czwartek, 21 lipca 2022

13 - Jestem, kochanie

 

Rozdział 13

Jestem, kochanie

Anna

 

 

Odwróciłam się bokiem do kierunku jazdy z nogami ugiętymi w kolanach, leżącymi na tylnej kanapie, wyciągnęłam szyję, by spojrzeć ponad oparciem i patrzyłam na uciekający dom.

Nigdy wcześniej go nie widziałam, a był piękny.

Zieleń dookoła, terakotowe ściany i weranda z dachem, dającym dużo cienia w gorące letnie dni w Luizjanie.

Nadal nie lubiłam go, bo budził we mnie grozę.

Niczym lochy.

Bo był moim więzieniem.

Było tam dużo biegających mężczyzn.

Wszyscy mieli broń.

Musiałam tam zostać, jeśli chciałam, żeby Filip mnie znalazł, chociaż nie było to bezpieczne.

Przejeżdżaliśmy już przez bramę, kiedy się zdecydowałam.

Skorzystałam z tego, że na tylnym siedzeniu byłam sama i że byłam przytomna, bardzo przytomna.

Nie spojrzałam w kierunku osiłków, jadących na przednich siedzeniach.

Szybko mocniej skuliłam nogi w kolanach i przełożyłam bose stopy przez skrępowane ręce, a potem już miałam więzy z przodu.

Sięgnęłam przed siebie i otworzyłam drzwi, przy których siedziałam, a potem przechyliłam się na brzuch i zobaczyłam żwirową drogę, uciekającą spod kół samochodu, którym mnie wieźli.

O, Matko Jedyna!

Jak szybko!

Nie myślałam.

Musiałam działać.

Ktoś warknął coś za moimi plecami, ale nie odwracałam się, tylko odepchnęłam się od siedzenia i wyskoczyłam.

Uderzenie w żwir było bolesne.

Wylądowałam na lewym boku, przeturlałam się przez plecy, a przy tym poczułam ostre kamienie wbijające się w skórę mojego nagiego ramienia i biodra, które było osłonięte sukienką, zanim oparłam się na czubku głowy, podparłam rękoma i uklękłam.

Samochód, z którego wyskoczyłam, ujechał jeszcze kilka metrów, po czym zatrzymał się i zaczął cofać.

Nie patrzyłam.

Zerwałam się na nogi i schylona pobiegłam w stronę niskich krzaków, okalających drogę, ale natychmiast zorientowałam się, że to była grobla, a po obu stronach za krzakami była stojąca woda.

Tak jak myślałam, byliśmy na bagnach Luizjany.

Aligatory.

Zdecydowałam się więc biec w stronę, z której przyjechaliśmy.

Tam był Filip z jego przyjaciółmi.

Kiedy pobiegłam parę metrów, usłyszałam coś dziwnego.

Jakby ktoś wołał moje imię.

- Alba! - rozpoznałam warczący nisko głos Davida, więc, nie zatrzymując się, ale trochę zwalniając, spojrzałam w tamtą stronę.

- Padnij! - warknął, kiedy przebiegłam obok niego, kryjącego się w krzewach na poboczu tak dobrze, że nie byłby dla mnie w ogóle widoczny, gdyby się nie odezwał.

Usłyszałam coś, jakby puknięcie i samochód się zatrzymał.

Już miałam wykonać jego polecenie, bo nie myślałam o tym, ale zawsze posłuchałabym Davida, bo wiedział, co mówił, ale w tej samej chwili zobaczyłam wybiegającego zza bramy na drogę Filipa.

Filip!

O, Matko!

Był zaledwie kilkadziesiąt metrów ode mnie, więc skręciłam w stronę środka drogi, a potem do brzegu, znowu i znowu, i tak zakosami pobiegłam dalej, tylko trochę bardziej się schylając.

Nie oglądałam się.

Za sobą usłyszałam strzały, które brzmiały inaczej, niż znałam to z filmów.

Niektóre z nich pochodziły od tych, o których wiedziałam, że wysiedli z samochodu, który mnie ścigał i było ich dużo, a inne od Davida, co poznałam po kierunku, z którego je słyszałam.

Te od Davida były pojedyncze, cichsze i po każdym z nich słyszałam albo upadające ciało, albo pękającą oponę.

Po tych od samochodu czułam coś innego i zwykle nie było to dobre.

Kilka spowodowało rozpryski żwiru obok moich nóg i po nich Filip zawołał - Aniu, padnij! - a po kolejnym poczułam uderzenie w prawy bok w plecy pod żebrami.

Zdziwiłam się.

Nie bolało.

Widziałam już wtedy wyraźnie oczy Filipa i zobaczyłam, jak pojawiło się w nich przerażenie, ale nie zdążyłam tego przetworzyć, kiedy kilka strzałów spowodowało pojawienie się czterech dziwnych plam na tym czarnym czymś na piersi Filipa.

Filip zatrzymał się, jego twarz przybrała wyraz zaskoczenia, a potem bok jego szyi rozbłysnął czerwienią, która rozprysła się do tyłu.

Ciało Filipa szarpnęło się, tułów się przekręcił, podniósł rękę do piersi, zatrzymał się, jego kolana się ugięły i zaczął się osuwać na plecy.

Nie, nie, nie, nie!

- Nie! - wrzasnęłam, ale nie usłyszałam mojego krzyku, a dwa kroki dalej ogarnęła mnie ciemność.

Upadłam.

*****

Następnego dnia

Byłam nieprzytomna i obudziłam się na krótko.

*****

Dzień później

Czułam w sobie tylko pustkę.

*****

Dwa dni po tym

Byłam martwa.

*****

Martwa.

Nie ciałem, ale od środka.

*****

Nie było nic.

Mijał czas, ale nie było nic.

*****

*****

- Aniu - powiedziała cicho moja siostra, więc otworzyłam oczy, by zobaczyć, że wyjmowała z przyniesionej przez siebie torby na wysoki stolik, który stał obok mojego szpitalnego łóżka, butelkę z wodą niegazowaną, biszkopty domowej roboty i patrzyła na mnie z troską - Może jednak coś zjesz? Przyniosłam ci również koszulkę i spodnie dresowe, żebyś mogła się przebrać.

- Tak - odpowiedziałam jej cicho - dziękuję. Później zjem.

Usłyszałam, jak cicho westchnęła.

Wiedziałam, że mój głos nie brzmiał właściwie.

Był bez wyrazu.

Ale nie mogłam wykrzesać z siebie nic więcej.

Nie miałam energii.

Jenny była przy mnie w szpitalu od dwóch dni, od kiedy ocknęłam się na łóżku, podłączona pod kroplówki, z opatrzonym bokiem i rękoma.

Postrzelili mnie, ale rana była niegroźna, kula nie uszkodziła niczego poważnego, tylko przeszła czysto przez wątrobę.

Miało się szybko zagoić.

Poważniejszą ranę nosiłam w duszy.

Filip nie żył.

Przyjechał tu, zorganizował misję ratunkową, sprowadził dla mnie moją siostrę i… zginął.

A ja to widziałam.

Mój Filip zginął na moich oczach za mnie, a ja nie dałam rady pójść za nim.

O, Matko…

Ponieważ straciłam dużo krwi, więc miałam być w szpitalu jeszcze przez dzień lub dwa, by dostawać kroplówki, a później Jenny postanowiła zabrać mnie do siebie, do ich domu, żebym zamieszkała z jej rodziną.

Powinnam się cieszyć, ale nie potrafiłam.

Nie miałam siły nawet na to, by podnieść rękę i odgarnąć włosy z twarzy.

Filip nie żył.

Nic nie miało sensu.

Moje życie było puste.

*****

Jenny opowiadała mi o swoich dzieciach, o ich domu, którego nigdy nie widziałam, o sąsiadach, ale ja nie potrafiłam wykrzesać z siebie niczego oprócz niemrawych mruknięć: Acha i Tak.

Słyszałam ją, jakby była za ścianą.

Aż w końcu Jenny spostrzegła, co się ze mną działo.

- Ten mężczyzna - zapytała z wahaniem - ten, który zadzwonił do mnie z informacją, że jesteś… On dla ciebie coś znaczył?

Przełknęłam bolesną gulę, która zablokowała mi gardło.

- Tak - chciałam szepnąć, ale wyszedł mi z tego jęk.

Bolesny jęk, który powiedział Jenny wszystko.

- Och, kochanie - szepnęła.

Zamknęłam oczy i odwróciłam głowę.

Nie byłam w stanie tego znieść, by się nie rozpłakać.

Moje myśli opanowało to jedno, co było jak rozpalona, jątrząca rana w mojej duszy - Filip nie żyje.

Nie płakałam przy Jenny, starałam się być pogodna, chociaż wiedziałam, że wygląda to na fałsz, ale też nie mówiłam o moim życiu w Salt Lake City.

Segregowałam wspomnienia tych cudownych dni, które spędziłam z moim ukochanym i wiedziałam, że nigdy nie będę miała nic piękniejszego.

Nie bez Filipa.

Więc milczałam.

*****

Wieczorem czwartego dnia

Jenny w końcu poddała się, jak dzień wcześniej, poprzedniego dnia i tego dnia rano, usiadła w fotelu, który stał w rogu mojego pokoju i czekała na pielęgniarkę, która miała mi zdjąć kroplówkę i przynieść kolację.

Przymknęłam oczy i bardzo starałam się nie poddawać rozpaczy, kiedy mój umysł zalały obrazy z domu Filipa, z naszych wizyt u przyjaciół, u jego rodziny, o których również nic nie powiedziałam Jenny.

Skupiłam się na tym tak bardzo, że nie usłyszałam, że ktoś wszedł do mojego pokoju, więc zaskoczył mnie niski głos mruczący do mojej siostry.

- Śpi? - poznałam głos Davida i poczułam łzy szczypiące mnie w tył oczu.

To był pierwszy raz, kiedy ktoś z nich mnie odwiedzał, odkąd się ocknęłam i jak byłam przytomna, bo wcześniej byłam nieprzytomna, a wieczorem dostawałam leki uspokajające, więc przez całą noc spałam jak zabita.

- Przed chwilą nie spała - głos mojej siostry zbliżył się do łóżka.

Otworzyłam ostrożnie oczy, starając się panować nad moimi emocjami.

- Hej, Słonko - powiedział David cicho i bardzo łagodnie - Jak się masz?

Powiedział to tak łagodnie, że zamrugałam, żeby opanować łzy, znowu cisnące mi się do oczu, bo nigdy nie słyszałam, żeby David tak mówił, chyba że do Maggie lub Jima.

O, Matko!

Żałował mnie.

Nie mogłam się odezwać.

Patrzyłam potem nieruchomo na niego, oddychając płytko, żeby chociaż trochę panować nad moimi emocjami, a Jenny podeszła z drugiej strony łóżka i złapała mnie za rękę.

- Ania czuje się już lepiej - powiedziała stanowczo - Jutro lub pojutrze będzie mogła wyjść, a wtedy zamieszka z nami.

W wyraz twarzy Davida zmienił się na groźny, przyjaciel Filipa wyprostował się i jego twarz stała się wręcz przerażająca.

- Co? - wyszeptał groźnie.

- Ja… - zaczęłam, ale musiałam odchrząknąć, żeby usunąć to, co mi przeszkadzało w gardle - Przeprowadzam się.

- A co z… - zaczął David, ale mu przerwałam.

- Nie ma potrzeby, żebym wracała do SLC - powiedziałam szybko, ale ostrożnie, cicho i sama słyszałam suchy, fałszywy ton mojego głosu.

- Ale Filip… - powiedział David, a ja znowu mu przerwałam.

- Nie żyje, więc nie ma… - powiedziałam sucho i odwróciłam wzrok, żeby mieć siłę na dokończenie, ale to David mi przerwał, cofając się o pół kroku.

- Co takiego? - mruknął ze zdumieniem.

Podciągnęłam nogi i trzymałam je ramionami zgięte w kolanach, więc skuliłam się na łóżku, bo przyznanie tego na głos bolało, ale David mnie zmuszał, więc mówiłam dalej.

- Filip nie żyje, więc ja…

David prychnął dziwnie, szybko podszedł bardzo blisko mnie, zaczął zdejmować ze mnie kroplówkę i odczepiać różne urządzenia, do których byłam podłączona.

Nie reagowałam, bo byłam wręcz w szoku, że robił coś takiego.

W tym samym momencie weszła pielęgniarka i zaczęła krzyczeć, żeby przestał, ale, kiedy nie reagował i robił to dalej, pomogła mu, żeby nic nie zniszczył.

Chyba zdała sobie sprawę z tego, że niczego nie wskórałaby z nim siłą, a David był dość zdeterminowany.

Coś chciał zrobić.

Moich słabych protestów, które wreszcie z siebie wykrzesałam, też nie słuchał, a na pewno nie słuchał Jenny.

W tym babskim jazgocie wsunął pode mnie ramiona, jedno pod moimi kolanami, a drugie pod plecami i z łatwością podniósł mnie z łóżka, zdejmując ze mnie cienką, szpitalną kołdrę, którą miałam przykryte nogi.

Przycisnęłam brodę i skrzyżowane przedramiona do swojej klatki piersiowej i leżałam w jego objęciach całkowicie obojętnie.

Miałam na sobie bieliznę i za dużą koszulkę, którą Jenny przywiozła od siebie z domu i podejrzewałam, że należała do jej męża.

Nogi miałam gołe.

Wyszliśmy z mojego pokoju, przeszliśmy na sam koniec korytarza, a tam, jak zarejestrowałam półprzytomnie, stała pielęgniarka i kilku mężczyzn, których nie znałam, a którzy wyszli z poczekalni, prawdopodobnie na dźwięk kobiecych krzyków, jakie rozlegały się z mojej sali.

Pielęgniarka protestowała, czegoś zabraniała, mężczyźni cicho, bez słów bronili Davida, tworząc chroniącą go zaporę z ich ciał.

Byłam jedyną osobą całkowicie obojętną spośród nich wszystkich.

Było mi wszystko jedno, dokąd David mnie zabierał, bo przecież i tak to najważniejsze nie miało się zmienić.

Filip nie żył.

Weszliśmy do sali naprzeciwko stanowiska pielęgniarek, w której stało łóżko otoczone licznymi urządzeniami, które znałam i stojakami z kroplówkami.

Po co David mnie tu przyniósł?

Spojrzałam na łóżko.

Leżała na nim postać podłączona do płucoserca, przykryta do pasa cienką kołdrą, z obandażowaną szyją, ale widoczną resztą twarzy i włosami.

Długimi, ciemnymi włosami, które znałam i kochałam.

Filip!

Dobrze, że David trzymał mnie mocno, bo szarpnęłam się i nieomalże wyrwałam mu się, a to skutkowałoby moim upadkiem na podłogę.

Oddech, który mi się wyrwał, był bolesny i tak brzmiał.

O, Matko Jedyna!

Nie opuściłaś mnie!

Mój Filip żył i był gdzieś tam pod tymi wszystkimi rurkami.

David stanął blisko, ciągle trzymając mnie na rękach, ja patrzyłam na dół na łóżko i czułam szloch wyrywający się z mojej piersi, kiedy zakrywałam sobie usta jedną dłonią, a drugą wyciągałam do Filipa.

- Proszę - szepnęłam i błagalnie spojrzałam na Davida, a on zrozumiał o co mi chodziło, więc posadził mnie ostrożnie na krześle, które stało niedaleko.

Byłam bardzo słaba, lewe ramię i biodro miałam mocno poranione, prawy bok przestrzelony i opatrzony, ale nie chciałam się poddać.

Chciałam być jak najbliżej Filipa.

Mojego Filipa.

Podniosłam się na nogi i zaczęłam jedną ręką ciągnąć krzesło ze sobą, żeby przysunąć je do brzegu łóżka, bo chciałam dotykać Filipa.

David mi pomógł.

W końcu siedziałam więc na krześle, bosymi nogami dotykając podłogi, prawą rękę opierając się na łóżku i w dłoni trzymając Filipa za rękę, w której zgięcie był wbity wenflon.

- Jestem, kochanie - szeptałam przez łzy, które mnie dusiły - Jestem tu. Nie opuściłam cię. Nigdy cię nie opuszczę.

Poczułam, że David wyszedł i usłyszałam, że mruczał coś za drzwiami, jak podejrzewałam, rozmawiając z pielęgniarką, ale nie odwróciłam się.

Położyłam czoło na cienkiej kołdrze, którą Filip był okryty aż do piersi i zaczęłam się modlić najbardziej żarliwie, jak umiałam.

Jak nie modliłam się od kilku lat.

*****

Później w nocy

Obudziłam się na swoim łóżku, w swoim pokoju szpitalnym, więc rozejrzałam się, sprawdziłam, że byłam sama, natychmiast odrzuciłam kołdrę i wstałam.

Zatoczyłam się, ale złapałam się ściany.

Oparłam się o nią ramieniem, zebrałam siły, a potem ruszyłam do drzwi.

Byłam w tej samej za dużej koszulce, w majtkach i nadal miałam gołe nogi.

W mojej sali było całkiem ciemno, chociaż przez okno było widać światło lamp ulicznych kub z parkingu, ale na korytarzu świeciły się nieliczne boczne lampy.

Nie zauważyłam żadnej pielęgniarki, więc, opierając się o ściany z osłabienia, boso, na palcach przemknęłam po cichu do pokoju, w którym był Filip.

Pamiętałam, że wcześniej oparłam się ramionami o jego łóżko, położyłam tam głowę z czołem na jego dłoni i… musiałam zasnąć.

Widocznie później mnie przenieśli, żebym spała wyprostowana na łóżku i nie uciskała swojej rany.

Ale ja musiałam być z moim Filipem.

Musiałam.

Wiedziałam, że był w łóżku za drzwiami, które były w końcu korytarza, naprzeciwko stanowiska pielęgniarek.

Podkradłam się tam i czekałam przez chwilę przy ścianie.

Kiedy pielęgniarka dyżurująca schyliła się, żeby schować coś pod biurkiem, wślizgnęłam się po cichu do sali Filipa.

Zamarłam za progiem na kilka sekund.

Był tam.

Żaluzje w dużym oknie, które wychodziło na korytarz, były odsunięte, więc przestraszyłam się, że pielęgniarka mnie zobaczy, ale w tej samej chwili podszedł tam David i zagadnął ją o coś, zasłaniając mnie swoimi szerokimi plecami.

Odetchnęłam.

Przeszłam dookoła łóżka, żeby być po przeciwnej stronie niż duże okno wychodzące na korytarz, gdzie stała też większość monitorów i wsunęłam się pod kable.

Wśliznęłam się delikatnie na łóżko obok Filipa, starając się nie dotykać żadnych czujników, żeby nie wzbudzić alarmu i ułożyłam się wzdłuż niego, chowając się za jego ciałem.

Moje lewe, poranione ramię i biodro miałam na górze, ale opatrzony bok z raną po kuli pod sobą i trochę mi przeszkadzał.

Zignorowałam to.

Miałam przy twarzy jego nagi biceps, trzymałam dłoń między mocowaniami czujników na jego klatce piersiowej, unoszącej się rytmicznie pod wpływem powietrza tłoczonego przez respirator, schowałam nogi pod cienką kołdrę, którą Filip był okryty i chłonęłam jego obecność.

- Jestem tu, kochanie - szepnęłam najciszej, jak umiałam.

A potem zamknęłam oczy i zasnęłam.

Znowu.

*****

Kilka godzin później

Obudziła mnie starsza pielęgniarka, której siwe włosy były zaczesane w kok na tyle głowy, kiedy cicho weszła do sali, żeby sprawdzić i spisać na przyniesionej podkładce parametry na koniec swojej zmiany.

Musiała dochodzić szósta rano.

Wiedziałam to.

Nie drgnęłam, leżałam cichutko, wodząc za nią tylko oczami i czekałam, aż mnie zobaczyła.

- Święci Pańscy! - powiedziała półgłosem - Nie może pani tu być!

- Proszę ją zostawić - usłyszałam zza jej pleców głos Davida, pielęgniarka odwróciła się gwałtownie i otworzyła przy tym usta, więc wiedziałam, że chciała zaprotestować.

- Bardzo proszę - sugestywnie wymruczał David, a ja uznałam, że bardzo łagodnie jak na niego.

- Nie można… - zaczęła pielęgniarka - Przepisy… a co jak przyjdzie lekarz? - przeniosła wzrok na mnie i znowu na Davida.

- Wtedy zadecyduje - stanowczo, ale nadal z prośbą w głosie powiedział David, pielęgniarka westchnęła, popatrzyła na mnie tak jakoś łagodnie i przysunęła się, żeby sprawdzić Filipa.

Później spojrzała na mnie.

- Jesteś ranna, dziecko - cicho i delikatnie powiedziała mi coś, co wiedziałam - Rozerwiesz sobie szwy.

Ruszyłam raz głową przecząco, ale nie oderwałam ust od bicepsa Filipa ani dłoni z jego piersi.

- Jak przyjdzie lekarz, postaram się go uprzedzić - mówiła dalej delikatnie, współczująco, a mnie znowu łzy zaczęły zbierać się pod powiekami, bo pomyślałam, że ona nie miała w sobie tej wiary, że Filip przeżyje.

Jak ja wierzyłam.

Pielęgniarka wyszła, a ja spojrzałam na Davida i wreszcie odsunęłam lekko usta od skóry Filipa.

- Dziękuję - wyszeptałam i zobaczyłam, jak jego oczy złagodniały.

- Nie dziękuj - wymruczał David - Zrobił to dla ciebie.

- A wy dla niego - szepnęłam i przysunęłam znowu usta do skóry Filipa, bo dotarło do mnie jak dobrych przyjaciół miał Filip.

Był dobry i hojny, więc miał dobrych przyjaciół.

Nikt nie robiłby czegoś takiego dla człowieka, którego by nie kochał jak prawdziwego, oddanego przyjaciela.

Zamknęłam oczy, ale moje serce wypełniła wiara.

Najlepsza Matka nie pozwoliłaby, żeby ktoś tak dobry, hojny i piękny opuścił ten Nie-Najpiękniejszy ze Światów i uczynił go mniej pięknym.

- Nie pozwolę ci odejść - wyszeptałam przy skórze Filipa tak cicho, że sama ledwie to słyszałam.

Zasnęłam.

*****

Kilka godzin później

Moje łóżko miało podniesioną część pod plecami i było pościelone.

Na wpół siedziałam na nim na kołdrze, byłam ubrana w luźne, ale nie za duże spodnie dresowe i luźną, bawełnianą koszulkę z krótkim rękawem, które kupiła dla mnie moja siostra i czekałam aż do mojej żyły skończy płynąć ostatnia z kroplówek, jakie miałam dostać tego dnia.

Pielęgniarka właśnie ją podłączyła, więc miało to trochę potrwać.

Kiedy lekarz dyżurujący przyszedł do pokoju Filipa, obudził mnie łagodnie i bez złości nakazał mi powrót do mojego łóżka, żebym mogła zostać umyta, zbadana i bym dostała kroplówkę.

I żebym zjadła śniadanie, co zrobiłam po raz pierwszy od kilku dni.

Lekarz wyjaśnił mi wszystko cierpliwie i nie zabraniał mi powrotu do Filipa, ale powiedział, że tego dnia mieli spróbować odłączyć go od respiratora.

Filip został postrzelony w tętnicę szyjną i bardzo szybko stracił bardzo dużo krwi, więc przez kilka minut jego mózg był niedotleniony.

Reanimowali go natychmiast, ale akcja serca zatrzymała się kilka razy, zanim dotarli z nim helikopterem do tego szpitala.

Chirurg naczyniowy od razu zszył tętnicę, ale było konieczne podłączenie Filipa do respiratora, by nie rozerwał sobie szwów niekontrolowanym ruchem.

Również dlatego był utrzymywany w śpiączce farmakologicznej.

Teraz rana się trochę zrosła, więc można było usunąć rurkę intubacyjną i utrzymywać go w śpiączce jeszcze przez jeden dzień, kiedy będzie sam oddychał.

A przy tym sprawdziliby, jaki był stan Filipa i czy niedotlenienie mózgu spowodowało duże uszkodzenia.

Chciałam być podczas tego zabiegu koło niego.

Lekarz się zgodził i zapowiedział, że będzie tam również chirurg, który operował Filipa, żeby kontrolować szwy na jego szyi.

Czekałam niecierpliwie, żebym mogła tam wrócić.

Do mojego Filipa.

Do pokoju weszła Jenny, która była u chłopaków w poczekalni z biszkoptami, których znowu przyniosła mi całe pudełko, więc kazałam jej zanieść to do nich, żeby mieli coś do jedzenia oprócz pizzy, którą, jak już wiedziałam od Davida, zamówili sobie poprzedniego dnia na kolację.

- Hej, Słonko - powiedziała łagodnie, ale widziałam, że była spokojniejsza o mnie, odkąd odzywałam się do niej, zjadłam przy niej śniadanie i poznała mężczyzn, którzy się mną opiekowali.

Uśmiechnęłam się do niej niepewnie.

Nadal, zapewne, chciałaby wiedzieć coś więcej.

Nie rozmawiałyśmy od ponad pięciu lat, a byłam jej małą siostrzyczką.

Zaledwie usiadła na krzesełku obok mojego łóżka, kiedy usłyszałyśmy pukanie, a, po zaproszeniu, do mojego pokoju wszedł mężczyzna, którego nie znałam, a za nim David, który miał ponurą minę.

- Dzień dobry. Agent specjalny Leon Leader - przedstawił się nieznajomy - Major David Lichtwitz powiedział, że to panią odbijali po porwaniu przez Carlosa Nebuenitto.

Major?

Przytaknęłam.

- Czy zgodzi się pani na udzielenie mi krótkich zeznań w tej sprawie? - spytał i natychmiast wyjaśnił - Carlos Nebuenitto żyje, jest ranny i przebywa pod strażą w szpitalu. Chcemy go oskarżyć o kilka przestępstw, ale nadal mamy za mało dowodów. Pani zeznania mogą nam bardzo pomóc.

- Przecież pan widzi, że jest ranna - powiedziała stanowczo moja siostra - jest za słaba…

- Zgadzam się - stanowczym tonem przerwałam Jenny, patrząc wprost w oczy agentowi.

Wyprostował się i popatrzył na mnie uważnie.

- Powiem wszystko, co pamiętam, żeby tamten zgnił w więzieniu - powiedziałam stanowczo i zobaczyłam wyraz twarzy Davida.

A to było coś… To było coś… Niesamowitego!

David bowiem w tej chwili wyglądał na dumnego… ze mnie.

Nigdy nie dało się odczytać myśli Davida z wyrazu jego twarzy.

O, Matko!

Agent Leader przysunął sobie drugie krzesło, David stanął nieco dalej, oparł się plecami o ścianę za nim, ramiona skrzyżował na piersiach, a lewą nogę o prawą w kostce.

Teraz jego twarz była starannie pusta.

Stał na straży.

O, Matko!

Pilnował, żeby nic mi się nie stało.

Jaki dobry przyjaciel.

Agent wyjął małe urządzenie, położył je na kołdrze, na której leżałam, tuż obok mojego biodra i spojrzał mi prosto w oczy.

- Czy zgadza się pani na nagrywanie tego? - zapytał, a ja słyszałam wcześniej pikanie urządzenia, więc wiedziałam, że już je włączył.

Skinęłam głową.

- Przepraszam, ale muszę to usłyszeć - powiedział łagodnie agent.

- Tak, zgadzam się - powiedziałam i poczułam, że coś mi przeszkadza w gardle, więc odchrząknęłam - Przepraszam - szepnęłam.

- Nic nie szkodzi - agent uśmiechnął się do mnie tak jakoś samymi oczami.

Miał bardzo ładne, brązowe oczy na czekoladowej twarzy i wśród ciemnych, wywiniętych rzęs.

Byłam pewna, że mógł mieć wiele kobiet.

Był przystojny.

Ale czułam, że David nie bardzo go lubił i, być może, nie ufał mu, więc się nie rozluźniłam.

- Agent specjalny Leon Leader - powiedział mężczyzna i wiedziałam że to było na użytek nagrania - Prowadzę przesłuchanie pani Anny Madison Philision w sprawie jej porwania przez Carlosa Nebuenitto. Świadkami są pan major David Lichtwitz, eks Marines i pani… - agent zwrócił się w stronę mojej siostry - proszę się przedstawić.

Jenny przysunęła się do łóżka samym wyprostowanym tułowiem.

- Jestem siostrą Ani - powiedziała - Jenny Black z domu Philision.

Agent skinął głową.

- Proszę się przedstawić - powiedział do mnie.

- Anna Madison Philision - powiedziałam do dyktafonu.

- Proszę opowiedzieć nam wszystko, co pani wie o Carlosie Nebuenitto - kontynuował - Jak go pani poznała, dlaczego panią porwał.

Wciągnęłam głęboki oddech, spojrzałam na Davida, który już prawie wszystko wiedział, a potem na siostrę, która właśnie miała się dowiedzieć.

Zwłaszcza o Andym.

Wyciągnęłam rękę, żeby ująć jej dłoń.

Zaczęłam mówić, patrząc tylko na nią.

I mówiłam wszystko.

Mówiłam tak przez pół godziny ze szczegółami, o których wcześniej powiedziałam tylko Filipowi, w czasie czego kapało z kroplówki do mojej żyły, aż skończyłam, a torebka na stojaku stała się pusta.

Weszła pielęgniarka, żeby ją zdjąć, a ja zamilkłam.

Byłam bardzo zmęczona i bardzo chciałam iść do Filipa.

Jenny płakała cicho przy moim łóżku, a szczęki Davida i agenta były tak twarde, że byłam pewna, że połamali sobie przynajmniej po jednym zębie.

- Tak - mruknął agent i sięgnął po urządzenie, a potem usłyszałam, jak je wyłączał, bo piknęło.

Milczeliśmy.

- Szkoda, że nie mamy dowodów - cicho powiedział w końcu Leader - Będzie pani słowo przeciwko jego. Ale dużo tego.

Wyprostowałam się i byłam pewna, że oczy mi błysnęły, bo prawie się uśmiechnęłam.

- Mamy dowody! - powiedziałam głośno - Przysłał mi ostatnio maila, w którym napisał, że zabił mojego brata i że zrobił Jasonowi to samo co Andy’emu. I jeszcze jest monitoring…

Spojrzałam na Davida, będąc nagle niepewna, ile mogłam powiedzieć.

- Tak - mruknął przyjaciel Filipa - Dostarczę to.

W tej właśnie chwili weszła do pokoju pielęgniarka z wózkiem.

- Lekarze już idą - powiedziała do mnie - Jeśli chce pani tam być, kiedy będą odłączali pana Lifera od respiratora, musimy już jechać.

- Tak! - powiedziałam głośno i zaczęłam natychmiast zdejmować nogi z łóżka, ale wtedy David poruszył się bardzo szybko i odsunął pielęgniarkę.

Wziął mnie na ręce i posadził na wózku.

Ojej!

- Dziękuję - szepnęłam speszona.

David odsunął się, a ja spojrzałam jeszcze na agenta, kiedy pielęgniarka zaczęła pchać wózek w stronę drzwi.

Spieszyła się.

I ja też.

- Jeśli będzie pan… - zaczęłam, odwracając głowę w stronę agenta Leadera.

- Znajdę panią i zgłoszę się - powiedział agent - Jedźcie już - dodał.

Widziałam jego lekki uśmiech.

Na jego twarzy było widać ulgę, bo właśnie wygrał swoją walkę.

Tak bardzo chciał pokonać Króla Przestępców.

Nieważne.

Teraz ważny był tylko Filip.

Jechałam do Filipa, więc odwróciłam się w tamtą stronę i nie myślałam o innych, nie zauważałam nikogo.

Na korytarzu przed salą Filipa stali już wszyscy mężczyźni, których poznałam z widzenia dzień wcześniej, pielęgniarka, a od strony windy nadchodzili lekarze w asyście kilku osób.

Zanim do nas podeszli, David przedstawił mi z imienia facetów, którzy pomogli Filipowi i jemu uratować mnie z rąk Króla.

Każdemu krótko podziękowałam, ale byłam rozproszona, bo czekałam na lekarzy i mój wzrok uciekał co chwilę w stronę drzwi do sali Filipa i zbierającego się tam tłumu.

Kiedy lekarz skinął na mnie, wstałam z wózka, pielęgniarka pozwoliła mi wejść do sali i stanęłam tam w kącie, by czekać na innych.

Weszły cztery osoby: pielęgniarka, lekarz prowadzący, inny lekarz i kobieta, na którą nie spojrzałam, bo lekarz Filipa zwrócił się do mnie.

- Pani Anno - powiedział cichym głosem - To jest doktor Paul Curandero, chirurg naczyniowy. Jeśli pani pozwoli będzie tu w asyście…

Przerwał mu głos, który w ciszy, panującej w sali, zabrzmiał jak krzyk.

- Anna Madison Philision! - powiedziała kobieta, która stała za lekarzem - Nie wierzę, to naprawdę ty?

Doktor Curandero spojrzał na mnie uważniej i wyraz jego twarzy się zmienił, jakby złagodniał i przepłynęło przez nią zrozumienie.

- Doktorze, Anna opiekowała się pana synem… - mówiła Giselle, moja dawna przyjaciółka, z którą byłyśmy razem w college’u Grossmana na kursie przygotowującym na medycynę.

Ona szykowała się na chirurgię, a ja na pediatrię, więc śmiałyśmy się, że ja już dawno będę zarabiała na siebie, kiedy ona będzie się jeszcze uczyła.

Życie bywa przewrotne.

 W tym momencie na łóżku coś się zadziało.

Ręka Filipa drgnęła, więc ja rzuciłam się do przodu, aparatura zapikała gwałtownie, a lekarz doskoczył do łóżka.

Pielęgniarka powstrzymała mnie ręką i podeszła do łóżka z drugiej strony.

- Panie Lifer, proszę się uspokoić - mówił lekarz - Został pan ranny, jest pan zaintubowany, muszę usunąć z pana gardła rurkę.

Nie słuchałam dalej, bo wiedziałam, jak to wyglądało.

Byłam kiedyś przy takiej chwili.

Nie było to przyjemne, ale oznaczało, że Filip będzie mógł oddychać samodzielnie i tylko to się dla mnie liczyło.

Było z nim lepiej.

Wrócił do mnie.

Po usunięciu rurki intubacyjnej z gardła Filipa, lekarz jeszcze coś do niego mówił, pytał go, dostawał ciche, ale spójne odpowiedzi, chirurg obejrzał szwy i orzekł, że nie zostały naruszone.

Wyjaśnili obaj Filipowi i mnie, czego należało się spodziewać, a potem, że Filip będzie musiał przespać jeszcze przynajmniej dobę.

Przez ten cały czas Filip patrzył tylko na mnie, a ja tylko na niego.

Dygotałam z emocji.

Do sali cicho wszedł David, przysunął się do mnie i pozwolił mi się o siebie oprzeć, żebym mogła ustać na nogach.

A potem, kiedy wreszcie wszyscy wyszli, David dosunął krzesło do boku łóżka i pomógł mi tam usiąść.

- Filip - wyszeptałam.

- Jesteś tu - wychrypiał mój ukochany.

Wzięłam do ręki delikatnie jego dłoń, do której miał przyczepione czujniki i uniosłam ją do ust.

- Jestem, kochanie. Nigdy cię nie opuszczę - powiedziałam i starałam się uśmiechnąć, chociaż trochę drżały mi wargi - Przecież obiecałam.

- Tak - wymamrotał Filip i oczy zaczęły mu się zamykać.

- Śpij, kochanie - szepnęłam i położyłam jego rękę na łóżku, ale nie puściłam go.

Nie zamierzałam odchodzić.

 


 

2 komentarze: