Rozdział 12
Filip
Filip
był zadowolony z postępów swojej pracy.
Właśnie
kończył konfigurowanie zabezpieczeń w firmie, dla której aktualnie pracował,
kiedy zadzwonił jego telefon.
Wyjął
go z tylnej kieszeni spodni i zobaczył na wyświetlaczu imię Maggie.
Odebrał
i przyłożył telefon do ucha, drugą ręką klikając zapisywanie nowych ustawień na
firmowym serwerze.
-
Hej, Maggie - przywitał się, lekko uśmiechając się do siebie na myśl, że na pewno
kobiety znowu coś wymyśliły i Ania potrzebowała wsparcia Maggie w przekonaniu
go do jakiegoś ich wypadu.
Cieszył
się, że jego kobieta miała przyjaciółki, ale nie zdążył się nią nasycić i nie
chciał się nią z nimi dzielić zbyt często.
I
tak co kilka dni spotykały się na plotki.
-
Filip - szept Maggie brzmiał na tak przerażony, że Filip zamarł i natychmiast
zaczął zamykać wyniki swojej pracy i cały system, żeby zdążył się
zaktualizować.
Byle
szybciej wypierdolić stamtąd.
-
Mów - warknął jednocześnie do słuchawki.
Maggie
była przyzwyczajona do tekstów Davida, więc nie przestraszyła się jego ostrego
tonu, tylko od razu zaczęła konkretnie przekazywać Filipowi informacje.
Pieprzone
dzięki.
-
Ania właśnie wyszła przez tylne drzwi z baru w towarzystwie jakichś mężczyzn.
Sama wyszła. Nie opierała się - mówiła - Tam był czarny Ford Edge na tutejszych
numerach, wyglądał jak z wypożyczalni. Ich było dwóch. Obcy. Zanim wsiedli,
ogłuszyli ją paralizatorem i wepchnęli do samochodu. Nie wychodziłam, przyglądałam
się przez szparę w drzwiach, więc nie wiem…
-
Dobrze zrobiłaś - uciął jej Filip - muszę iść.
-
Tak - szepnęła Maggie i rozłączyła się bez pożegnania.
Widać
było szkołę Davida.
Ale
Filip nie miał czasu na rozmyślanie o tym.
Wyłączył
komputer, na którym pracował, wstał z fotela, zabrał kurtkę, zabezpieczył
pomieszczenie tak, jak pokazał mu szef ochrony, kiedy go tu wpuszczał w
południe i skierował się na parking do Rubicon’a.
Kciukiem
wybierał po drodze numer do Davida.
-
Wiem - rzucił na powitanie jego najlepszy przyjaciel - Maggie dzwoniła. W
drodze do numeru 1. Zabezpieczam innych. Dzwoń do Drivera.
Rozłączył
się.
Filip
wybrał numer do Drivera.
Marty
powiedział mu parę tygodni temu, że jebany Nebuenitto powołał się na stare pieprzone
długi wdzięczności od kilku cholernych organizacji przestępczych, więc Ani
szukało wiele niezbyt ciekawych pieprzonych grup.
Wyznaczono
spore pieniądze, a że jednemu z tutejszych jebanych gangów zaginęło trzech popieprzonych
„żołnierzy”, więc cholerne poszukiwania zostały kurewsko zintensyfikowane.
Filip
powinien był, do kurwy nędzy, wiedzieć, że to oznaczało dla nich zaledwie kilka
dni pieprzonego spokoju i cholernie wiedział
to.
Ale
sądził, że Ania była kryta.
Był
w błędzie.
-
Yo - usłyszał i powiedział tylko - Kod zero.
Reszty
nie musiał.
Rozłączył
się i nacisnął pieprzony pedał gazu.
David
skontaktował się bez wątpienia z innymi facetami, więc Filip mógł cholernie rozpocząć
namierzanie Ani i skupić się na tym, co miał na Nebuenitto.
Jechał
do celu znacznie przekraczając ograniczenie prędkości.
Idąc do mieszkania, niecierpliwił się.
Zasady
bezpieczeństwa, jakie sam sobie narzucił i wypracował do rutyny, tym razem
wydawały mu się cholernie zbędne, upierdliwe i ciągnące się w pieprzoną nieskończoność.
Kiedy
wreszcie usiadł do komputera, najpierw uruchomił namierzanie GPS’a Ani, a
dopiero potem monitoring.
Na
to, co zobaczył na mapie z GPS’a, zacisnęły mu się zęby.
Kurwa mać!
*****
Dobę później,
Luizjana
Filip
stał w magazynie Portu Lotniczego Louis Armstrong w Nowym Orleanie między
swoimi kumplami a zespołem SWAT, z którym zwykle współpracowali w Salt Lake
City z Davidem.
Sytuacja
była niecodzienna, bo major Taylor, dowódca SWAT z SLC, musiał uruchomić wiele pieprzonych
kontaktów, żeby mogli się tu znaleźć.
Ale
pracowali z Davidem i Filipem od paru lat, więc zrobił to, kiedy usłyszał, o co
chodziło.
Doceniali
siebie wzajemnie.
Minusem
sytuacji było to, że na miejscu był jebany oddział pieprzonej FBI, który, należało się spodziewać,
mógł pragnąć przejąć całą ich cholerną
akcję, a może tylko pieprzone dowodzenie.
Musieliby
ich wyrolować, a to zajęłoby im czas.
Nie
mieli czasu.
Filip
cholernie gotował się w środku, ale nie odzywał się i nie poruszał, podobnie
jak większość z obecnych mężczyzn.
Stał
obok Taylora i Davida i czekał na decyzję, wiedząc, co obaj myślą o
popierdolcach, dążących do pieprzonej władzy i jebanego splendoru po trupach,
zamiast słuchać tych, co mieli doświadczenie.
Nadal jeszcze nie poznali pierzonego szefa
tutejszej operacji, więc może nie był to taki cholerny dupek.
Ale
cholernie spóźniał się.
Kurwa!
Kiedy
David dotarł do niego w SLC, Filip już zdążył przenieść najważniejsze
informacje na laptop i kończył wyłączanie i zabezpieczanie swoich systemów.
Jego
Rubicon’a zostawili na pieprzonym parkingu pod mieszkaniem.
Przekazywali
sobie posiadane informacje, kiedy byli już w cholernej drodze na pieprzone lotnisko.
David
kazał Maggie przyjechać na trasę ich przejazdu, więc Filip na jakimś
skrzyżowaniu oddał zmartwionej kobiecie kumpla klucz do swojego domu, przekazał
jej kod do alarmu i polecił zabranie Nessie.
Nie
był w stanie jej pocieszyć.
Nessie
miała spędzić kilka dni u Maggie, gdzie nie było kilkorga małych dzieci, więc
nie przeszkadzałaby i nie miałaby dodatkowego stresu, ale ktoś by się nią
zajmował.
Co
Filip w danej chwili prawie miał w dupie.
Driver,
Strzała, As i Big Ben mieli czekać na lotnisku z całym pieprzonym gównem, bo
David załatwił dla nich z Taylorem pieprzony przelot cholernym samolotem
wojskowym Boeing C-17 Globemaster III, który być może był dla nich za duży, ale
nie należało cholernie wybrzydzać.
Najważniejsze
było to, że w ciągu kilku pieprzonych godzin mogli być w jebanej Luizjanie.
Czekali
więc teraz na pieprzonego agenta FBI z taką ilością broni, że mogli rozwalić cholerny
Fort Knox.
Filip
wprowadził w to, co wiedział, a David przekazał swoje ustalenia, całemu
połączonemu zespołowi w C-17 w czasie trzech…
godzin lotu.
Taylor
dorzucił swoje.
Nie
dało się szybciej.
Kiedy
Filip ustalił, że Anię zabrano na cholerne lotnisko, a stamtąd prywatnym pieprzonym
odrzutowcem do pieprzonego Nowego Orleanu, to było jego największe zmartwienie.
I
strach.
Na
miejscu mogli działać szybko i skutecznie.
Ale
żaden z nich nie miał możliwości przelotu nad połową Stanów z ich wyposażeniem.
Samochody
odpadały.
Za
wolno.
Na
szczęście, David się nie opierdalał i natychmiast zadzwonił do Taylora.
I,
ponownie na szczęście, Taylor natychmiast zwołał ich zespół, załatwił samolot i ustawił wszystko z Luizjaną.
Kiedy
Filip myślał o ich możliwościach, zauważył wśród FBI poruszenie i na scenę
wkroczył młody, na oko trzydziestoletni, energiczny, wysoki mężczyzna.
Miał
ciemną skórę, bystre spojrzenie i poważny wyraz twarzy.
Nieufność
wśród kumpli Filipa wzbudził cholerny czarny garnitur, który tamten miał na
sobie do jebanej białej koszuli i czarnego krawata.
I
jeszcze te pieprzone czarne lakierki.
Kurwa!
Po
reakcji jego ludzi, Filip uznał, że facet miał charyzmę, ale nie wiedział, czy
to było dla nich dobre.
Dobre
dla Ani.
Potrzebowali
kogoś, kto nie będzie się cholernie ambitnie pchał na prowadzenie, kiedy trwał
tu pieprzony wyścig z czasem, który był tak kurewsko na ich niekorzyść.
Ania
nadal była w tym samym punkcie, gdzieś na tych pieprzonych bagnach, albo może było
tam jego urządzenie naprowadzające, które Ania miała.
-
Agent specjalny Leon Leader - przedstawił się tamten - Dostałem wprowadzenie.
Kto dowodzi?
-
Major Daniel Taylor, SWAT Salt Lake City - odezwał się Taylor, a potem odstąpił
na bok i wskazał głową na Davida - To major David Lichtwitz, eks Marines. A
porwaną jest kobieta Filipa Lifera - Taylor wskazał na niego skinieniem głowy,
ale nie dodał nic więcej.
-
Okej - mruknął agent - ale kto dowodzi?
To
był moment konsternacji, ale trwał dosłownie sekundę.
Zgodnie,
jakby się umówili wcześniej, Taylor, Filip i pozostali z tych, którzy
przylecieli samolotem, wskazali brodami na Davida.
Odezwał
się tylko Taylor - David.
Od
tej pory atmosfera się zmieniła.
Filip
wyjął swój tablet, który miał przez cały czas uruchomiony i nastawiony na
śledzenie sygnału GPS’a Ani, zgodnie podeszli do stołu, na którym Taylor i
David rozłożyli wcześniej mapy i David rozpoczął krótkie wprowadzenie.
Bardzo
krótkie.
Mieli
naprawdę cholerne szczęście, że trafili na kogoś, kto nie był kutasem, bo
konieczność wykiwania pieprzonego FBI byłaby cholerną niepotrzebną stratą
czasu, którego nie mieli.
Ania
potrzebowała pomocy.
Natychmiast.
Już
dwadzieścia minut później byli spakowani do helikoptera wojskowego, a Leo, jak
kazał się nazywać agent, załatwiał im Chevrolety Suburban, które miały czekać
na nich nieopodal celu, ale na tyle daleko, żeby nie wzbudzić podejrzeń i nie
spowodować niepożądanych ruchów.
Tak.
Facet
zdecydowanie miał doświadczenie, mimo młodego wieku, i mądrość, która
spowodowała, że dał im po prostu działać.
*****
Dwie godziny
później
Filip
nigdy nie brał bezpośredniego udziału w walce, chociaż zdarzało mu się brać udział
w potyczkach gangów i umiał się bronić.
Zwykle
działał w ukryciu.
Był
ich uszami, oczami i całym cholernym systemem nerwowym, ale sam nie wkraczał w
środek ataku.
Faceci
polegali na nim, a on zawsze robił najlepiej, jak umiał to, co należało do jego
obowiązków.
Tak
jak teraz.
Siedział
w wozie, który podstawiło FBI, a który miał sprzęt, jaki Filip uznał za
wystarczający.
Był
z nim Henry.
Znali
się z kilku wcześniejszych akcji, ale zwykle to Henry siedział na centralnym
miejscu, a Filip zajmował się wyłącznie komunikacją Davida.
Tym
razem było inaczej.
Wszystko.
Po
pierwsze, kiedy Filip z pomocą Henry’ego ich okablował, przekazał wszystkie
plany, jakie mógł wydobyć i sieci, podłączył do monitoringu wewnętrznego całej
tej pieprzonej posiadłości, w tym domu, garaży i stajni, David wskazał na
niego.
-
Załóż kamizelkę - rozkazał.
Zaskoczony
Filip zamrugał, ale natychmiast wykonał polecenie.
Taylor
zacisnął zęby, a chłopaki zamarli na sekundę.
-
To jego kobieta - David mruknął wyjaśniająco, chociaż według niego zbędnie, co
było słychać w jego głosie - Jak będzie trzeba, idziesz z nami w kamizelce -
dorzucił w stronę Filipa - Masz pistolet? - zapytał jeszcze.
Filip
skinął głową, bo miał przy sobie swojego Glocka, usiadł z powrotem w obrotowym
fotelu naprzeciwko licznych monitorów, konsoli kontrolek i przełączników.
To
było po drugie.
Filip
nie lubił być na centralnym miejscu, więc zawsze odpowiadało mu to, że Henry
tam siedział.
Ale
teraz chciał dobrze widzieć wszystkie monitory, a zwłaszcza zapatrzył się w
jeden ekran.
Widział
tam swój Skarb, swoją słodką, czystą Anię, leżącą w małym pokoju bez
wyposażenia na pojedynczym, prostym, wąskim łóżku bez pościeli.
Była
ubrana w białą, prostą sukienkę bez rękawów i nic więcej.
Leżała
nienaturalnie, więc Filip wiedział, że nie spała, ale była oszołomiona lub
odurzona, przez co zęby zaciskały mu się aż do bólu.
Skup się, do
cholery!
- rozkazał sobie Filip.
-
Jak będziecie na pozycjach… - cichym głosem zaczął Filip do Davida, Taylora i
Leo, którzy stali za nim, bo reszta poszła już w cholerę, by zająć swoje
pozycje - wyłączę im cholerny system bezpieczeństwa, odetnę zasilanie, jebaną łączność
zewnętrzną i przejmę pieprzony monitoring. Będziecie mogli wejść, a ja będę
widział. Musicie porozumiewać się przez nasze nadajniki.
To
było głównie do Leo.
Taylor
i David wiedzieli, o co chodziło, bo już to przerabiali w czasie niejednej z
akcji, więc dawno mieli naszykowane i podłączone nadajniki i słuchawki.
Filip
zobaczył w odbiciu w jednym w monitorów błysk uznania w oczach Leo, ale nie
zarejestrował go, bo już był całkowicie skupiony na zadaniu.
-
Idziemy - rzucił David niskim głosem.
Wystartowali.
Filip
patrzył, jak jego Ania poruszyła się, najpierw nieznacznie napinając mięśnie,
czego by nie zobaczył, gdyby jej nie znał, następnie przeciągnęła lekko plecy,
jakby sprawdzając, czy nie jest skrępowana, a dopiero potem powoli otworzyła
oczy.
Kurwa,
tak!
Dzięki
pieprzonemu Chrystusowi, żyła.
Nadal
nie wiedział, gdzie był ten cholerny pokój, w którym ją trzymali, ani co mieli
zamiar z nią zrobić.
Ania
usiadła, podniosła obie ręce nad głowę i napięła je.
Zdrętwiała.
Filip
widział wyraźnie, że próbowała odzyskać sprawność, ale najprawdopodobniej
wiedziała o kamerze, bo robiła to ostrożnie, jakby nie chciała się zdradzić i
pokazać jak bardzo była wygimnastykowana.
Jak
Filip wiedział, że była.
Poszła
do jednych z drzwi, które było widać w bocznej ścianie, otworzyła je i wyszła.
Brak
reakcji.
Zniknęła.
Gdzie jesteś,
Aniu?
- pomyślał Filip i siłą zmusił swoje ciało do spokoju i oczy do skanowania
pozostałych ekranów.
Musiała
to być łazienka i to bez kamer, bo przez chwilę nic się nie działo.
Nie
pojawiła się na korytarzu.
Na
żadnym z korytarzy.
Również
ochrona w pokoju obserwacyjnym nie reagowała.
Nie
było widocznego podenerwowania wśród goryli na zewnątrz.
Potem
Ania weszła z powrotem do pokoju i niosła ze sobą ręcznik do rąk.
Tak.
Zdecydowanie
łazienka.
Otworzyły
się drugie drzwi, a Ania wcześniej odwróciła głowę w ich stronę, więc Filip
uznał, że były zamknięte na klucz, którego przekręcanie usłyszała.
Wszedł
facet z bronią i kobieta z tacą, na której był talerz z pancakes’ami,
truskawki, dzbanuszek i parujący kubek.
Ania
nie uśmiechnęła się do kobiety, co było niezwykłe jak na nią, ale Filip
zauważył, że przez cały czas obserwowała faceta z bronią, który coś do niej
mówił.
Przytaknęła.
Tamta
dwójka wyszła, a ona wzięła ze stolika tacę, postawiła ją na podłodze i usiadła
przed nią po turecku.
Kurwa,
tak!
Skupiony
na jej zdrowiu i kondycji nie zauważył tego wcześniej, aż dopiero Ania mu to pokazała.
Zuch
dziewczyna!
Siedziała
twarzą do światła w plamie słońca, które wpadało tam z wąskiego, wysokiego okna
bez rolet.
Było
piętnaście po dwunastej.
Kąt
wpadania do pokoju promieni słonecznych świadczył o tym, że okno wychodziło
wprost na południe.
Filip
szybko otworzył na swoim laptopie folder ze zdjęciami i planami pieprzonego
domu, kiedy Henry tylko patrzył i nie odzywał się.
Czuł,
że Filip coś odkrył.
Dom
był piętrowy, w kolorze terakoty, zbudowany w wymyślnym stylu hiszpańskiej
hacjendy, z wewnętrznym, częściowo zadaszonym patio i szeroką werandą,
ocieniającą okna na parterze, ciągnącą się wokół całego domu.
Cały
dom stał na rozszerzonym końcu cypla lub może bardziej na wyspie, która była
połączona z lądem za pomocą grobli, na której była szeroka, utwardzona droga.
Całość
otoczona była niewielkim, bardzo zadbanym ogrodem, ogrodzonym murkiem, z
wieloma kwitnącymi roślinami.
Według
słów Ani, w wodzie za murkiem były aligatory, dlatego mężczyźni popłynęli tam
płaskimi barkami z wysokim burtami, które miały na sobie kamuflaż z tutaj
występujących roślin.
Okna
wychodzące na południe o takim kształcie, jaki obserwował w pokoju Ani, w tym
domu były tylko trzy i wszystkie wychodziły na front domu, gdzie był obszerny,
wyłożony płaskimi kamieniami podjazd, który otaczały bujne, zielone drzewa i
obficie kwitnące krzewy migdałowca.
Chryste,
tak, to było to, czego potrzebowali.
Pod
czujnym okiem Henry’ego Filip wcisnął przycisk połączenia, by natychmiast
przekazać Davidowi i pozostałym to, co właśnie ustalił.
Wiedzieli,
na jakiej części domu mieli się skupić.
*****
David
David
leżał zamaskowany na swojej pozycji już od dziesięciu minut, a pieprzone FBI
wciąż nie było gotowe do działania.
Kurwa.
Ten
cały cholerny Leo był zbyt idealny.
Coś
knuł.
Do
Davida dotarło, że agent musiał mieć inne priorytety.
Nebuenitto.
Najwidoczniej
popierdolec miał nadjechać, a Leo to wiedział i czekał.
I
nie zająknął się ani jednym pieprzonym słówkiem.
Kurwa!
David
nie odezwał się, nie przekazał swoich podejrzeń, bo już było za późno na zmianę
planów.
Musieli
czekać i mieć nadzieję, że nic by się nie spierdzieliło i że wszyscy czekali na Nebuenitto, więc na
razie Ania była bezpieczna.
Przecież
umieli czekać.
*****
Anna
Jadłam
pancakesy i myślałam - Gdzie jesteś, Filip?
Kiedy
kilka godzin temu obudziłam się po raz pierwszy w tym pokoju, po dochodzących
zza zamkniętego okna odgłosach od razu wiedziałam, że jesteśmy na bagnach
Luizjany.
Rozpoznałam
dom.
I
było na tyle ciemno, że wiedziałam, że dopiero świtało lub właśnie zapadał
zmierzch.
Nadal
nie wiedziałam ile godzin upłynęło, ale wiedziałam, że w Luizjanie było o
godzinę wcześniej niż w SLC, a leciało się tu jakieś trzy, cztery godziny.
Byłam
odrętwiała i bolały mnie mięśnie, więc leżałam nieruchomo, z zamkniętymi oczami
i analizowałam objawy.
Byłam
nadal w moim ubraniu z SLC, więc jak dotąd nikt mnie nie rozbierał.
Ale
sprawność moich mięśni wracała powoli i stopniowo.
O,
Matko!
Potraktowali
mnie paralizatorem.
Kiedy
po pewnym czasie zaczęłam poruszać stopniowo najpierw palcami u nóg, potem
dłonią, by przekonać się, że nie byłam związana, a na końcu zgięłam nogę w
kolanie, do pokoju, w którym byłam, wszedł osiłek, jeden z tych, którzy mnie
porwali, i usiadł obok mnie na łóżku.
Obserwowali
mnie.
-
Obok jest łazienka - powiedział - Możesz wziąć prysznic. Masz tam naszykowaną sukienkę,
przebierz się.
Nie
poruszyłam się i patrzyłam na niego w milczeniu, więc pochylił się nade mną.
-
Król powiedział, żebyśmy poczekali na niego - szepnął złowrogo - Ale wiesz, nie mogę się doczekać. Obiecał nam, że,
jak byłaś z facetem, to zostaniesz dziwką, a my będziemy pierwsi, żeby cię
zerżnąć.
Wyprostował
się i popatrzył na mnie.
O,
Matko!
Wstrzymałam
oddech, bo wierzyłam w każde jego
słowo.
Kiedy
nie poruszyłam się przez następną minutę, znowu się nade mną nachylił.
-
Lubimy takie udawane cnotki - mruczał mi obleśnie do ucha - Król tu miał takich
kilka przez te parę lat, jak nie mógł cię złapać. Wszystkie okazywały się
fałszywymi dziewicami, więc pieprzyliśmy je tak, żeby nie uszkodzić towaru, ale
wszystkie wyjebaliśmy tak, żeby wiedziały, jak to jest być dziwką. Zanim je
wypuściliśmy w obieg, wyruchaliśmy im wszystkie dziury. Pracują teraz w jednym
z tutejszych burdeli.
O,
Matko!
Biedne
dziewczyny!
Ponownie
wyprostował się, ale nadal nie zamierzał wyjść.
-
A ja wiem, że miałaś faceta. Więc
będziesz następna - dokończył, popatrzył na moje ciało w taki lepki, obleśny
sposób, od którego prawie dostałam mdłości, podniósł się i podszedł do drzwi.
-
Na razie jesteś traktowana jak czysta
- powiedział, a ostatnie słowo wyrzucił z siebie pogardliwym prychnięciem -
Umyj się i przebierz. Zaraz przyniosę ci coś do jedzenia i picia.
Nie
protestowałam, bo pomyślałam, że musiałam mieć siły do ucieczki, kiedy Filip po
mnie przyjedzie, a nie wątpiłam w to.
Filip
by mnie nie opuścił.
Nigdy.
Musiałam
być silna dla niego.
Usiadłam
na łóżku, rozejrzałam się i ze zdziwieniem, ale też z radością zobaczyłam na
nocnym stoliku moją torebkę.
Przysunęłam
się na łóżku, by być bliżej niej, poszperałam i, rozczarowana, odkryłam, że
zabrali mi telefon.
Ale
podczas przeszukiwania torebki odkryłam, że nie zabrali mi kluczy.
Tych,
przy których miałam mój oryginalny brelok.
Tak!
Musiałam
się pohamować, żeby nie okazać radości.
Udając
przygnębienie, odłożyłam torebkę i poszłam do łazienki.
Nie
wiedziałam, co knuł Zły ze swoimi sługusami, więc postanowiłam się trochę
rozruszać i zrobić to bez ich wiedzy,
a być może pomóc trochę Filipowi i jego przyjaciołom.
W
łazience nie powinno być kamer.
Ci
źli nie musieli być świadomi tego, że nie byłam taka słaba, na jaką wyglądałam,
więc tam wykonałam trochę ćwiczeń, jakich nie wykonałaby skromna dziewczyna,
która szykowała się do zostania zakonnicą.
Za
to takich, które wykonywała kilka razy w tygodniu strażaczka Alba, żeby móc bez
wstydu uczestniczyć w akcjach z mężczyznami, by nie musieli za nią dźwigać
sprzętu ratowniczego.
Kiedy
się kończyłam myć, w pokoju rozległ się wściekły głos, który najwyraźniej
dochodził z głośnika:
„Kończ i wychodź,
bo tam wejdę!”
Wrrrr!
O,
Matko Jedyna!
Wściekłam
się.
Wyskoczyłam
mokra i z mokrymi włosami, owinęłam się pod pachami dużym, miękkim, białym
ręcznikiem i wyskoczyłam z łazienki, kapiąc wszędzie dookoła wodą.
-
Już! - wrzasnęłam - Nie mogę się
wysuszyć?
Przez
głośnik dał się słyszeć ryk wesołości, ale głos, który usłyszałam wcześniej nie
ustępował i wciąż był zły - Kończ!
Prychnęłam
ze złością, ale nie odezwałam się więcej.
Zarzuciłam
mokrymi włosami przez ramię, kiedy się odwróciłam.
Wróciłam
do łazienki, wytarłam się starannie, założyłam czystą bieliznę, która była tam
naszykowana, białą, bawełnianą sukienkę bez rękawów i znalezioną tam szczotką rozczesałam
włosy.
Poczułam
się lepiej taka odświeżona i przebrana w czyste, lżejsze ubranie, bo pokój był dosyć
ciepły.
W
Luizjanie w ogóle było cieplej niż w SLC.
Włosy
zostawiłam mokre i wstrząsnęłam nimi tylko lekko palcami, żeby mi same wyschły,
a potem weszłam do pokoju.
Po
zrobieniu dwóch kroków zamarłam.
Osiłek
siedział na moim łóżku z bardzo
zniecierpliwioną miną, a obok niego, na szafce nocnej stała taca z jedzeniem.
-
Wreszcie - warknął - Zjedz -
rozkazał.
Wstał
i wyszedł.
Szczęśliwie.
Na
tacy stała miska z parującą i wspaniale pachnącą jambalayą i szklanka soku
pomarańczowego, który wyglądał na świeżo wyciśnięty.
Nie
jadłam tego od lat, a uwielbiałam to.
Pomyślałam,
że powinnam to kiedyś zrobić Filipowi na kolację.
Zatęskniłam.
Usiadłam
na brzegu łóżka, bo nie było innego miejsca do siedzenia, postawiłam sobie tacę
na kolanach i zabrałam się do jedzenia.
Wyborne.
Kiedy
już prawie kończyłam, wszedł osiłek, ponownie przypominając mi, że była
obserwowana i zabrał mi tacę z kolan.
-
Masz tu, połknij - powiedział i podał mi dwie tabletki na otwartej dłoni.
Popatrzyłam
i pomyślałam.
-
Co to? - spytałam nieufnie.
-
Środek nasenny - wyjaśnił niecierpliwie, jakby miał dość zajmowania się mną -
Możesz to połknąć, albo mogę cię potraktować znowu paralizatorem - dodał i
drugą ręką wyjął urządzenie zza paska.
O,
Matko!
Uznałam,
że mój organizm mógł być bardziej osłabiony po paralizatorze, a na pewno
bardziej by mnie bolały mięśnie, więc wzięłam w palce tabletki, starając się
nie dotykać jego dłoni.
Obserwował
mnie uważnie.
Włożyłam
je do ust, sięgnęłam po sok, który postawiłam wcześniej z tacy na stolik nocny
obok mojej torebki i przełknęłam.
Wypiłam
resztę soku jednym dużym łykiem.
Osiłek
zadowolony kiwnął głową, zabrał mi szklankę, postawił ją na tacę i wstał z
łóżka, zabierając to ze sobą.
-
Kładź się - rozkazał, a ja wykonałam polecenie.
Palcami
lewej dłoni otarłam usta, a potem spytałam bez nadziei na odpowiedź:
-
Długo to potrwa?
-
Powinnaś spać przez przynajmniej kilka godzin, a potem przyjedzie tutaj Król i
on zadecyduje co będzie z tobą dalej - padła odpowiedź, która była połączona z
ponownym „oblepianiem” mojego ciała przez jego wzrok.
-
A jak nie - wymamrotałam sennie.
-
Zobaczymy - mruknął i wstał.
Kiedy
wychodził, zgięłam rękę i ostatkiem świadomości wcisnęłam jedną z tabletek pod
materac.
To
był taki trik, który stosowałam, kiedy moja mama zmuszała mnie do brania
tabletek przeciwbólowych, a ja chciałam sobie udowodnić, że byłam taka silna,
że ich nie potrzebowałam.
Chowałam
je w pościeli.
Ale
teraz ta jedna tabletka wystarczyła, żebym zasnęłam jak kłoda.
Obudziłam
się, kiedy pokój był zalany słońcem.
Ciepły.
Najpierw
starałam się nieznacznie napinać kolejne partie mięśni tak, żeby nie było to
zauważalne dla moich obserwatorów, bo nie byłam pewna, czy nie obudziłam się
zbyt wcześnie.
Po
kilku lub kilkunastu minutach powoli usiadłam, opuściłam nogi na podłogę, a
potem przeciągnęłam się, podnosząc obie ręce nad głowę i prostując plecy.
Potem
wstałam bez pośpiechu, i poszłam do
łazienki, gdzie skorzystałam z toalety, ochlapałam się zimną wodą i zrobiłam
kilka przysiadów.
Żeby
odzyskać sprawność.
Kiedy
weszłam do pokoju, wycierałam dłonie ręcznikiem, który upuściłam na łóżko, po
usłyszeniu chrobotania klucza w drzwiach.
Weszła
kobieta z tacą i ten sam osiłek, co przedtem.
-
Jedzie Król - warknął do mnie osiłek - Zjedz to, a potem się naszykuj. Będzie
chciał cię zobaczyć.
I
wyszli.
Wzięłam
tacę i usiadłam na podłodze, żeby być w słońcu.
I
modliłam się o ratunek skupiona na myśli - Filip,
gdzie jesteś? Proszę, przyjdź. Kocham cię.
O,
Matko Jedyna!
Dlaczego
ja mu tego nie mówiłam częściej?
Dlaczego
mu tego nie powiedziałam, kiedy się rozstawaliśmy?
Bez
pospiechu jadłam pancakesy polane syropem klonowym z nadzieją, że to mi pomoże
mieć siły do ucieczki, że w ten sposób pomogę Filipowi.
*****
David
Gdzie, kurwa,
jesteś, popierdolcu?
- pomyślał David ze złością, kiedy przez kolejne dziesięć minut nic się nie
działo.
Nie
było gorąco, ale na tych cholernych bagnach powietrze było niezbyt przyjemnie
wilgotne.
I
było pełno robali.
Kurwa!
David
umiał się koncentrować na zadaniu, ale nadmiar czasu spowodował napływ do jego
umysłu falę wspomnień.
Jak
obraz zmartwionej twarzyczki jego Kruszynki, kiedy Filip przekazywał jej klucz
do swojego domu i kody do alarmu.
David
wiedział, że jego Maggie czuła się winna, nawet jak on sam i Filip zapewnili ją
w późniejszej rozmowie, że tamci długo śledzili Anię i szukali okazji, by ją
zdobyć.
Lepiej
się stało, że była wtedy sama, niż gdyby tamci zranili którąś z kobiet; na
przykład ciężarną Maggie.
Filip
był skupiony na działaniu i zamknięty w swoich myślach, ale David rozpoznawał u
swojego przyjaciela to, co sam czuł, kiedy jego obecna żona została porwana.
Strach.
David
pamiętał wyraz twarzy Ani, kiedy opowiadała o Nebuenitto i o tym, czym jej
groził, więc wiedział, że Filip mocno odczuł to, co mogło się stać z jego
kobietą, kiedy popierdolec ją dorwał.
Prawdopodobnie
upuszczenie krwi byłoby najłagodniejsze.
Nagle
w myśli Davida wdarło się to, co działo się dookoła niego, bo otwarto bramę
wjazdową do posiadłości.
David
przygotował się i napiął, kiedy obok niego w pełnym pędzie przejechała
kawalkada samochodów.
Brama
wejściowa zamknęła się za nimi, a niecałe pięć minut później David usłyszał
upragniony kod od pieprzonego Leo.
Filip
dostał zielone światło i mógł zacząć działać.
David
osłaniał podchodzących do bramy i miał osłaniać później odwrót.
Filip
był gdzieś tam na brzegu.
Chłopaki
przepłynęli przez bagno na płaskich barkach, osłoniętych roślinami i wszyscy
już byli na pozycjach.
Oprócz
Davida był jeszcze co najmniej jeden snajper.
Wszystko
było ustawione.
*****
Anna
Kiedy
skończyłam jeść, wszedł osiłek i zabrał tacę.
-
Radzę ci umyć zęby i uczesać się - powiedział na wychodne - Król zaraz tu
będzie i zechce cię zobaczyć.
Zdenerwowałam
się, więc zacisnęłam usta w cienką kreskę.
Filip
miał za mało czasu.
Gdzieś
tam był i przybywał mi na ratunek, a ja nie mogłam nic zrobić, żeby dać mu
więcej czasu.
Nie
zamierzałam starać się wyglądać ładnie dla Złego, więc tylko chodziłam
niecierpliwie po pokoju, ale później przypomniałam sobie o kamerach i usiadłam
na łóżku.
Siedziałam
i modliłam się, a potem wspominałam i starałam się nie uśmiechać, kiedy moje
wspomnienia były szczęśliwe.
A
były.
Po
kilkunastu minutach usłyszałam za drzwiami podniesione głosy i pomyślałam z
satysfakcją, że osiłek oberwał za coś.
Chyba
chodziło o moją torebkę, ale nie byłam tego pewna.
A
potem skarciłam się w myślach, bo nie należało źle życzyć nikomu, nawet komuś
tak złemu, jak ten osiłek, a zwłaszcza wtedy, kiedy było oczywiste, że coś
zdenerwowało tego, który był w danym momencie Panem mojego Życia i Śmierci.
Dosłownie.
Usłyszałam
przekręcanie klucza w zamku i automatycznie wstałam.
Odwróciłam
się do drzwi w tej samej chwili, kiedy się otworzyły.
Wszedł
Król Przestępców z Luizjany.
Sam.
Wysoki,
ciemnowłosy, szczupły i zadbany jak zwykle.
-
Witaj, moja droga - przywitał się, jakby był moim dobrym wujkiem, a ja tylko
trochę nabroiłam.
-
Dzień dobry - odparłam zimno.
-
Więc jak - spytał tonem swobodnej konwersacji, który już słyszałam od niego,
więc przeszły mnie ciarki po plecach - Słyszałem, że się zakochałaś.
Nie
byłam pewna, czy to było dobre, ale już wiedział, więc nie było sensu
zaprzeczać.
-
Tak - przyznałam i oglądałam, jak zmieniał się wyraz jego twarzy - Mam
ukochanego i mieszkamy razem. Zamierzamy się pobrać i mieć dzieci.
Patrzyłam,
jak stracił opanowanie i wyraz jego twarzy się zmienił.
Był
przystojny, z regularnymi rysami twarzy, ale teraz, kiedy jego usta były
wykrzywione, stał się brzydki.
-
Więc puściłaś się - wysyczał cicho.
-
Co? - szepnęłam.
-
Miałaś zachować dziewictwo do ślubu - mówił nadal cicho, a jego ton był
ostrzegawczy - Czy nie dotrzymałaś tego?
Nie
przyjęłam ostrzeżenia, szłam na całość.
-
Kochamy się - stwierdziłam - Więc jakie miało znaczenie, czy kochaliśmy się
przed ślubem, czy byśmy do niego poczekali.
-
Jesteś kurwą! - krzyknął, a ja
podskoczyłam, bo nigdy nie słyszałam,
żeby podnosił głos.
Był
bardzo rozczarowany tym, że nie dostanie ode mnie tego, na co czekał.
„Czystej”
krwi.
-
Dobrze - powiedział spokojniej - skoro chciałaś być kurwą, to będziesz.
-
Co? - szepnęłam, tym razem
przerażona, bo dotarło do mnie, że to, co mówił osiłek, było prawdą.
-
Oddam cię moim chłopcom, a potem sprzedam do burdelu - wyjaśnił, jakby
przedstawiał ofertę handlową nie do odrzucenia i odwrócił się w stronę drzwi.
-
Nie możesz! - krzyknęłam i skoczyłam
w jego stronę.
Błąd.
Pokazałam
mu, jak bardzo się bałam.
-
Ja, moja droga, mogę wszystko -
powiedział szyderczo, odwracając się do mnie tylko na te kilka sekund, żebym to
dobrze usłyszała, a potem podszedł do drzwi.
Kiedy
je otworzył trwałam zamarła, ale wtedy usłyszałam za nimi hałas.
-
Szefie! - krzyknął ktoś z głębi
korytarza - Zostaliśmy zaatakowani.
-
Wezwij posiłki - rzucił Carlos warknięciem.
-
Nie mamy łączności - usłyszałam i serce podskoczyło mi z radości.
O,
Matko!
Filip!
Starałam
się tego nie okazywać.
-
To ten twój kochaś - mruknął Król zwracając się do mnie, a potem wrócił do
pokoju, mocno schwycił mnie za ramię, wbijając palce w moje ciało z całej siły
i szarpiąc, wyciągnął mnie na korytarz.
Zabolało.
Stało
tam kilku goryli, z których każdy trzymał w dłoni pistolet i rozglądał się na
wszystkie strony.
Usłyszałam
strzały i nawoływania, które dochodziły zewsząd.
-
Nie dostaną jej - usłyszałam rozkaz Króla, a potem jeden z goryli złapał mnie
za ramiona, wykręcił mi je do tyłu i poczułam na nich plastik - Zwiąż ją i
zabierz ją do samochodu. Wywieź ją stąd!
Zostałam
skrępowana plastikową przepaską.
Mocno.
Zaciągnęli
mnie przez klatkę schodową na dół, a potem przez drzwi na podwórzec i do
samochodu, gdzie wrzucili mnie na
tylne siedzenie.
O,
Matko, nie!
Nie
mogli mnie zabrać bez mojej torebki, bez kluczy, przy których miałam GPS, bez
kontaktu z Filipem.
O,
Matko, Filip, gdzie jesteś?
Pospiesz
się.
Nie pozwól mi
odejść!
Błagam!
Myśli
kołowały mi się po głowie, ale moje ciało było nastawione na uciekanie, więc
spięłam się i starałam się rozpoznać, z której strony dochodziły odgłosy walki.
I
spowolnić ich.
Wepchnęli
mnie do SUV’a.
Ruszyliśmy
podjazdem, kiedy wydawało mi się, że najważniejsze rzeczy działy się w domu.
Musiałam
działać.
Dziękuję
OdpowiedzUsuń