Rozdział 13
Anna
Odwróciłam
się bokiem do kierunku jazdy z nogami ugiętymi w kolanach, leżącymi na tylnej
kanapie, wyciągnęłam szyję, by spojrzeć ponad oparciem i patrzyłam na
uciekający dom.
Nigdy
wcześniej go nie widziałam, a był piękny.
Zieleń
dookoła, terakotowe ściany i weranda z dachem, dającym dużo cienia w gorące
letnie dni w Luizjanie.
Nadal
nie lubiłam go, bo budził we mnie grozę.
Niczym
lochy.
Bo
był moim więzieniem.
Było
tam dużo biegających mężczyzn.
Wszyscy
mieli broń.
Musiałam
tam zostać, jeśli chciałam, żeby Filip mnie znalazł, chociaż nie było to
bezpieczne.
Przejeżdżaliśmy
już przez bramę, kiedy się zdecydowałam.
Skorzystałam
z tego, że na tylnym siedzeniu byłam sama i że byłam przytomna, bardzo przytomna.
Nie
spojrzałam w kierunku osiłków, jadących na przednich siedzeniach.
Szybko
mocniej skuliłam nogi w kolanach i przełożyłam bose stopy przez skrępowane
ręce, a potem już miałam więzy z przodu.
Sięgnęłam
przed siebie i otworzyłam drzwi, przy których siedziałam, a potem przechyliłam
się na brzuch i zobaczyłam żwirową drogę, uciekającą spod kół samochodu, którym
mnie wieźli.
O,
Matko Jedyna!
Jak
szybko!
Nie
myślałam.
Musiałam
działać.
Ktoś
warknął coś za moimi plecami, ale nie odwracałam się, tylko odepchnęłam się od
siedzenia i wyskoczyłam.
Uderzenie
w żwir było bolesne.
Wylądowałam
na lewym boku, przeturlałam się przez plecy, a przy tym poczułam ostre kamienie
wbijające się w skórę mojego nagiego ramienia i biodra, które było osłonięte
sukienką, zanim oparłam się na czubku głowy, podparłam rękoma i uklękłam.
Samochód,
z którego wyskoczyłam, ujechał jeszcze kilka metrów, po czym zatrzymał się i
zaczął cofać.
Nie
patrzyłam.
Zerwałam
się na nogi i schylona pobiegłam w stronę niskich krzaków, okalających drogę, ale
natychmiast zorientowałam się, że to była grobla, a po obu stronach za krzakami
była stojąca woda.
Tak
jak myślałam, byliśmy na bagnach Luizjany.
Aligatory.
Zdecydowałam
się więc biec w stronę, z której przyjechaliśmy.
Tam był Filip z jego
przyjaciółmi.
Kiedy
pobiegłam parę metrów, usłyszałam coś dziwnego.
Jakby
ktoś wołał moje imię.
-
Alba! - rozpoznałam warczący nisko głos Davida, więc, nie zatrzymując się, ale trochę
zwalniając, spojrzałam w tamtą stronę.
-
Padnij! - warknął, kiedy przebiegłam
obok niego, kryjącego się w krzewach na poboczu tak dobrze, że nie byłby dla
mnie w ogóle widoczny, gdyby się nie odezwał.
Usłyszałam
coś, jakby puknięcie i samochód się zatrzymał.
Już
miałam wykonać jego polecenie, bo nie myślałam o tym, ale zawsze posłuchałabym
Davida, bo wiedział, co mówił, ale w tej samej chwili zobaczyłam wybiegającego zza
bramy na drogę Filipa.
Filip!
O,
Matko!
Był
zaledwie kilkadziesiąt metrów ode mnie, więc skręciłam w stronę środka drogi, a
potem do brzegu, znowu i znowu, i tak zakosami pobiegłam dalej, tylko trochę
bardziej się schylając.
Nie
oglądałam się.
Za
sobą usłyszałam strzały, które brzmiały inaczej, niż znałam to z filmów.
Niektóre
z nich pochodziły od tych, o których wiedziałam, że wysiedli z samochodu, który
mnie ścigał i było ich dużo, a inne od Davida, co poznałam po kierunku, z
którego je słyszałam.
Te
od Davida były pojedyncze, cichsze i po każdym z nich słyszałam albo upadające
ciało, albo pękającą oponę.
Po
tych od samochodu czułam coś innego i zwykle nie było to dobre.
Kilka
spowodowało rozpryski żwiru obok moich nóg i po nich Filip zawołał - Aniu, padnij! - a po kolejnym poczułam
uderzenie w prawy bok w plecy pod żebrami.
Zdziwiłam
się.
Nie
bolało.
Widziałam
już wtedy wyraźnie oczy Filipa i zobaczyłam, jak pojawiło się w nich przerażenie,
ale nie zdążyłam tego przetworzyć, kiedy kilka strzałów spowodowało pojawienie
się czterech dziwnych plam na tym czarnym czymś na piersi Filipa.
Filip
zatrzymał się, jego twarz przybrała wyraz zaskoczenia, a potem bok jego szyi
rozbłysnął czerwienią, która rozprysła się do tyłu.
Ciało
Filipa szarpnęło się, tułów się przekręcił, podniósł rękę do piersi, zatrzymał
się, jego kolana się ugięły i zaczął się osuwać na plecy.
Nie,
nie, nie, nie!
-
Nie! - wrzasnęłam, ale nie usłyszałam
mojego krzyku, a dwa kroki dalej ogarnęła mnie ciemność.
Upadłam.
*****
Następnego dnia
Byłam
nieprzytomna i obudziłam się na krótko.
*****
Dzień później
Czułam
w sobie tylko pustkę.
*****
Dwa dni po tym
Byłam
martwa.
*****
Martwa.
Nie
ciałem, ale od środka.
*****
Nie
było nic.
Mijał
czas, ale nie było nic.
*****
*****
-
Aniu - powiedziała cicho moja siostra, więc otworzyłam oczy, by zobaczyć, że wyjmowała
z przyniesionej przez siebie torby na wysoki stolik, który stał obok mojego
szpitalnego łóżka, butelkę z wodą niegazowaną, biszkopty domowej roboty i
patrzyła na mnie z troską - Może jednak coś zjesz? Przyniosłam ci również
koszulkę i spodnie dresowe, żebyś mogła się przebrać.
-
Tak - odpowiedziałam jej cicho - dziękuję. Później zjem.
Usłyszałam,
jak cicho westchnęła.
Wiedziałam,
że mój głos nie brzmiał właściwie.
Był
bez wyrazu.
Ale
nie mogłam wykrzesać z siebie nic więcej.
Nie
miałam energii.
Jenny
była przy mnie w szpitalu od dwóch dni, od kiedy ocknęłam się na łóżku,
podłączona pod kroplówki, z opatrzonym bokiem i rękoma.
Postrzelili
mnie, ale rana była niegroźna, kula nie uszkodziła niczego poważnego, tylko
przeszła czysto przez wątrobę.
Miało
się szybko zagoić.
Poważniejszą
ranę nosiłam w duszy.
Filip
nie żył.
Przyjechał
tu, zorganizował misję ratunkową, sprowadził dla mnie moją siostrę i… zginął.
A
ja to widziałam.
Mój Filip zginął na moich oczach za mnie, a ja nie dałam rady pójść za
nim.
O,
Matko…
Ponieważ
straciłam dużo krwi, więc miałam być w szpitalu jeszcze przez dzień lub dwa, by
dostawać kroplówki, a później Jenny postanowiła zabrać mnie do siebie, do ich
domu, żebym zamieszkała z jej rodziną.
Powinnam
się cieszyć, ale nie potrafiłam.
Nie
miałam siły nawet na to, by podnieść rękę i odgarnąć włosy z twarzy.
Filip
nie żył.
Nic
nie miało sensu.
Moje
życie było puste.
*****
Jenny
opowiadała mi o swoich dzieciach, o ich domu, którego nigdy nie widziałam, o
sąsiadach, ale ja nie potrafiłam wykrzesać z siebie niczego oprócz niemrawych
mruknięć: Acha i Tak.
Słyszałam
ją, jakby była za ścianą.
Aż
w końcu Jenny spostrzegła, co się ze mną działo.
-
Ten mężczyzna - zapytała z wahaniem - ten, który zadzwonił do mnie z
informacją, że jesteś… On dla ciebie coś znaczył?
Przełknęłam
bolesną gulę, która zablokowała mi gardło.
-
Tak - chciałam szepnąć, ale wyszedł mi z tego jęk.
Bolesny
jęk, który powiedział Jenny wszystko.
-
Och, kochanie - szepnęła.
Zamknęłam
oczy i odwróciłam głowę.
Nie
byłam w stanie tego znieść, by się nie rozpłakać.
Moje
myśli opanowało to jedno, co było jak rozpalona, jątrząca rana w mojej duszy - Filip nie żyje.
Nie
płakałam przy Jenny, starałam się być pogodna, chociaż wiedziałam, że wygląda
to na fałsz, ale też nie mówiłam o moim życiu w Salt Lake City.
Segregowałam
wspomnienia tych cudownych dni, które spędziłam z moim ukochanym i wiedziałam,
że nigdy nie będę miała nic
piękniejszego.
Nie
bez Filipa.
Więc
milczałam.
*****
Wieczorem
czwartego dnia
Jenny
w końcu poddała się, jak dzień wcześniej, poprzedniego dnia i tego dnia rano,
usiadła w fotelu, który stał w rogu mojego pokoju i czekała na pielęgniarkę,
która miała mi zdjąć kroplówkę i przynieść kolację.
Przymknęłam
oczy i bardzo starałam się nie poddawać rozpaczy, kiedy mój umysł zalały obrazy
z domu Filipa, z naszych wizyt u przyjaciół, u jego rodziny, o których również
nic nie powiedziałam Jenny.
Skupiłam
się na tym tak bardzo, że nie usłyszałam, że ktoś wszedł do mojego pokoju, więc
zaskoczył mnie niski głos mruczący do mojej siostry.
-
Śpi? - poznałam głos Davida i poczułam łzy szczypiące mnie w tył oczu.
To
był pierwszy raz, kiedy ktoś z nich mnie odwiedzał, odkąd się ocknęłam i jak byłam
przytomna, bo wcześniej byłam nieprzytomna, a wieczorem dostawałam leki
uspokajające, więc przez całą noc spałam jak zabita.
-
Przed chwilą nie spała - głos mojej siostry zbliżył się do łóżka.
Otworzyłam
ostrożnie oczy, starając się panować nad moimi emocjami.
-
Hej, Słonko - powiedział David cicho i bardzo łagodnie - Jak się masz?
Powiedział
to tak łagodnie, że zamrugałam, żeby opanować łzy, znowu cisnące mi się do
oczu, bo nigdy nie słyszałam, żeby David tak mówił, chyba że do Maggie lub
Jima.
O,
Matko!
Żałował
mnie.
Nie
mogłam się odezwać.
Patrzyłam
potem nieruchomo na niego, oddychając płytko, żeby chociaż trochę panować nad
moimi emocjami, a Jenny podeszła z drugiej strony łóżka i złapała mnie za rękę.
-
Ania czuje się już lepiej - powiedziała stanowczo - Jutro lub pojutrze będzie
mogła wyjść, a wtedy zamieszka z nami.
W
wyraz twarzy Davida zmienił się na groźny, przyjaciel Filipa wyprostował się i
jego twarz stała się wręcz przerażająca.
-
Co? - wyszeptał groźnie.
-
Ja… - zaczęłam, ale musiałam odchrząknąć, żeby usunąć to, co mi przeszkadzało w gardle - Przeprowadzam się.
-
A co z… - zaczął David, ale mu przerwałam.
-
Nie ma potrzeby, żebym wracała do SLC - powiedziałam szybko, ale ostrożnie,
cicho i sama słyszałam suchy, fałszywy ton mojego głosu.
-
Ale Filip… - powiedział David, a ja znowu mu przerwałam.
-
Nie żyje, więc nie ma… - powiedziałam sucho i odwróciłam wzrok, żeby mieć siłę
na dokończenie, ale to David mi przerwał, cofając się o pół kroku.
-
Co takiego? - mruknął ze zdumieniem.
Podciągnęłam
nogi i trzymałam je ramionami zgięte w kolanach, więc skuliłam się na łóżku, bo
przyznanie tego na głos bolało, ale
David mnie zmuszał, więc mówiłam dalej.
-
Filip nie żyje, więc ja…
David
prychnął dziwnie, szybko podszedł bardzo blisko mnie, zaczął zdejmować ze mnie kroplówkę
i odczepiać różne urządzenia, do których byłam podłączona.
Nie
reagowałam, bo byłam wręcz w szoku, że robił coś takiego.
W
tym samym momencie weszła pielęgniarka i zaczęła krzyczeć, żeby przestał, ale,
kiedy nie reagował i robił to dalej, pomogła mu, żeby nic nie zniszczył.
Chyba
zdała sobie sprawę z tego, że niczego nie wskórałaby z nim siłą, a David był
dość zdeterminowany.
Coś
chciał zrobić.
Moich
słabych protestów, które wreszcie z siebie wykrzesałam, też nie słuchał, a na
pewno nie słuchał Jenny.
W
tym babskim jazgocie wsunął pode mnie ramiona, jedno pod moimi kolanami, a
drugie pod plecami i z łatwością podniósł mnie z łóżka, zdejmując ze mnie
cienką, szpitalną kołdrę, którą miałam przykryte nogi.
Przycisnęłam
brodę i skrzyżowane przedramiona do swojej klatki piersiowej i leżałam w jego
objęciach całkowicie obojętnie.
Miałam
na sobie bieliznę i za dużą koszulkę, którą Jenny przywiozła od siebie z domu i
podejrzewałam, że należała do jej męża.
Nogi
miałam gołe.
Wyszliśmy
z mojego pokoju, przeszliśmy na sam koniec korytarza, a tam, jak zarejestrowałam
półprzytomnie, stała pielęgniarka i kilku mężczyzn, których nie znałam, a
którzy wyszli z poczekalni, prawdopodobnie na dźwięk kobiecych krzyków, jakie
rozlegały się z mojej sali.
Pielęgniarka
protestowała, czegoś zabraniała, mężczyźni cicho, bez słów bronili Davida,
tworząc chroniącą go zaporę z ich ciał.
Byłam
jedyną osobą całkowicie obojętną spośród nich wszystkich.
Było
mi wszystko jedno, dokąd David mnie zabierał, bo przecież i tak to najważniejsze
nie miało się zmienić.
Filip
nie żył.
Weszliśmy
do sali naprzeciwko stanowiska pielęgniarek, w której stało łóżko otoczone
licznymi urządzeniami, które znałam i stojakami z kroplówkami.
Po
co David mnie tu przyniósł?
Spojrzałam
na łóżko.
Leżała
na nim postać podłączona do płucoserca, przykryta do pasa cienką kołdrą, z
obandażowaną szyją, ale widoczną resztą twarzy i włosami.
Długimi,
ciemnymi włosami, które znałam i kochałam.
Filip!
Dobrze,
że David trzymał mnie mocno, bo szarpnęłam się i nieomalże wyrwałam mu się, a
to skutkowałoby moim upadkiem na podłogę.
Oddech,
który mi się wyrwał, był bolesny i tak brzmiał.
O,
Matko Jedyna!
Nie
opuściłaś mnie!
Mój
Filip żył i był gdzieś tam pod tymi
wszystkimi rurkami.
David
stanął blisko, ciągle trzymając mnie na rękach, ja patrzyłam na dół na łóżko i
czułam szloch wyrywający się z mojej piersi, kiedy zakrywałam sobie usta jedną
dłonią, a drugą wyciągałam do Filipa.
-
Proszę - szepnęłam i błagalnie spojrzałam
na Davida, a on zrozumiał o co mi chodziło, więc posadził mnie ostrożnie na
krześle, które stało niedaleko.
Byłam
bardzo słaba, lewe ramię i biodro miałam mocno poranione, prawy bok
przestrzelony i opatrzony, ale nie chciałam się poddać.
Chciałam
być jak najbliżej Filipa.
Mojego Filipa.
Podniosłam
się na nogi i zaczęłam jedną ręką ciągnąć krzesło ze sobą, żeby przysunąć je do
brzegu łóżka, bo chciałam dotykać Filipa.
David
mi pomógł.
W
końcu siedziałam więc na krześle, bosymi nogami dotykając podłogi, prawą rękę opierając
się na łóżku i w dłoni trzymając Filipa za rękę, w której zgięcie był wbity
wenflon.
-
Jestem, kochanie - szeptałam przez łzy, które mnie dusiły - Jestem tu. Nie
opuściłam cię. Nigdy cię nie opuszczę.
Poczułam,
że David wyszedł i usłyszałam, że mruczał coś za drzwiami, jak podejrzewałam,
rozmawiając z pielęgniarką, ale nie odwróciłam się.
Położyłam
czoło na cienkiej kołdrze, którą Filip był okryty aż do piersi i zaczęłam się
modlić najbardziej żarliwie, jak umiałam.
Jak
nie modliłam się od kilku lat.
*****
Później w nocy
Obudziłam
się na swoim łóżku, w swoim pokoju szpitalnym, więc rozejrzałam się,
sprawdziłam, że byłam sama, natychmiast odrzuciłam kołdrę i wstałam.
Zatoczyłam
się, ale złapałam się ściany.
Oparłam
się o nią ramieniem, zebrałam siły, a potem ruszyłam do drzwi.
Byłam
w tej samej za dużej koszulce, w majtkach i nadal miałam gołe nogi.
W
mojej sali było całkiem ciemno, chociaż przez okno było widać światło lamp
ulicznych kub z parkingu, ale na korytarzu świeciły się nieliczne boczne lampy.
Nie
zauważyłam żadnej pielęgniarki, więc, opierając się o ściany z osłabienia, boso,
na palcach przemknęłam po cichu do pokoju, w którym był Filip.
Pamiętałam,
że wcześniej oparłam się ramionami o jego łóżko, położyłam tam głowę z czołem
na jego dłoni i… musiałam zasnąć.
Widocznie
później mnie przenieśli, żebym spała wyprostowana na łóżku i nie uciskała
swojej rany.
Ale
ja musiałam być z moim Filipem.
Musiałam.
Wiedziałam,
że był w łóżku za drzwiami, które były w końcu korytarza, naprzeciwko
stanowiska pielęgniarek.
Podkradłam
się tam i czekałam przez chwilę przy ścianie.
Kiedy
pielęgniarka dyżurująca schyliła się, żeby schować coś pod biurkiem,
wślizgnęłam się po cichu do sali Filipa.
Zamarłam
za progiem na kilka sekund.
Był tam.
Żaluzje
w dużym oknie, które wychodziło na korytarz, były odsunięte, więc
przestraszyłam się, że pielęgniarka mnie zobaczy, ale w tej samej chwili
podszedł tam David i zagadnął ją o coś, zasłaniając mnie swoimi szerokimi
plecami.
Odetchnęłam.
Przeszłam
dookoła łóżka, żeby być po przeciwnej stronie niż duże okno wychodzące na
korytarz, gdzie stała też większość monitorów i wsunęłam się pod kable.
Wśliznęłam
się delikatnie na łóżko obok Filipa, starając się nie dotykać żadnych czujników,
żeby nie wzbudzić alarmu i ułożyłam się wzdłuż niego, chowając się za jego
ciałem.
Moje
lewe, poranione ramię i biodro miałam na górze, ale opatrzony bok z raną po
kuli pod sobą i trochę mi przeszkadzał.
Zignorowałam
to.
Miałam
przy twarzy jego nagi biceps, trzymałam dłoń między mocowaniami czujników na jego
klatce piersiowej, unoszącej się rytmicznie pod wpływem powietrza tłoczonego
przez respirator, schowałam nogi pod cienką kołdrę, którą Filip był okryty i
chłonęłam jego obecność.
-
Jestem tu, kochanie - szepnęłam najciszej, jak umiałam.
A
potem zamknęłam oczy i zasnęłam.
Znowu.
*****
Kilka godzin
później
Obudziła
mnie starsza pielęgniarka, której siwe włosy były zaczesane w kok na tyle głowy,
kiedy cicho weszła do sali, żeby sprawdzić i spisać na przyniesionej podkładce
parametry na koniec swojej zmiany.
Musiała
dochodzić szósta rano.
Wiedziałam
to.
Nie
drgnęłam, leżałam cichutko, wodząc za nią tylko oczami i czekałam, aż mnie
zobaczyła.
-
Święci Pańscy! - powiedziała
półgłosem - Nie może pani tu być!
-
Proszę ją zostawić - usłyszałam zza jej pleców głos Davida, pielęgniarka
odwróciła się gwałtownie i otworzyła przy tym usta, więc wiedziałam, że chciała
zaprotestować.
-
Bardzo proszę - sugestywnie wymruczał
David, a ja uznałam, że bardzo łagodnie jak na niego.
-
Nie można… - zaczęła pielęgniarka - Przepisy… a co jak przyjdzie lekarz? -
przeniosła wzrok na mnie i znowu na Davida.
-
Wtedy zadecyduje - stanowczo, ale nadal z prośbą w głosie powiedział David,
pielęgniarka westchnęła, popatrzyła na mnie tak jakoś łagodnie i przysunęła
się, żeby sprawdzić Filipa.
Później
spojrzała na mnie.
-
Jesteś ranna, dziecko - cicho i delikatnie powiedziała mi coś, co wiedziałam -
Rozerwiesz sobie szwy.
Ruszyłam
raz głową przecząco, ale nie oderwałam ust od bicepsa Filipa ani dłoni z jego
piersi.
-
Jak przyjdzie lekarz, postaram się go uprzedzić - mówiła dalej delikatnie,
współczująco, a mnie znowu łzy zaczęły zbierać się pod powiekami, bo
pomyślałam, że ona nie miała w sobie
tej wiary, że Filip przeżyje.
Jak
ja wierzyłam.
Pielęgniarka
wyszła, a ja spojrzałam na Davida i wreszcie odsunęłam lekko usta od skóry Filipa.
-
Dziękuję - wyszeptałam i zobaczyłam, jak jego oczy złagodniały.
-
Nie dziękuj - wymruczał David - Zrobił to dla ciebie.
-
A wy dla niego - szepnęłam i przysunęłam znowu usta do skóry Filipa, bo dotarło
do mnie jak dobrych przyjaciół miał Filip.
Był
dobry i hojny, więc miał dobrych przyjaciół.
Nikt
nie robiłby czegoś takiego dla człowieka, którego by nie kochał jak
prawdziwego, oddanego przyjaciela.
Zamknęłam
oczy, ale moje serce wypełniła wiara.
Najlepsza
Matka nie pozwoliłaby, żeby ktoś tak dobry, hojny i piękny opuścił ten Nie-Najpiękniejszy
ze Światów i uczynił go mniej pięknym.
-
Nie pozwolę ci odejść - wyszeptałam przy skórze Filipa tak cicho, że sama
ledwie to słyszałam.
Zasnęłam.
*****
Kilka godzin
później
Moje
łóżko miało podniesioną część pod plecami i było pościelone.
Na
wpół siedziałam na nim na kołdrze, byłam ubrana w luźne, ale nie za duże
spodnie dresowe i luźną, bawełnianą koszulkę z krótkim rękawem, które kupiła
dla mnie moja siostra i czekałam aż do mojej żyły skończy płynąć ostatnia z
kroplówek, jakie miałam dostać tego dnia.
Pielęgniarka
właśnie ją podłączyła, więc miało to trochę potrwać.
Kiedy
lekarz dyżurujący przyszedł do pokoju Filipa, obudził mnie łagodnie i bez
złości nakazał mi powrót do mojego łóżka, żebym mogła zostać umyta, zbadana i bym
dostała kroplówkę.
I
żebym zjadła śniadanie, co zrobiłam po raz pierwszy od kilku dni.
Lekarz
wyjaśnił mi wszystko cierpliwie i nie zabraniał mi powrotu do Filipa, ale
powiedział, że tego dnia mieli spróbować odłączyć go od respiratora.
Filip
został postrzelony w tętnicę szyjną i bardzo szybko stracił bardzo dużo krwi,
więc przez kilka minut jego mózg był niedotleniony.
Reanimowali
go natychmiast, ale akcja serca zatrzymała się kilka razy, zanim dotarli z nim helikopterem
do tego szpitala.
Chirurg
naczyniowy od razu zszył tętnicę, ale było konieczne podłączenie Filipa do
respiratora, by nie rozerwał sobie szwów niekontrolowanym ruchem.
Również
dlatego był utrzymywany w śpiączce farmakologicznej.
Teraz
rana się trochę zrosła, więc można było usunąć rurkę intubacyjną i utrzymywać
go w śpiączce jeszcze przez jeden dzień, kiedy będzie sam oddychał.
A
przy tym sprawdziliby, jaki był stan Filipa i czy niedotlenienie mózgu
spowodowało duże uszkodzenia.
Chciałam
być podczas tego zabiegu koło niego.
Lekarz
się zgodził i zapowiedział, że będzie tam również chirurg, który operował
Filipa, żeby kontrolować szwy na jego szyi.
Czekałam
niecierpliwie, żebym mogła tam wrócić.
Do
mojego Filipa.
Do
pokoju weszła Jenny, która była u chłopaków w poczekalni z biszkoptami, których
znowu przyniosła mi całe pudełko, więc kazałam jej zanieść to do nich, żeby
mieli coś do jedzenia oprócz pizzy, którą, jak już wiedziałam od Davida,
zamówili sobie poprzedniego dnia na kolację.
-
Hej, Słonko - powiedziała łagodnie, ale widziałam, że była spokojniejsza o
mnie, odkąd odzywałam się do niej, zjadłam przy niej śniadanie i poznała
mężczyzn, którzy się mną opiekowali.
Uśmiechnęłam
się do niej niepewnie.
Nadal,
zapewne, chciałaby wiedzieć coś więcej.
Nie
rozmawiałyśmy od ponad pięciu lat, a byłam jej małą siostrzyczką.
Zaledwie
usiadła na krzesełku obok mojego łóżka, kiedy usłyszałyśmy pukanie, a, po
zaproszeniu, do mojego pokoju wszedł mężczyzna, którego nie znałam, a za nim
David, który miał ponurą minę.
-
Dzień dobry. Agent specjalny Leon Leader - przedstawił się nieznajomy - Major
David Lichtwitz powiedział, że to panią odbijali po porwaniu przez Carlosa
Nebuenitto.
Major?
Przytaknęłam.
-
Czy zgodzi się pani na udzielenie mi krótkich zeznań w tej sprawie? - spytał i
natychmiast wyjaśnił - Carlos Nebuenitto żyje, jest ranny i przebywa pod strażą
w szpitalu. Chcemy go oskarżyć o kilka przestępstw, ale nadal mamy za mało
dowodów. Pani zeznania mogą nam bardzo pomóc.
-
Przecież pan widzi, że jest ranna - powiedziała stanowczo moja siostra - jest za
słaba…
-
Zgadzam się - stanowczym tonem przerwałam Jenny, patrząc wprost w oczy agentowi.
Wyprostował
się i popatrzył na mnie uważnie.
-
Powiem wszystko, co pamiętam, żeby
tamten zgnił w więzieniu - powiedziałam stanowczo i zobaczyłam wyraz twarzy
Davida.
A
to było coś… To było coś… Niesamowitego!
David
bowiem w tej chwili wyglądał na dumnego…
ze mnie.
Nigdy
nie dało się odczytać myśli Davida z
wyrazu jego twarzy.
O,
Matko!
Agent
Leader przysunął sobie drugie krzesło, David stanął nieco dalej, oparł się plecami
o ścianę za nim, ramiona skrzyżował na piersiach, a lewą nogę o prawą w kostce.
Teraz
jego twarz była starannie pusta.
Stał
na straży.
O,
Matko!
Pilnował,
żeby nic mi się nie stało.
Jaki
dobry przyjaciel.
Agent
wyjął małe urządzenie, położył je na kołdrze, na której leżałam, tuż obok
mojego biodra i spojrzał mi prosto w oczy.
-
Czy zgadza się pani na nagrywanie tego? - zapytał, a ja słyszałam wcześniej
pikanie urządzenia, więc wiedziałam, że już je włączył.
Skinęłam
głową.
-
Przepraszam, ale muszę to usłyszeć - powiedział łagodnie agent.
-
Tak, zgadzam się - powiedziałam i poczułam, że coś mi przeszkadza w gardle,
więc odchrząknęłam - Przepraszam - szepnęłam.
-
Nic nie szkodzi - agent uśmiechnął się do mnie tak jakoś samymi oczami.
Miał
bardzo ładne, brązowe oczy na czekoladowej twarzy i wśród ciemnych, wywiniętych
rzęs.
Byłam
pewna, że mógł mieć wiele kobiet.
Był
przystojny.
Ale
czułam, że David nie bardzo go lubił i, być może, nie ufał mu, więc się nie
rozluźniłam.
-
Agent specjalny Leon Leader - powiedział mężczyzna i wiedziałam że to było na
użytek nagrania - Prowadzę przesłuchanie pani Anny Madison Philision w sprawie
jej porwania przez Carlosa Nebuenitto. Świadkami są pan major David Lichtwitz,
eks Marines i pani… - agent zwrócił się w stronę mojej siostry - proszę się
przedstawić.
Jenny
przysunęła się do łóżka samym wyprostowanym tułowiem.
-
Jestem siostrą Ani - powiedziała - Jenny Black z domu Philision.
Agent
skinął głową.
-
Proszę się przedstawić - powiedział do mnie.
-
Anna Madison Philision - powiedziałam do dyktafonu.
-
Proszę opowiedzieć nam wszystko, co pani wie o Carlosie Nebuenitto -
kontynuował - Jak go pani poznała, dlaczego panią porwał.
Wciągnęłam
głęboki oddech, spojrzałam na Davida, który już prawie wszystko wiedział, a
potem na siostrę, która właśnie miała się dowiedzieć.
Zwłaszcza
o Andym.
Wyciągnęłam
rękę, żeby ująć jej dłoń.
Zaczęłam
mówić, patrząc tylko na nią.
I
mówiłam wszystko.
Mówiłam
tak przez pół godziny ze szczegółami, o których wcześniej powiedziałam tylko
Filipowi, w czasie czego kapało z kroplówki do mojej żyły, aż skończyłam, a
torebka na stojaku stała się pusta.
Weszła
pielęgniarka, żeby ją zdjąć, a ja zamilkłam.
Byłam
bardzo zmęczona i bardzo chciałam iść
do Filipa.
Jenny
płakała cicho przy moim łóżku, a szczęki Davida i agenta były tak twarde, że
byłam pewna, że połamali sobie przynajmniej po jednym zębie.
-
Tak - mruknął agent i sięgnął po urządzenie, a potem usłyszałam, jak je
wyłączał, bo piknęło.
Milczeliśmy.
-
Szkoda, że nie mamy dowodów - cicho powiedział w końcu Leader - Będzie pani
słowo przeciwko jego. Ale dużo tego.
Wyprostowałam
się i byłam pewna, że oczy mi błysnęły, bo prawie się uśmiechnęłam.
-
Mamy dowody! - powiedziałam głośno -
Przysłał mi ostatnio maila, w którym napisał, że zabił mojego brata i że zrobił
Jasonowi to samo co Andy’emu. I jeszcze jest monitoring…
Spojrzałam
na Davida, będąc nagle niepewna, ile mogłam powiedzieć.
-
Tak - mruknął przyjaciel Filipa - Dostarczę to.
W
tej właśnie chwili weszła do pokoju pielęgniarka z wózkiem.
-
Lekarze już idą - powiedziała do mnie - Jeśli chce pani tam być, kiedy będą odłączali
pana Lifera od respiratora, musimy już jechać.
-
Tak! - powiedziałam głośno i zaczęłam
natychmiast zdejmować nogi z łóżka, ale wtedy David poruszył się bardzo szybko
i odsunął pielęgniarkę.
Wziął
mnie na ręce i posadził na wózku.
Ojej!
-
Dziękuję - szepnęłam speszona.
David
odsunął się, a ja spojrzałam jeszcze na agenta, kiedy pielęgniarka zaczęła
pchać wózek w stronę drzwi.
Spieszyła
się.
I
ja też.
-
Jeśli będzie pan… - zaczęłam, odwracając głowę w stronę agenta Leadera.
-
Znajdę panią i zgłoszę się - powiedział agent - Jedźcie już - dodał.
Widziałam
jego lekki uśmiech.
Na
jego twarzy było widać ulgę, bo właśnie wygrał swoją walkę.
Tak
bardzo chciał pokonać Króla Przestępców.
Nieważne.
Teraz
ważny był tylko Filip.
Jechałam
do Filipa, więc odwróciłam się w tamtą stronę i nie myślałam o innych, nie
zauważałam nikogo.
Na
korytarzu przed salą Filipa stali już wszyscy mężczyźni, których poznałam z
widzenia dzień wcześniej, pielęgniarka, a od strony windy nadchodzili lekarze w
asyście kilku osób.
Zanim
do nas podeszli, David przedstawił mi z imienia facetów, którzy pomogli
Filipowi i jemu uratować mnie z rąk Króla.
Każdemu
krótko podziękowałam, ale byłam rozproszona, bo czekałam na lekarzy i mój wzrok
uciekał co chwilę w stronę drzwi do sali Filipa i zbierającego się tam tłumu.
Kiedy
lekarz skinął na mnie, wstałam z wózka, pielęgniarka pozwoliła mi wejść do sali
i stanęłam tam w kącie, by czekać na innych.
Weszły
cztery osoby: pielęgniarka, lekarz prowadzący, inny lekarz i kobieta, na którą
nie spojrzałam, bo lekarz Filipa zwrócił się do mnie.
-
Pani Anno - powiedział cichym głosem - To jest doktor Paul Curandero, chirurg
naczyniowy. Jeśli pani pozwoli będzie tu w asyście…
Przerwał
mu głos, który w ciszy, panującej w sali, zabrzmiał jak krzyk.
-
Anna Madison Philision! - powiedziała kobieta, która stała za lekarzem - Nie wierzę, to naprawdę ty?
Doktor
Curandero spojrzał na mnie uważniej i wyraz jego twarzy się zmienił, jakby
złagodniał i przepłynęło przez nią zrozumienie.
-
Doktorze, Anna opiekowała się pana synem… - mówiła Giselle, moja dawna
przyjaciółka, z którą byłyśmy razem w college’u Grossmana na kursie
przygotowującym na medycynę.
Ona
szykowała się na chirurgię, a ja na pediatrię, więc śmiałyśmy się, że ja już
dawno będę zarabiała na siebie, kiedy ona będzie się jeszcze uczyła.
Życie
bywa przewrotne.
W tym momencie na łóżku coś się zadziało.
Ręka
Filipa drgnęła, więc ja rzuciłam się do przodu, aparatura zapikała gwałtownie,
a lekarz doskoczył do łóżka.
Pielęgniarka
powstrzymała mnie ręką i podeszła do łóżka z drugiej strony.
-
Panie Lifer, proszę się uspokoić - mówił lekarz - Został pan ranny, jest pan
zaintubowany, muszę usunąć z pana gardła rurkę.
Nie
słuchałam dalej, bo wiedziałam, jak to wyglądało.
Byłam
kiedyś przy takiej chwili.
Nie
było to przyjemne, ale oznaczało, że Filip będzie mógł oddychać samodzielnie i
tylko to się dla mnie liczyło.
Było
z nim lepiej.
Wrócił
do mnie.
Po
usunięciu rurki intubacyjnej z gardła Filipa, lekarz jeszcze coś do niego mówił,
pytał go, dostawał ciche, ale spójne odpowiedzi, chirurg obejrzał szwy i
orzekł, że nie zostały naruszone.
Wyjaśnili
obaj Filipowi i mnie, czego należało się spodziewać, a potem, że Filip będzie
musiał przespać jeszcze przynajmniej dobę.
Przez
ten cały czas Filip patrzył tylko na mnie, a ja tylko na niego.
Dygotałam
z emocji.
Do
sali cicho wszedł David, przysunął się do mnie i pozwolił mi się o siebie
oprzeć, żebym mogła ustać na nogach.
A
potem, kiedy wreszcie wszyscy wyszli, David dosunął krzesło do boku łóżka i
pomógł mi tam usiąść.
-
Filip - wyszeptałam.
-
Jesteś tu - wychrypiał mój ukochany.
Wzięłam
do ręki delikatnie jego dłoń, do której miał przyczepione czujniki i uniosłam
ją do ust.
-
Jestem, kochanie. Nigdy cię nie opuszczę - powiedziałam i starałam się
uśmiechnąć, chociaż trochę drżały mi wargi - Przecież obiecałam.
-
Tak - wymamrotał Filip i oczy zaczęły mu się zamykać.
-
Śpij, kochanie - szepnęłam i położyłam jego rękę na łóżku, ale nie puściłam go.
Nie
zamierzałam odchodzić.
❤️
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuń