Rozdział 15
Filip
Trzy miesiące później
Filip
prowadził swojego Rubicon’a po ulicach SLC, kiedy jechał z Anią do szpitala, do
rodzącej Maggie.
David
zadzwonił dziesięć minut wcześniej, więc wystartowali.
Filip
spoglądał co chwilę na swoją kobietę, siedzącą obok niego na siedzeniu pasażera
jego SUV’a i uśmiechał się lekko widząc jej ciche podekscytowanie.
Czuł
czyste szczęście.
Jezu,
jak on ją kochał.
Kiedy
wreszcie lekarz prowadzący orzekł, że już jest z nim na tyle dobrze, że mogli
wrócić do domu, byli tak wygłodniali siebie, że nie wytrzymali i ostatniej nocy
rzucili się na siebie w apartamencie gościnnym siostry Ani.
Dosłownie
rzucili się.
Jezu
Chryste!
To
nie był ich zwykły seks, nie kochali się, ale pieprzyli i to ostro.
Więc
dobrze, że mieli apartament, a nie tylko pokój gościnny, bo Ania doszła bardzo
mocno i zrobiła to głośno.
Kilka
razy w ciągu tamtej nocy.
Pieprzone
dzięki Chrystusowi, że Ania wcześniej skonsultowała się z lekarzem na temat
opuszczonych przez nią tabletek i przywróciła kontrolę swojej płodności, więc
mogli kochać się potem jeszcze kilka razy w nocy bez ograniczeń.
Jego
cudowna Ania.
Ania
pokazała mu gorącą, namiętną stronę swojej natury, jaką podejrzewał, że miała,
skoro musiała wcześniej kilkakrotnie biec pod prysznic, jak mówiła, a właściwie
krzyczała, zimny, by się opanować.
Dla
niego.
Dbała
o niego.
Martwiła
się jego zdrowiem, ale dla niego najgorsze były ciągle jeszcze powracające do
niej sny, w których dostawał kulkę w tętnicę szyjną.
Bała
się, że go mogła stracić.
Opowiedziała
mu kiedyś o tym, kiedy obudziła go ciężkim oddechem, drżąca i zesztywniała, najwyraźniej
hiperwentylując po koszmarze.
Kurwa!
Trzymał
ją wtedy zamkniętą w swoich w ramionach, a ona mu to opowiadała, dysząc i
uspokajając oddech przez długi czas.
Filip
zastanawiał się nie jeden raz, czy, gdyby mógł cofnąć czas, to usiedziałby w
tamtym pieprzonym wozie, nie poleciałby, żeby jej szukać i nie naraziłby siebie
i jej na postrzały.
I
na późniejsze koszmary.
Dopiero
rozmowy i Anią, i z Timem nauczyły go, jak nie wracać do tego, co już się
stało.
Bo
nie da się cofnąć czasu, więc to się stało i się nie odstanie.
I
już.
Odkąd
sypiali razem, Ania zawsze spała na nim i nigdy, ani razu nie odwróciła się do niego plecami w czasie snu.
Trzymała
się go.
On
sypiał na wznak, a ona na jego boku, z nogą przerzuconą przez jego udo,
trzymając ramieniem jego klatkę piersiową i szyję, z policzkiem przyciśniętym
do jego piersi, jakby chciała przez całą noc słyszeć bicie jego serca.
Bo
wtedy czuła, że był z nią.
Nie
ukrywał, że taka pozycja w czasie snu usunęła z jego snów koszmar, w którym jej biała sukienka spływała jej krwią.
Więc
tak sypiali.
Ale
to nie pomagało w opanowaniu jego pożądania, a potem Filip dowiedział się, że
również pożądania Ani.
Jesteście dla siebie stworzeni.
To
zdanie, powtórzone przez jej siostrę, przyjaciółki i jego cioteczkę Thelmę, nabierało
głębszego sensu i innego znaczenia.
Tuż
przed ich wylotem do SLC, Filip towarzyszył Ani w przesłuchaniu, o które
poprosił ją agent Leader.
Kurwa!
Filip
nienawidził tego, że musiała przez to
znowu przechodzić.
Gdyby
mógł, uchroniłby ją przed tym.
David
opowiedział mu, jak Ania składała zeznania, które cholerny Leo nagrał na pieprzony
dyktafon z Davidem i Jenny jako świadkami, więc Filip nie rozumiał dlaczego, do
kurwy nędzy, jego kobieta została zmuszona do powtórzenia wszystkiego w
oficjalnej pieprzonej sali sądowej, w obecności sędziego i pieprzonego adwokata
tego chorego pojeba.
Ale
się zgodziła.
Gówno!
Więc
Filip pojechał tam z nią, siedział przy niej przez cały czas, wspierał ją, a
przy okazji przeżył chwilę cholernej satysfakcji, kiedy wychodzili i miał
okazję obejrzeć wyraz twarzy pieprzonego Nebuenitto, który zobaczył ich oboje
na korytarzu trzymających się za ręce, a jego oczy wyraziły przez sekundę całą
frustrację i wściekłość na to, że oboje przeżyli i że byli razem.
Pieprzyć
go!
Szczęśliwie
Ania go nie widziała.
Miała
dość powodów do stresu.
David
dostarczył FBI tyle dowodów, że oskarżono pieprzonego Nebuenitto o cztery
przestępstwa federalne, dzięki czemu popierdolec nie miał szansy na odetchnięcie
wolnym powietrzem przez następne sto pięćdziesiąt lat lub i dłużej.
Filip
postarał się o kilka dowodów więcej, a przy okazji wytropił i „zneutralizował” pieniądze
Nebuenitto, więc pojeb został prawie bez grosza, a pewna fundacja wspierająca
niepełnosprawne dzieci, zyskała anonimową dotację.
W
tym przypadku Filip nie miał żadnych, najmniejszych wyrzutów sumienia, że
działał nielegalnie.
Przy
okazji dowiedzieli się jednak, ze chory szajbus miał żonę i córkę, które nie
wiedziały nic o jego działalności.
Prawdopodobnie
to dla nich wymyślił sobie to „oczyszczanie”, które chciał przeprowadzić za
pomocą krwi Ani.
Kurwa.
Popierdolonemu
dupkowi w ogóle nie przyszło do głowy, że oznaczałoby to zabicie cudownej, niewinnej kobiety, a to przekreślałoby sens
takiego popieprzonego rytuału.
Ale
ludzkie życie dla Nebuenitto po prostu nie miało żadnego znaczenia.
Pierdolony
egoista.
Zostawili
pieniądze na osobistym koncie, które miała żona Nebuenitto i Filip sprawdził,
że te pieniądze były czyste.
Kobieta
nie musiała wiedzieć, czym zajmował się jej mąż, skoro miała swoje pieniądze,
które odziedziczyła po rodzicach.
Nie
było jej winą to, że zakochał się w niej w taki chory sposób świrus, który był
dumny z tego, że mógł się określać jako Król Przestępców Luizjany.
To
minęło.
Więc
teraz Filip i Ania mogli zostawić tamte wydarzenia, całą przeszłość za sobą i
tak zrobili.
Patrzyli
w przyszłość.
Wspólną,
jasną przyszłość.
Zaczęli
od tego, że Ania złożyła papiery na Uniwersytet Utah, na medycynę, a jednym z
tych dokumentów były referencje, jakie jej wystawił doktor Paul Curandero.
Filip
dowiedział się o wszystkim jeszcze w Lafayette podczas rozmowy Ani z jej dawną
przyjaciółką, Giselle.
Kiedy
mieszkały razem w jednym z mieszkań kampusu college’u Grossmana, Ania pracowała
jako wolontariuszka w hospicjum dla dzieci, w szpitalu, a przez jakiś czas
również przy opiece społecznej.
I
uczyła się na kursie przygotowującym, na którym była prymuską.
Miała
w tych wszystkich miejscach do czynienia z różnymi dziećmi, z różnymi chorobami
i zasłynęła z tego, że dzieci ją kochały, miała z nimi świetny kontakt i szybko
potrafiła postawić wstępną diagnozę do pracy dla lekarzy.
Filip
tym nie był zaskoczony, bo wiedział,
że jego Ania była wspaniała.
Był
zaskoczony tym, że tak długo się z tym ukrywała.
Zwłaszcza
przed nim.
Bo
Filip widział tylko przebłyski tego przez te wszystkie tygodnie.
W
hospicjum Ania opiekowała się ciężko chorym synem doktora Curandero, który w ten
sposób ją poznał, docenił i często zabierał ją później do swoich małych
pacjentów, kiedy wrócili do Alexandrii, gdzie wówczas mieszkali, więc chętnie
poparł jej dążenia do ukończenia pediatrii na Utah University.
Chociaż
powiedział, że wolałby ją u Grossmana.
Ale
Ania nawet o tym nie pomyślała.
Nowy
Jork był dla niej za daleko od Filipa.
Kiedy
o tym rozmawiali, Filip powiedział jej, że mógłby pracować z każdego miejsca w
Stanach, ale wtedy Ania przyznała, że nie chciała, żeby był oddalony od
cioteczki i dzieciaków, a i ona chciała być bliżej swoich przyjaciółek.
Oczywiście.
Tydzień
po powrocie do SLC Maggie skontaktowała Anię z psychoterapeutą, z którym
rozmawiali już kilka razy, bo był specjalistą od leczenia traumy.
Tim,
bo tak miał na imię ten terapeuta, był bardzo zajętym człowiekiem, wręcz
rozchwytywanym, ale zgodził się na kilka sesji z Filipem i Anią, żeby pomóc im
przezwyciężyć dręczące ich koszmary i poczucie winy.
Chociaż
Filip i Ania znaleźli już dla siebie najlepsze lekarstwo.
Seks.
Kochali
się nawet kilka razy dziennie i nie robili tego z desperacją, rozpaczliwie
szukając bliskości, ale dla przyjemności bycia razem.
Ustąpienie
koszmarów po tych zbliżeniach było przyjemnym bonusem.
Żadne
z nich nie rozmawiało o tym z Timem, bo żadne z nich nie działało w ten sposób.
Byli
zbyt skryci na takie zwierzenia.
Ale
nauczyli się rozmawiać ze sobą.
Co
również nie było łatwe, ale udało im się.
Pogłębili
też swoje partnerstwo, bo ustalili stan swoich finansów i okazało się, że mają prawie
po tyle samo własnych pieniędzy każde, więc ich wkład w przyszłe wspólne życie
miał być taki sam.
Co
prawda śledztwo przeprowadzone przez Filipa wykazało, że pieprzony adwokat Ani
nie tylko faktycznie sprzedał ją Carlosowi Nebuenitto, ale również zdefraudował
jej pieniądze, które odziedziczyła po rodzicach i po dziadkach, a Filip te
pieniądze odzyskał.
Nawet,
jeśli pan mecenas nie do końca o tym wiedział, to i tak nie zaprotestowałby, bo
musiałby się tłumaczyć.
A
zrobili to po cichu.
Dobrze,
że Ania ufała Filipowi, więc on nie
musiał jej tłumaczyć jakim pieprzonym cudem w ciągu jednego dnia pieprzony mecenas
Bernard Greedy ukorzył się i zwrócił jej wszystko, co cholernie „wyparowało” z jej pieprzonego konta przez te pięć cholernych
lat.
A
na dodatek po Nowym Orleanie rozeszły się tajemnicze plotki z nieznanego,
anonimowego, ale dobrze poinformowanego źródła, jakoby „szanowany” pan mecenas bardzo lubił zboczony płatny seks i
korzystał w tym celu z kont swoich klientów, więc większość jego
dotychczasowych źródeł dochodu przeniosła się pod skrzydła innych opiekunów
prawnych.
To
wszystko było bardzo dobre.
Nawet
jeśli nie do końca legalne.
W
ciągu pierwszych tygodni lutego Filip osiągnął również częściowo swój cel z
zakupem dla Ani bezpiecznego samochodu.
Częściowo,
bo nie zgodziła się na Bentleya, którego dla niej wybrał, oburzając się na taką
ostentację.
Głośno!
Że
niby taki samochód za bardzo rzucał się w oczy.
Chryste!
Jakim
cudem ona mogła tak długo być taka cicha?
Drogą
kompromisu, po zażartych dyskusjach i oglądaniu samochodów jej przyjaciółek,
Ania w końcu zgodziła się na Audi Q7 z napędem na cztery koła.
Eva
jeździła Audi, więc Ania została przekonana.
Podobno
nawet odbyły wspólną jazdę próbną, ale Filip nie brał w tym udziału, bo
dowiedział się po fakcie.
I
chyba nawet wolał w ten sposób.
Kolejną
dyskusję odbyli przy wybieraniu koloru, bo Ania koniecznie chciała szary, a
Filip nie lubił jej w samochodzie koloru asfaltu.
Chciał,
żeby była bardziej widoczna dla innych użytkowników ruchu.
Tak
było bezpieczniej.
Więc
ostatecznie oboje się zgodzili na biały.
Ania
nie wiedziała o swoim samochodzie jednego i Filip nie zamierzał jej okłamywać,
ale też nie zamierzał dobrowolnie, nie pytany, jej o tym powiedzieć.
Może
nigdy nie będzie musiał.
SUV
Ani miał specjalnie na zamówienie przez Filipa wstawione szyby kuloodporne i
system powiadamiania alarmowego podłączony do jego telefonu, który Filip sam
skonfigurował.
Tak
dla pewności.
Ale
do szpitala, do rodzącej Maggie jechali jego Rubicon’em i Filip prowadził, bo
Ania podskakiwała co chwilę nerwowo i bała się usiąść w takim stanie za
kierownicą.
Filipowi
to odpowiadało.
Tak
było bezpieczniej.
Kiedy
weszli do poczekalni porodówki, była tam już Eva z Jimmy’m, ale bez dzieci, bo
starsze były jeszcze w szkole.
Mały
Davie został z opiekunką, która rzadko miała okazję zarobić u nich, skoro
wszystkie te kobiety wymieniały się opieką nad dziećmi.
Alice miała dojechać nieco później, a Sophie
jechała z budowy swojego kolejnego domu, który
był położony w drugim końcu metropolii.
Ale
Maggie tym razem się pospieszyła.
David
nie musiał bardzo długo ganiać swojego ruchliwego syna, Jima, po szpitalnych korytarzach,
kiedy przyszedł lekarz, by oznajmić im, że Maggie właśnie urodziła zdrową,
śliczną córeczkę.
Ania
wzięła Jima na ręce i wskazała Davidowi brodą drzwi.
-
Idź do nich - mruknęła.
Poszedł.
A
Filip patrzył, jak Ania usiadła z Jimem stojącym jej na kolanach, trzymała go
za rączki, pozwoliła mu przysiadać i podskakiwać, a jednocześnie nuciła pod
nosem jakąś rytmiczną wyliczankę.
Dzieciak
chichotał z radości, że ta ciocia bawi się z nim dokładnie tak energicznie, jak to lubił.
A
Ania wyglądała na cicho szczęśliwą.
Jezu,
ale ona była piękna!
Kiedy
David powitał na tym świecie swoją córeczkę, do Maggie poszła Eva z Jimmy’m,
ale kiedy wrócili, Filip z zaskoczeniem usłyszał zdanie:
-
Maggie teraz chce was zobaczyć -
które David powiedział, wskazując na nich dwoje brodą jak zawsze zarośniętą na czarno.
Ania,
równie zaskoczona jak Filip, oddała Jima Evie i poszli we trójkę, poprzedzani
przez Davida, który wskazywał im drogę, otworzył drzwi i przepuścił ich,
zapraszając do środka pokoju.
Kiedy
weszli do sali, Maggie leżała na swoim szpitalnym łóżku zmęczona, ale
jaśniejąca szczęściem.
David
podszedł do swoich dziewczyn jako pierwszy i wziął córeczkę na ręce, a wtedy
Filip pomyślał Jaka Kruszynka.
David
tak zawsze mówił na swoją Maggie - Kruszynka,
ale to maleństwo było prawdziwą kruszynką, zwłaszcza na silnym ramieniu jej dużego
taty.
-
Przedstawiam wam Annę Evę - powiedział do
nich David, a Maggie tylko uśmiechnęła się do Ani i wyciągnęła do niej
rękę.
Filip
usłyszał od swojej kobiety ciche och,
wyrzucone z takim zachwytem, że zrozumiał ile to dla niej znaczyło.
Ania
podeszła do przyjaciółki i uścisnęła ją krótko.
-
Maggie - szepnęła Ania ze łzami w
głosie, a Filip, pieprzyć go, również poczuł ściskanie w gardle.
Ich
przyjaciele pokazywali w ten sposób, że doceniali ich przyjaźń i to, co Ania
zrobiła dla Jima.
Nawet,
jeśli Ania uważała, że to nie było nic wielkiego.
Najwyraźniej
było.
A
potem…
Jezu,
jak pięknie Ania wyglądała z
noworodkiem na ręku!
*****
Anna
Tydzień później
Leżałam
na naszym łóżku w naszej sypialni i czytałam książkę.
W
uszach miałam słuchawki, bo faceci oglądali mecz w naszym salonie.
Właściwie
to próbowałam czytać książkę, ale
przekonałam się, że powieści romantyczne przestały mnie pociągać.
Kiedyś
czytałam je, bo marzyłam o wielkiej miłości, ale teraz miałam taką dla siebie
na własność i przekonałam się, że jest piękniejsza niż wszelkie wyobrażenia.
Bez
porównania.
I
dawniej lubiłam, jeśli w książce dużo się działo, a przekonałam się, że na co
dzień najlepsza była nuda i stabilność.
Bo
dawały bezpieczeństwo.
Tydzień
wcześniej trzymałam na ramieniu malutką An Evie i wspomnienie tego rozczulało
mnie do tej pory, a wczoraj byłam u Maggie, żeby przez trzy godziny zająć się
Jimem, bo David był w pracy.
Nadal
nie pochwaliłam się mojej przyjaciółce najważniejszym.
Bowiem
najważniejsze i najpiękniejsze dla mnie było to, co po powrocie od niej ze
szpitala do naszego domu usłyszałam od Filipa.
Mój
Filip powiedział mi, że pragnie mieć ze mną taką kruszynkę, najlepiej niedługo,
chociaż wolałby po tym, jak wszystkim publicznie ogłosimy, że jesteśmy i zawsze
będziemy razem.
Tak.
Zapytał
mnie, czy zostanę jego żoną.
Tak
właśnie, po cichu, w domu, bez świadków i fanfar mój Filip mi się oświadczył!
Nie
kupił mi pierścionka, bo było to spontaniczne, ale następnego dnia zabrał mnie
do jubilera i razem wybraliśmy
pierścionek i od razu obrączki.
Filip
radził mi, ale nie narzucał mi swojego zdania, a po kilku minutach cichej
dyskusji jubiler zorientował się w naszym guście i wyjął spod lady pierścionki
robione ręcznie przez lokalną artystkę.
Były
prześliczne!
Wybraliśmy
z Filipem jeden taki, który nie był ostentacyjny, nie rzucał się w oczy, a
jednocześnie był oryginalny, niespotykany.
Zrobiony
z białego złota w formie dwóch wężyków ciekawie splecionych ze sobą i z
drobnymi diamencikami wtopionymi rzędem z jednej strony.
Proste
obrączki z białego złota pasowały do tego idealnie i również były dyskretne.
Nie
rzucające się w oczy.
Jak
my.
Położyłam
się na wznak na łóżku i podniosłam lewą rękę, żeby przyjrzeć się jeszcze raz
mojemu pierścionkowi.
Tego
dnia u Maggie miała być Alice, a następnego Eva, jak umówiłyśmy się, żeby nowa
mama miała trochę odpoczynku, a nie męczarni spowodowanych nachalnością i nadmiarem
przyjaciółek.
Mogłyśmy
spotkać się w większym gronie za trzy tygodnie, jak An Evie będzie większa, a
Maggie silniejsza, więc wtedy im powiem.
Myślałam
o tym, że nie pokazywałam mojego pierścionka jeszcze żadnej z przyjaciółek, na co miałam ochotę, chociaż byłam trochę
speszona na samą myśl o tym.
Byłabym
wtedy w centrum uwagi, a nadal tego nie lubiłam.
Zastanawiałam
się, jak zareagują moje przyjaciółki na tą wiadomość, chociaż byłam pewna, że
się ucieszą.
To
były prawdziwe przyjaciółki.
Byłam
już dwie godziny zamknięta w sypialni, jak umówiliśmy się z Filipem, kiedy
zapytał mnie, czy nie mam nic przeciwko temu, żeby przyszli do niego kumple i
zaczynałam być zdrętwiała z bezruchu, więc musiałam wyjść chociaż na chwilę.
A
ponieważ na dodatek zrobiłam się głodna, a Filip miał zamówić mi pizzę z salami,
więc odłożyłam książkę i postanowiłam zakraść się do kuchni.
Bo
tego dnia u Filip byli sami faceci i oglądali jakiś mecz footballu.
Ale
oni nie będą zainteresowani i nie zwrócą uwagi na moją nową biżuterię.
Chyba.
David
przyniósł im whisky na oblewanie urodzin jego małej córeczki i mieli zamówić
pizzę również dla siebie, a ja schowałam się w sypialni, żeby mieć trochę czasu
dla siebie i by im nie przeszkadzać.
Zdążyłam
pogadać przez Skype’a z Jenny, przez telefon z Evą i napisać streszczenie dwóch
wykładów z kursu, których musiałam nauczyć się do testu.
Ale
teraz zgłodniałam.
Okazało
się, że miałam złe wyczucie czasu.
Wstałam
i podeszłam do drzwi i otworzyłam je akurat wtedy, kiedy coś złego się zadziało
w meczu, czego się dowiedziałam, bo David zaklął.
-
No, kurwa mać!
Zatrzymałam
się w pół kroku i otworzyłam usta.
O,
Matko!
Byłam
w szoku.
Myślałam,
że David całkiem przestał kląć, a tu raptem okazało się, że nie klął tylko przy
Maggie.
Ale
to nie był koniec.
-
Wypierdalaj z boiska, dupku! -
wrzasnął Strzała, którego nie poznałam zbyt dobrze, ale byliśmy raz z Filipem w
jego w restauracji na randce na kolacji, więc wiedziałam, że bywał w miejscach
publicznych, gdzie nie należało używać wulgaryzmów.
Zresztą
polubiłam go.
A
jego restauracja słynęła z najlepszych w SLC steków, była miejscem ze smacznym
jedzeniem i bardzo obleganym, więc widziałam tam wiele pań ubranych bardzo elegancko, jak tylko potrafią się
ubrać kobiety, którym zależy na pokazaniu się w modnym miejscu.
-
Niech ktoś wyjebie z boiska tego pieprzonego
fajtłapę! - prawie jednocześnie odezwał się Driver, czyli Marty, który zajmował
się „pojazdami”, jak to określił Filip, nie uściślając o jakie pojazdy chodziło,
ale z wyglądu był mężczyzną opanowanym, przystojnym i kulturalnym.
Jego
też lubiłam.
-
Ja pierdolę - to był głos Jimmy’ego.
Zamarłam.
O,
rany!
Jimmy?
Stałam
tak w progu sypialni i nie wiedziałam, jak zareagować, bo byłam prawie pewna,
że krwawiły mi uszy, kiedy z korytarza wejściowego wyszedł Filip, niosąc kilka
kartonów pizzy, ustawionych jedno na drugim i torbę z pojemnikami z sosem.
Spojrzał
na mnie i uśmiechnął się pod nosem.
Słyszał
wszystko i bawiła go moja reakcja.
Zamknęłam
buzię, która otworzyła mi się sama w niekontrolowany sposób i tak pozostała
przez cały ten „dialog”.
-
Kurwa, Cichy - usłyszałam głos Asa lub Big Bena, nie wiedziałam, bo rzadko się
odzywali - …dawaj te cholerne pizze. Głodny jestem. A to małe gówno to co to ma
być?
-
To dla Ani - powiedział Filip i skinął głową w moją stronę.
Ruszyłam
do niego, otrząsając się wreszcie z marazmu.
Weszłam
do salonu.
A
tam zapanowało nagłe poruszenie.
Obute
nogi wszystkich facetów naraz ze
stolików do kawy wylądowały na podłodze, puszki i butelki po piwie w sekundę schowane zostały pod kanapy i
fotele, a szklanki z whisky stuknęły o podkładki.
-
Cześć - powiedziałam raźnie, wchodząc do salonu - Nie przeszkadzajcie sobie.
Zabieram swoją pizzę i idę do sypialni.
-
Nie, nie musisz. Zostań. No, co ty… - zabrzmiała nieszczera kakofonia męskich głosów.
-
Nie, dzięki - powiedziałam wreszcie rozluźniona i uśmiechnęłam się do nich -
Miałam pięciu braci, więc wiem, że towarzystwo dziewczyn w czasie meczu jest
niewskazane.
David
patrzył na mnie z uśmiechem.
Z
łagodnym wyrazem twarzy patrzył na mnie Jimmy, podobnie jak Alex.
Wzięłam
pudełko z moją pizzą, poszłam do kuchni po colę z lodówki, kilka serwetek i z
tym wszystkim pomaszerowałam do sypialni, podczas gdy w salonie panowała prawie
idealna cisza.
Odzywał
się tylko komentator w telewizji.
Wiedziałam,
że śledziły mnie uważnie wszystkie męskie oczy, chociaż nadal trwał mecz.
Filip
poszedł za mną.
-
Dzięki, Skarbie - powiedział i pocałował mnie w usta, kiedy tylko do mnie
dotarł i złapał mnie w pasie.
-
Nie ma za co - mruknęłam i weszłam do sypialni - Możesz zamknąć, bo nie mam
wolnej ręki? - zawołałam za siebie, a potem odwróciłam się akurat, żeby
zobaczyć, jak zamykał drzwi i uśmiechał się do mnie łobuzersko.
-
Kocham cię - szepnęłam i jego oczy zrobiły
się łagodne i ciepłe dokładnie tak, jak uwielbiałam.
Mój
Niegrzeczny Chłopiec.
*****
Dwie godziny później
Przyjechała
Sophie i zabrała swoim Raptorem Davida, Jimmy’ego i Alexa do ich domów, ale nie
weszła do nas, tylko przywitała się krótko i z daleka.
Ci
wyszli z naszego domu dość cicho.
Potem
dużym, czarnym Fordem, chyba Explorerem, ale nie byłam pewna, przyjechała jakaś
kobieta, która nawet nie wysiadła z samochodu, tylko zatrąbiła i na ten sygnał hałaśliwie
wyszli z naszego domu Strzała, Driver, As i Big Ben, chociaż nie wiedziałam
jaki cudem tamtych trzech wielkoludów miało zmieścić się na tylne siedzenie jej
SUV’a.
Może
był większy niż myślałam.
Zabrali
się i zostaliśmy z Filipem sami w naszym domu.
Kiedy
on wypychał kumpli za drzwi, ja zaczęłam sprzątać po nich w salonie i chodziłam
tam jeszcze z workiem na śmieci, kiedy wrócił.
-
Hej, Skarbie - mruknął, kiedy dotarł do mnie, przyciągnął moje plecy do swojego
brzucha i wcisnął twarz w moje włosy.
Wiedziałam
już, bo powiedział mi o tym kiedyś, kiedy leżeliśmy w łóżku, a ja uspokajałam
oddech po moim koszmarze, że wtulając się tak, wąchał moje włosy, bo lubił ich
zapach.
Miałam
ręce zajęta śmieciami, więc wyprostowałam się tylko nieznacznie, nadstawiłam mu
policzek do pocałowania i sprzątałam dalej.
-
Zostaw - mruknął Filip i nie wypuścił mnie - Później skończymy.
Odłożyłam
worek ze śmieciami z westchnieniem i odwróciłam się całkiem przodem do niego.
Jego
dłonie zaczęły błądzić bardzo nachalnie i sugestywnie, co mnie od razu
podnieciło, ale w jego oddechu wyczułam coś, czego się powinnam spodziewać.
Filip
był pijany albo przynajmniej podpity.
Poddałam
się temu, na co miał ochotę, bo ja też miałam ochotę, ale trochę była ciekawa,
jak to miałoby działać.
Byłam
całkowicie trzeźwa i świadoma jego
braku kontroli nad sobą.
Nadal
poddawałam się jego żądaniom.
-
Rozbierz się - rozkazał.
Odsunęłam
się o kilka centymetrów, żeby mieć swobodę ruchów i zaczęłam wykonywać jego
polecenie.
-
Nie tak - mruknął i odwrócił się w stronę sprzętu grającego.
Kiedy
tam podszedł dotarło do mnie, że miał zamiar zrobić to, co ja zrobiłam tego
wieczoru, kiedy wróciliśmy z Gwiazdki u cioteczki Thelmy.
Usłyszałam
muzykę.
Dokładnie
tę samą piosenkę, co wtedy.
Pamiętał!
Filip
podszedł do kanapy, strącił na podłogę resztę pudełek po pizzy ze stolika,
który tam stał na bok i usiadł.
-
Rozbierz się, tańcząc dla mnie, Skarbie - rozkazał ponownie, tym razem
dokładnie mówiąc mi, że lubił patrzeć, jak się ruszałam.
O,
Matko!
Zaczęłam
tańczyć, wyginając się i obracając w rytm melodii.
Nagle
dotarły do mnie słowa tej piosenki.
Śniłem o lepszej miłości, lecz nie ma
lepszej miłości…
Kto mnie kiedykolwiek kochał. Nie ma
lepszej miłości.
Więc kochanie, poczuj to lepiej, bo
nie ma lepszej miłości.
Ty leżąca obok mnie, nie ma lepszej
miłości…[1]
Przymknęłam
oczy, zdejmowałam z siebie kolejne, nieliczne części ubrania w ten gorący,
majowy wieczór i myślałam o tym, że kochałam tego wspaniałego, Cichego Mężczyznę,
który dawał mi miłość lepszą, niż mogłabym sobie kiedykolwiek wymarzyć.
Kiedy
byłam już całkiem naga, podeszłam tanecznym krokiem do Filipa, by się
przekonać, że zdążył już się sam rozebrać i był na mnie bardzo gotów.
Weszłam
na kanapę tak, żeby okraczyć jego uda, a potem przysunęłam mu do twarzy moje
piersi.
Wpił
się w nie chciwie ustami, dociskając mnie do siebie dłonią rozłożoną na moim
krzyżu.
Jednocześnie
drugą ręką przytrzymał penisa, by jego czubek był tuż przy moim wejściu, z
czego skorzystałam i nasunęłam się.
-
Kurwa, jaka gorąca - jęknął Filip i nieco zesztywniałam, bo nigdy nie używał przy
mnie takich słów, ale potem uznałam, że to był wpływ alkoholu.
Trzymał
moje biodra i kierował nimi.
-
Ciasna, gorąca - mamrotał Filip, nasuwając mnie na siebie i wodząc ustami po
moich piersiach - i czysta. Tylko moja.
-
Tak - westchnęłam, jadąc na nim szybciej i mocniej, trzymając się oparcia
kanapy i odginając głowę w ogarniającej mnie rozkoszy - Tylko twoja, zawsze
twoja. Kocham cię, Filip.
Kiedy
to ostatnie opuściło moje usta, ogarnęła mnie rozkosz tak niespodziewana, bo
szybka i gwałtowna, że prawie uderzyłam głową o oparcie kanapy, kiedy moje
mięśnie się skurczyły i zgięłam się, wciągając Filipa głębiej we mnie.
Nie
wypuścił mnie ani na chwilę, kiedy podniósł się i odwrócił.
Rzucił
mnie na kanapę, ale moje biodra były na siedzisku a głowa na podłokietniku,
więc byłam dziwnie wygięta.
Filip
przeszedł na bok kanapy, a ja patrzyłam półprzytomna, nadal w objęciach
orgazmu, jak pochylił się nad moim ciałem, zgiął plecy i wsunął twarz między
moje nogi.
Tam,
gdzie byłam bardzo mokra po przeżywanej jeszcze wciąż przeze mnie rozkoszy
znalazł się jego język, a przy moich ustach znalazł się jego członek, lśniący
od mojego śluzu.
Poczułam
swój zapach.
Dziwne.
Nie
czułam się nieswojo, nie odrzucało mnie to, chciałam
tego.
Rozchyliłam
wargi i pozwoliłam, by się wsunął.
Dokładnie
w tej chwili poczułam, że delikatny, a potem mocniejszy dotyk jego języka
doprowadzał mnie do drugiego szczytowania.
O,
Matko, jak dobrze!
A
ruch jego bioder doprowadzał do głaskania jego męskości w moich ustach i był
nieustępliwy.
Trzymałam
oburącz jego uda, ale nawet mi do głowy nie przyszło, żeby go odpychać, tylko
zaciskałam tam palce.
Pragnęłam
poczuć w ustach jego spełnienie.
Zniknęły
wszelkie hamulce.
Byłam
jego i chciałam mu dać całą siebie.
To
było tak podniecające, że w tej samej chwili, kiedy zaczął pulsować i wysunął
się trochę z moich ust, żeby wytrysnąć na moje piersi, odleciałam w
olśniewającym, wybuchowym orgazmie numer dwa.
Filip
oparł się na jednym łokciu i patrzył ma mój tułów, dysząc ciężko i uspokajając
się.
-
Przepraszam, kochanie - szepnął w końcu.
-
Nie ma lepszej miłości, Filip - mruknęłam i uśmiechnęłam się do niego.
Zamrugał
gwałtownie i popatrzył na mnie, nie rozumiejąc niczego.
-
Ta piosenka - powiedziałam mu - Nie ma lepszej miłości.
Przez
jego twarz przepłynął błysk zrozumienia.
-
Dajesz mi to, co najlepsze - wyjaśniłam mu.
-
Jezu, Aniu - mruknął i wreszcie uklęknął obok kanapy, by patrzeć na moją twarz
na wprost, a nie do góry nogami.
-
Co? - szepnęłam i przyłożyłam dłoń do jego ogolonego policzka.
-
Chryste… - wymamrotał i schylił głowę, by dotknąć czołem do mojego ramienia -
Dajesz mi dużo więcej, niż ja tobie. To
jest lepsza miłość.
Nie
zgadzałam się z tym, ale nie zamierzałam się z nim w danej chwili o to kłócić.
-
Muszę się trochę umyć - powiedziałam mu.
Spojrzał
na moją klatkę piersiową, uśmiechnął się i zaczął się podnosić.
-
Tak - powiedział, kiedy złapał mnie za rękę i pociągnął ze sobą - Prysznic.
Kiedy
szliśmy do łazienki, przyciągnął mnie do siebie.
-
Jakbym go nie wyjął… - zapytał z ciekawością w głosie - odsunęłabyś się, czy
może raczej połknęła?
Zawahałam
się.
-
Nie jestem pewna - przyznałam.
Spojrzałam
na niego z nagłym wstydem.
-
Może bym połknęła - przyznałam cicho - to przecież ty.
Patrzył
na mnie przez chwilę z dziwnym, trudnym do rozszyfrowania wyrazem twarzy, a
potem przyciągnął mnie do swojego ciała i westchnął w moje włosy - Jezu, jak ja
cię kocham.
Potem
pocałował mnie i nie był to delikatny pocałunek.
Zważywszy,
że byliśmy już w łazience, weszliśmy pod prysznic i tam go dokończyliśmy.
I
tam miałam swój orgazm numer trzy.
Fantastyczny.
*****
Godzinę później
Po
prysznicu dokończyliśmy sprzątanie domu i zrobiliśmy to razem.
Potem
położyliśmy się na kanapie: ja z przodu, a Filip za mną, z ręką zgiętą w łokciu
i opartą na niej głową i obejrzeliśmy jakąś komedię, której nie do końca
pamiętałam, więc być może zasnęłam w jej trakcie, ale Filip nie odezwał się na
ten temat.
Potem
poszliśmy do łóżka i kochaliśmy się delikatnie i powoli, więc miałam orgazm
numer cztery, a Filip numer dwa.
Kiedy
już ułożyliśmy się do snu tak, jak ostatnio to robiliśmy, czyli ja w większości
na Filipie, powiedziałam mu wreszcie, co mi chodziło po głowie przez te kilka
godzin.
-
Dobranoc… hmmm… Cichy?
Zamarł.
Nie
poruszył się, więc nie widziałam jego twarzy, kiedy mi odpowiedział.
-
Tak mnie nazwali w wojsku.
Mogłam
to zrozumieć, bo przecież jego praca wymagała ciszy i skupienia.
Jednak
chyba nie o to chodziło.
Czekałam,
bo wydawało mi się, że chce powiedzieć coś więcej.
-
Nienawidziłem swojego nazwiska - wyjaśnił mi - Bo nie było moje.
-
Co? - szepnęłam i uniosłam się na łokciu, żeby zawisnąć twarzą nad jego klatką
piersiową i patrzeć w jego oczy w ciemności naszej sypialni.
Jedną
rękę trzymał zgiętą z dłonią pod głową, a drugą wsunął po moich plecach w moje
włosy na karku.
Lubiłam
to.
-
Kiedy mnie znaleźli jako noworodka… - powiedział - nie miałem żadnych
dokumentów, nie dowiedzieli się niczego
o moich rodzicach, więc nadali mi przypadkowe imię i nazwisko. Nawet nie wiem
skąd to wytrzasnęli.
O,
Matko!
Poczułam,
że moja klatka piersiowa zacisnęła się na myśl, co Filip musiał przeżywać jako
dziecko i nastolatek.
Nie
miałam szansy na odpowiedź.
Filip
jej nie oczekiwał.
Chociaż
i tak nie wiedziałabym, co powiedzieć.
-
Więc nie lubiłem, kiedy wołali mnie Lifer[2]. Ani wcześniej, ani w
wojsku - Filip mówił dalej, nie zważając na moje rozterki - Ale w wojsku miałem
kolegów, którzy to respektowali, takich jak David, więc zaczęli zauważać, że
nie lubiłem dużo mówić i nazwali mnie Cichy właśnie od tego.
-
Och - szepnęłam, a potem opuściłam głowę, żeby dotknąć ustami do jego skóry i
miałam otwarte oczy, ale nie widziałam niczego.
Pomyślałam
chwilę i podniosłam głowę, by znowu na niego spojrzeć.
-
Więc będę pani Cicha? - spytałam go o coś, o czym nigdy nie pomyślałam i o czym
nie rozmawialiśmy.
Wstrzymałam
oddech, kiedy nie reagował przez minutę, bo zastygł w całkowitym bezruchu.
A
potem Filip nagle wysunął rękę spod swojej głowy, trochę się uniósł, żeby
patrzeć mi bardziej wprost w oczy, a później przewrócił mnie na plecy, żeby być
nade mną.
Jego
oczy błyszczały.
-
A może ty zachowasz swoje nazwisko, a
ja je przyjmę? - zapytał niespodziewanie.
Cóż.
Niespodziewanie
dla mnie, bo wyglądało na to, że on wszystko
to sobie już wcześniej przemyślał.
Oddychałam
przez chwilę ciężko i patrzyłam z szeroko otwartymi oczami i ustami na wyraz
jego twarzy, w którym było coś dobrego.
Kiedy
ja nic nie mówiłam, on powiedział.
-
Kocham brzmienie twojego pełnego nazwiska - przyznał - To właśnie wybudziło
mnie ze snu, kiedy byliśmy tam…
O,
Matko!
Wiedziałam!
-
Tak! - przerwałam mu głośno - Jenny
będzie zachwycona - dodałam ciszej po sekundzie.
Patrzyłam,
jak jego twarz złagodniała.
-
Nie ma już mężczyzn z tym nazwiskiem… - wyjaśniłam mu, przełykając ukłucie bólu
z tym związane - więc tak będzie szansa na jego kontynuację.
-
Kocham cię, Skarbie - powiedział nagle Filip i wiedziałam, że spodobało mu się
to wszystko.
Miał
być częścią i kontynuacją rodziny.
Rodziny,
której większość zginęła, ale my mogliśmy ją odbudować.
Przynajmniej
trochę.
-
Ale i tak będę na ciebie mówiła Cichy - zagroziłam, a Filip roześmiał się,
pochylił do mnie i wciąż się śmiejąc, pocałował mnie.
Jakby
to w ogóle nie była groźba.
A
potem przestał się śmiać i dał mi orgazm numer pięć, podczas którego sobie też
wziął.
O,
Matko!
Jak
ja go kochałam.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń