środa, 20 lipca 2022

12 - Gdzie jesteś?

 

Rozdział 12

Gdzie jesteś?

Filip

 

 

Filip był zadowolony z postępów swojej pracy.

Właśnie kończył konfigurowanie zabezpieczeń w firmie, dla której aktualnie pracował, kiedy zadzwonił jego telefon.

Wyjął go z tylnej kieszeni spodni i zobaczył na wyświetlaczu imię Maggie.

Odebrał i przyłożył telefon do ucha, drugą ręką klikając zapisywanie nowych ustawień na firmowym serwerze.

- Hej, Maggie - przywitał się, lekko uśmiechając się do siebie na myśl, że na pewno kobiety znowu coś wymyśliły i Ania potrzebowała wsparcia Maggie w przekonaniu go do jakiegoś ich wypadu.

Cieszył się, że jego kobieta miała przyjaciółki, ale nie zdążył się nią nasycić i nie chciał się nią z nimi dzielić zbyt często.

I tak co kilka dni spotykały się na plotki.

- Filip - szept Maggie brzmiał na tak przerażony, że Filip zamarł i natychmiast zaczął zamykać wyniki swojej pracy i cały system, żeby zdążył się zaktualizować.

Byle szybciej wypierdolić stamtąd.

- Mów - warknął jednocześnie do słuchawki.

Maggie była przyzwyczajona do tekstów Davida, więc nie przestraszyła się jego ostrego tonu, tylko od razu zaczęła konkretnie przekazywać Filipowi informacje.

Pieprzone dzięki.

- Ania właśnie wyszła przez tylne drzwi z baru w towarzystwie jakichś mężczyzn. Sama wyszła. Nie opierała się - mówiła - Tam był czarny Ford Edge na tutejszych numerach, wyglądał jak z wypożyczalni. Ich było dwóch. Obcy. Zanim wsiedli, ogłuszyli ją paralizatorem i wepchnęli do samochodu. Nie wychodziłam, przyglądałam się przez szparę w drzwiach, więc nie wiem…

- Dobrze zrobiłaś - uciął jej Filip - muszę iść.

- Tak - szepnęła Maggie i rozłączyła się bez pożegnania.

Widać było szkołę Davida.

Ale Filip nie miał czasu na rozmyślanie o tym.

Wyłączył komputer, na którym pracował, wstał z fotela, zabrał kurtkę, zabezpieczył pomieszczenie tak, jak pokazał mu szef ochrony, kiedy go tu wpuszczał w południe i skierował się na parking do Rubicon’a.

Kciukiem wybierał po drodze numer do Davida.

- Wiem - rzucił na powitanie jego najlepszy przyjaciel - Maggie dzwoniła. W drodze do numeru 1. Zabezpieczam innych. Dzwoń do Drivera.

Rozłączył się.

Filip wybrał numer do Drivera.

Marty powiedział mu parę tygodni temu, że jebany Nebuenitto powołał się na stare pieprzone długi wdzięczności od kilku cholernych organizacji przestępczych, więc Ani szukało wiele niezbyt ciekawych pieprzonych grup.

Wyznaczono spore pieniądze, a że jednemu z tutejszych jebanych gangów zaginęło trzech popieprzonych „żołnierzy”, więc cholerne poszukiwania zostały kurewsko zintensyfikowane.

Filip powinien był, do kurwy nędzy, wiedzieć, że to oznaczało dla nich zaledwie kilka dni pieprzonego spokoju i cholernie wiedział to.

Ale sądził, że Ania była kryta.

Był w błędzie.

- Yo - usłyszał i powiedział tylko - Kod zero.

Reszty nie musiał.

Rozłączył się i nacisnął pieprzony pedał gazu.

David skontaktował się bez wątpienia z innymi facetami, więc Filip mógł cholernie rozpocząć namierzanie Ani i skupić się na tym, co miał na Nebuenitto.

Jechał do celu znacznie przekraczając ograniczenie prędkości.

 Idąc do mieszkania, niecierpliwił się.

Zasady bezpieczeństwa, jakie sam sobie narzucił i wypracował do rutyny, tym razem wydawały mu się cholernie zbędne, upierdliwe i ciągnące się w pieprzoną nieskończoność.

Kiedy wreszcie usiadł do komputera, najpierw uruchomił namierzanie GPS’a Ani, a dopiero potem monitoring.

Na to, co zobaczył na mapie z GPS’a, zacisnęły mu się zęby.

Kurwa mać!

*****

Dobę później, Luizjana

Filip stał w magazynie Portu Lotniczego Louis Armstrong w Nowym Orleanie między swoimi kumplami a zespołem SWAT, z którym zwykle współpracowali w Salt Lake City z Davidem.

Sytuacja była niecodzienna, bo major Taylor, dowódca SWAT z SLC, musiał uruchomić wiele pieprzonych kontaktów, żeby mogli się tu znaleźć.

Ale pracowali z Davidem i Filipem od paru lat, więc zrobił to, kiedy usłyszał, o co chodziło.

Doceniali siebie wzajemnie.

Minusem sytuacji było to, że na miejscu był jebany oddział pieprzonej FBI, który, należało się spodziewać, mógł pragnąć przejąć całą ich cholerną akcję, a może tylko pieprzone dowodzenie.

Musieliby ich wyrolować, a to zajęłoby im czas.

Nie mieli czasu.

Filip cholernie gotował się w środku, ale nie odzywał się i nie poruszał, podobnie jak większość z obecnych mężczyzn.

Stał obok Taylora i Davida i czekał na decyzję, wiedząc, co obaj myślą o popierdolcach, dążących do pieprzonej władzy i jebanego splendoru po trupach, zamiast słuchać tych, co mieli doświadczenie.

 Nadal jeszcze nie poznali pierzonego szefa tutejszej operacji, więc może nie był to taki cholerny dupek.

Ale cholernie spóźniał się.

Kurwa!

Kiedy David dotarł do niego w SLC, Filip już zdążył przenieść najważniejsze informacje na laptop i kończył wyłączanie i zabezpieczanie swoich systemów.

Jego Rubicon’a zostawili na pieprzonym parkingu pod mieszkaniem.

Przekazywali sobie posiadane informacje, kiedy byli już w cholernej drodze na pieprzone lotnisko.

David kazał Maggie przyjechać na trasę ich przejazdu, więc Filip na jakimś skrzyżowaniu oddał zmartwionej kobiecie kumpla klucz do swojego domu, przekazał jej kod do alarmu i polecił zabranie Nessie.

Nie był w stanie jej pocieszyć.

Nessie miała spędzić kilka dni u Maggie, gdzie nie było kilkorga małych dzieci, więc nie przeszkadzałaby i nie miałaby dodatkowego stresu, ale ktoś by się nią zajmował.

Co Filip w danej chwili prawie miał w dupie.

Driver, Strzała, As i Big Ben mieli czekać na lotnisku z całym pieprzonym gównem, bo David załatwił dla nich z Taylorem pieprzony przelot cholernym samolotem wojskowym Boeing C-17 Globemaster III, który być może był dla nich za duży, ale nie należało cholernie wybrzydzać.

Najważniejsze było to, że w ciągu kilku pieprzonych godzin mogli być w jebanej Luizjanie.

Czekali więc teraz na pieprzonego agenta FBI z taką ilością broni, że mogli rozwalić cholerny Fort Knox.

Filip wprowadził w to, co wiedział, a David przekazał swoje ustalenia, całemu połączonemu zespołowi w C-17 w czasie trzech… godzin lotu.

Taylor dorzucił swoje.

Nie dało się szybciej.

Kiedy Filip ustalił, że Anię zabrano na cholerne lotnisko, a stamtąd prywatnym pieprzonym odrzutowcem do pieprzonego Nowego Orleanu, to było jego największe zmartwienie.

I strach.

Na miejscu mogli działać szybko i skutecznie.

Ale żaden z nich nie miał możliwości przelotu nad połową Stanów z ich wyposażeniem.

Samochody odpadały.

Za wolno.

Na szczęście, David się nie opierdalał i natychmiast zadzwonił do Taylora.

I, ponownie na szczęście, Taylor natychmiast zwołał ich zespół, załatwił samolot i ustawił wszystko z Luizjaną.

Kiedy Filip myślał o ich możliwościach, zauważył wśród FBI poruszenie i na scenę wkroczył młody, na oko trzydziestoletni, energiczny, wysoki mężczyzna.

Miał ciemną skórę, bystre spojrzenie i poważny wyraz twarzy.

Nieufność wśród kumpli Filipa wzbudził cholerny czarny garnitur, który tamten miał na sobie do jebanej białej koszuli i czarnego krawata.

I jeszcze te pieprzone czarne lakierki.

Kurwa!

Po reakcji jego ludzi, Filip uznał, że facet miał charyzmę, ale nie wiedział, czy to było dla nich dobre.

Dobre dla Ani.

Potrzebowali kogoś, kto nie będzie się cholernie ambitnie pchał na prowadzenie, kiedy trwał tu pieprzony wyścig z czasem, który był tak kurewsko na ich niekorzyść.

Ania nadal była w tym samym punkcie, gdzieś na tych pieprzonych bagnach, albo może było tam jego urządzenie naprowadzające, które Ania miała.

- Agent specjalny Leon Leader - przedstawił się tamten - Dostałem wprowadzenie. Kto dowodzi?

- Major Daniel Taylor, SWAT Salt Lake City - odezwał się Taylor, a potem odstąpił na bok i wskazał głową na Davida - To major David Lichtwitz, eks Marines. A porwaną jest kobieta Filipa Lifera - Taylor wskazał na niego skinieniem głowy, ale nie dodał nic więcej.

- Okej - mruknął agent - ale kto dowodzi?

To był moment konsternacji, ale trwał dosłownie sekundę.

Zgodnie, jakby się umówili wcześniej, Taylor, Filip i pozostali z tych, którzy przylecieli samolotem, wskazali brodami na Davida.

Odezwał się tylko Taylor - David.

Od tej pory atmosfera się zmieniła.

Filip wyjął swój tablet, który miał przez cały czas uruchomiony i nastawiony na śledzenie sygnału GPS’a Ani, zgodnie podeszli do stołu, na którym Taylor i David rozłożyli wcześniej mapy i David rozpoczął krótkie wprowadzenie.

Bardzo krótkie.

Mieli naprawdę cholerne szczęście, że trafili na kogoś, kto nie był kutasem, bo konieczność wykiwania pieprzonego FBI byłaby cholerną niepotrzebną stratą czasu, którego nie mieli.

Ania potrzebowała pomocy.

Natychmiast.

Już dwadzieścia minut później byli spakowani do helikoptera wojskowego, a Leo, jak kazał się nazywać agent, załatwiał im Chevrolety Suburban, które miały czekać na nich nieopodal celu, ale na tyle daleko, żeby nie wzbudzić podejrzeń i nie spowodować niepożądanych ruchów.

Tak.

Facet zdecydowanie miał doświadczenie, mimo młodego wieku, i mądrość, która spowodowała, że dał im po prostu działać.

*****

Dwie godziny później

Filip nigdy nie brał bezpośredniego udziału w walce, chociaż zdarzało mu się brać udział w potyczkach gangów i umiał się bronić.

Zwykle działał w ukryciu.

Był ich uszami, oczami i całym cholernym systemem nerwowym, ale sam nie wkraczał w środek ataku.

Faceci polegali na nim, a on zawsze robił najlepiej, jak umiał to, co należało do jego obowiązków.

Tak jak teraz.

Siedział w wozie, który podstawiło FBI, a który miał sprzęt, jaki Filip uznał za wystarczający.

Był z nim Henry.

Znali się z kilku wcześniejszych akcji, ale zwykle to Henry siedział na centralnym miejscu, a Filip zajmował się wyłącznie komunikacją Davida.

Tym razem było inaczej.

Wszystko.

Po pierwsze, kiedy Filip z pomocą Henry’ego ich okablował, przekazał wszystkie plany, jakie mógł wydobyć i sieci, podłączył do monitoringu wewnętrznego całej tej pieprzonej posiadłości, w tym domu, garaży i stajni, David wskazał na niego.

- Załóż kamizelkę - rozkazał.

Zaskoczony Filip zamrugał, ale natychmiast wykonał polecenie.

Taylor zacisnął zęby, a chłopaki zamarli na sekundę.

- To jego kobieta - David mruknął wyjaśniająco, chociaż według niego zbędnie, co było słychać w jego głosie - Jak będzie trzeba, idziesz z nami w kamizelce - dorzucił w stronę Filipa - Masz pistolet? - zapytał jeszcze.

Filip skinął głową, bo miał przy sobie swojego Glocka, usiadł z powrotem w obrotowym fotelu naprzeciwko licznych monitorów, konsoli kontrolek i przełączników.

To było po drugie.

Filip nie lubił być na centralnym miejscu, więc zawsze odpowiadało mu to, że Henry tam siedział.

Ale teraz chciał dobrze widzieć wszystkie monitory, a zwłaszcza zapatrzył się w jeden ekran.

Widział tam swój Skarb, swoją słodką, czystą Anię, leżącą w małym pokoju bez wyposażenia na pojedynczym, prostym, wąskim łóżku bez pościeli.

Była ubrana w białą, prostą sukienkę bez rękawów i nic więcej.

Leżała nienaturalnie, więc Filip wiedział, że nie spała, ale była oszołomiona lub odurzona, przez co zęby zaciskały mu się aż do bólu.

Skup się, do cholery! - rozkazał sobie Filip.

- Jak będziecie na pozycjach… - cichym głosem zaczął Filip do Davida, Taylora i Leo, którzy stali za nim, bo reszta poszła już w cholerę, by zająć swoje pozycje - wyłączę im cholerny system bezpieczeństwa, odetnę zasilanie, jebaną łączność zewnętrzną i przejmę pieprzony monitoring. Będziecie mogli wejść, a ja będę widział. Musicie porozumiewać się przez nasze nadajniki.

To było głównie do Leo.

Taylor i David wiedzieli, o co chodziło, bo już to przerabiali w czasie niejednej z akcji, więc dawno mieli naszykowane i podłączone nadajniki i słuchawki.

Filip zobaczył w odbiciu w jednym w monitorów błysk uznania w oczach Leo, ale nie zarejestrował go, bo już był całkowicie skupiony na zadaniu.

- Idziemy - rzucił David niskim głosem.

Wystartowali.

Filip patrzył, jak jego Ania poruszyła się, najpierw nieznacznie napinając mięśnie, czego by nie zobaczył, gdyby jej nie znał, następnie przeciągnęła lekko plecy, jakby sprawdzając, czy nie jest skrępowana, a dopiero potem powoli otworzyła oczy.

Kurwa, tak!

Dzięki pieprzonemu Chrystusowi, żyła.

Nadal nie wiedział, gdzie był ten cholerny pokój, w którym ją trzymali, ani co mieli zamiar z nią zrobić.

Ania usiadła, podniosła obie ręce nad głowę i napięła je.

Zdrętwiała.

Filip widział wyraźnie, że próbowała odzyskać sprawność, ale najprawdopodobniej wiedziała o kamerze, bo robiła to ostrożnie, jakby nie chciała się zdradzić i pokazać jak bardzo była wygimnastykowana.

Jak Filip wiedział, że była.

Poszła do jednych z drzwi, które było widać w bocznej ścianie, otworzyła je i wyszła.

Brak reakcji.

Zniknęła.

Gdzie jesteś, Aniu? - pomyślał Filip i siłą zmusił swoje ciało do spokoju i oczy do skanowania pozostałych ekranów.

Musiała to być łazienka i to bez kamer, bo przez chwilę nic się nie działo.

Nie pojawiła się na korytarzu.

Na żadnym z korytarzy.

Również ochrona w pokoju obserwacyjnym nie reagowała.

Nie było widocznego podenerwowania wśród goryli na zewnątrz.

Potem Ania weszła z powrotem do pokoju i niosła ze sobą ręcznik do rąk.

Tak.

Zdecydowanie łazienka.

Otworzyły się drugie drzwi, a Ania wcześniej odwróciła głowę w ich stronę, więc Filip uznał, że były zamknięte na klucz, którego przekręcanie usłyszała.

Wszedł facet z bronią i kobieta z tacą, na której był talerz z pancakes’ami, truskawki, dzbanuszek i parujący kubek.

Ania nie uśmiechnęła się do kobiety, co było niezwykłe jak na nią, ale Filip zauważył, że przez cały czas obserwowała faceta z bronią, który coś do niej mówił.

Przytaknęła.

Tamta dwójka wyszła, a ona wzięła ze stolika tacę, postawiła ją na podłodze i usiadła przed nią po turecku.

Kurwa, tak!

Skupiony na jej zdrowiu i kondycji nie zauważył tego wcześniej, aż dopiero Ania mu to pokazała.

Zuch dziewczyna!

Siedziała twarzą do światła w plamie słońca, które wpadało tam z wąskiego, wysokiego okna bez rolet.

Było piętnaście po dwunastej.

Kąt wpadania do pokoju promieni słonecznych świadczył o tym, że okno wychodziło wprost na południe.

Filip szybko otworzył na swoim laptopie folder ze zdjęciami i planami pieprzonego domu, kiedy Henry tylko patrzył i nie odzywał się.

Czuł, że Filip coś odkrył.

Dom był piętrowy, w kolorze terakoty, zbudowany w wymyślnym stylu hiszpańskiej hacjendy, z wewnętrznym, częściowo zadaszonym patio i szeroką werandą, ocieniającą okna na parterze, ciągnącą się wokół całego domu.

Cały dom stał na rozszerzonym końcu cypla lub może bardziej na wyspie, która była połączona z lądem za pomocą grobli, na której była szeroka, utwardzona droga.

Całość otoczona była niewielkim, bardzo zadbanym ogrodem, ogrodzonym murkiem, z wieloma kwitnącymi roślinami.

Według słów Ani, w wodzie za murkiem były aligatory, dlatego mężczyźni popłynęli tam płaskimi barkami z wysokim burtami, które miały na sobie kamuflaż z tutaj występujących roślin.

Okna wychodzące na południe o takim kształcie, jaki obserwował w pokoju Ani, w tym domu były tylko trzy i wszystkie wychodziły na front domu, gdzie był obszerny, wyłożony płaskimi kamieniami podjazd, który otaczały bujne, zielone drzewa i obficie kwitnące krzewy migdałowca.

Chryste, tak, to było to, czego potrzebowali.

Pod czujnym okiem Henry’ego Filip wcisnął przycisk połączenia, by natychmiast przekazać Davidowi i pozostałym to, co właśnie ustalił.

Wiedzieli, na jakiej części domu mieli się skupić.

*****

David

David leżał zamaskowany na swojej pozycji już od dziesięciu minut, a pieprzone FBI wciąż nie było gotowe do działania.

Kurwa.

Ten cały cholerny Leo był zbyt idealny.

Coś knuł.

Do Davida dotarło, że agent musiał mieć inne priorytety.

Nebuenitto.

Najwidoczniej popierdolec miał nadjechać, a Leo to wiedział i czekał.

I nie zająknął się ani jednym pieprzonym słówkiem.

Kurwa!

David nie odezwał się, nie przekazał swoich podejrzeń, bo już było za późno na zmianę planów.

Musieli czekać i mieć nadzieję, że nic by się nie spierdzieliło i że wszyscy czekali na Nebuenitto, więc na razie Ania była bezpieczna.

Przecież umieli czekać.

*****

Anna

Jadłam pancakesy i myślałam - Gdzie jesteś, Filip?

Kiedy kilka godzin temu obudziłam się po raz pierwszy w tym pokoju, po dochodzących zza zamkniętego okna odgłosach od razu wiedziałam, że jesteśmy na bagnach Luizjany.

Rozpoznałam dom.

I było na tyle ciemno, że wiedziałam, że dopiero świtało lub właśnie zapadał zmierzch.

Nadal nie wiedziałam ile godzin upłynęło, ale wiedziałam, że w Luizjanie było o godzinę wcześniej niż w SLC, a leciało się tu jakieś trzy, cztery godziny.

Byłam odrętwiała i bolały mnie mięśnie, więc leżałam nieruchomo, z zamkniętymi oczami i analizowałam objawy.

Byłam nadal w moim ubraniu z SLC, więc jak dotąd nikt mnie nie rozbierał.

Ale sprawność moich mięśni wracała powoli i stopniowo.

O, Matko!

Potraktowali mnie paralizatorem.

Kiedy po pewnym czasie zaczęłam poruszać stopniowo najpierw palcami u nóg, potem dłonią, by przekonać się, że nie byłam związana, a na końcu zgięłam nogę w kolanie, do pokoju, w którym byłam, wszedł osiłek, jeden z tych, którzy mnie porwali, i usiadł obok mnie na łóżku.

Obserwowali mnie.

- Obok jest łazienka - powiedział - Możesz wziąć prysznic. Masz tam naszykowaną sukienkę, przebierz się.

Nie poruszyłam się i patrzyłam na niego w milczeniu, więc pochylił się nade mną.

- Król powiedział, żebyśmy poczekali na niego - szepnął złowrogo - Ale wiesz, nie mogę się doczekać. Obiecał nam, że, jak byłaś z facetem, to zostaniesz dziwką, a my będziemy pierwsi, żeby cię zerżnąć.

Wyprostował się i popatrzył na mnie.

O, Matko!

Wstrzymałam oddech, bo wierzyłam w każde jego słowo.

Kiedy nie poruszyłam się przez następną minutę, znowu się nade mną nachylił.

- Lubimy takie udawane cnotki - mruczał mi obleśnie do ucha - Król tu miał takich kilka przez te parę lat, jak nie mógł cię złapać. Wszystkie okazywały się fałszywymi dziewicami, więc pieprzyliśmy je tak, żeby nie uszkodzić towaru, ale wszystkie wyjebaliśmy tak, żeby wiedziały, jak to jest być dziwką. Zanim je wypuściliśmy w obieg, wyruchaliśmy im wszystkie dziury. Pracują teraz w jednym z tutejszych burdeli.

O, Matko!

Biedne dziewczyny!

Ponownie wyprostował się, ale nadal nie zamierzał wyjść.

- A ja wiem, że miałaś faceta. Więc będziesz następna - dokończył, popatrzył na moje ciało w taki lepki, obleśny sposób, od którego prawie dostałam mdłości, podniósł się i podszedł do drzwi.

- Na razie jesteś traktowana jak czysta - powiedział, a ostatnie słowo wyrzucił z siebie pogardliwym prychnięciem - Umyj się i przebierz. Zaraz przyniosę ci coś do jedzenia i picia.

Nie protestowałam, bo pomyślałam, że musiałam mieć siły do ucieczki, kiedy Filip po mnie przyjedzie, a nie wątpiłam w to.

Filip by mnie nie opuścił.

Nigdy.

Musiałam być silna dla niego.

Usiadłam na łóżku, rozejrzałam się i ze zdziwieniem, ale też z radością zobaczyłam na nocnym stoliku moją torebkę.

Przysunęłam się na łóżku, by być bliżej niej, poszperałam i, rozczarowana, odkryłam, że zabrali mi telefon.

Ale podczas przeszukiwania torebki odkryłam, że nie zabrali mi kluczy.

Tych, przy których miałam mój oryginalny brelok.

Tak!

Musiałam się pohamować, żeby nie okazać radości.

Udając przygnębienie, odłożyłam torebkę i poszłam do łazienki.

Nie wiedziałam, co knuł Zły ze swoimi sługusami, więc postanowiłam się trochę rozruszać i zrobić to bez ich wiedzy, a być może pomóc trochę Filipowi i jego przyjaciołom.

W łazience nie powinno być kamer.

Ci źli nie musieli być świadomi tego, że nie byłam taka słaba, na jaką wyglądałam, więc tam wykonałam trochę ćwiczeń, jakich nie wykonałaby skromna dziewczyna, która szykowała się do zostania zakonnicą.

Za to takich, które wykonywała kilka razy w tygodniu strażaczka Alba, żeby móc bez wstydu uczestniczyć w akcjach z mężczyznami, by nie musieli za nią dźwigać sprzętu ratowniczego.

Kiedy się kończyłam myć, w pokoju rozległ się wściekły głos, który najwyraźniej dochodził z głośnika:

„Kończ i wychodź, bo tam wejdę!”

Wrrrr!

O, Matko Jedyna!

Wściekłam się.

Wyskoczyłam mokra i z mokrymi włosami, owinęłam się pod pachami dużym, miękkim, białym ręcznikiem i wyskoczyłam z łazienki, kapiąc wszędzie dookoła wodą.

- Już! - wrzasnęłam - Nie mogę się wysuszyć?

Przez głośnik dał się słyszeć ryk wesołości, ale głos, który usłyszałam wcześniej nie ustępował i wciąż był zły - Kończ!

Prychnęłam ze złością, ale nie odezwałam się więcej.

Zarzuciłam mokrymi włosami przez ramię, kiedy się odwróciłam.

Wróciłam do łazienki, wytarłam się starannie, założyłam czystą bieliznę, która była tam naszykowana, białą, bawełnianą sukienkę bez rękawów i znalezioną tam szczotką rozczesałam włosy.

Poczułam się lepiej taka odświeżona i przebrana w czyste, lżejsze ubranie, bo pokój był dosyć ciepły.

W Luizjanie w ogóle było cieplej niż w SLC.

Włosy zostawiłam mokre i wstrząsnęłam nimi tylko lekko palcami, żeby mi same wyschły, a potem weszłam do pokoju.

Po zrobieniu dwóch kroków zamarłam.

Osiłek siedział na moim łóżku z bardzo zniecierpliwioną miną, a obok niego, na szafce nocnej stała taca z jedzeniem.

- Wreszcie - warknął - Zjedz - rozkazał.

Wstał i wyszedł.

Szczęśliwie.

Na tacy stała miska z parującą i wspaniale pachnącą jambalayą i szklanka soku pomarańczowego, który wyglądał na świeżo wyciśnięty.

Nie jadłam tego od lat, a uwielbiałam to.

Pomyślałam, że powinnam to kiedyś zrobić Filipowi na kolację.

Zatęskniłam.

Usiadłam na brzegu łóżka, bo nie było innego miejsca do siedzenia, postawiłam sobie tacę na kolanach i zabrałam się do jedzenia.

Wyborne.

Kiedy już prawie kończyłam, wszedł osiłek, ponownie przypominając mi, że była obserwowana i zabrał mi tacę z kolan.

- Masz tu, połknij - powiedział i podał mi dwie tabletki na otwartej dłoni.

Popatrzyłam i pomyślałam.

- Co to? - spytałam nieufnie.

- Środek nasenny - wyjaśnił niecierpliwie, jakby miał dość zajmowania się mną - Możesz to połknąć, albo mogę cię potraktować znowu paralizatorem - dodał i drugą ręką wyjął urządzenie zza paska.

O, Matko!

Uznałam, że mój organizm mógł być bardziej osłabiony po paralizatorze, a na pewno bardziej by mnie bolały mięśnie, więc wzięłam w palce tabletki, starając się nie dotykać jego dłoni.

Obserwował mnie uważnie.

Włożyłam je do ust, sięgnęłam po sok, który postawiłam wcześniej z tacy na stolik nocny obok mojej torebki i przełknęłam.

Wypiłam resztę soku jednym dużym łykiem.

Osiłek zadowolony kiwnął głową, zabrał mi szklankę, postawił ją na tacę i wstał z łóżka, zabierając to ze sobą.

- Kładź się - rozkazał, a ja wykonałam polecenie.

Palcami lewej dłoni otarłam usta, a potem spytałam bez nadziei na odpowiedź:

- Długo to potrwa?

- Powinnaś spać przez przynajmniej kilka godzin, a potem przyjedzie tutaj Król i on zadecyduje co będzie z tobą dalej - padła odpowiedź, która była połączona z ponownym „oblepianiem” mojego ciała przez jego wzrok.

- A jak nie - wymamrotałam sennie.

- Zobaczymy - mruknął i wstał.

Kiedy wychodził, zgięłam rękę i ostatkiem świadomości wcisnęłam jedną z tabletek pod materac.

To był taki trik, który stosowałam, kiedy moja mama zmuszała mnie do brania tabletek przeciwbólowych, a ja chciałam sobie udowodnić, że byłam taka silna, że ich nie potrzebowałam.

Chowałam je w pościeli.

Ale teraz ta jedna tabletka wystarczyła, żebym zasnęłam jak kłoda.

Obudziłam się, kiedy pokój był zalany słońcem.

Ciepły.

Najpierw starałam się nieznacznie napinać kolejne partie mięśni tak, żeby nie było to zauważalne dla moich obserwatorów, bo nie byłam pewna, czy nie obudziłam się zbyt wcześnie.

Po kilku lub kilkunastu minutach powoli usiadłam, opuściłam nogi na podłogę, a potem przeciągnęłam się, podnosząc obie ręce nad głowę i prostując plecy.

Potem wstałam bez pośpiechu,  i poszłam do łazienki, gdzie skorzystałam z toalety, ochlapałam się zimną wodą i zrobiłam kilka przysiadów.

Żeby odzyskać sprawność.

Kiedy weszłam do pokoju, wycierałam dłonie ręcznikiem, który upuściłam na łóżko, po usłyszeniu chrobotania klucza w drzwiach.

Weszła kobieta z tacą i ten sam osiłek, co przedtem.

- Jedzie Król - warknął do mnie osiłek - Zjedz to, a potem się naszykuj. Będzie chciał cię zobaczyć.

I wyszli.

Wzięłam tacę i usiadłam na podłodze, żeby być w słońcu.

I modliłam się o ratunek skupiona na myśli - Filip, gdzie jesteś? Proszę, przyjdź. Kocham cię.

O, Matko Jedyna!

Dlaczego ja mu tego nie mówiłam częściej?

Dlaczego mu tego nie powiedziałam, kiedy się rozstawaliśmy?

Bez pospiechu jadłam pancakesy polane syropem klonowym z nadzieją, że to mi pomoże mieć siły do ucieczki, że w ten sposób pomogę Filipowi.

*****

David

Gdzie, kurwa, jesteś, popierdolcu? - pomyślał David ze złością, kiedy przez kolejne dziesięć minut nic się nie działo.

Nie było gorąco, ale na tych cholernych bagnach powietrze było niezbyt przyjemnie wilgotne.

I było pełno robali.

Kurwa!

David umiał się koncentrować na zadaniu, ale nadmiar czasu spowodował napływ do jego umysłu falę wspomnień.

Jak obraz zmartwionej twarzyczki jego Kruszynki, kiedy Filip przekazywał jej klucz do swojego domu i kody do alarmu.

David wiedział, że jego Maggie czuła się winna, nawet jak on sam i Filip zapewnili ją w późniejszej rozmowie, że tamci długo śledzili Anię i szukali okazji, by ją zdobyć.

Lepiej się stało, że była wtedy sama, niż gdyby tamci zranili którąś z kobiet; na przykład ciężarną Maggie.

Filip był skupiony na działaniu i zamknięty w swoich myślach, ale David rozpoznawał u swojego przyjaciela to, co sam czuł, kiedy jego obecna żona została porwana.

Strach.

David pamiętał wyraz twarzy Ani, kiedy opowiadała o Nebuenitto i o tym, czym jej groził, więc wiedział, że Filip mocno odczuł to, co mogło się stać z jego kobietą, kiedy popierdolec ją dorwał.

Prawdopodobnie upuszczenie krwi byłoby najłagodniejsze.

Nagle w myśli Davida wdarło się to, co działo się dookoła niego, bo otwarto bramę wjazdową do posiadłości.

David przygotował się i napiął, kiedy obok niego w pełnym pędzie przejechała kawalkada samochodów.

Brama wejściowa zamknęła się za nimi, a niecałe pięć minut później David usłyszał upragniony kod od pieprzonego Leo.

Filip dostał zielone światło i mógł zacząć działać.

David osłaniał podchodzących do bramy i miał osłaniać później odwrót.

Filip był gdzieś tam na brzegu.

Chłopaki przepłynęli przez bagno na płaskich barkach, osłoniętych roślinami i wszyscy już byli na pozycjach.

Oprócz Davida był jeszcze co najmniej jeden snajper.

Wszystko było ustawione.

*****

Anna

Kiedy skończyłam jeść, wszedł osiłek i zabrał tacę.

- Radzę ci umyć zęby i uczesać się - powiedział na wychodne - Król zaraz tu będzie i zechce cię zobaczyć.

Zdenerwowałam się, więc zacisnęłam usta w cienką kreskę.

Filip miał za mało czasu.

Gdzieś tam był i przybywał mi na ratunek, a ja nie mogłam nic zrobić, żeby dać mu więcej czasu.

Nie zamierzałam starać się wyglądać ładnie dla Złego, więc tylko chodziłam niecierpliwie po pokoju, ale później przypomniałam sobie o kamerach i usiadłam na łóżku.

Siedziałam i modliłam się, a potem wspominałam i starałam się nie uśmiechać, kiedy moje wspomnienia były szczęśliwe.

A były.

Po kilkunastu minutach usłyszałam za drzwiami podniesione głosy i pomyślałam z satysfakcją, że osiłek oberwał za coś.

Chyba chodziło o moją torebkę, ale nie byłam tego pewna.

A potem skarciłam się w myślach, bo nie należało źle życzyć nikomu, nawet komuś tak złemu, jak ten osiłek, a zwłaszcza wtedy, kiedy było oczywiste, że coś zdenerwowało tego, który był w danym momencie Panem mojego Życia i Śmierci.

Dosłownie.

Usłyszałam przekręcanie klucza w zamku i automatycznie wstałam.

Odwróciłam się do drzwi w tej samej chwili, kiedy się otworzyły.

Wszedł Król Przestępców z Luizjany.

Sam.

Wysoki, ciemnowłosy, szczupły i zadbany jak zwykle.

- Witaj, moja droga - przywitał się, jakby był moim dobrym wujkiem, a ja tylko trochę nabroiłam.

- Dzień dobry - odparłam zimno.

- Więc jak - spytał tonem swobodnej konwersacji, który już słyszałam od niego, więc przeszły mnie ciarki po plecach - Słyszałem, że się zakochałaś.

Nie byłam pewna, czy to było dobre, ale już wiedział, więc nie było sensu zaprzeczać.

- Tak - przyznałam i oglądałam, jak zmieniał się wyraz jego twarzy - Mam ukochanego i mieszkamy razem. Zamierzamy się pobrać i mieć dzieci.

Patrzyłam, jak stracił opanowanie i wyraz jego twarzy się zmienił.

Był przystojny, z regularnymi rysami twarzy, ale teraz, kiedy jego usta były wykrzywione, stał się brzydki.

- Więc puściłaś się - wysyczał cicho.

- Co? - szepnęłam.

- Miałaś zachować dziewictwo do ślubu - mówił nadal cicho, a jego ton był ostrzegawczy - Czy nie dotrzymałaś tego?

Nie przyjęłam ostrzeżenia, szłam na całość.

- Kochamy się - stwierdziłam - Więc jakie miało znaczenie, czy kochaliśmy się przed ślubem, czy byśmy do niego poczekali.

- Jesteś kurwą! - krzyknął, a ja podskoczyłam, bo nigdy nie słyszałam, żeby podnosił głos.

Był bardzo rozczarowany tym, że nie dostanie ode mnie tego, na co czekał.

„Czystej” krwi.

- Dobrze - powiedział spokojniej - skoro chciałaś być kurwą, to będziesz.

- Co? - szepnęłam, tym razem przerażona, bo dotarło do mnie, że to, co mówił osiłek, było prawdą.

- Oddam cię moim chłopcom, a potem sprzedam do burdelu - wyjaśnił, jakby przedstawiał ofertę handlową nie do odrzucenia i odwrócił się w stronę drzwi.

- Nie możesz! - krzyknęłam i skoczyłam w jego stronę.

Błąd.

Pokazałam mu, jak bardzo się bałam.

- Ja, moja droga, mogę wszystko - powiedział szyderczo, odwracając się do mnie tylko na te kilka sekund, żebym to dobrze usłyszała, a potem podszedł do drzwi.

Kiedy je otworzył trwałam zamarła, ale wtedy usłyszałam za nimi hałas.

- Szefie! - krzyknął ktoś z głębi korytarza - Zostaliśmy zaatakowani.

- Wezwij posiłki - rzucił Carlos warknięciem.

- Nie mamy łączności - usłyszałam i serce podskoczyło mi z radości.

O, Matko!

Filip!

Starałam się tego nie okazywać.

- To ten twój kochaś - mruknął Król zwracając się do mnie, a potem wrócił do pokoju, mocno schwycił mnie za ramię, wbijając palce w moje ciało z całej siły i szarpiąc, wyciągnął mnie na korytarz.

Zabolało.

Stało tam kilku goryli, z których każdy trzymał w dłoni pistolet i rozglądał się na wszystkie strony.

Usłyszałam strzały i nawoływania, które dochodziły zewsząd.

- Nie dostaną jej - usłyszałam rozkaz Króla, a potem jeden z goryli złapał mnie za ramiona, wykręcił mi je do tyłu i poczułam na nich plastik - Zwiąż ją i zabierz ją do samochodu. Wywieź ją stąd!

Zostałam skrępowana plastikową przepaską.

Mocno.

Zaciągnęli mnie przez klatkę schodową na dół, a potem przez drzwi na podwórzec i do samochodu, gdzie wrzucili mnie na tylne siedzenie.

O, Matko, nie!

Nie mogli mnie zabrać bez mojej torebki, bez kluczy, przy których miałam GPS, bez kontaktu z Filipem.

O, Matko, Filip, gdzie jesteś?

Pospiesz się.

Nie pozwól mi odejść!

Błagam!

Myśli kołowały mi się po głowie, ale moje ciało było nastawione na uciekanie, więc spięłam się i starałam się rozpoznać, z której strony dochodziły odgłosy walki.

I spowolnić ich.

Wepchnęli mnie do SUV’a.

Ruszyliśmy podjazdem, kiedy wydawało mi się, że najważniejsze rzeczy działy się w domu.

Musiałam działać.

 


 

1 komentarz: