy zagapiłam się na
jego kaloryfer, więc odwrócił się do mnie nagimi, umięśnionymi plecami, żebym
miała jeszcze lepszy widok - na jego ramiona.
Wiedział,
jak mi się to podobało.
Całkiem
zaschło mi w ustach, bo cała wilgoć spłynęła mi między nogi.
Znowu.
O,
Matko Jedyna!
Podobało
mi się również i to, że umiał i chciał
sam włączyć pranie, co znaczyło, że nasze partnerstwo nie skończyło się wraz ze
zmianą statusu naszego związku.
Wiedziałam,
że czasem pary, które były partnerami w życiu przed zaręczynami, traciły to po
zaręczynach, a definitywnie kończyło się to po ślubie.
Wyglądało
na to, że my tacy nie byliśmy.
Najwidoczniej
Filip, nie mając wzorca rodziny, sam sobie stworzył taki, który mi bardzo
odpowiadał.
Partnerski.
Myśląc
o tym, żeby nie myśleć o kuszących ramionach i kaloryferze mojego Niegrzecznego
Chłopca, odwróciłam się do blatu, żeby dokończyć ślimaki, a Cichy wyszedł z
kuchni, śmiejąc się cicho pod nosem.
Zakładałam,
że kręcił przy tym głową, bo często to robił.
Kończyłam
szykowanie blachy ślimaków do pieczenia i nie liczyłam na to, że szybko
zrealizuje moją wizję spędzenia dnia.
Ale
kiedy zjedliśmy gorące ślimaki cynamonowe i popiliśmy je kawą americano z
mlekiem, którą Cichy zrobił z ekspresu tuż po tym, jak włączył pralkę, Cichy zaproponował,
żebyśmy od razu pojechali do jego mieszkania i później zadzwonił do Davida,
żeby zaprosić go, by tam przyjechał do nas razem z Maggie i ich dziećmi.
Chyba
zrozumiał, co miałam na myśli, mówiąc mu, że musiałam z kimś porozmawiać.
Normalność.
Uznałam
przy tym, że miałam dobry pomysł dwa tygodnie wcześniej, kiedy zamówiłam mu do
tego mieszkania narożną, rozkładaną kanapę i duży, prostokątny stolik do kawy,
dzięki czemu mogliśmy usiąść tam z naszymi gośćmi przy kawie i ślimakach.
Chociaż
byłaby to kawa rozpuszczalna, bo Cichy nie miał tam ekspresu.
Chociaż
miał tam kuchnię, a w niej kuchenkę, lodówkę i zlew.
Pojechaliśmy
tam jego Rubicon’em, chociaż początkowo Filip zaproponował mi, żebyśmy
pojechali moim Audi.
To było dla mnie trochę
dziwne, bo dobrze wiedziałam, że nie lubił, kiedy ja prowadziłam, a on jechał
na miejscu pasażera, a z drugiej strony nie lubił prowadzić mojego SUV’a.
Wycofał
się z tej propozycji, kiedy zobaczył moje zdziwienie.
Jednak
nie zapytałam o to, a i mój Cichy nic nie powiedział na ten temat.
Może
jednak powinnam nauczyć się zadawać mu pytania?
Maggie
i David mieli dojechać do mieszkania ponad pół godziny później niż my tam
dotarliśmy, więc najpierw połączyłam się przez Skype’a z Jenny.
Miałam
szczęście, że była osiągalna, bo nie umawiałyśmy się na rozmowę, a ona była
kobietą towarzyską i zawsze bardzo zajętą.
Bałam
się, że mogła wyjść gdzieś do szkoły któregoś z dzieci, do sąsiadów lub
znajomych, lub po prostu do sklepu.
Ale
złapałam ją w domu.
I
odebrała.
Rozmawiałyśmy
o wielu normalnych rzeczach, przy czym dowiedziałam się, że miałam za cztery
miesiące zostać ciocią po raz piąty tak, jak to moja rodzinna siostra sobie
zaplanowała.
Dlatego
czekała na rozmowę ze mną.
Powiedziała
mi, że to ostatnie jej dziecko, więc teraz ja mam się postarać.
O,
Matko!
Wiedziałam,
że to była reakcja na moją wiadomość o naszych zaręczynach, ale do tej pory
Jenny nie nalegała nawet na ślub.
Opowiedziałam
więc mojej starszej siostrze o mojej tymczasowej pracy na zastępstwo, o planach
dotyczących studiów, a potem utknęłam.
Bo
Jenny zaczęła nas zapraszać do odwiedzenia ich przed spodziewanym terminem
rozwiązania, a ja nie byłam pewna, czy mogę cokolwiek planować, a nie chciałam
mojej starszej, nadopiekuńczej siostrze tłumaczyć dlaczego.
O,
Matko!
Nie
chciałam kłamać.
Naprawdę
nie chciałam.
Ale
tym razem musiałam.
Zrobiłam
to z uśmiechem i w miarę przekonująco mówiąc jej, że Filip był bardzo zajęty i
nie mieliśmy na to czasu, w czym pomógł mi fakt, że właśnie do mieszkania
wchodzili Maggie i David z dziećmi.
Więc
musiałyśmy się rozłączyć.
Pożegnałam
się z nią wylewnie, obiecując sobie, że następnym razem porozmawiam z nią po
rozwiązaniu naszych problemów.
Resztę
tego dnia spędziliśmy z moim Cichym również razem, ale nie całkiem sami.
Tylko
tak, jak to bywa w normalnym życiu.
Najpierw
byliśmy przez kilka godzin z przyjaciółmi i rozmawialiśmy dość swobodnie, w
czym pomagał fakt, że David mówił wszystko Maggie, więc wiedziała z czym się
zmagaliśmy, a Maggie wierzyła bardzo mocno w możliwości Davida i Cichego, więc pomogła
mi się uspokoić.
Samą
rozmową, bez przekonywania.
Po
prostu po tym, jak obserwowałam jej
spokój.
O,
rany!
Jak
dobrze było mieć taką przyjaciółkę.
Niedługo
po wyjściu Maggie i Davida, pojawili się As i Big Ben, którzy podobno wrócili z
jakiegoś zgrupowania wojskowego, o co nie pytałam, bo nie chciałam, żeby
kłamali.
Nie
musiałam wiedzieć.
Cichy
wprowadził ich krótko w najnowsze wydarzenia i zagrożenie, zdradzając mi przy okazji to, że Król nie pragnął
mnie i mojego życia, ale dążył do zemsty na Cichym.
Co
oznaczało, że chciał mnie skrzywdzić tak, żeby Filip cierpiał, ale mogło też
oznaczać to, że skrzywdziłby Filipa, jeśli nie mógłby dostać mnie.
O,
Matko!
Prawie
żałowałam, że Zły przeżył poprzednie starcie.
Prawie.
Kiedy
oni nadal rozmawiali, ale robili to nieco ściszonymi głosami w drugim kącie
pokoju, ja, żeby im nie przeszkadzać, usiadłam przy komputerze, który wskazał
mi Cichy, otworzyłam na nim i sprawdziłam moją pocztę e-mail, na której nie
pojawiło się nic ciekawego, a potem zaczęłam czytać o kampusie uniwersytetu
Utah.
Nie
zamierzałam na nim mieszkać, ale opis brzmiał interesująco.
Dlatego
nawet nie zauważyłam, kiedy chłopaki zaczęli wychodzić i rzuciłam im tylko z
daleka roztargnione Cześć.
A
potem Cichy usiadł do swojej pracy, albo, jak powiedział, żeby przyjrzeć się
nowinkom.
Więc
czytałam więcej o tej uczelni, na której miałam zacząć studia już od
października.
A
potem odebrałam SMS’a od Giselle.
Doktor Curandero pytał, czy
podjęłabyś się wolontariatu na oddziale pediatrycznym szpitala w Utah we
wrześniu. To u jego znajomego ze studiów.
Ojej!
To
brzmiało naprawdę fantastycznie, ale nie wiedziałam, co miałabym jej odpisać,
czy poprosić o szczegóły w ramach zwlekania, czy nic nie pisać, a może od razu
odmówić.
Podniosłam
głowę, żeby spojrzeć na Cichego i zobaczyłam, że patrzył na mnie uważnie, więc
zassałam wargi między zęby.
Oczywiście.
Nic
mu nie umykało.
Wstałam,
podeszłam do niego, oparłam się jedną ręką na jego ramieniu i pokazałam mu swój
telefon z otwartym tekstem, patrząc mu w oczy.
Spojrzał
na to ze zmarszczonymi brwiami.
-
I? - zapytał po przeczytaniu, ale po jego minie wiedziałam, że wiedział, czego
dotyczyły moje rozterki.
Opuściłam
rękę z telefonem i wepchnęłam się na jego kolana.
Położyłam
czoło na jego ramieniu, drugie objęłam wolną ręką, a tę z telefonem trzymałam
na swoich kolanach, podczas gdy Cichy obejmował ramieniem moje plecy, żebym nie
spadła.
Wiedział,
że bałam się i wiedział czego.
-
Nie wiem… - zaczęłam niepewnie.
-
Skarbie… - delikatnie i cicho przerwał mi Cichy - nie bój się planować i
marzyć. Jak będziesz się bała, on wygra.
Wciągnęłam
powietrze, wyprostowałam się i spojrzałam na niego z otwartymi ustami i szeroko
otwartymi oczami.
O,
Matko Jedyna!
Nie
pomyślałam o tym w ten sposób.
-
Jeśli chcesz tego - kontynuował Cichy, który faktycznie przestał być taki cichy,
jak był kiedyś - to się zgłoś. Zapisz się, a wycofać się zawsze zdążysz. Ale
tylko wtedy, jeśli tego naprawdę
chcesz.
-
Chcę - szepnęłam natychmiast, a potem uśmiechnęłam się do niego i oparłam wierzch
mojej dłoni z telefonem na jego klatce piersiowej i przysunęłam twarz do jego
twarzy - Jak to dobrze, że mam takiego mądrego narzeczonego - powiedziałam, a
jego oczy zrobiły się ciepłe i łagodne w taki sposób, jaki bardzo lubiłam.
Pocałowałam
go delikatnie, ale on nie miał zamiaru tak mnie puścić.
Chwycił
mój kark, zacisnął delikatnie palce na moich włosach i wziął moje usta w
mocnym, głębokim pocałunku, a ja mu je dałam.
Kochałam
to.
Potem
puścił mnie, mówiąc - Napisz do niej - i zeszłam z jego kolan, żeby mógł dokończyć
to, cokolwiek robił.
Nie
powiedziałam - Tak jest, kapitanie -
na co miałam ochotę.
Po
prostu poszłam z powrotem na wygodny fotel naprzeciwko komputera, przy który
wcześniej czytałam.
Napisałam
SMS-a do Giselle, ona odpisała mi w odpowiedzi, a ja znowu coś jej
odpowiedziałam.
To
właśnie było normalne, zwykłe życie.
Kiedy
wpatrywałam się z uśmiechem w ostatni jej tekst z pożegnaniem i emoji całuska,
usłyszałam brzęczyk.
Podniosłam
głowę, żeby zobaczyć, że Cichy wpatruje się ze zmarszczonymi brwiami z jeden z
monitorów.
Był
ustawiony tak, że go widziałam, więc zobaczyłam na nim Strzałę, który wchodził
po schodach z kilkoma dużymi torbami.
Były
w nich styropianowe pojemniki, jakich używają w restauracjach do przenoszenia
jedzenia.
O,
Matko!
Naprawdę?
Strzała
przyniósł nam kolację ze swojej restauracji?
Kiedy
wreszcie się doczekałam na informacje od nich, bo Filip przywitał Chrisa w
progu swojego mieszkania i tam przez chwilę mamrotali coś do siebie, wziął od
niego jedną z toreb, coś tam sobie jeszcze pogadali, dowiedziałam się, że
faktycznie tak było.
Po
przywitaniu się ze Strzałą krótkim Hej
patrzyłam ze zdumieniem, jak na stoliku do kawy wylądowały styropianowe pojemniki
z jedzeniem, talerze, żebyśmy mogli to przełożyć, sztućce, podkładki, serwetki,
butelka wina, korkociąg i kieliszki.
Tak,
prawdziwe kieliszki do wina.
-
To jako przeprosiny - zwrócił się do mnie Strzała - że cię wtedy nie
upilnowałem, tylko wystraszyłem. Dałem ciała.
-
Nie musiałeś… - zaczęłam, ale mi przerwał.
-
Ale chciałem - uciął krótko.
Uśmiechnęłam
się i poczułam, że twarz mi złagodniała.
O,
Matko!
On
też się wystraszył!
Wszyscy
oni bali się, że coś mi się stanie po tamtych wydarzeniach w Nowym Orleanie.
To
byli dobrzy faceci i dobrzy przyjaciele.
Uśmiechnął
się do mnie tym uśmieszkiem Niegrzecznego Chłopca, jakim uśmiechali się oni
trzej: Cichy, Strzała i Driver.
A
potem zajęliśmy się kolacją.
Rozłożyliśmy
wszystko na trzy talerze, usiedliśmy i zjedliśmy, przy czym porozmawialiśmy o
drobiazgach, które mówiły trochę więcej o normalności.
Kolacja
była naprawdę pyszna.
Towarzystwo
było wspaniałe.
Ale
każdy dzień kiedyś się kończy.
Strzała
musiał wrócić do pracy, do swojej restauracji, która przeżywała oblężenie
zwiększone przez napływ turystów, którzy nie mieli rezerwacji, a próbowali się
wcisnąć.
A
my wróciliśmy do naszego domu.
By
przeżyć jeszcze jedną spokojną noc.
Jeszcze
trochę normalnego życia.
*****
To
miała być moja ostatnia zmiana przed powrotem Alexa z wakacji.
Budzik
zadzwonił jak zwykle o piątej rano, bym zdążyła się przygotować do pracy, a
właściwie, żebyśmy razem z Filipem przygotowali się, bo znowu odwoził mnie do
pracy.
Było
widać po nim, ze nie mógł się doczekać, żeby się to już skończyło.
Zjedliśmy
razem śniadanie, na które Cichy przygotował tym razem owsiankę i zrobił to wtedy,
kiedy ja brałam prysznic.
Potem
on poszedł pod prysznic wtedy, kiedy ja sprzątałam kuchnię.
Tak,
zrobiliśmy to oddzielnie.
Dokończyliśmy
się szykować by dotrzeć na czas do remizy, kiedy nie mogłam się zdecydować, czy
założyć długie spodnie na poranną niższą temperaturę, czy od razu wyjść z domu
w szortach, bo w ciągu dnia miało być ponownie bardzo gorąco.
Cichy
przyszedł na to do sypialni i uciął moje rozważania, zabierając mi z rąk
spodnie i podając mi robocze, czarne, bawełniane spodenki do kolan.
Więc
ubrałam się tylko w nie i w szary t-shirt.
Tym
razem pojechaliśmy tam moim Audi i Cichy prowadził, a ja znowu nie zapytałam go
o co chodziło z tymi naszymi samochodami, ale czułam, że coś było na rzeczy.
Coś
więcej niż elektronika.
Kiedy
Cichy kupował mi Audi, czekaliśmy na nie cały tydzień i nie wyjechaliśmy od
dealera takim, który tam stał, chociaż był biały, na jaki oboje się zgodziliśmy.
Najwyraźniej
coś w nim zamontował lub kazał zainstalować coś, o czym mi nie powiedział, a to
sprawiło, że uważał ten samochód za bardziej bezpieczny od jego terenówki teraz,
kiedy byliśmy w zagrożeniu.
Stanowczo
musiałam go w końcu zapytać.
W
pracy, tuż za progiem remizy, przejął mnie David i na zmianę z Jimmy’m
obserwowali każdy mój ruch, co w końcu zauważyli Billy i Sam, więc i oni, nawet
nie wiedząc o co chodziło, plątali się
blisko mnie.
Co
w końcu zaczął robić także i Tom.
Byłam
bezpieczna.
Było
bardzo ciepło w ten sierpniowy poranek i to tłumaczyło szczelnie pozamykane drzwi
i wrota garażu, bo Oli włączył klimatyzację.
Mieliśmy
co robić.
Sprzątaliśmy
i uzupełnialiśmy dokumentację, kiedy zabrzmiał alarm.
Zebraliśmy
się błyskawicznie, wskoczyliśmy do wozu, podczas gdy Oli wyłączył klimatyzację
i otworzyły się wrota garażu, a już pięć minut później byliśmy na miejscu
pożaru roślinności wkoło domów jednorodzinnych niedaleko zboczy gór Wasatch.
Oli
został sam w remizie na dyżurze przy radiu.
Akcja
była dość długa i wyczerpująca, chociaż o tyle mniej niebezpieczna, że nie
mieliśmy się zbliżać do źródła ognia, a na dodatek była to akcja innej
jednostki, a my tylko ich wspieraliśmy.
Nadal
było to uciążliwe i męczące, zwłaszcza w ten gorący, letni dzień.
Kiedy
wróciliśmy, podzieliliśmy się na grupki, w jakich szliśmy pod prysznic i
chłopaki wypchnęli mnie pierwszą.
Stwierdzili,
że potem oni mogliby kąpać się w kilku i byłoby to szybciej, bo po moim
odejściu z pracy zmienili prysznice i łazienka, z której wcześniej korzystałam,
stała się dwuosobowa.
Z
oddzielnymi kabinami prysznicowymi, ale ja musiałabym zająć całą.
Więc
uległam im i poszłam się wykąpać.
Do
drugiej łazienki w tym czasie poszedł Billy, ale Sam jeszcze coś kończył, więc
okazało się, że wyszliśmy z łazienek we dwójkę jako pierwsi.
Ja
i Billy.
Pod
prysznic poszli David i Jimmy, Sam jeszcze nie wyszedł z łazienki, a Tom
właśnie tam wchodził, kiedy zeszliśmy z Billym do garażu, by uprzątnąć sprzęt
używany w czasie akcji.
Oli
siedział w swoim gabinecie.
David
coś tam pohukiwał o poczekaniu na niego, ale czułam się bezpieczna, więc tylko
zapewniłam go, że zamkniemy wrota.
Oczywiście
David i Jimmy już się częściowo zajęli porządkowaniem sprzętu, więc zostało nam
niewiele do zrobienia.
Nie
musieliśmy rozmawiać o tym, co zostało, a zresztą sprawdzone kilka razy przez
różnych z nas było pewniejsze.
Przeszłam
na tył wozu, w głąb garażu, kiedy Billy krzyknął - Zamknę wrota - i przeszedł
na przód wozu, gdzie przy wrotach był przycisk ich zamykania.
-
Okej - odkrzyknęłam mu i prawie natychmiast usłyszałam, że zaczął warczeć
mechanizm zamykający.
Telefon,
który miałam w tylnej kieszeni moich bawełnianych szortów zawibrował
przychodzącym SMS’em, więc zatrzymałam się, by go przeczytać.
Jak tam?
To
było od Filipa.
Uśmiechnęłam
się i odpisałam:
Okej
Wróciliśmy
Wykąpana
Cichy
natychmiast przysłał mi:
Okej
Kocham cię
Nadal
patrzyłam w ekran telefonu, słyszałam domykanie się wrót i prysznice na górze, mój
uśmiech się poszerzył, bo pomyślałam, że taka była nasza normalność.
Mogłabym
z tym żyć.
Ale
wtedy usłyszałam okrzyk Billy’ego - Hej. A to co…
Krzyk
się urwał, a w tej samej chwili usłyszałam strzał.
Wystrzał
z pistoletu.
Rozpoznałam
to.
O,
Matko!
Nie,
nie, nie!
Nie
znowu!
Skuliłam
się odruchowo, plecami przylgnęłam do zderzaka naszego wozu strażackiego, a
potem, przykucnięta, ostrożnie wyjrzałam zza wozu, żeby zobaczyć nogi Billy’ego
leżącego nieruchomo na podłodze.
O,
nie!
Billy!
-
Gdzie jesteś dziwko? - usłyszałam ciche nawoływanie, które dochodziło z drugiej
strony wozu i zdrętwiałam, bo poznałam ten głos.
Carlos
Nebuenitto.
O,
Matko Jedyna!
Szedł
w moją stronę.
-
Cip, cip, cip, cipeczko - zawołał, a ja odwróciłam się, żeby poszukać
schronienia, ale nie mogłam się ruszyć od wozu.
Każda
możliwa kryjówka była oddalona o kilka kroków, więc nie zdążyłabym donikąd
dobiec.
Zauważyłby
mnie.
Prysznice
na górze nadal chodziły, ale i tak musiałam być bardzo cicho.
Wyprostowałam
się, schowałam telefon do tylnej kieszeni spodni i, brzuchem ocierając się o
tył wozu, złapałam ostrożnie za jeden z wystających elementów drabiny, a
następnie podciągnęłam, starając się zachować jak największą ciszę.
Nie
opierałam się o nic nogami, chociaż uznałam, że nie zrobiłabym nimi hałasu,
skoro włożyłam po prysznicu tenisówki na gumowej, miękkiej podeszwie.
Szczęśliwie
były też antypoślizgowe.
Usłyszałam,
że na górze ucichł prysznic, a potem drugi, rozległy się tam kroki facetów i
wiedziałam, że musiałam ich ostrzec.
Kiedy
byłam na wozie, położyłam się jak najbardziej płasko, wyjęłam telefon z
kieszeni, uaktywniłam go i wstukałam kciukiem
do Cichego, którego ciąg tekstowy miałam otwarty SMS’a - SOS.
Ciesząc
się, że wcześniej wyciszyłam wszystkie powiadomienia.
A
potem przeszłam do innych kontaktów i zaczęłam szukać Davida.
Znalazłam
go, wpisałam - Atak - i wcisnęłam „wyślij”.
W
tym czasie Carlos obszedł wóz dookoła, zaglądając pod niego i stukając o różne
elementy, a ja zastanawiałam się, co jeszcze mogłabym zrobić.
Kroki
na górze ucichły.
Mój
telefon zawibrował mi w dłoni, więc spojrzałam na niego, żeby zobaczyć
przychodzącą wiadomość.
Gdzie jesteś?
- przyszło pytanie od Davida.
Na wozie
- odpisałam i wcisnęłam „wyślij” w tym samym czasie, kiedy Zły zaczął wspinać
się na wóz z przeciwnej strony, niż ja byłam, więc przycisnęłam telefon do piersi
i skuliłam się za wystającymi elementami.
Byłam
zwinięta w kulkę między metalowymi elementami na dachu wozu strażackiego twarzą
skierowaną w stronę schodów, prowadzących na górę remizy.
Zobaczyłam
na tych schodach nogi Davida i wstrzymałam oddech, modląc się, by miał
pistolet.
Miał.
Bogu
dzięki.
David
skulił się i wychylił, więc zobaczyłam pistolet w jego dłoni i jego głowę koło jego kolan.
Rozglądał
się uważnie, trzymając pistolet blisko siebie.
Wtedy
Carlos też go zobaczył i nagle tuż nad moją głową, przy moim lewym uchu rozległ
się strzał, oddany przez niego w stronę Davida.
Bardzo
głośny strzał.
O,
Matko!
Skuliłam
się mocniej ze strachu, ale nawet nie pisnęłam.
Zadziałały
długo ćwiczone odruchy.
Oczy
trzymałam przez cały czas szeroko otwarte.
Czułam,
jakby mi rozerwało bębenki w uszach.
Tak
strasznie się bałam.
Zacisnęłam
oczy, wstrzymałam oddech, skuliłam się, ale wtedy zawibrował mój telefon, więc
otworzyłam oczy i przeczytałam:
Nie patrz, Skarbie
David musi go zlikwidować.
Te
dwa SMS-y od Filipa spowodowały, że miałam ochotę się rozpłakać.
Mój
Cichy martwił się, że nie zechcę, żeby Zły zginął.
Martwił
się o mnie.
Martwił
się tym, że mogłabym zechcieć bronić tego życia.
Musiałam
dać mu zapewnienie, że tego chciałam.
Bo
chciałam.
Chciałam,
żeby to się skończyło na zawsze.
A
to było możliwe wyłącznie po śmierci
Złego.
Niech go zlikwiduje
Odpisałam
Cichemu.
David
przez ten czas stoczył się lub skoczył na podłogę ze schodów, a ja miałam
nadzieję na to drugie, bo nie widziałam go, ale wierzyłam w jego umiejętności.
Poczułam
tylko, że Król zza moich pleców zniknął i zeskoczył z wozu.
Poczułam
to przez ruch wozu, bo słyszałam tylko dzwonienie w uszach.
Nie
ruszałam się.
Dyszałam
płytko przez uchylone usta i czekałam.
Niczego
nie słyszałam.
O,
Matko!
Ogłuchłam!
Widziałam
tylko ruch cieni wokół siebie w garażu i poczułam zapach prochu.
Nagle
mój telefon zawibrował przychodzącym SMS-em.
Możesz już zejść, mała
To
było od Davida, więc uwierzyłam, wyprostowałam się i ostrożnie, rozglądając się
na boki, zaczęłam schodzić po drabince z boku wozu.
Nagle
ktoś złapał mnie w talii, więc podskoczyłam i krzyknęłam cicho.
Nie
usłyszałam tego.
Nie
słyszałam również, co mówił do mnie Cichy, który właśnie znalazł się obok mnie,
przyciągał mnie do siebie i poruszał ustami.
Stałam
nieruchomo.
Patrzyłam
na niego przez chwilę, a potem odezwałam się, czując się strasznie dziwnie, bo
nie słyszałam własnego głosu:
-
Nic nie słyszę - powiedziałam i zobaczyłam, jak przez jego twarz przepłynęło
zrozumienie.
Cichy
skierował mnie ramieniem, którym otoczył moje plecy, w stronę wrót garażowych,
a tam po drodze zobaczyłam martwe ciało Carlosa Nebuenitto w kałuży krwi, ale
nie przyglądałam mu się, więc nie wiedziałam dlaczego był martwy.
Z
tego, że on nie żył, po prostu się ucieszyłam.
Ale
dalej leżał Billy, któremu krew leciała z rany pod lewym obojczykiem, czego nie lubiłam.
O,
Matko!
Nie!
Billy!
Poruszyłam
się w tamtą stronę, ale natychmiast przestałam i poddałam się temu, co Cichy nakazywał
mi gestami i naciskiem na moje ciało.
Chciałam
pomóc Billy’emu, ale był przy nim Jimmy, a wiedziałam, że był wykwalifikowanym
ratownikiem, a ja nic nie słyszałam.
Nie
mogłabym lepiej pomóc.
Cichy
zaprowadził mnie przed remizę i nie zdążyłam się zdziwić, że wrota były otwarte,
kiedy posadził na niskim murku, który okalał główne wejście do remizy i ukucnął
przede mną.
Za
jego plecami kręcili się Strzała i Driver, którzy rozglądali się, jakby
sprawdzając, czy nie było jeszcze jakiegoś zagrożenia.
Cichy
rozmawiał o czymś z Davidem, co widziałam, bo poruszali ustami i Filip odwracał
się co chwilę w stronę przyjaciela, ale patrzyłam na to nieruchomo.
Widziałam
kątem oka, że przyjeżdżały kolejne samochody.
Nie
zwracałam uwagi na powiększający się tłum ludzi, bo przyjechała wreszcie
karetka i ratownicy pobiegli do Billy’ego, a z dużego, dziwnego wozu, który
wyglądał jak bojowy, a na boku miał napis SWAT, wysiadł Taylor.
Potem
przyjechał ktoś jeszcze, ale nie widziałam kto.
Widziałam
tylko, że Cichy był zdenerwowany.
Więc,
żeby go uspokoić, wyciągnęłam rękę i dotknęłam włosów Filipa, zebranych jak
zwykle w kitkę.
Miałam
ochotę je rozpuścić i przeczesać je palcami.
-
Kocham cię - powiedziałam - Już jest dobrze.
Spojrzał
na mnie i uśmiechnął się.
A
potem podniósł się lekko, chociaż wciąż był przykucnięty naprzeciwko mnie,
wychylił się i pocałował moje usta.
*****
Filip
Filip
sprawdzał ustawienia na serwerze firmy, której zabezpieczenia konfigurował w
ostatnich dniach, ale myślami był przy Ani.
Potrzebowała
normalności.
Właściwie
oboje tego potrzebowali.
Zwykłego
życia, które byłby wypełnione pracą i problemami związanymi z codziennością.
Jak
„co przygotować na kolację” albo „czy trzeba zrobić zakupy”.
Ponad
dwa tygodnie wcześniej skontaktował się z nim syn Evy i zaprosił go do ich
firmy w San Jose, mówiąc o tym, że mieliby tam dla niego pracę.
Filip
od razu zapowiedział, że nie wyjedzie tam na stałe.
Więc
ich propozycja zamieniła się w propozycję pracy na zlecenia, ale ciągłe lub
powtarzające się.
I
nieźle płatne.
Kiedy
to całe gówno by się wreszcie uspokoiło, Filip porozmawiałby o tym z Anią, bo
ta praca wydawała się niezwykle intratna.
I
pewna, czysta.
Ale
wiązałaby się z ciągłymi podróżami do San Jose.
A
Ania miała wkrótce podjąć studia w University of Utah, miała tu przyjaciółki i
osiedliła się w SLC.
Kiedy
Filip o tym myślał, dostał informację o wyjeździe jednostki Ani do pożaru tak,
jak ustalili wcześniej, że będzie dostawał wiadomość o każdym ich wyjściu z
remizy.
Potem
dostał SMS-a od Davida, że wracają.
Potem
napisał do Ani, żeby dowiedzieć się czy wszystko było w porządku.
Było.
Kiedy
wysłał jej kocham cię, nie oczekiwał
odpowiedzi, tylko od razu zabrał się do pracy, żeby jak najszybciej skończyć
to, co musiał zrobić poza swoim mieszkaniem, a potem wrócić do Ani.
Dlatego
zaskoczył go sygnał SMS-a zwrotnego, który przyszedł kilka minut później, ale
nadal z uśmiechem wziął telefon do ręki.
Jego
uśmiech umarł, a ciało zesztywniało na sekundę, kiedy przeczytał SOS, które Ania wysłała mu najwyraźniej
w zagrożeniu, którego przecież się spodziewali.
A
potem Filip zaczął się szybko poruszać.
Powinien
tam być David.
Kurwa!
Gdzie
był cholerny David, kiedy Ania była zagrożona?
Filip
wyłączył systemy, ale nie czekał na ich pełne zamknięcie, kiedy porwał ze
stolika obok swoje rzeczy i skierował się do drzwi.
Kończył
zapinać cienką teczkę z informacjami, których pilnował, kiedy przebiegał obok
ochroniarza, któremu niecierpliwie podał kartę dostępu z chipem.
Wypadł
z pomieszczenia, a potem opuścił budynek firmy niczym piorun, gnając na parking
do swojego Rubicon’a i próbując się połączyć z kimś z jego przyjaciół.
Kurwa!
David
nie odpowiadał na SMS-y Filipa, ale to powinno być zrozumiałe, skoro kumpel działał, bo był na miejscu.
Driver
i Strzała odpowiedzieli od razu W drodze.
Tak
samo Taylor.
Pieprzone
dzięki Chrystusowi.
Filip
nie modlił się.
Mimo
namawiania cioteczki Theresy, nie potrafił wzbudzić w sobie wiary i potrzeby
modlitwy; aż do teraz.
Jechał
swoją terenówką ulicami SLC i modlił się.
Chryste!
O
zielone, o mniejszy ruch, o to, żeby zdążyć.
I
żeby David dał radę.
Jezu Chryste!
Wtedy
dostał od kumpla pytanie
Mogę zlikwidować.
Mam zielone?
Filip
wiedział, o co przyjaciel go pytał, bo sam zastanawiał się nad tym, jak Ania
przyjęłaby zabicie tego pierdolonego sukinsyna, który niszczył jej życie.
Wiedzieli
obaj, że Ania wierzyła, a i David miał w sobie zakodowany od dzieciństwa
szacunek do wszelkiego życia, co pieprzyło go, kiedy musiał jako snajper
zabijać popierdolców, których wskazywano mu jako cele do zlikwidowania.
Więc
natychmiast, używając kciuka prawej ręki i zerkając tylko na drogę przed sobą,
która była na szczęście pusta, napisał do Ani, a ona odpowiedziała prawie w tej
samej sekundzie, jakby była zdziwiona lub nawet zła, że ją pytał, zamiast
działać.
Niech go zlikwiduje
Kurwa,
tak!
To
się zgadzało z odczuciami i pragnieniami Filipa, więc wysłał do Davida krótkie Idź, a kumpel bez wątpienia wiedział, co
miał z tym zrobić.
Trzy
minuty później Filip był na podjeździe remizy i nie pofatygował się, by
zajechać na ich parking, kiedy wyjął pistolet ze schowka, wyskoczył z Rubicon’a
ze swoim Glock’iem w dłoni i pobiegł, schylony, napięty i naszykowany do walki
w stronę drzwi wejściowych do remizy.
W
tej samej chwili zaczęły się otwierać wrota garażu, więc zawrócił.
Otwierały
się do góry, powoli ukazując wnętrze, kiedy Filip przysunął się do boku wejścia
i zajrzał do środka, widząc jednocześnie podjeżdżającą Toyotę Strzały.
Z
drugiej strony zaryczał sinik Mustanga Drivera, a potem obaj jego kumple zostawili
auta przy krawężniku i wyskoczyli z samochodów z naszykowaną bronią.
Wtedy
Filip zobaczył ciało Billy’ego, leżące w kałuży krwi między dwoma wozami
strażackimi, a nieco dalej ciało Carlosa Nebuenitto.
Skinął
lekko lewą dłonią, dając znak kumplom, skradającym się za jego plecami, że
niebezpieczeństwo zostało zneutralizowane.
Poczuł,
że się rozproszyli na boki.
Zobaczył
również, że Jimmy zbiegał po schodach z góry razem z Samem, podbiegli do
Billy’ego i zaczęli sprawdzać jego stan.
-
Żyje - rzucił Jimmy, który dopadł go pierwszy - Apteczka.
Sam
poderwał się i pobiegł za wozy, do tylnej ściany garażu, gdzie trzymali różne
takie gówna, a Filip wreszcie wtedy wypatrzył Anię, schodzącą po drabinie z ich
wozu strażackiego.
Całą
i zdrową.
Podszedł
do Davida, a wtedy zauważył, że kumpel dziwnie marszczy brwi i kręci głową.
Coś
było nie tak.
-
Aniu - powiedział Filip.
Nie
zareagowała.
David
i Filip wymienili szybkie spojrzenie, po czym David złapał Anię w talii i
dopiero wtedy odwróciła się do nich, ale zrobiła to podskakując i krzycząc z
przestrachem.
Nie
słyszała?
-
Aniu, Skarbie - zapytał Filip, patrząc w jej nic nie rozumiejące, szeroko
otwarte oczy - Dobrze się czujesz? Już po wszystkim.
-
Nic nie słyszę - powiedziała, a w tej samej chwili odezwał się David.
-
Ten pieprzony sukinsyn strzelił jej tuż nad uchem - wyjaśnił.
Filip
nagle zrozumiał.
Widywali
już to.
Kurwa!
Ania
miała uraz spowodowany hałasem z wystrzału z broni ze zbyt małej odległości bez
zabezpieczenia uszu.
Prawdopodobnie
z zaskoczenia, więc nawet nie zasłoniła uszu rękoma.
Kurwa.
Należało
tylko mieć nadzieję, że było to przejściowe i krótkotrwałe.
Filip
objął ją ramieniem i poprowadził do wyjścia, ale po drodze poczuł, jak
wzdrygnęła się na widok ciała Nebuenitto, więc ścisnął mocniej jej ramiona.
Tylko
się wzdrygnęła i miała pójść dalej, kiedy zauważyła Billy’ego, który leżał
nadal w kałuży krwi, ale Jimmy opatrywał mu już prowizorycznie ranę w lewej
części klatki piersiowej.
To,
co robił Jimmy wskazywało na to, że Billy przeżył.
Pieprzone
dzięki Chrystusowi.
Ania
opierała się jego popychaniu w stronę drzwi tylko przez sekundę, a potem poddała
się i wyszli przed remizę, gdzie Filip znalazł trochę cienia, żeby posadzić
swoją kobietę z dala od zjeżdżających się wozów.
Najpierw
podjechał SWAT, potem karetka, a potem policja.
Ostatnim,
którego absolutnie Filip się nie spodziewał i nie powitał z radością, był
czarny Ford Mondeo, z którego wysiadł facet w czarnym garniturze.
W
gorące, letnie popołudnie facet miał na sobie czarny garnitur.
FBI.
Kurwa.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń